Bieszczady dzisiaj to zapomniany przez Boga i ludzi odległy zakątek Polski. Urzeka swoja niedostępnością, olbrzymimi pustymi przestrzeniami i dzikością niemalże pierwotnej przyrody. Zaludnienie tego obszaru należy do najniższych na świecie – szczególnie poza sezonem letnim możemy godzinami wędrować przez opuszczone doliny i nie spotkać żywego ducha. Nadal niewiele tu miejsc, w których można się zatrzymać. W bujnych zaroślach gdzieniegdzie majaczą zapomniane cmentarze, ruiny cerkwi i ślady niegdysiejszych wsi. Jaką historię mogłyby nam opowiedzieć?
Historia Bieszczadów sięga czasów prehistoryczny, o których wiadomo jednak niewiele. Od zawsze tereny te były niezwykle trudno dostępne, a co za tym idzie mogły służyć jako schronienie czy miejsce wznoszenia budowli obronnych. Echa tych dawnych dziejów możemy znaleźć chociażby w okolicach Bystrego i Michniowca, gdzie mówi się o grodzie wzniesionym niegdyś ma tym obszarze.
Innym niemym świadkiem dawnej aktywności ludzkiej w Bieszczadach jest krąg ziemny o nieznanym przeznaczeniu, który możemy odszukać w gąszczu drzew na szczycie wzgórza wznoszącego się nieopodal cerkwiska we wsi Studenne. O ile sama wieś posiada udokumentowaną historię wpisujące się w dzieje tutejszej ludności, o tyle wspomniany krąg jest z pewnością konstrukcją o wiele starszą niż później założona osada.
Ślady czasów najdawniejszych odnajdujemy również w nazewnictwie osad czy elementów ukształtowania terenowego. Po dziś dzień na mapach Bieszczadów z łatwością możemy znaleźć nazwy świadczące o dawnych dziejach tych ziem. Przykładem może być powtarzająca się nazwa miejscowości „Zawadka” – przypuszczalnie mogła być to nazwa osady położonej w wąskim wąwozie czy parowie, który z łatwością można było zatarasować („zawalić”, „zawadzić”) np. pniami ściętych drzew czy głazami w celu ochrony przed najazdem. Ochronne korzenie nazewnictwa miejscowości spotykamy w całych Bieszczadach. Łatwo to zrozumieć – przed wiekami ziemie te, tak jak i dzisiaj, leżały na styku kultur, wyznań czy grup etnicznych przez co stawały się pierwszym, naturalnym celem ataku.
O bytności ludzi w Bieszczadach w okresach późniejszych świadczą opowieści o szlakach handlowych biegnących z południa na północ przez bieszczadzkie przełęcze. Żywym świadkiem dawnej aktywności na tych ziemiach są znajdowane w różnych częściach Bieszczadów rzymskie monety.
Prawdziwy rozkwit Bieszczadów rozpoczął się jednak dopiero ok. XIV-XV wieku. Ziemie polskie rozczłonkowane w trakcie rozbicia dzielnicowego, we wczesnym średniowieczu zostały ostatecznie zjednoczone i wzmocnione przez Kazimierza Wielkiego. W ramach umacniania pozycji Polski w Europie Wschodniej włączył on także pod swoje panowanie w latach 1340-1350 tzw.
Ruś Halicką, której częścią były również Bieszczady. Ziemie te miały pozostać w granicach Królestwa Polskiego do czasów rozbiorów.
Przyłączenie Bieszczadów do Królestwa Polskiego nie oznaczało jednak, że ziemie te były zamieszkiwane przez jednolitą grupę Polaków. Wręcz przeciwnie, na przestrzeni stuleci Bieszczady stały się prawdziwym tyglem kulturowym, będącym w pewnym sensie papierkiem lakmusowym ówczesnej polskiej tolerancji i różnorodności narodowościowej.
Na przestrzeni stuleci ziemie te zostały zaludnione przez ludy pochodzenia rusińskiego i wołoskiego. Ich dokładne pochodzenie i szlak jaki przywiódł ich na tereny Bieszczadów niknie niestety w mroku dziejów. Dość, że do okresu II wojny światowej Rusini ci stanowili przeważającą grupę społeczną bieszczadzkiego kresu (ok. 80%). Na terenie Bieszczadów wyróżnia się wśród nich dwie grupy: Łemków oraz Bojków. Granice ich wpływów do dziś są przedmiotem spor
ów. Próbę ich rozstrzygnięcia przedstawia prezentowana po prawej stronie mapka. Były to ludy wyznania greckokatolickiego posługujące się swoimi własnymi dialektami z bardzo silnymi wpływami języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Zamieszkiwali oni wsie rozrzucone po całym terenie Bieszczadów. Zajmowali się głównie rolnictwem oraz wypasem bydła.
Drugą pod względem liczebności grupą społeczną byli Żydzi stanowiący ok. 10% bieszczadzkiej ludności. Największe niegdyś gminy żydowskie to Lesko, Ustrzyki Dolne, Baligród, Lutowiska i Wola Michowa. Żydzi trudnili się głównie handlem bydłem hodowanym przez Bojków, które sprzedawali i kupowali głównie na częstych targach w Lutowiskach.
Polacy na tych ziemiach stanowili jedynie ok. 8% ogółu ludności. Byli to przede wszystkim przedstawiciele możnych rodów będących właścicielami tych terenów, bądź zubożonej szlachty zagrodowej. Pozostała część mieszkańców Bieszczadów to nieliczny Niemcy oraz Cyganie.
Taki stan rzeczy trwał przez wieki. Bieszczadzkie wsie zamieszkiwane byłby przez mieszane społeczności, które współżyły ze sobą przez stulecia bez najmniejszych problemów. Nikogo nie dziwiły rodziny, w których rodzice pochodzili z różnych grup narodowościowych czy wyznaniowych. W niedzielę mieszkańcy wspólnie wyruszali ze swoich chat i razem szli do swych świątyń na mszę rozstając się dopiero przed wejściem do cerkwi czy kościoła katolickiego. Zmianę przyniosły dopiero XIX i szczególnie XX wiek ze swymi zwariowanymi nacjonalizmami i nienawiścią narodowościową…
I wojna światowa to ta z wielkich wojen XX wieku, która spowodowała największe szkody materialne na terenie całych Bieszczadów. Na całym łuku Karpat ścierały się wojska austro-węgierskie oraz Carskiej Rosji, która przez przełęcze bieszczadzkie chciała zdobyć dostęp do równin węgierskich, którymi planowała prowadzić natarcie w kierunku Wiednia. Plany te jednak nigdy się nie ziściły, a starcia zamieniły się w wyczerpującą wojnę pozycyjną. Pozostały po niej widoczne do dziś dziesiątki kilometrów okopów, w których jak się przypuszcza tylko na terenie Bieszczadów zginęło ok. 100 000 żołnierzy obu stron. Po dziś dzień w bujnych krzewach i zaroślach natknąć się można z łatwością na leżące tutaj już od 100 lat łuski artyleryjskie, saperki itp. Bardziej dociekliwy poszukiwacz odnajdzie bagnety, elementy karabinów, klamry od pasków czy nawet odznaki poległych. Przeciwnikiem była nie tylko wroga armia ale i siarczyste bieszczadzkie mrozy. Tysiące żołnierzy zamarzło na śmierć. Pochowani są do dziś w zbiorowych mogiłach w wielu miejscach Bieszczadów.
To właśnie mróz i głód wśród wojujących był bezpośrednią przyczyną nędzy rodowitych mieszkańców Bieszczadów. Wojska rekwirowały wszystko – jedzenie, inwentarz żywy, z chat zdejmowano nawet strzechy i siekano je na pokarm dla koni. Miejscową ludność dziesiątkowały przywleczone przez żołnierzy egzotyczne choroby.
W tle ogólnoświatowego konfliktu pojawiały się pierwsze oznaki sporów nacjonalistycznych, które w kilkadziesiąt lat później miały doprowadzić do niemal całkowitego wyludnienia Bieszczadów. Zaogniał się mianowicie istniejący jeszcze od czasów przedrozbiorowych zatarg na linii Polska – rodząca się samoświadomość ukraińska. Konflikt miał swoje korzenie w najdawniejszych czasach, gdy do Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcielono niemal niezamieszkałe wówczas ziemie, które po stuleciach miały przeobrazić się w dzisiejszą Ukrainę. W okresie rozbiorów jedną ze strategii walki pomiędzy państwami rozbiorowymi było podsycanie sporów wewnętrznych w łonie innych państw. Tym sposobem konflikt Polaków z Ukraińcami stał się orężem walki Prus z Carską Rosją. Rozpoczął się tzw. „spór o duszę Rusina”. Rosnący w siłę ukraińscy nacjonaliści rościli sobie prawa do wszystkich ziem zamieszkanych przez społeczny element rusiński. W naturalny sposób uważali zatem również Łemków i Bojków za Ukraińców i takie przekonania starali się szerzyć pośród ludności Bieszczadów.
Najważniejszym epizodem nabrzmiewającego sporu narodowościowego było proklamowanie w 1919 roku Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej oraz tzw. Republiki Komanieckiej głoszących hasła nacjonalizmu ukraińskiego. Kolejne ważne wydarzenie o podobnej wymowie to tzw. Powstanie Leskie. Oba zdarzenia, choć zakończone po myśli władz odradzającej się po rozbiorach Polski, były jawnym wyrazem zaogniania się problemu. Miał on dać o sobie znać ponownie już w przeciągu bardzo krótkiego czasu…
Okres II wojny światowej stał się preludium do wydarzeń, które na zawsze miały zmienić Bieszczady i zburzyć ich wielowiekową różnorodność kulturową. W jej trakcie Bieszczady nie poniosły tak znaczących strat materialnych, natomiast w jej wyniku historia Bieszczadów została gwałtownie przerwana. W jej trakcie możemy przy tym wyróżnić dwa wyraźne okresy mające odmienny wpływ na historię Bieszczadów.
Pierwszy okres to czas od wybuchu wojny do rozpoczęcia nazistowskiej agresji na ZSRR w dniu 22 czerwca 1941 roku. Niemcy po ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku podzielili ziemie naszego kraju pomiędzy siebie i ZSRR na mocy Paktu Ribbent
rop-Mołotow. Traf chciał, że ustalona w ten sposób nowa granica biegła korytem Sanu. W ten właśnie sposób po raz pierwszy brutalnie rozbita została jedność historyczna i kulturowa Bieszczadów. Reliktem tych czasów są np. ruiny strażnicy niemieckiej, które do dziś możemy oglądać w Tworylnym (zdjęcie po lewej stronie). Dziś błądząc po pustkowiu pozostałym po niegdysiejszej wsi trudno uwierzyć, że historia w ogóle zawróciła sobie głowę tą odległą osadą, ale tak właśnie było. W chorym umyśle jakiegoś niemieckiego planisty z czasów wojny pojawiło się coś, co właśnie tutaj kazało ustawić budynek strzegący ciągłości granicy z ZSRR.
Po stronie niemieckiej od razu rozpoczął się proces rozmontowywania ustalanej przez wieki równowagi. Zagładzie ulegli Żydzi i Cyganie, prześladowani i wysiedlani na przymusowe roboty byli Polacy. Obóz zagłady w Zasławiu działał pełną parą.
Podobnie jak w poprzednich wiekach rozbiorcy, tak w czasie II wojny światowej Niemcy chcieli się posłużyć nacjonalistami ukraińskimi w celu osiągania swoich celów. Weszli oni w szeroką współpracę z utworzoną w międzyczasie tzw. UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Obiecywali Ukraińcom utworzenie po wojnie państwa ukraińskiego pod protektoratem niemieckim. W zamian oczekiwali pomocy w zgładzaniu Żydów, Polaków i działań dywersyjnych na tyłach ZSRR. Członkowie UPA omamieni przez swoich nazistowskich sojuszników z ochotą przystąpili do wyznaczonych zadań.
Drugim ze wspomnianych okresów mających kluczowe znaczenie dla dalszych losów bieszczadzkiej ludności to ten od ataku Niemiec na ZSRR do zakończenia wojny. Dobrym przykładem tego co działo się w tamtych latach są losy miejscowości Lutowiska posiadającej kilkusetletnią historię, w której dominowali głównie Żydzi. Niemcy po zajęciu Lutowisk rozstrzelali Żydów, których na miejsce kaźni jako wspólnego wroga zwozili Ukraińcy. Z zagłady udało się uciec tylko jednemu 17-letniemu chłopcu, który ukrył się na pobliskim kirkucie. Został on jednak wkrótce wytropiony i również rozstrzelany. Dla Niemców i ich ukraińskich przyjaciół każdy był wrogiem. Zabudowania miasteczka zostały doszczętnie spalone. Zniszczono wszystkie drewniane, przylegające do rynków żydowskie domy. Spalono obie synagogi. Ruiny jednej z nich majaczą w krzakach za sklepem w centrum Lutowisk do dziś. Sprzedawczyni zapytana w 2016 roku, którędy się do nich idzie nie miała pojęcia o nich istnieniu – tak właśnie zabija się pamięć o ludziach…
Z biegiem wojny sytuacja uległa zmianie. Front pchany na wschód przez początkowo niepokonany Wehrmacht skierował się wgłąb przepastnych pustkowi ZSRR. Po załamaniu potęgi Niemiec, bitwach pod Stalingradem i Kurskiem władze ZSRR zaczęły być coraz pewniejsze swojej wygranej w wojnie i rozpoczęły planowanie przyszłego, nowego ładu, jaki miał zapanować w Europie na dziesięciolecia.
Po wyparciu z ziem polskich Niemców wrogiem numer jeden na południowo-wschodnich rubieżach Polski, w tym w Bieszczadach
, stało się UPA. Głównym problemem tych ziem była odtąd kwestia ukraińska. W tamtych czasach lubiące generalne i zakrojone na dużą skalę rozwiązania problemów etnicznych czy narodowościowych władze ZSRR ani myślały akceptować obecności wojującej UPA na terenach, którymi teraz same miały zarządzać. Polska według planistów z ZSRR miała być odtąd krajem czystym etnicznie, pozbawionym zatargów narodowościowych. Nikomu nawet nie przychodziła do głowy możliwość tworzenia niepodległej Ukrainy, czy oddawania ich jakichkolwiek ziem z terenów PRL.
Główną linią obrony przed UPA, oprócz otwartych walk z Ludowym Wojskiem Polskim, było zatem pozbawienie ukraińskich band zaplecza aprowizacyjnego oraz szerzej to ujmując – biologicznego. Rozpoczęto zatem dobrowolne przesiedlenia ludności z terenów polskich wgłąb ZSRR. Przeprowadzane były one w latach 1944-46 ale spotkały się z bardzo chłodnym przyjęciem przez bieszczadzkich Bojków i Łemków. Były to ludy niezwykle przywiązane do tradycji i ani im było w myśl opuszczać ich ojcowiznę.
Wobec niepowodzeń w przeprowadzeniu pierwszej fazy przesiedleń oraz przeciągających się walk z trudną do pokonania UPA, został stworzony swoisty plan ostatecznego rozwiązania problemu z Ukraińcami w granicach PRL. Potrzebny był jedynie pretekst. Nadszedł on wiosną 1947 roku w postaci zabójstwa Gen. Świerczewskiego w okolicach Baligrodu w zasadzce urządzonej przez UPA. Władze PRL dostały zielone światło na przeprowadzenie wcześniej przygotowywanej tzw. „Akcji Wisła”.
Akcję rozpoczęto niemal od razu po zabójstwie Gen. Świerczewskiego. Koncepcja była bardzo prosta – żołnierze gnali, bądź transportowali ciężarówkami mieszkańców bieszczadzkich wsi do tzw. punktów zbornych, w których ładowani oni byli do pociągów jadących na tzw. „ziemie odzyskane” – głównie okolice Olsztynka, Koszalina i Legnicy. Kolejne oddziały Ludowego Wojska Polskiego maszerowały przez opuszczone wsie i podpalały wszystkie wiejskie zabudowania. W wyniku tej operacji Bieszczady wyludniły się niemal doszczętnie. W większości wsi od dnia tamtych wydarzeń do dzisiaj nikt nie mieszka.
Obrazu zniszczenia dopełniła tzw. „Akcja H-T” z 1951 roku, w ramach której pozostający tutaj nadal mieszkańcy Bieszczadów zostali przeniesieni na ziemie w okolicach Sokala, a mieszkańcy tamtych ziem zostali siłą osiedleni na wcielonych na nowo do Polski ziemiach na wschód od Sanu.
„Akcja Wisła” pozostawiła w Bieszczadach opustoszałe doliny, zgliszcza domostw, ruiny cerkwi… Ciszę nocy przerywało podobno zawodzenie psów pozbawionych swych właścicieli. Inwentarz żywy szybko wyginął pozbawiony opieki. Przetrwały podobno jedynie koty krzyżując się ze żbikami. W przygranicznym pasie 20km, do którego wjazd był przez kilka lat zabroniony dziczały uprawy, drzewa owocowe, zanikały powoli przydomowe ogródki, wody powierzchniowe co roku zacierały coraz bardziej ślady po dawnych tarasach pól uprawnych.
Sytuacja uległa zmianie dopiero w połowie lat 50. XX wieku. Po zniesieniu zakazu wstępu w Bieszczady ruszyli harcerze, leśnicy, kartografowie na nowo badający i próbujący wyrwać ten obszar zdziczałej przyrodzie. Bieszczady obrosły pewnego rodzaju legendą. Były uważane za najtrudniej dostępne i najdziksze regiony w Polsce. Ściągały śmiałków i twardzieli żądnych przygód w tych dzikich ostępach. Pojawili się polscy kowboje wypasający bydło na terenach niegdyś tętniących życiem wsi oraz „bieszczadzkie zakapiory” – specyficzny typ odmieńców, samotników, pustelników nieradzących sobie z życiem, którzy w bieszczadzkiej głuszy odnaleźli swoje miejsce i nieraz artystyczne powołanie. Zaczęły powstawać bacówki, schroniska turystyczne i galerie pełne „biesów” i „czadów” rzeźbionych w drewnie. Na terenach nieistniejących wsi gospodarowały PGRy (np. w Krywem czy Sokołowej Woli). Inny los spotkał dawną wieś Tworylne – stała się ona centrum życia polskich kowbojów, nakręcono tu nawet film o wypasie bydła.
Dziś Bieszczady to nadal najmniej zaludnione góry w kraju. 5 osób na kilometr kwadratowy upodabnia je gęstością zaludnienia do Europy w czasach neolitu, bądź do regionów Rosji za Uralem. To wymarzone miejsce dla miłośników agroturystyki kochających ciszę i spokój. Coraz gęściej powstają tu pensjonaty, kwatery, domki letniskowe.
Bieszczady powstają jak feniks z popiołów. Po latach zapomnienia wracają znów do głównego nurtu życia. Niektórzy z przyjeżdżających tutaj turystów nie zdają sobie nawet sprawy z historii tych ziem. Odwiedzają jedynie krzykliwą Solinę upodabniającą się do tandetnego uzdrowiska albo Wetlinę czy Cisną z zamiarem zdobycia któregoś z pobliskich szczytów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że prawdziwe piękno tych gór tkwi w dolinach. To właśnie tutaj odnajdziemy najwięcej śladów ludzi zamieszkujących niegdyś te tereny. Tutaj trafimy na ukryty w gąszczu zdewastowany cmentarz z jego chylącymi się ku ziemi nagrobkami ozdobionymi niezrozumiałymi dla Polaka napisami; zawędrujemy na cerkwisko nadal noszące ślady ognia; to tutaj wreszcie dociekliwy poszukiwacz odnajdzie pośród pustkowia kupę gruzu porośniętą tarniną, która okaże się zawalonym piecem dawnej bojkowskiej chyży. W pobliżu znaleźć będzie można podkowy, narzędzia, elementy konstrukcji domu.
Jeden rzut oka na te miejsca pokaże nam, że pamięć o nich o mały włos by zaginęła. Jakimś cudem jednak przetrwała i dziś jest częścią naszego dziedzictwa historycznego i kulturowego. Teraz już tylko od nas zależy co będzie dalej…
Każdy kto kiedykolwiek był chociaż raz w Bieszczadach z pewnością zwrócił uwagę na kilka rzeczy: niezwykłe piękno dzikiej i oszałamiająco bujnej przyrody, pustka, niesamowita cisza, surowe piękno gór oraz cerkwie – te elementy są nieodzowną częścią tej magicznej krainy. Cerkwie w Bieszczadach spotykane są w różnym stanie. Znajdziemy tutaj przykłady okazałych, zadbanych, nadal działających świątyń, odnowione budynki na nowo udostępnione wiernym, ale też górujące nad pustkowiami ruiny oraz, niezwykle często, jedynie obrysy podmurówek majaczące gdzieniegdzie w wysokiej trawie. To wszystko sprawia, że zastanawiamy się jakie historie mogłyby nam opowiedzieć cerkwie w Bieszczadach?
Współczesne pokolenia rodzące się w niezwykle jednolitym etnicznie czy wyznaniowo kraju jakim jest dzisiejsza Polska mogą nieraz odnieść wrażenie, że tak stan trwał od zawsze. Nic jednak bardziej mylnego. Burzliwe dzieje Polski wraz z jej rozbiorami oraz okrucieństwami II wojny światowej byłby tłem kształtowania się zdumiewająco
urozmaiconego społeczeństwa, które przez setki lat zamieszkiwało rdzennie polskie ziemie.
Okres formowania państwa polskiego we wczesnym średniowieczu przerwało rozbicie dzielnicowe. Po nim kulminacyjnym momentem odrodzenia naszego państwa było panowanie Kazimierza Wielkiego. Jednym z wyrazów jego potęgi było wcielenie do Polski ziem Rusi Halickiej, w ramach której pozostawały również i Bieszczady. Dalszy rozwój terytorialny Polski doprowadził do unii z Litwą. To właśnie po niej terytorium naszego kraju powiększyło się o ziemie, które później zostały nazwane Kresami Wschodnimi i w efekcie stały się zaczynkiem terytorialnym państw takich jak Litwa, Białoruś i Ukraina.
Ziemie te o
d początku swojej historii zamieszkiwane były przez ludność wiążącą swe pochodzenie z Rusią, a wyznaniowo ciążącą bardziej w kierunku kościoła greckokatolickiego oraz prawosławia niż katolicyzmu. To właśnie te różnice etniczne, narodowościowe czy wyznaniowe przez całe stulecia stanowiły zarzewie licznych zatargów i nieraz stały w tle różnych konfliktów zbrojnych. Echami tej niegdysiejszej różnorodności narodowościowej Polski są właśnie dzisiaj między innymi cerkwie w Bieszczadach.
Sytuacja została doprowadzona do stanu, który znamy dzisiaj, dopiero po II wojnie światowej. O ile II RP w okresie międzywojennym rościła sobie prawa do terenów za Bugiem i narzucała im pewną podległość, o tyle władze Związku Radzieckiego po miażdżącym zwycięstwie nad nazizmem w trakcie II wojnie światowej nie miały
ochoty na rozwiązania będące półśrodkami i zdecydowały się na rozwiązania mające na zawsze uspokoić sytuację na południowo-wschodnich granicach polski. Granice naszego kraju zostały przesunięte daleko na zachód wchłaniając tzw. „ziemie odzyskane”, których polskość była silnie kwestionowana. Na wschodzie zaś granicą stał się Bug. Kresy Wschodnie zostały na zawsze utracone i siłą wcielone do pozostających po ścisłą kontrolą ZSRR ziem mających w przyszłości zamienić się w Litwę, Białoruś i Ukrainę.
Zmiany dotyczyły jednak nie tylko granic. Władze ZSRR zadbały również o zbudowanie jednolitego wewnętrznie narodu polskiego. Dominujący niegdyś gospodarczo w historii Polscy Żydzi, zostali unicestwieni przez wichry wojny, a w
ięc nie zaprzątali już uwagi naszego „Wielkiego Brata”. Niemcy z „ziem odzyskanych” zostali wysiedleni wgłąb swojej ojczyzny. Ich miejsce zajęła ludność polska zza Buga. Ludność łącząca swe pochodzenie z Rusią została zaś wysiedlona, bądź również na „ziemie odzyskane”, bądź wgłąb ZSRR. Taki los spotkał setki tysięcy ludzi zamieszkujących ziemie leżące na dzisiejszej ścianie południowo-wschodniej. Podobnie historia obyła się z zamieszkującymi od stuleci ziemie Bieszczadów Bojkami oraz Łemkami.
Dziś ziemie ciągnące się szerokim pasem od Beskidu Niskiego przez Bieszczady, Roztocze do okolic Tomaszowa Lubelskiego naznaczone są setkami pozostałych cerkwi oraz historiami o wysiedlonych, spalonych wsiach, po których wszelki ślad właściwie już zaginął.
Cerkwie w Bieszczadach wykazują pewne różnice w zależności od tego czy mówimy o cerkwiach łemkowskich, czy bojkowskich
. Łemkowie i Bojkowie to dwa odrębne ludy zamieszkujące tereny Bieszczadów do czasu wysiedleń w okresie powojennym. Granica ich wpływów była wielokrotnie badana i kwestionowana, jednak najogólniej rzecz ujmując utarło się przyjmować za nią pasmo Wielkiego Działu. Na zachód od niego mieli zamieszkiwać Łemkowie, na wschód zaś Bojkowie. To podejście ukazuje prezentowana po lewej stronie mapka.
Jeśli przyjmiemy opisywaną wyżej tezę za prawdziwą, wówczas okazuje się, że większość cerkwi w Bieszczadach znanych z głównego turystycznego nurtu (okolice Soliny, Cisnej, podnóży Połoniny Wetlińskiej, Caryńskiej oraz Tarnicy) należeć będzie do stylu bojkowskiego.
Bojkowie byli ludem niezwykle zabobonnym, wierzącym w całą litanię zjaw, sił nadprzyrodzonych i zjawisk m
agicznych. W ich życiach niezwykle ważną rolę zajmowała tradycja, zwyczaje, ale również cerkiew, którą otaczano wielką czcią.
Sam budynek cerkwi umiejscowiony był zwykle na wzniesieniu górującym nad otaczającymi go bojkowskimi chyżami. Miało to w oczywisty sposób obrazować prymat Boga nad życiem ludzkim. Takie charakterystyczne położenie cerkwi widzimy np. w Smolniku nad Sanem czy w Krywem.
Przedstawia to dokładnie mapka po prawej stronie – jest to fragment mapy katastralnej Krywego z 1852 roku przechowywanej w Archiwum Państwowym w Rzeszowie. Widzimy na niej wyraźnie cerkiew położoną na wzniesieniu w oddali od zabudowań wsi umiejscowionych w pobliżu przepływającego dnem doliny potoku Krywiec. Każdy kto był w Krywem wie jak strome są zbocza wzgórza, na którym odnajdziemy ruiny cerkwi i jak trudno jest pod nie podejść szczególnie od strony potoku. Murowaną cerkiew w Krywem widzimy również na zdjęciu poniżej po lewej stronie.
O ile świątynia w Krywem była murowana (podobnie jak tak z Hulskiego, czy Łopienki) to większość cerkwi w Bieszczadach wzniesionych w stylu bojkowskim była budowana z drewna. Konstruowano je zwyczajowo na osi wschód-zachód z prezbiterium od prawej strony – od tej strony nadejść miał Jezus Chrystus w trakcie tzw. ponownego przyjścia.
Cechą najbardziej charakterystyczną cerkwi bojkowskich jest ich wznoszenie na planie trzech kwadratów – jest to tzw. cerkiew trójdzielna. Każda z trzech części pokryta była przy tym dachem brogowym (tak jak cerkiew w Smolniku nad Sanem), bądź osobną kopułą (tak jak w Równi). Dzwonnica stała przy tym tradycyjnie osobno. Cerkwie łemkowskie posiadały dodatkowo wysoką wieżę od strony zachodniej.
Cerkwie w Bieszczadach po wysiedleniu tych ziem spotkał bardzo różny los. Duża część z nich została spalona w trakcie przeprowadzania akcji wysiedleńczej. W miejscach dawnych świątyń do dziś odnajdziemy drzemiące w trawie zarysy dawnych budowli. W niektórych wsiach, jak np. w Sokołowej Woli po cerkwi nie pozostał żaden ślad, nawet pod
murówka. W Tworylnym zachowała się jedynie dzwonnica oraz krypta grobowa. We wspomnianym już Krywem cerkiew przetrwała wysiedlenia, ale została w późniejszym czasie ograbiona i podpalona dla zatarcia śladów. Jej dzisiejszy wygląd prezentuje zdjęcie z jej wnętrza po prawej stronie. Cerkiew w najbliższych latach ma być odnawiana.
Jeszcze bardziej zniszczona została również murowana cerkiew w Hulskiem (zdjęcie u dołu po lewej stronie). Ta niegdyś tętniąca życiem wieś jest dziś tak zarośnięta, że przebycie jej dawnych terenów jest możliwe poza okresem letnim, kiedy to wszechobecne krzewy uniemożliwiają jakiekolwiek wycieczki. Zarastają powoli również znajdujące się w Hulskiem ruiny młyna położonego przy ujściu potoku Hulskiego do Sanu. Zarastają również ruiny cerkwi.
Kilka cerk
wi zostało rozebranych w wiele lat po wojnie i wysiedleniach. Taki los spotkał cerkiew w Krywce – istnieje jedynie jedno jej zdjęcie zrobione tuż przed rozbiórką. Podobnie powojenne władze Polski obyły się z cerkwią w Lutowiskach, z której materiałów został skonstruowany kościół w Dwerniku. Rozebrano również cerkwie w Paniszczowie, Sokołowej Woli i wielu innych miejscach.
Niektóre ze świątynie przetrwały, zaniedbane, wykorzystywane jako magazyny i zostały odrestaurowane w czasach bardziej im przychylnych. Tak właśnie wyglądała historia cerkwi w Smolniku nad Sanem, Bystrem, Michniowcu i innych.
Cerkiew z Rosolina została przeniesiona do Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku i dzięki temu możemy podziwiać ją do dziś praktycznie w nienaruszonym stanie. Szczególny los spotkał sanktuarium w Łopience, które dzięki niezłomnym staraniom ludzi dobrej woli zostało zrekonstruowane. Świątyni został przywrócony jej dawny blask i charakter – jest ona dzisiaj jednym z częściej odwiedzanych miejsc w Bieszczadach.
Dziś, w 70 lat po zakończeniu wojny i wysiedleń, po zmianie rządów nieprzychylnych innym wyznaniom niż katolickie wydaje się, że cerkwie w Bieszczadach najgorsze mają już za sobą. Możemy spokojnie podziwiać te, które ocalały i nie drżeć o ich dalszy los. Możemy również przystanąć w trakcie naszej wędrówki przez Bieszczady przy pustym cerkwisku, zapalić lampkę w miejscu dawnego ołtarza i w skrytości ducha pomodlić się o to, żeby niegdysiejsze okrucieństwa i bezsens historii już się nie powtórzył…
Bojkowie to dawny, rdzenny lud Bieszczadów zamieszkujący te ziemie od mniej więcej XV wieku. Ich niezwykle bogatą i barwną historię zakończył bój o duszę i świadomość narodową Rusinów, zamieszkujących dawne ziemie Polski, który przetoczył się przez te tereny w okresie bezpośrednio po drugiej wojnie światowej i na zawsze zmienił oblicze Bieszczadów oraz ogólniej mówiąc Polski południowo-wschodniej. Więcej o historii Bojków napisaliśmy w niedawno opublikowanym artykule. Tymczasem spójrzmy jak mieszkali i żyli na co dzień dawni mieszkańcy Bieszczadów.
Bojkowskie chyże, podobnie jak i ich łemkowskie odpowiedniki, to tradycyjne, drewniane zagrody jednobudynkowe spotykane niegdyś na terenie całych Bieszczadów. Ich cechą charakterystyczną był fakt, że pod jednym, stromym, dwus
padowym dachem krytym strzechą, znajdowały się zarówno pomieszczenia mieszkalne jak i gospodarcze. Najlepszym przykładem zabudowania tego typu, które bezwzględnie należy zobaczyć, jest znajdująca się w Skansenie w Sanoku chyża pochodząca ze Skorodnego.
Bojkowskie chyże do końca obecności Bojków w Bieszczadach były chatami kurnymi. Oznacza to, że izba mieszkalna, której centralnym punktem był piec nie była wyposażona w komin. Wprawdzie w pewnym momencie ówczesne bieszczadzkie władze zarządziły budowę kominów na dachach chyż, jednak nikomu nie przyszło do głowy połączyć je z piecem. Wynikało to z faktu istnienia powszechnego przesądu, że w kominie mieszka diabeł. Po zmianie władz zresztą kominy szybko usunięto. Pomieszczenie mieszkalne wypełniał zatem dym. Podobno to właśnie z tych dawnych czasów pochodzi zwyczaj proszenia by goście usiedli zaraz po wejściu do chaty – chodziło o to, aby nie ulegli zaczadzeniu.
Większość bojkowskich wsi wyglądało bardzo podobnie. Wzdłuż biegnącego przez osadę potoku, blisko jego koryta ustawiano chyże. Nieopodal chaty umiejscawiano studnię oraz spichlerze, czy piwnice. Za chatą, zwykle na pochyłym zboczu wąskiej bieszczadzkiej doliny, wymuszającej tarasowanie, ciągnął się długi, ale wąski pas ziemi należącej do danego właściciela. Był on zazwyczaj podzielony na pole orne, łąkę kośną, pastwisko oraz las.
Wszystkie chyże konstruowano w zbliżony sposób. Podmurówka z kamieni rzecznych wyznaczała obrys budynku oraz jego wewnętrzny p
odział na poszczególne pomieszczenia. Powierzchnia takiej zagrody wynosiła pomiędzy 68, a 220 metrów kwadratowych. Do przełomu XIX i XX wieku do konstrukcji bojkowskich chat nie używano pił. W celu obróbki drewna na bale służące do wznoszenia ścian posługiwano się jedynie klinami.
Za podłogę służyło klepisko z plew zmieszanych z gliną. Ściany wznoszono z drewnianych bali, dach kryto zaś strzechą. Cechą charakterystyczną bojkowskich chyży były bardzo strome dachy, których stosunek wysokości do wysokości ścian budynku wynosił nieraz nawet 3:1. Wymuszone to było oczywiście przez trudne warunki klimatyczne i obfite opady śniegu w zimie.
Fronty chat malowano często na ciemnobrunatny kolor. Na zewnątrz chaty pojawiały się kreślone przy użyciu wapna wzory roślinne i geometryczne. Szpary pomiędzy balami ścian wypełniano gliną zmieszaną z mchem i bielono.
Wnętrze chaty bojkowskiej składało się zaledwie z kilku pomieszczeń. Izba, alkierz i sień były pomieszczeniami,
gdzie na co dzień przebywali mieszkańcy. O izbie tak pisze A. Kuczera w swojej wydanej w 1931 roku pracy „Wśród Bojków”:
Już u samego progu uderzyła nas niesamowita, cuchnąca woń nawozu zwierzęcego, gnijącego grzyba i zadomowionego potu ludzkiego i końskiego. (…) Po izbie krzątała się kwoka z kilkunastoma kurczętami… (…) Nie mogliśmy wyjść z podziwu, zastanawiając się nad dziwnym współżyciem sześciorga ludzi i trojga bydląt w małej cuchnącej izbie przez kilka miesięcy zimowych i okres niepogody.
Część gospodarcza obejmowała boisko, gdzie młócono zboże, stajnię, wozownię oraz szopę. Z tyłu chaty dodatkowo biegła tzw. zachata prytuła – osłona z desek chroniąca dodatkowo ściany przed zamakaniem oraz wiatrem. Wykorzystywano ją jako składzik na drewno oraz narzędzia.
Wyposażenie izby było niezwykle skromne i właściwie puste jeśli nie liczyć kilku podstawowych sprzętów spotykanych we wszystkich chyżach. Niski piec umiejscowiony często po lewej stronie od wejścia służył do gotowania jedzenia, wypiekania chleba ora
z do spania na nim. Było to uprzywilejowane miejsce dla najstarszych członków rodziny. Wokół izby biegła niska i wąska ława służąca do siedzenia. Spały na niej większe dzieci przykryte skórami. Gazda wraz z małżonką spali w łóżku, nieopodal którego pod sufitem zawieszona była kołyska dla najmłodszych domowników. Reszta wyposażenia izby do stół i skrzynia, bądź skrzynia pełniąca również funkcję stołu, drewniane stołki, proste drewniane naczynia. Nieodzownym elementem bojkowskiej chaty byłby również umieszczone pod sufitem święte obrazy. Żywy opis izby znajdujemy w „Świecie Bojków” Andrzeja Karczmarzewskiego, gdzie czytamy:
Dwie albo trzy duże pościele, stół w kształcie skrzyni, do którego chowają chleb, słoninę, pierogi, krupy. (…) Wzdłuż popod dwie ściany stoją ławici, których z domu nie wynosi się, jedna krótka ława stoi pod piecem i stiłeć koło stołu. Nad ławiciami wisi dużo obrazów. Piec jest płaski, szeroki, w zimie śpią na nim, a zmieścić się może 4-5 osób.
Kawałek dalej znajdujemy fragment na temat warunków higienicznych panujących w izbie:
Brud i śmieci na zamły, bo podłogi z desek nie ma, zaduch, bo okna nie otwierają się, a ściany okopcone, ochlapane i poobijane.
W przylegającej do izby sieni ustawiano beczkę z kiszoną kapustą, która była jedną z podstaw żywienia Bojków. Przechowywano tutaj również przeróżne narzędzia gospodarcze. Komora z kolei pełniła funkcję spiżarni, w której znajdowały się zapasy suszonych owoców, warzywa oraz wędzone mięso.
Nowsze chaty, bądź chyże bardziej zamożniejszych rodzin posiadały, jak wspomniano to wyżej, również alkierz, w którym przebywali głównie gospodarze. Alkierz ogrzewany był przy tym przez piec z izby, ale nie dostawał się do niego dym.

Dziś po setkach, jeśli nie tysiącach bojkowskich chyż pozostały jedynie nikłe ślady. O wiele łatwiej jest właściwie dostrzec w krajobrazie zdziczałe drzewa owocowe, czy tarasy dawnych pól, niż ledwie majaczące w trawie podmurówki chat. Wędrując przez bieszczadzkie pustkowia musimy posługiwać się niejednokrotnie przedwojennymi mapami, aby móc w ogóle odnaleźć miejsca gdzie dawniej stały zabudowania wsi. Dziś często w tych miejscach nasz marsz będzie znacząco utrudnio
ny przez wysokie trawy czy plątaninę krzewów tarniny. Mając odrobinę szczęścia odnajdziemy dawne wiejskie narządzia, podkowy, zawiasy czy okucia chat – kto wie co jeszcze drzemie w ziemi…
Stosunkowo najłatwiej jest odszukać dawne kamienne piwnice, spichlerze czy studnie. Obok łatwiejszych do odnalezienia cerkwisk czy dawnych cmentarzy niejednokrotnie ukrytych w głębokim lesie to właśnie pozostałości niegdysiejszych zabudowań sprawiają najbardziej niesamowite wrażenie i na nowo ożywiają świat zagubionego, bieszczadzkiego kresu. Te relikwie minionych czasów pozwalają na nowo ujrzeć ludne bieszczadzkie wsie pełne gwaru, ruchy i ich kulturowej różnorodności. Musimy się spieszyć – natura już niedługo zrobi swoje i jedyne co nam pozostanie to nasza wyobraźnia…
Bystre to niewielka wieś leżąca w Bieszczadach tuż przy dzisiejszej granicy polsko-ukraińskiej, nierozerwalnie związana z pobliskimi osadami – Michniowcem i Lipiem. Choć dziś miejscowość ta znajduje się po polskiej stronie, wydaje się, że od wieków przebiegała tędy inna, mniej uchwytna granica. Na temat Bystrego w swojej niedawno wydanej książce
pisze Stanisław Kryciński. Opowiada w niej o tym jak rozmawiał z mieszkanką sąsiedniej wsi Czarne. O Bystrem, do którego nigdy nie chodziła, zapytana dlaczego nie chce odwiedzić sąsiedniej wsi miała odpowiedzieć:
Panie, tam to diabły, hucuły, Ukraińce…
Od tego krótkiego stwierdzenia swój tytuł wzięła cała książka („Tam gdzie diabły, hucuły, ukraińce”). W sposób niezwykle wymowny obrazuje ona również, jak odosobniony ekosystem stanowiło Bystre i inne nieopodal położone wsie. Już wtedy był to przysłowiowy „koniec świata”.
Wieś została wydzielona z pobliskiego Michniowca gdzieś na przestrzeni lat 1564-1577. Bystre, Michniowiec oraz pobliskie Lipie były własnością króla i wchodziły w skład tzw. krainy lipieckiej, której stolicą było Lipie. Dochody z tych dóbr zasilały dwór królewski.
Bystre po raz pierwszy pojawia się na kartach historii w roku 1607, z którego pochodzą pierwsze wzmianki o tej malutkiej miejscowości. Już wtedy we wsi zbudowano pierwszą cerkiew. Niezwykle ciekawym okazuje się spojrzenie na tzw. „mapę von Miega” (jej fragment jest prezentowany po prawej stronie). Jest to wycinek mapy topograficznej Galicji z lat 1763-1787 roku przechowywanej w Archiwum Wojskowym w Wiedniu. Widzimy na niej zobrazowany w niezwykle urokliwy sposób układ wsi odpowiadającej nawet i dzisiejszym realiom. Bez trudu dostrzegamy też wyraźnie zaznaczoną cerkiew.
Jeszcze więcej informacji dostarcza nam z kolei mapa katastralna Bystrego z 1852 roku przechowywana w Archiwum Państwowym
w Przemyślu. Na jej fragmencie prezentowanym po lewej stronie, widzimy ukazane dokładnie położenie cerkwi, znajdującego się ok. 100 metrów na południe cmentarza, oraz rozkład pól, domostw i innych parceli. Widzimy przy tym charakterystyczny podział własności ziemskiej w Bystrem. Jako, że wieś należała do dóbr królewskich, nie było w niej zatem majątków ziemskich znanych z wsi prywatnych. Znajdowały się tutaj za to duże wójtostwa, które nie były rozdzielane po śmierci ich właściciela – dziedziczył je w całości najstarszy syn. Intensywnym podziałom, i to widzimy na mapie, podlegały parcele chłopskie. Po ś
mierci głowy rodziny jego pole było dzielone pomiędzy jego potomków. Z biegiem lat wykształciło to tak charakterystyczny dla Bystrego układ niezwykle rozdrobnionej własności.
Jak łatwo zauważyć przy pobieżnych nawet oględzinach obu cytowanych map, charakter wsi nie zmienił się właściwie do dnia dzisiejszego. Domy i pola umiejscowione są obecnie wzdłuż tej samej drogi, która widzimy na mapach. Jej kształt i przebieg nie uległ większym modyfikacjom. Również na ukazanym na mapach miejscu odnajdziemy cerkiew oraz cmentarz.
Bystre bezpośrednio po wojnie znalazło się w ZSRR. Powróciło do Polski dopiero w ramach tzw. „wymiany ziem”, gdy Polsce został zabrany teren o powierzchni 480 km kwadratowych w okolicach Sokala, a w zamian oddany fragment Bieszczadów o identycznych rozmiarach. Mieszkańców wysiedlono.
Stojąca do dziś w Bystrem cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła jest trzecią z kolei i została wybudowana ona w roku 1901-1902. Jej poprzedniczki wznoszone były kolejno w latach 1607 oraz 1681. Istniejąca świątynia jest jedyną ocalałą z kilku cerkw
i budowanych według podobnego projektu (inne to te, które niegdyś stały w Lipiu oraz Lutowiskach). Obiekt wrócił do Polski wraz ze wspomnianą już wyżej „wymianą” terytoriów z ZSRR w roku 1951. Ze względów politycznych nie był on jednak użytkowany, stał zamknięty i popadał w zapomnienie. Na szczęście udało się uratować większość wyposażenia poprzez jego wywiezienie do muzeum w Łańcucie.
O cerkiew zaczęto się troszczyć dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy to pieczę nad nim objęło dążące do zachowania bieszczadzkich cerkwi Towarzystwo
Opieki nad Zabytkami. Uprzątnięto wówczas jej wnętrze, zabezpieczono pozostałe w świątyni przedmioty. Wreszcie w latach 90. dzięki środkom przeznaczony przez Generalnego Konserwatora Zabytków w cerkwi w Bystrem rozpoczęto remont, który trwa do dziś.
Do osobliwości Bystrego należy historia dzwonu z lat 20. XX wieku. Tuż przed wysiedleniami został on przez mieszkańców wsi ukryty pod podłogą cerkwi. Wiele lat po wojnie w nie do końca jasnych okolicznościach miejsce ukrycia zostało wyjawione miejscowemu biedakowi, który wykazał się dużym sprytem. Włamał się do cerkwi, wydobył dzwon i ukrył go w lesie licząc na późniejsze sprzedanie cennego znaleziska. Ku swojemu nieszczęściu zdradził swe plany w trakcie spotkania zakrapianego alkoholem osobie, która powiadomiła natychmiast policję. Dzwon szybko został odzyskany.
Kolejnym wi
docznym śladem dawnej historii Bystrego jest cmentarz położony ok. 100 metrów na południe od cerkwi. Jest to ciekawe odstępstwo od bieszczadzkich zwyczajów jako, że zwyczajowo cmentarze były umiejscawiane wokół cerkwi (jak np. w Krywem) lub w jej bezpośrednim sąsiedztwie (jak np. w Lutowiskach). Na cmentarzu tym zachowało się do dziś 11 oryginalnych kamiennych nagrobków zwieńczonych przez żeliwne krzyże oraz 2 nagrobki całkowicie wykonane z kamienia. Ciekawostką jest fakt, że do dnia dzisiejszego nie ustalono, w którym zakładzie kamieniarskim zostały one wykonane, ale pochodzą prawdopodobnie spod dłuta tej samej osoby, która wykonała możliwe do odnalezienia we wsi przydrożne kamienne krzyże. Historia wspomina, że w Bystrem istniał znany zakład kamieniarski – nie udało się jednak go zidentyfikować.
isiajBystre dzisiaj to jeden z najciekawszych zakątków Bieszczadów i być może jedno z miejsc z najbardziej niesamowitym klimatem w całym kraju. Cała wzmiankowana wcześniej kraina lipiecka wraz z Lipiem, Michniowcem i Bystrem jest miejscem szczególnym. Położona jest jakby na uboczu głównych pasm Bieszczadów pośród niskich wzgórz, nad którymi majaczą srebrne chełmy cerwki w Michniowcu i Bystrem. Niezwykłe wrażenie robią mijane tu i ówdzie kamienne krzyże i kapliczki stojące dziś w szczerym polu, a świadczące o dawnej historii tych ziem.
Trudno powiedzieć, o której porze roku najlepiej ją odwiedzać. Wiosną urzeka tutaj ponury nastrój, niskie chmury, ciemna zieleń kiełkujących zarośli i żółte kaczeńce w
przydrożnych rowach, kontrastujące wyraźnie z bielą wszechobecnych kamiennych krzyży. Lato to orgia jaskrawej zieleni, żółć i fiolet kwiatów na łąkach zalanych ostrym światłem znajdującego się wysoko na niebie słońca. Jesienią dominującymi barwami jest rudy odcień schnących traw. Zima to już ciężkie czapy śniegu pokrywające wszystko wokół.
Bystre nie straciło swojego dawnego układu prezentowanego na mapach na wstępie artykułu. Wieś to długa droga wiodąca do podnóża pobliskiego wzgórza. Po jej bokach znajdziemy stare, rozpadające się chałupy o charakterystycznych bieszczadzkich cechach. Między nimi uważny obserwator odnajdzie bielone krzyże i kapliczki oraz kilka „zakapiorskich” galerii. W oddali pomiędzy wzniesieniami możemy spojrzeć na ukraińską stronę. Tam, tak jak przed wiekami, rzeczywiście już tylko diabły, hucuły, ukraińce…
Lutowiska dzisiaj to niewielkie miasteczko, czy nawet jak podaje Wikipedia, wieś w jednej z najmniej zaludnionych części Polski, położone przy tzw. Dużej Pętli Bieszczadzkiej. Znajduje się tutaj kościół, szkoła, parę innych urzędów oraz niewielka ilość domów i kilka pensjonatów. Miasteczko nie wyróżnia się niczym specjalnym i właściwie gdyby nie jego piękne położenie u podnóża Bieszczadów widocznych z pobliskiego punktu widokowego z pewnością nie zwrócilibyśmy na
nie najmniejszej uwagi. Tymczasem w tym zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku skrywa się niezwykle bogata historia, która w okrutny sposób została przerwana i pozostawiła po sobie nieliczne już dziś ślady.
Wieś Lutowiska została założona przed rokiem 1565, początkowo znana była przy tym jako „Litowiska”. Jej nazwa pochodzi najprawdopodobniej od ruskiego słowa „litowysko”, które oznacza miejsce letniego wypasu bydła. Miejscowość pozostawała początkowo w majątku znanej w Bieszczadach rodziny Kmitów, a w okresach późniejszych często przechodziła z rąk do rąk.
Już w roku 1742 Lutowiska otrzymały od panującego podówczas Augusta II prawo organizacji 10 jarmarków rocznie, podczas gdy np. Rzeszów miał prawo do organizacji jedynie 3 z nich. To właśnie owe jarmarki miały wkrótce zyskać Lutowiskom sławę w całej Europe wschodniej i sprawić, że przybywać tu będą handlarze ze czterech stron świata, w tym Żydzi oraz bojkowscy gazdowie pragnący sprzedać swoje wypasane na połoninach bydło.
Z biegiem czasu to właśnie wspomniani już Żydzi stali się elementem dominującym w Lutowiskach, czyniąc z nich największą żydowską gminę na terenie Bieszczadów. W 1900 roku samo miasteczko zamieszkiwało 1570 osób wyznania mojżeszowego, z których większość bogaciła się na handlu bydłem sprzedawanym na częstych jarmarkach, bądź dzięki rzemiosłu.
Zagłada Lutowisk rozpoczęła się wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Po jej rozpętaniu Lutowiska znalazły się w strefie wpływów ZSRR, które niebawem po zajęciu tych terenów wywiozły część zamożniejszych żydowskich rodzin wraz z przedstawicielami inteligencji polskiej i ukraińskiej w głąb swego terytorium. Kolejnym ciosem było zajęcie Lutowisk przez Niemców już 22 czerwca 1942 roku, którzy rozstrzelali ok. 650 Żydów, Polaków i Romów. Drewniane zabudowania miasteczka należące do Żydów wraz z dwiema synagogami zostały spalone. Po Lutowiskach zostały jedynie pojedyncze zabudowania wokół ich dawnego centrum. Kilkusetletnia historia miasteczka została zaprzepaszczona.
Po zmianie losów wojny Lutowiskach w latach 1944 – 1951 znajdowały się w ZSRR. Pozostały w miasteczku katolicki kościół pod wezwaniem Św. Stanisława Biskupa i Męczennika został całkowicie zdewastowany. Msze odbywały się wówczas w pozostałej po ludności ukraińskiej cerkwii, znajdującej się na południe od niegdysiejszego centrum miejscowości (możemy ją zobaczyć na zdjęciu po lewej stronie oraz na historycznej panoramie powyżej). Lutowiska powróciły do Polski w roku 1951 w ramach umowy o wymianie granic z ZSRR i do dziś pozostają w naszym kraju.
Historyczny wygląd miasteczka prezentuje czarno-białe zdjęcie u góry wpisu oraz fragment mapy katastralnej prezentowany po prawej stronie. Centrum Lutowisk stanowiły dwa rynki – większy południowy i nieco mniejszy północny. Okalały je drewniane domy żydowskich kupców. Miasteczko nigdy nie urosło ponad tę pierwotną strukturę, nie powstały tutaj dodatkowe ulice czy place. Ludność innych wyznań niż mojżeszowego zamieszkiwała przylegające do centrum Posadę Dolną i Górną, które na zawsze zachowały swój wiejski charakter z kurnymi chatami.
W Lutowiskach istniały dwie synagogi, cerkiew, która budowana była trzy razy w trzech różnych miejscach, cmentarz żydowski i cmentarz przycerkiewny oraz dwór. Sofija Parfanowycz w swoim opowiadaniu zatytułowanym „Jarmarok w Litowyszczach” tak pisze o Lutowiskach:
A tam pośród niemal austriackiego piękna przycupnęło żydowskie miasteczko. Gęsto-gęsto drewnianych domków gankami, przejściami, zajazdami, piętrami i różnymi zakamarkami – schowkami. Coś wschodniego w nich jest, „arabski styl”, wspomnienie orientu, gęste skupisko. Nad nimi panuje wielka murowana bożnica. Kolorowe szkło, kręte, tajemnicze, litery starych ksiąg. Wszystko to aż prosi, by zalało je gorące słońce południa.
Tak z kolei pisał o Lutowiskach Wasyl Sofroniw w jednym z felietonów w gazecie „Diło” w 1934 roku:
Nie potrafię sobie wyobrazić naszych małych, brudnych, a jednak sympatycznych galicyjskich miasteczek bez Żydów. Czy w ogóle byłyby wtedy u nas jakiekolwiek miasteczka i czy warto byłoby wtedy wybierać się na jarmark? Jaki czar, jaki koloryt, miałyby Lutowiska gdyby dookoła spadzistego, wyboistego „rynku” nie było tych powykrzywianych, drewnianych domków, gdyby w każdych drzwiach i każdym oknie i na każdej ławeczce nie było jakiegoś sklepiku (…)?
Z biegiem czasu liczba jarmarków w Lutowiskach rosła. Były one słynne w całej Europie środkowo-wschodniej. Handlowano w ich trakcie głównie bydłem wypasanych na bieszczadzkich połoninach. Zwyczajowo jarmark trwał trzy dni. Pierwszy z nich był dniem spędu bydła do Lutowisk, gdzie pojono je w jednym z potoków przecinających miasteczko. Drugiego dnia odbywało się dobijanie targu. Trzeci dzień oznaczał wypędzanie stad zakupionego bydła z Lutowisk. We wspomnianym już wyżej opowiadaniu czytamy na ten temat:
Szarym świtem dzikie pasterskie okrzyki dzień nawołują. Tupot kopyt o ziemię dudni, wzbijając kurz. Szeroką rzeką płyną bydlęce grzbiety, do niej ze wszystkich stron wlewają się dopływy i wszystko płynie na targowicę. (…)
Rzeka bydła i ludzi wcisnęła się w jedną ulicę. Jaka gęstwina! Boki o boki ocierają, rogi o rogi zaczepiają. Jak ławica morskich ryb na morskich wybrzeżach.
Ludzie czerwono wyszywani, biało odziani, w sirakach. Palicami poganiają, pokrzykują. Kobiety. Mężczyźni. Pomiędzy nimi przeciskają się z miejska ubrani kupcy, przede wszystkim Żydzi. Wszystkich popędza gorączka handlu, niepokój wielkich pieniężnych obrotów. Dwa tysiące osiemset sztuk bydła i pewno dwa razy tyle ludzi. Zalewają plac po brzegi.
Po dawnej sławie Lutowisk nie pozostało do dzisiaj prawie nic. Zadbała o to burzliwa historia tych ziem. Tam
gdzie niegdyś stała dostojna cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła z 1898 roku (widoczna na historycznym zdjęciu wyżej we wpisie) dzisiaj majaczy jedynie krzyż otoczony tymi samymi starymi drzewami, które jeszcze do 1980 roku, w którym rozebrano świątynie majestatycznie ją otaczały. Obecny wygląd tego miejsca ukazuje zdjęcie po prawej stronie.
Obok pustego wzniesienia po cerkwi odnajdziemy stary cmentarz z kilkoma nagrobkami (zdjęcie po lewej). Pomiędzy dzisiejszymi zabudowaniami Lutowisk odnajdziemy również zbiorową mogiłę osób rozstrzelanych przez Niemców w trakcie wojny, oraz wypalone ruiny synagogi leżące obecnie za sklepem spożywczym. W miejscu pierwszej cerkwi w Lutowiskach znajduje się oczyszczalnia ścieków, w miejscu drugiej zaś – szkoła i dom kultury.
Jedno z zachowanych miejsc sprawia największe chyba wrażenie – jest to żydowski kirkut położony na wzgórzu za szkołą i dominujący nad miasteczkiem (zdjęcia w nagłówku wpisu). W gąszczu traw sięgających do pasa skrywa się podobno ok. 2000 macew. Część z nich została odsłonięta przez skoszenie porastających je krzewów. Część jest ledwo rozpoznawalna, domyślamy się jedynie ich istnienia dzięki niewielkim kopczykom ledwo wystającym nad ziemie.
Macewy kirkutu w Lutowiskach to istne dzieła sztuki. Widać po nich bardzo wyraźnie, że tutejsza gmina musiała być naprawdę bogata. Płyty ozdobione są przeróżnymi motywami – powtarzają się na nich podobizny zwierząt, szczególnie jeleni, ptaki, złożone w geście modlitwy dłonie, otwarta księga czy świecznik. Niektóre macewy stoją jeszcze prosto. Inne chylą się ku nieuchronnemu upadkowi. Niektóre zauważamy dopiero w ostatnim momencie przed daniem kolejnego kroku w miejscu, które jeszcze sekundę temu zdawało się nam być łąką. W tym odosobnionym miejscu położonym dosłownie na końcu świata chyba tak jak nigdzie indziej możemy przystanąć i zadumać się nad historią, przemijaniem zapomnieniem i znaczeniem życia.
Chyba każdy kto kiedykolwiek był na południowo-wschodnich ziemiach Polski, a w szczególności w Beskidzie Niskim, słyszał o Łemkach, którzy niegdyś zamieszkiwali tamte tereny. Podziwiamy ich cerkwie, kulturę, stroje, słowem wiemy o nich naprawdę sporo. Kto jednak słyszał o Bojkach? Gdzie mieszkali? Czym zajmowali się na co dzień, jak żyli, w co wierzyli? Dlaczego nie pozostał po nich prawie żaden ślad, a wszelka pamięć po nich niemal zaginęła?
Obszar obecnie należących do Polski Bieszczadów przez kilka stuleci poprzedzających drugą wojnę światową był jednym z najgęściej zaludnionych w Europie. Historia tych ziem już wtedy była niezwykle ciekawe i bardzo złożona za razem. Zostały one włączone do królestwa Piastów przez Kazimierza Wielkiego wraz z podbiciem Rusi Halicko-Włodzimierskiej i od tej pory ich losy były nierozerwalnie związane z historią Polski. Początkowo zupełnie puste powoli stawały się miejscem
osiedleń ludności pasterskiej wędrującej z terenów dzisiejszej Rumunii i Bałkanów – byli to tzw. Wołosi. Bieszczady stały się też miejscem coraz częstszych nadań ziem szlachcie polskiej. W toku historii Bieszczady stały się prawdziwym tyglem kulturowym – zamieszkiwali tutaj Rusini (ok. 80 % ludności), Żydzi (ok. 10 %), Polacy (ok. 8 %), Niemcy i Cyganie.
Rusini zamieszkujący ziemie dzisiejszej Polski południowo-wschodniej stanowili grupę niezwykle zróżnicowaną wewnętrznie. Jedną z takich grup byli właśnie Bojkowie. Oni sami tak o sobie nie mówili. Nazywali się Hyrniakami lub Werchowyńcami, czyli góralami. Nazwa „Bojko” powstała początkowo jako przezwisko oznaczające kogoś powolnego, zacofanego, czy nieufnego i z czasem przyjęła się na stałe. Bojkowie graniczyli ze wspomnianymi wcześniej i bardziej znanymi Łemkami na zachodzie oraz z Hucułami żyjącymi na wschodzie, na terenach dzisiejszej Ukrainy.
Prace na rzecz określenia granic strefy łemkowskiej i bojkowskiej prowadzili dr Jan Falkowski oraz dr Bazylii Pasznycki i spisali je w swoim dziele zatytułowanym „Na pograniczu łemkowsko-bojkowskim”. Stwierdzili oni, że granica wpływów obu grup etnograficznych przebiegała gdzieś na linii północ-południe biegnącej przez Baligród. Pogląd ten przedstawia również prezentowana po lewej stronie mapka. Późniejsi badacze nieraz kwestionowali tę tezę, ale za to zgodnie przyjmowano, że ziemie leżące na zachód od Komańczy były już czysto łemkowskie. Północna granica wpływów Bojków opierała się o linię Lesko – Ustrzyki Dolne, wschodnia i południowa odpowiadały dzisiejszym granicom Polski.
Bojkowie mieszkali w tzw. chyżach, czyli jednobudynkowych gospodarstwach, składających się z kilku izb pod jednym dachem. Zwykle tylko jedno pomieszczenie przeznaczone było do zamieszkania przez ludzi. Była to niewielka, niska izba, w której znajdował się piec (chata była przy tym kurna, a więc izbę wypełniał dym), łóżko, ławy pod ścianami, sk
rzynia, stół i proste wyposażenie.
Bojkowskie wsie lokowane były zwykle wzdłuż potoków. Najbliżej wody znajdowała się chyża, za nią zaś połać ziemi danego gospodarza składająca się zwykle z pola, łąki, pastwiska oraz lasu. Typowy układ bojkowskiej wsi przedstawia prezentowany po prawej stronie fragment mapy katastralnej wsi Caryńskie z 1852 roku. Ślady dawnego rozkładu wsi próbowaliśmy odtworzyć miedzy innymi podczas naszych ostatnich wycieczek do Tworylnego i Krywego.
Codzienna egzystencja upływała Bojkom na wypasie bydła i pracach rolniczych. Wypasane przez Bojków bydło było przedmiotem handlu w żydowskiej miejscowości Lutowiska. Bojkowie to lud bardzo biedny, więc i życie było tu ciężkie, często na granicy głodu. Jak dokładnie wyglądało ono możemy zobaczyć dzisiaj w Muzeum Historii Bieszczadów w Czarnej lub Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie. Niezatarte wrażenie na temat tego jak kiedyś wyglądały Bieszczady wywrze na nas również wizyta w Muzemu Budownictwa Ludowego w Sanoku, gdzie, między innymi, możemy obejrzeć kompletną bojkowską chyżę ze Skorodnego czy cerkwiew z Rajskiego.
Centralną rolę w życiu Bojków odgrywała wiara, cerkiew oraz obrzędy religijne. Bojkowie byli wyznania gr
ekokatolickiego. Cerkwie budowane byłby w centralnych miejscach niemal każdej wsi (tylko najmniejsze osady były ich pozbawione), zawsze na wzniesieniu dominującym ponad zwykłymi zabudowaniami. Budowle te zaskakiwały kunsztem i surowym pięknem. Szacuje się, że ogółem w Bieszczadach skonstruowano kilkaset cerkwi, część w unikatowym stylu bojkowskim, z których do czasów dzisiejszych przetrwało niestety tylko ok. 20%. Po dziś dzień ich renowacją zajmuje się np. Towarzystwo Opieki Nad Zabytkami.
Surową bojkowską egzystencję, pozbawioną większości wygód, urozmaicały obrzędy religijne i zwyczaje. Żyły nim całe wsie podążając od jednego wydarzenia religijnego do drugiego. Szczególnego znaczenia nabierały wszelkie święta, przygotowania do nich, obchody urodzin, ślubów czy pogrzeby.
Bojkowie jako lud bardzo prosty i żyjący w odosobnieniu nie wykształcił warstwy inteligencji. Pozostawił po sobie za to niknące wspomnienie po licznych przesądach, zabobonach czy legendach, które rozpalały umysły tych prostych mieszkańców wsi. Do dzisiaj wędrując przez bieszczadzkie bezdroża nietrudno zrozumieć, że ziemie te sprzyjały powstawaniu niestworzonych historii – powykręcane drzewa, głębokie jary i wąwozy naszej wyobraźni podsuwają wizje zjaw kryjących się w gąszczu.
To właśnie przeróżne istoty nadprzyrodzone, upiory, wampiry i tym podobne kreatury zamieszkiwały według Bojków pobliskie lasy. Szczególnie silne byłby u nich przeróżne tradycje i wierzenia dotyczące życia pozagrobowego. Ze szczególnym rozrzewnieniem czytamy dzisiaj na przykład jak Bojkowie bronili się przed przeistoczeniem zmarłego w upiora sypiąc mu do ust mak, przebijając osinowym kołkiem, czy w ostateczności ucinając mu głowę i grzebiąc go z nią umieszczoną w okolicach nóg. Te pogańskie wręcz praktyki miały uchronić żyjących przed wszelkim złem.
Historia gwałtownie i niezwykle brutalnie zmieniła swój bieg w latach następujących bezpośrednio po drugiej wojnie światowej. Już od początków XX wieku dawał o sobie mocno znać nacjonalizm ukraiński. Powstały OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), które na zawsze miały przypieczętować losy Bojków.
Bojkowie to rusińska grupa etniczna posługująca się językiem staro-cerkiewno-słowiańskim, która powstawała od XV wieku na fali nakładania się tradycji ludów wołoskich na osadnictwo słowiańskie. Był to lud bardzo hermetyczny, niechętny wszelkim nowościom czy kontaktom ze światem zewnętrznym. Bojko dla siebie samego był „swój”, a każdy inny to „obcy”. Nie zaprzątał on sobie głowy określaniem swojej przynależności narodowej. Żył tak jak to było przykazane z dziada, pradziada i nie potrzebował dla siebie od życia nic więcej. Andrzej Karczmarzewski pisze o Bojkach w swojej książce „Świat Bojków”:
Niewątpliwie Bojkowie odczuwali izolację. Być może dlatego niechętnie opuszczali swoje wioski i w przeciwieństwie do Łemków rzadko udawali się na emigrację.
O określenie przynależności narodowej zatroszczyły się jednak wichry historii, a w szczególności nacjonaliści ukraińscy. Przez wiele lat poprzedzających już drugą wojnę światową, planowali oni stworzenie niepodległego państwa ukraińskiego na ziemiach tradycyjnie należących do Polski przedrozbiorowej. Pragnęli oni zjednoczenia wszelkich ziem zamieszkanych w większości przez element rusiński, a więc uznawali również i bojkowskie Bieszczady za tereny ukraińskie.
Po zakończeniu zmagań drugiej wojny światowej, na południowo-wschodnich ziemiach nowo powstałej Polski trwał konflikt zbrojny noszący znamiona wojny domowej. Walczyło w niej Ludowe Wojsko Polskie i bandy UPA zabiegające o oderwanie tych ziem od Polski i o powstanie niepodległej Ukrainy.
W obliczu problemów z pokonaniem nacjonalistów ukraińskich, ówczesny rząd postanowił o całkowitym wysiedleniu tych terenów w ramach tzw. Akcji Wisła. Zakończyła się ona w 1947 roku całkowitym opustoszeniem setek wsi, spaleniem całej zabudowy wielu z nich – słowem wymazaniem z mapy istniejącej tutaj od setek lat tak bardzo bogatej historii.
Przemierzając dziś pustkowia Bieszczadów trudno uwierzyć, że miejsca te tętniły niegdyś życiem. Po setkach wsi zostały jedynie cmentarze, gdzieniegdzie ruiny cerkwi. Wytrwały poszukiwacz śladów przeszłości odkryje też drzemiące w gąszczu podmurówki wiejskich chat, studnie, czy piwnice. Wprawne oko odnajdzie w krajobrazie tarasy nieistniejących już pól, miedze, przydomowe sady.
Nie pozostaje nam nic innego jak zapalić lampkę na jednym z grobów, których inskrypcje są już dzisiaj zupełnie nieczytelne, zmówić pacierz w ruinach cerkwi i zadumać się nad historią i przemijaniem ludzi na terenie wsi, o których mało kto już pamięta i liczyć na to, że z nami historia obejdzie się lepiej…
Nieistniejąca dziś wieś Krywe to jedno z najbardziej emblematycznych i zarazem urokliwych miejsc w Bieszczadach. Położona jest w pełnej meandrów dolinie Sanu u podnóża Otrytu. Niegdyś Krywe i otaczające je inne wsie, jak chociażby opisywane niedawno Tworylne, były gęsto zaludnione i tętniły życiem. Były tu liczne wiejskie chaty, dwory właścicieli ziemskich, młyny, tartaki, czy cerkwie. Dziś po tych wspaniałych osadach pozostał tylko cień ich dawnej świetności, niknące w trawie oraz gąszczu krzewów podmurówki i ostatnie rozpoznawalne ruiny.
Krywe odwiedziliśmy w długi weekend w połowie listopada. Spodziewaliśmy się deszczu, zimna i szarugi, tymczasem bieszczadzka aura podarowała nam w prezencie iście letni dzień. Pozwolił on nam na spokojną wędrówkę przez nostalgiczne tereny dawnej wsi i dał szansę na powrót z niezliczoną ilością zdjęć. Zanim jednak o tym opowiemy, przyjrzymy się jaka historia kryje się w tej przepięknej dolinie.
Pierwsze wzmianki o Krywem pochodzą z roku 1526. Wieś założona została prawdopodobnie zaś w pierwszej połowie XVI wieku. Była własnością znanej w Bieszczadach rodziny Kmitów. Po zniesieniu pańszczyzny przechodziła w
ielokrotnie z rąk do rąk. Istniała tu szkoła parafialna, tartak parowy, dwór, folwark i młyny. Ślady po tych zabudowaniach są w wielu przypadkach widoczne do dziś. Dawny układ wsi przedstawia mapka po prawej stronie – jest to fragment austro-węgierskiej mapy z roku 1855.
Pierwsza wojna światowa przyniosła wsi znaczne zniszczenia. Spis ludności z roku 1921 wykazał, że Krywe posiadało 74 domy zamieszkane przez 443 Rusinów, którzy w tych stronach nosili miano Bojków, 9 Polaków oraz 20 Żydów. Począte
k lat 30. dwudziestego wieku przyniósł parcelację majątku Krywego. Większość ziemi została nabyta przez miejscowych chłopów, część stała się własnością firmy „Pilak” eksploatującej pobliskie lasy.
W 1934 roku na terenie wsi prowadzili swoje badania autorzy późniejszej pracy „Na pograniczu łemkowsko-bojkowskim”, którzy uznali, że Krywe należy do strefy przejściowej między Łemkami, a Bojkami. Wspomniana książka to fascynujący i niezwykle rzetelny obraz tego jak niegdyś wyglądało tutaj codzienne życie.
Druga wojna światowa oraz lata bezpośrednio po niej następujące podzieliły tereny wsi najpierw na strefę wpływów niemieckich i ZSRR, później na ziemie należące do Polski oraz po raz kolejny ZSRR. Część mieszkańców Krywego wysiedlono na Ukrainę w roku 1946, reszta została wywieziono na ziemie odzyskane w ramach „Akcji Wisła” w roku 1947. Zabudowania wsi spalono. Krywe opustoszało.
iew i cmentarz w KrywemPo roku 1947 we wsi pozostała opuszczona cerkiew. Z dachu zdarto pokrywającą go blachę, a wnętrze zostało zdewastowane. Budynek został również podpalony dla zatarcia śladów, jednak nie uległ całkowitemu unicestwieniu. Do dziś drzemie majestatycznie w kępie sędziwych drzew wieńczących wzgórze Diłok.
Pierwsze informacje o cerkwi w Krywem pochodzą z 1589 roku. Kolejna cerkiew wzmiankowana jest w roku 17
56, ostatnia – pod wezwaniem św. Paraskewii i której ruiny możemy oglądać po dziś dzień- została wzniesiona w 1842 roku. Obok cerkwi znajduje się do dziś dzwonnica skonstruowana najprawdopodobniej po roku 1852. Cerkiew w Krywem to najlepiej zachowane ruiny świątyni tego typu na terenie całych Bieszczadów. Jej ruiny skrywały skrzynię z archiwum służb bezpieczeństwa UPA – została ona odkryta w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Na zaniedbanym cmentarzu cerkiewnym znajdującym się na północ od niej, zachowało się do dzisiaj jedynie parę nagrobków, na których nadal można odczytać wykute inskrypcje oraz kilka mogił ziemnych.
Wspomniane wcześniej wzgórze Diłok, na którym znajdują się cerkiew, dzwonnica oraz pozostałości cmentarza sprawia nierealne wrażenie. Wzniesienie góruje wyraźnie nad otaczającą go pustką wsi. Możemy wyobrażać sobie jedynie jak niegdyś wierni gromadzili się tutaj na msze przybywając z bojkowskich chyży stojących wzdłuż widocznego w dole potoku Krywiec. Domyślać się możemy jak mieszkańcy Krywego spoglądali spod cerkwi w kierunku Sanu widząc jednocześnie zabudowę wsi jak i położony nieopodal dwór. Dziś dominuje tu przyroda. Gęste zarośla sprawiają wrażenie nieprzebytych. Przy odrobinie szczęście, które i my mieliśmy, nie spotka się tutaj ani jednej osoby.
Lata powojenne to przede wszystkich czasy PGR z Czarnej Dolnej oraz Ośrodka Pracy Więźniów istniejącego tutaj do roku 1978. Po jego zamknięciu PGR z Lutowisk przeprowadził tutaj rekultywację ziem. Wybudowany został także most na Sanie, który zawalił się jednak w roku 1999. Po PGR z Lutowisk doliną zawładną
ł Kombinat Rolno-Przemysłowy Igloopol. Po upadku Igloopolu ziemie Krywego znalazły się w rękach prywatnych.
Dalsze lata historii wsi związane są już nierozerwalnie z agroturystyką oraz 2 osobami zamieszkującymi Krywe (państwo Antonina i Stanisław Majsterkowie). To do nich i do prowadzonego przez nich gospodarstwa agroturystycznego przybywali wszyscy, których sercom bliskie są Bieszczady.
Krywe na nowo wypełniło się życiem. Dziś na terenie dawnej wsi stoi kilka budynków, pojawiała się tutaj miłośnicy agroturystyki. To urokliwe miejsce zdobywa coraz większą popularność, usłyszeć możemy coraz więcej o nim w wielu przewodnikach, czy materiałach historycznych i podróżniczych.
TośkaTośka, bo pod takim imieniem znana była turystom i miłośnikom Bieszczadów Pani Antonina, stała się dobrym duchem Krywego, wspominanym z rozrzewnieniem i rozpoznawanym przez tych, którzy chociaż raz odwiedzili tę nieistniejącą wieś. Do dziś osoby, które miały okazję ją spotkać z pasją opowiadają o jej rozlicznych przygodach w bieszczadzkiej głuszy. Wspominają ją jako osobę niezwykle życzliwą i ciepłą.
Tośka przyczyniła się do popularyzacji Krywego, sprawiła, że to miejsce przez wielu postrzegane jest jako jedno z najbardziej magicznych miejsc w Polsce. 13 sierpnia 2011 w ruinach cerkwi wzięła ona ślub z Panem Stanisławem. W wrześniu 2015 A. Majsterek ku przerażeniu osób, które ją znały zginęła w wypadku.
Krywe to bez wątpienia konieczny do zaliczenia punkt na liście każdego miłośnika Bieszczadów. Droga, choć dość długa, wynagradza wspaniałymi widokami i niesamowitą atmosferą miejsca zagubionego na końcu świata. Pusta, rozległa, pofalowana dolina, od której ukształtowania być może pochodzi nazwa wsi pozwala odetchnąć pełną piersią i na chwilę zapomnieć o sprawach dnia codziennego. Niezwykle ciekawe jest również poszukiwanie śladów niegdysiejszej obecności ludzi w Krywem – ruiny cerkwi, pozostałości dworu czy ukryte w gąszczu roślinności studnie i piwnice w dolinie potoku Krywiec, pozwalają przez chwilę poczuć się prawdziwym odkrywcą. Krywe to bez wątpienia miejsce wyjątkowe, do którego chce się wracać raz po raz…
Kolejną wycieczkę do Krywego planujemy już niebawem, jak tylko spadnie śnieg – więcej zdjęć już wkrótce!
Podobał Ci się ten post? Prosimy o odpowiedzi w komentarzach – posłużą nam jako wskazówki przy redakcji kolejnych wpisów:)
Bieszczady dla większości turystów to głównie górskie szlaki. Tarnica, Połonina Caryńska, czy Wetlińska – te miejsca zna wiele osób. Kto jednak słyszał nazwy takie jak Tworylne, Krywe, Hulskie i wiele innych? Są to nieistniejące, kipiące niegdyś życiem i różnorodnością kulturową, a wysiedlone po wojnie bojkowskie wsie. Według niektórych turystów to właśnie w dolinach skrywa się prawdziwa magia Bieszczadów.
Jedną z piękniejszych dawnych wsi jest wspomniane już Tworylne. To właśnie tam wybraliśmy się na wycieczkę pierwszego stycznia 2016. Ale po kolei…
Historia Tworylnego, podobnie jak sąsiadującego z nim Krywego, sięga przynajmniej 1456 roku, z którego to pochodzą pierwsze wzmianki o wsi. Na przestrzeni kilku setek lat swojego istnienia Tworylne urosło do wielkości ok. 120 gospodarstw zamieszkanych przez ok. 720 mieszkańców w latach międzywojennych. Podobnie jak w innych miejscach w Bieszczadach mieszkali tu ludzie różnych narodowości – Rusini, Polacy, Żydzi…
Wieś opustoszała po wojnie na fali wysiedleń w latach 1946-1947. Zabudowania wsi zostały spalone. Niemymi świadkami tamtych wydarzeń została przycerkiewna dzwonnica, pozostałości dworu i zabudowań dworskich, cmentarz, ruiny niemieckiej strażnicy z czasów wojny oraz drzemiące w ziemi ślady gospodarstw.
Dziś Tworylne to jedynie pusta dolina – widzimy to wyraźnie na zdjęciu lotniczym zamieszczonym po prawej stronie. Aż trudno uwierzyć, że tętniło tutaj kiedyś życie. Świadectwem niegdysiejszej obecności ludzi w tym pięknym miejscu są jedynie nieliczne już dziś ruiny, trudne do odnalezienia podmurówki wiejskich chat, studnie, czy zarastające piwnice oraz opuszczone miejsce po cerkwi.
Przed wybraniem się na wycieczkę do Tworylnego, jak i innych nieistniejących wsi, warto spojrzeć na przedwojenne mapy, aby dowiedzieć się jak wyglądała niegdysiejsza zabudowa i w jakich miejscach szukać ewentualnych pozostałości po chatach, czy innych budynkach. Wycinek takiej mapy widzimy po lewej stronie. Jest to mały fragment Taktycznej Mapy Polski Wojskowego Instytutu Geograficznego w skali 1:100 000 z lat 1924-1939. Pokazuje on charakterystyczne zakola Sanu wraz z Tworylnym oraz jego przysiółkiem o nazwie Obłazy.
Mapka pokazuje wyraźnie gdzie ustawione były domy oraz inne zabudowania. Widzimy zatem gdzie musimy kierować nasze kroki aby poszukiwać śladów dawnej wsi.
Nieocenionym źródłem dalszych informacji co do tego gdzie ewentualnie możemy liczyć na natrafienie na podmurówki, studnie czy piwnice są tzw. mapy LIDAR dostępne na stronie Geoportal. Instrukcję obsługi tego typu map można znaleźć na stronie Archeolot. Ich istotą jest to, że ukazują rzeźbę terenu z pominięciem lasów czy innych zarośli. Dzięki nim mamy możliwość spojrzeć co kryje się w miejscach niedostępnych dla ludzkiego oka.
Na zdjęciu po prawej stronie widzimy mapę LIDAR dla Tworylnego. Już pobieżne nawet spojrzenie na mapę pozwala dostrzec zarysy podmurówek i studni widocznych w różnych częściach dawnej wsi. Widzimy również tarasy pól, ich układ, dzielące je miedze.
Tak przygotowani i zaopatrzeni w mapy byliśmy gotowi do wyruszenia na wycieczkę.
W Tworylnym byliśmy po raz pierwszy późną jesienią. Teraz postanowiliśmy wybrać się tam w pierwszy dzień roku.
Ruszyliśmy ze Starego placu, gdzie zostawiliśmy samochód, kierując się wzdłuż Sanu przez Obłazy w kierunku niezamieszkanej dziś doliny. Ranek był wyjątkowo mroźny – temperatura odczuwalna spadła do około minus 20 stopni Celcjusza. Zimno spowodowało pokrycie dosłownie wszystkiego przez szadź dając przepiękny efekt widoczny na części zdjęć.
Dolina Sanu o tej porze roku prezentuje się niezwykle – rzeka skuta lodem, słychać jedynie niewyraźny jej ruch gdzieś pod stwardniałą powierzchnią. Wokół cisza, ani żywej duszy – prawdziwa lodowa kraina. Udało nam się odrobinę ogrzać dopiero w promieniach słońca w Obłazach po skręceniu w prawo zgodnie z biegiem rzeki. Widoczne tam jeszcze półtora miesiąca wcześniej wysokie trawy uległy przerzedzeniu, wyglądały na przygniecione, czy wygniecione przez zwierzęta, a m
oże ludzi. Każda najdrobniejsza nawet gałązka pokryta była szadzią tworzącą niezliczone, skrzące się w bladym świetle kształty.
Już w Obłazach natrafiliśmy na pierwsze pozostałości wiejskich chat. Wiedzieliśmy zresztą gdzie ich szukać dzięki przedwojennym mapom oraz dzięki temu, że już jesienią udało nam się odnaleźć część z nich. Teraz mniejsza ilość zarośli, które poprzednio sięgały nam do piersi, pozwoliła przyjrzeć się niewidocznym wcześniej podmurówkom i studniom.
Wyraźne pozostałości zabudowań w Obłazach jest niezwykle prosto znaleźć – należy szukać zdziczałych jabłonek rosnących wzdłuż drogi. Jesienią i zimą miejsce to jest dodatkowo podkreślone przez kobierzec dzikich jabłuszek pokrywających zwartą pokrywą ścieżkę. Nawiasem mówiąc, jabłka te podobno przyciągają tutaj niedźwiedzie – wędrówki tutaj na własną odpowiedzialność! My również nerwowo się rozglądaliśmy i wypatrywaliśmy wygłodniałych misiów!
Nieziemskich wprost tematów do zdjęć dostarczyła ukryta w głębokim cieniu dalsza część drogi, zaraz po minięciu przysiółka w Obłazach i skręceniu w lewo wzdłuż koryta Sanu. W cieniu temperatura była odczuwalnie niższa niż w pozostawionych za sobą promieniach słońca. Szczególnie interesująco prezentował się zamarznięty, niemal pionowo spływający z gór wąski potok. Mróz sprawił, że wyglądał on jak uwieczniony na fotografii o długim czasie naświetlania
, tworząc niewielkie zmarznięte kaskady przypominające formacje rodem z jaskini.
Po pokonaniu ostatniego wzniesienia, odsłonił się przed nami obszerny widok na Tworylne znany już z poprzednich wycieczek, a teraz skąpany w kobiercu szadzi i szronu.
Po krótkich oględzinach pozostałości zabudowań dworu i wspaniałej alei dworskiej, która zawsze skłania nas do refleksji nad przemijalnością ludzkiego życia, wiedzeni informacjami z przedwojennych map oraz map LIDAR skierowaliśmy nasze kroki tym razem w lewo, w kierunku ujścia przecinającego całą dolinę potoku Sasz do Sanu w poszukiwaniu dalszych śladów wsi.
Ta pora roku okazała się doskonała do tego typu eksploracji. Dzięki mapom praktycznie z dokładnością co do metra udało nam się zlokalizować kilka zabudowań, prawdopodobnie chat, spichlerzy i być może stajni porośniętej dzisiaj bujnie krzakami tarniny. Wokół znów wszędzie było pełno wykopanych podków, narzędzi, łusek – nasi nieznajomi poszukiwanie metalu dotarli i tutaj.
Dokuczliwe zimno skłoniło nas do szybkiego marszu w kierunku dawnego wiejskiego cmentarza. Ominęliśmy szerokim łukiem dzwonnice i cerkwisko z uwagi na słońce zbliżające się do schowania się za szczytami i pogrążenia doliny w głębokim cieniu – zimna na ten dzień i tak już mieliśmy dosyć. Natura na częściowo oświetlonej drodze na cmentarz wyrysowała niestworzone wzory – część polany skryta w cieniu nadal pokryta była szronem odcinając się wyraźną linią od miejsc oświetlonych przez słońce prezentujących swoje późnojesienne kolory.
Cmentarz wywarł na nas to samo wrażenie co poprzednio – skryty w gęstej kępie bezlistnych drzew wydaje się być najlepszą
przenośnią zapomnienia. Chylące się ku ziemi nagrobki pokrywał szron. Jak zwykle cmentarz pełen był nowych lampek – kto je tutaj zostawia?
W planach mieliśmy penetrację okolic górnej części potoku Sasz, przy którym również ustawione byłby niegdyś wiejskie budynki, jednak zimno na tym etapie brało nad nami zdecydowanie górę i dlatego postanowiliśmy tę część wyprawy zostawić na kolejną okazję.
Przemierzając dolinę skąpaną w ciepłych promieniach zachodzącego słońca, które usunęły ostatnie wspomnienia o szronie i szadzi ruszyliśmy z powrotem w kierunku Starego Placu.
Głównym celem styczniowej wycieczki do Tworylnego było odnalezienie pozostałości po zabudowaniach wiejskich. Jeszcze w maju poprzedniego roku znajomy powiedział nam, że bezśnieżna zima albo wczesna wiosna to najlepszy
okres na tego typu wyprawy jako, że latem wszelkie ślady giną w zaroślach. Szczęście dopisało nam o wiele bardziej niż się tego spodziewaliśmy – najwyraźniej kilka dni przed nami na podobny pomysł wpadła grupa ludzi wędrująca z wykrywaczem metali. Efekt był taki, że wszystkie miejsca, które zamierzaliśmy odwiedzić były mocno spenetrowane przez poszukiwaczy. Wszędzie pełno było niewielkich dołków, a wokół porozrzucane były przeróżne znaleziska.
Znaleźliśmy mnóstwo narzędzi, takich jak motyki, szpadle, kosy. Rozkopane miejsca, w których niegdyś stały budynki kryły olbrzymią ilość metalowych elementów konstrukcyjnych, które pewnie jako jedyne ostały się po spaleniu wsi. Natrafiliśmy także na drzwiczki do pieca, które prezentuje fotografia po lewej stronie oraz wiele łusek artyleryjskich z czasów I Wojny Światowej.
Niesamowitym wrażeniem było trzymać w rękach coś, co kiedyś służyło komuś na co dzień.
Wycieczka skłoniła nas do jeszcze bardziej dokładnego zbadania historii bieszczadzkich wsi. Poszukujemy aktualnie map katastralnych z 1852 roku, które w bardzo szczegółowy sposób opisują rozmieszczenie budynków w każdej z nieistniejących dziś miejscowości oraz kilku pozycji książkowych, których jak do tej pory nie mogliśmy zdobyć. Udało nam się również dotrzeć do map austro-węgierskich – skorzystamy z nim następnym razem w trakcie pobytu w Bieszczadach.
Zimowy wypad do Tworylnego dzięki niesamowitej aurze mrozu i szadzi był chyba najciekawszą wycieczką jaką odbyliśmy w Bieszczadach. Andrzej Potocki w swojej książce „Zaginiony świat bieszczadzkiego kresu” pisze:
Wydawało się, że ten Bieszczad był tak bardzo nic nieznaczącym w historii narodów, a jednak upomniano się o niego morzem przelanej krwi i łuną pożarów palonych wsi. I nie masz nikomu odmówić nad tysiącami mogił przodków (…) „wieczne odpoczywanie”.
Tu w Tworylnym, w pustej kotlinie o olśniewającym uroku, na zapomnianym przez świat cmentarzu poczucie to jest bardziej żywe niż gdziekolwiek indziej.
Kolejną wycieczkę do Tworylnego planujemy już niebawem, jak tylko spadnie śnieg – więcej zdjęć już wkrótce!
Podobał Ci się ten post? Prosimy o odpowiedzi w komentarzach – posłużą nam jako wskazówki przy redakcji kolejnych wpisów:) Będziemy się też posiłkować informacjami z Bieszczadzkiego Forum Internetowego.


