Bieszczady dzisiaj to zapomniany przez Boga i ludzi odległy zakątek Polski. Urzeka swoja niedostępnością, olbrzymimi pustymi przestrzeniami i dzikością niemalże pierwotnej przyrody. Zaludnienie tego obszaru należy do najniższych na świecie – szczególnie poza sezonem letnim możemy godzinami wędrować przez opuszczone doliny i nie spotkać żywego ducha. Nadal niewiele tu miejsc, w których można się zatrzymać. W bujnych zaroślach gdzieniegdzie majaczą zapomniane cmentarze, ruiny cerkwi i ślady niegdysiejszych wsi. Jaką historię mogłyby nam opowiedzieć?
Historia Bieszczadów sięga czasów prehistoryczny, o których wiadomo jednak niewiele. Od zawsze tereny te były niezwykle trudno dostępne, a co za tym idzie mogły służyć jako schronienie czy miejsce wznoszenia budowli obronnych. Echa tych dawnych dziejów możemy znaleźć chociażby w okolicach Bystrego i Michniowca, gdzie mówi się o grodzie wzniesionym niegdyś ma tym obszarze.
Innym niemym świadkiem dawnej aktywności ludzkiej w Bieszczadach jest krąg ziemny o nieznanym przeznaczeniu, który możemy odszukać w gąszczu drzew na szczycie wzgórza wznoszącego się nieopodal cerkwiska we wsi Studenne. O ile sama wieś posiada udokumentowaną historię wpisujące się w dzieje tutejszej ludności, o tyle wspomniany krąg jest z pewnością konstrukcją o wiele starszą niż później założona osada.
Ślady czasów najdawniejszych odnajdujemy również w nazewnictwie osad czy elementów ukształtowania terenowego. Po dziś dzień na mapach Bieszczadów z łatwością możemy znaleźć nazwy świadczące o dawnych dziejach tych ziem. Przykładem może być powtarzająca się nazwa miejscowości „Zawadka” – przypuszczalnie mogła być to nazwa osady położonej w wąskim wąwozie czy parowie, który z łatwością można było zatarasować („zawalić”, „zawadzić”) np. pniami ściętych drzew czy głazami w celu ochrony przed najazdem. Ochronne korzenie nazewnictwa miejscowości spotykamy w całych Bieszczadach. Łatwo to zrozumieć – przed wiekami ziemie te, tak jak i dzisiaj, leżały na styku kultur, wyznań czy grup etnicznych przez co stawały się pierwszym, naturalnym celem ataku.
O bytności ludzi w Bieszczadach w okresach późniejszych świadczą opowieści o szlakach handlowych biegnących z południa na północ przez bieszczadzkie przełęcze. Żywym świadkiem dawnej aktywności na tych ziemiach są znajdowane w różnych częściach Bieszczadów rzymskie monety.
Prawdziwy rozkwit Bieszczadów rozpoczął się jednak dopiero ok. XIV-XV wieku. Ziemie polskie rozczłonkowane w trakcie rozbicia dzielnicowego, we wczesnym średniowieczu zostały ostatecznie zjednoczone i wzmocnione przez Kazimierza Wielkiego. W ramach umacniania pozycji Polski w Europie Wschodniej włączył on także pod swoje panowanie w latach 1340-1350 tzw.
Ruś Halicką, której częścią były również Bieszczady. Ziemie te miały pozostać w granicach Królestwa Polskiego do czasów rozbiorów.
Przyłączenie Bieszczadów do Królestwa Polskiego nie oznaczało jednak, że ziemie te były zamieszkiwane przez jednolitą grupę Polaków. Wręcz przeciwnie, na przestrzeni stuleci Bieszczady stały się prawdziwym tyglem kulturowym, będącym w pewnym sensie papierkiem lakmusowym ówczesnej polskiej tolerancji i różnorodności narodowościowej.
Na przestrzeni stuleci ziemie te zostały zaludnione przez ludy pochodzenia rusińskiego i wołoskiego. Ich dokładne pochodzenie i szlak jaki przywiódł ich na tereny Bieszczadów niknie niestety w mroku dziejów. Dość, że do okresu II wojny światowej Rusini ci stanowili przeważającą grupę społeczną bieszczadzkiego kresu (ok. 80%). Na terenie Bieszczadów wyróżnia się wśród nich dwie grupy: Łemków oraz Bojków. Granice ich wpływów do dziś są przedmiotem spor
ów. Próbę ich rozstrzygnięcia przedstawia prezentowana po prawej stronie mapka. Były to ludy wyznania greckokatolickiego posługujące się swoimi własnymi dialektami z bardzo silnymi wpływami języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Zamieszkiwali oni wsie rozrzucone po całym terenie Bieszczadów. Zajmowali się głównie rolnictwem oraz wypasem bydła.
Drugą pod względem liczebności grupą społeczną byli Żydzi stanowiący ok. 10% bieszczadzkiej ludności. Największe niegdyś gminy żydowskie to Lesko, Ustrzyki Dolne, Baligród, Lutowiska i Wola Michowa. Żydzi trudnili się głównie handlem bydłem hodowanym przez Bojków, które sprzedawali i kupowali głównie na częstych targach w Lutowiskach.
Polacy na tych ziemiach stanowili jedynie ok. 8% ogółu ludności. Byli to przede wszystkim przedstawiciele możnych rodów będących właścicielami tych terenów, bądź zubożonej szlachty zagrodowej. Pozostała część mieszkańców Bieszczadów to nieliczny Niemcy oraz Cyganie.
Taki stan rzeczy trwał przez wieki. Bieszczadzkie wsie zamieszkiwane byłby przez mieszane społeczności, które współżyły ze sobą przez stulecia bez najmniejszych problemów. Nikogo nie dziwiły rodziny, w których rodzice pochodzili z różnych grup narodowościowych czy wyznaniowych. W niedzielę mieszkańcy wspólnie wyruszali ze swoich chat i razem szli do swych świątyń na mszę rozstając się dopiero przed wejściem do cerkwi czy kościoła katolickiego. Zmianę przyniosły dopiero XIX i szczególnie XX wiek ze swymi zwariowanymi nacjonalizmami i nienawiścią narodowościową…
I wojna światowa to ta z wielkich wojen XX wieku, która spowodowała największe szkody materialne na terenie całych Bieszczadów. Na całym łuku Karpat ścierały się wojska austro-węgierskie oraz Carskiej Rosji, która przez przełęcze bieszczadzkie chciała zdobyć dostęp do równin węgierskich, którymi planowała prowadzić natarcie w kierunku Wiednia. Plany te jednak nigdy się nie ziściły, a starcia zamieniły się w wyczerpującą wojnę pozycyjną. Pozostały po niej widoczne do dziś dziesiątki kilometrów okopów, w których jak się przypuszcza tylko na terenie Bieszczadów zginęło ok. 100 000 żołnierzy obu stron. Po dziś dzień w bujnych krzewach i zaroślach natknąć się można z łatwością na leżące tutaj już od 100 lat łuski artyleryjskie, saperki itp. Bardziej dociekliwy poszukiwacz odnajdzie bagnety, elementy karabinów, klamry od pasków czy nawet odznaki poległych. Przeciwnikiem była nie tylko wroga armia ale i siarczyste bieszczadzkie mrozy. Tysiące żołnierzy zamarzło na śmierć. Pochowani są do dziś w zbiorowych mogiłach w wielu miejscach Bieszczadów.
To właśnie mróz i głód wśród wojujących był bezpośrednią przyczyną nędzy rodowitych mieszkańców Bieszczadów. Wojska rekwirowały wszystko – jedzenie, inwentarz żywy, z chat zdejmowano nawet strzechy i siekano je na pokarm dla koni. Miejscową ludność dziesiątkowały przywleczone przez żołnierzy egzotyczne choroby.
W tle ogólnoświatowego konfliktu pojawiały się pierwsze oznaki sporów nacjonalistycznych, które w kilkadziesiąt lat później miały doprowadzić do niemal całkowitego wyludnienia Bieszczadów. Zaogniał się mianowicie istniejący jeszcze od czasów przedrozbiorowych zatarg na linii Polska – rodząca się samoświadomość ukraińska. Konflikt miał swoje korzenie w najdawniejszych czasach, gdy do Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcielono niemal niezamieszkałe wówczas ziemie, które po stuleciach miały przeobrazić się w dzisiejszą Ukrainę. W okresie rozbiorów jedną ze strategii walki pomiędzy państwami rozbiorowymi było podsycanie sporów wewnętrznych w łonie innych państw. Tym sposobem konflikt Polaków z Ukraińcami stał się orężem walki Prus z Carską Rosją. Rozpoczął się tzw. „spór o duszę Rusina”. Rosnący w siłę ukraińscy nacjonaliści rościli sobie prawa do wszystkich ziem zamieszkanych przez społeczny element rusiński. W naturalny sposób uważali zatem również Łemków i Bojków za Ukraińców i takie przekonania starali się szerzyć pośród ludności Bieszczadów.
Najważniejszym epizodem nabrzmiewającego sporu narodowościowego było proklamowanie w 1919 roku Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej oraz tzw. Republiki Komanieckiej głoszących hasła nacjonalizmu ukraińskiego. Kolejne ważne wydarzenie o podobnej wymowie to tzw. Powstanie Leskie. Oba zdarzenia, choć zakończone po myśli władz odradzającej się po rozbiorach Polski, były jawnym wyrazem zaogniania się problemu. Miał on dać o sobie znać ponownie już w przeciągu bardzo krótkiego czasu…
Okres II wojny światowej stał się preludium do wydarzeń, które na zawsze miały zmienić Bieszczady i zburzyć ich wielowiekową różnorodność kulturową. W jej trakcie Bieszczady nie poniosły tak znaczących strat materialnych, natomiast w jej wyniku historia Bieszczadów została gwałtownie przerwana. W jej trakcie możemy przy tym wyróżnić dwa wyraźne okresy mające odmienny wpływ na historię Bieszczadów.
Pierwszy okres to czas od wybuchu wojny do rozpoczęcia nazistowskiej agresji na ZSRR w dniu 22 czerwca 1941 roku. Niemcy po ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku podzielili ziemie naszego kraju pomiędzy siebie i ZSRR na mocy Paktu Ribbent
rop-Mołotow. Traf chciał, że ustalona w ten sposób nowa granica biegła korytem Sanu. W ten właśnie sposób po raz pierwszy brutalnie rozbita została jedność historyczna i kulturowa Bieszczadów. Reliktem tych czasów są np. ruiny strażnicy niemieckiej, które do dziś możemy oglądać w Tworylnym (zdjęcie po lewej stronie). Dziś błądząc po pustkowiu pozostałym po niegdysiejszej wsi trudno uwierzyć, że historia w ogóle zawróciła sobie głowę tą odległą osadą, ale tak właśnie było. W chorym umyśle jakiegoś niemieckiego planisty z czasów wojny pojawiło się coś, co właśnie tutaj kazało ustawić budynek strzegący ciągłości granicy z ZSRR.
Po stronie niemieckiej od razu rozpoczął się proces rozmontowywania ustalanej przez wieki równowagi. Zagładzie ulegli Żydzi i Cyganie, prześladowani i wysiedlani na przymusowe roboty byli Polacy. Obóz zagłady w Zasławiu działał pełną parą.
Podobnie jak w poprzednich wiekach rozbiorcy, tak w czasie II wojny światowej Niemcy chcieli się posłużyć nacjonalistami ukraińskimi w celu osiągania swoich celów. Weszli oni w szeroką współpracę z utworzoną w międzyczasie tzw. UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Obiecywali Ukraińcom utworzenie po wojnie państwa ukraińskiego pod protektoratem niemieckim. W zamian oczekiwali pomocy w zgładzaniu Żydów, Polaków i działań dywersyjnych na tyłach ZSRR. Członkowie UPA omamieni przez swoich nazistowskich sojuszników z ochotą przystąpili do wyznaczonych zadań.
Drugim ze wspomnianych okresów mających kluczowe znaczenie dla dalszych losów bieszczadzkiej ludności to ten od ataku Niemiec na ZSRR do zakończenia wojny. Dobrym przykładem tego co działo się w tamtych latach są losy miejscowości Lutowiska posiadającej kilkusetletnią historię, w której dominowali głównie Żydzi. Niemcy po zajęciu Lutowisk rozstrzelali Żydów, których na miejsce kaźni jako wspólnego wroga zwozili Ukraińcy. Z zagłady udało się uciec tylko jednemu 17-letniemu chłopcu, który ukrył się na pobliskim kirkucie. Został on jednak wkrótce wytropiony i również rozstrzelany. Dla Niemców i ich ukraińskich przyjaciół każdy był wrogiem. Zabudowania miasteczka zostały doszczętnie spalone. Zniszczono wszystkie drewniane, przylegające do rynków żydowskie domy. Spalono obie synagogi. Ruiny jednej z nich majaczą w krzakach za sklepem w centrum Lutowisk do dziś. Sprzedawczyni zapytana w 2016 roku, którędy się do nich idzie nie miała pojęcia o nich istnieniu – tak właśnie zabija się pamięć o ludziach…
Z biegiem wojny sytuacja uległa zmianie. Front pchany na wschód przez początkowo niepokonany Wehrmacht skierował się wgłąb przepastnych pustkowi ZSRR. Po załamaniu potęgi Niemiec, bitwach pod Stalingradem i Kurskiem władze ZSRR zaczęły być coraz pewniejsze swojej wygranej w wojnie i rozpoczęły planowanie przyszłego, nowego ładu, jaki miał zapanować w Europie na dziesięciolecia.
Po wyparciu z ziem polskich Niemców wrogiem numer jeden na południowo-wschodnich rubieżach Polski, w tym w Bieszczadach
, stało się UPA. Głównym problemem tych ziem była odtąd kwestia ukraińska. W tamtych czasach lubiące generalne i zakrojone na dużą skalę rozwiązania problemów etnicznych czy narodowościowych władze ZSRR ani myślały akceptować obecności wojującej UPA na terenach, którymi teraz same miały zarządzać. Polska według planistów z ZSRR miała być odtąd krajem czystym etnicznie, pozbawionym zatargów narodowościowych. Nikomu nawet nie przychodziła do głowy możliwość tworzenia niepodległej Ukrainy, czy oddawania ich jakichkolwiek ziem z terenów PRL.
Główną linią obrony przed UPA, oprócz otwartych walk z Ludowym Wojskiem Polskim, było zatem pozbawienie ukraińskich band zaplecza aprowizacyjnego oraz szerzej to ujmując – biologicznego. Rozpoczęto zatem dobrowolne przesiedlenia ludności z terenów polskich wgłąb ZSRR. Przeprowadzane były one w latach 1944-46 ale spotkały się z bardzo chłodnym przyjęciem przez bieszczadzkich Bojków i Łemków. Były to ludy niezwykle przywiązane do tradycji i ani im było w myśl opuszczać ich ojcowiznę.
Wobec niepowodzeń w przeprowadzeniu pierwszej fazy przesiedleń oraz przeciągających się walk z trudną do pokonania UPA, został stworzony swoisty plan ostatecznego rozwiązania problemu z Ukraińcami w granicach PRL. Potrzebny był jedynie pretekst. Nadszedł on wiosną 1947 roku w postaci zabójstwa Gen. Świerczewskiego w okolicach Baligrodu w zasadzce urządzonej przez UPA. Władze PRL dostały zielone światło na przeprowadzenie wcześniej przygotowywanej tzw. „Akcji Wisła”.
Akcję rozpoczęto niemal od razu po zabójstwie Gen. Świerczewskiego. Koncepcja była bardzo prosta – żołnierze gnali, bądź transportowali ciężarówkami mieszkańców bieszczadzkich wsi do tzw. punktów zbornych, w których ładowani oni byli do pociągów jadących na tzw. „ziemie odzyskane” – głównie okolice Olsztynka, Koszalina i Legnicy. Kolejne oddziały Ludowego Wojska Polskiego maszerowały przez opuszczone wsie i podpalały wszystkie wiejskie zabudowania. W wyniku tej operacji Bieszczady wyludniły się niemal doszczętnie. W większości wsi od dnia tamtych wydarzeń do dzisiaj nikt nie mieszka.
Obrazu zniszczenia dopełniła tzw. „Akcja H-T” z 1951 roku, w ramach której pozostający tutaj nadal mieszkańcy Bieszczadów zostali przeniesieni na ziemie w okolicach Sokala, a mieszkańcy tamtych ziem zostali siłą osiedleni na wcielonych na nowo do Polski ziemiach na wschód od Sanu.
„Akcja Wisła” pozostawiła w Bieszczadach opustoszałe doliny, zgliszcza domostw, ruiny cerkwi… Ciszę nocy przerywało podobno zawodzenie psów pozbawionych swych właścicieli. Inwentarz żywy szybko wyginął pozbawiony opieki. Przetrwały podobno jedynie koty krzyżując się ze żbikami. W przygranicznym pasie 20km, do którego wjazd był przez kilka lat zabroniony dziczały uprawy, drzewa owocowe, zanikały powoli przydomowe ogródki, wody powierzchniowe co roku zacierały coraz bardziej ślady po dawnych tarasach pól uprawnych.
Sytuacja uległa zmianie dopiero w połowie lat 50. XX wieku. Po zniesieniu zakazu wstępu w Bieszczady ruszyli harcerze, leśnicy, kartografowie na nowo badający i próbujący wyrwać ten obszar zdziczałej przyrodzie. Bieszczady obrosły pewnego rodzaju legendą. Były uważane za najtrudniej dostępne i najdziksze regiony w Polsce. Ściągały śmiałków i twardzieli żądnych przygód w tych dzikich ostępach. Pojawili się polscy kowboje wypasający bydło na terenach niegdyś tętniących życiem wsi oraz „bieszczadzkie zakapiory” – specyficzny typ odmieńców, samotników, pustelników nieradzących sobie z życiem, którzy w bieszczadzkiej głuszy odnaleźli swoje miejsce i nieraz artystyczne powołanie. Zaczęły powstawać bacówki, schroniska turystyczne i galerie pełne „biesów” i „czadów” rzeźbionych w drewnie. Na terenach nieistniejących wsi gospodarowały PGRy (np. w Krywem czy Sokołowej Woli). Inny los spotkał dawną wieś Tworylne – stała się ona centrum życia polskich kowbojów, nakręcono tu nawet film o wypasie bydła.
Dziś Bieszczady to nadal najmniej zaludnione góry w kraju. 5 osób na kilometr kwadratowy upodabnia je gęstością zaludnienia do Europy w czasach neolitu, bądź do regionów Rosji za Uralem. To wymarzone miejsce dla miłośników agroturystyki kochających ciszę i spokój. Coraz gęściej powstają tu pensjonaty, kwatery, domki letniskowe.
Bieszczady powstają jak feniks z popiołów. Po latach zapomnienia wracają znów do głównego nurtu życia. Niektórzy z przyjeżdżających tutaj turystów nie zdają sobie nawet sprawy z historii tych ziem. Odwiedzają jedynie krzykliwą Solinę upodabniającą się do tandetnego uzdrowiska albo Wetlinę czy Cisną z zamiarem zdobycia któregoś z pobliskich szczytów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że prawdziwe piękno tych gór tkwi w dolinach. To właśnie tutaj odnajdziemy najwięcej śladów ludzi zamieszkujących niegdyś te tereny. Tutaj trafimy na ukryty w gąszczu zdewastowany cmentarz z jego chylącymi się ku ziemi nagrobkami ozdobionymi niezrozumiałymi dla Polaka napisami; zawędrujemy na cerkwisko nadal noszące ślady ognia; to tutaj wreszcie dociekliwy poszukiwacz odnajdzie pośród pustkowia kupę gruzu porośniętą tarniną, która okaże się zawalonym piecem dawnej bojkowskiej chyży. W pobliżu znaleźć będzie można podkowy, narzędzia, elementy konstrukcji domu.
Jeden rzut oka na te miejsca pokaże nam, że pamięć o nich o mały włos by zaginęła. Jakimś cudem jednak przetrwała i dziś jest częścią naszego dziedzictwa historycznego i kulturowego. Teraz już tylko od nas zależy co będzie dalej…
Każdy kto kiedykolwiek był chociaż raz w Bieszczadach z pewnością zwrócił uwagę na kilka rzeczy: niezwykłe piękno dzikiej i oszałamiająco bujnej przyrody, pustka, niesamowita cisza, surowe piękno gór oraz cerkwie – te elementy są nieodzowną częścią tej magicznej krainy. Cerkwie w Bieszczadach spotykane są w różnym stanie. Znajdziemy tutaj przykłady okazałych, zadbanych, nadal działających świątyń, odnowione budynki na nowo udostępnione wiernym, ale też górujące nad pustkowiami ruiny oraz, niezwykle często, jedynie obrysy podmurówek majaczące gdzieniegdzie w wysokiej trawie. To wszystko sprawia, że zastanawiamy się jakie historie mogłyby nam opowiedzieć cerkwie w Bieszczadach?
Współczesne pokolenia rodzące się w niezwykle jednolitym etnicznie czy wyznaniowo kraju jakim jest dzisiejsza Polska mogą nieraz odnieść wrażenie, że tak stan trwał od zawsze. Nic jednak bardziej mylnego. Burzliwe dzieje Polski wraz z jej rozbiorami oraz okrucieństwami II wojny światowej byłby tłem kształtowania się zdumiewająco
urozmaiconego społeczeństwa, które przez setki lat zamieszkiwało rdzennie polskie ziemie.
Okres formowania państwa polskiego we wczesnym średniowieczu przerwało rozbicie dzielnicowe. Po nim kulminacyjnym momentem odrodzenia naszego państwa było panowanie Kazimierza Wielkiego. Jednym z wyrazów jego potęgi było wcielenie do Polski ziem Rusi Halickiej, w ramach której pozostawały również i Bieszczady. Dalszy rozwój terytorialny Polski doprowadził do unii z Litwą. To właśnie po niej terytorium naszego kraju powiększyło się o ziemie, które później zostały nazwane Kresami Wschodnimi i w efekcie stały się zaczynkiem terytorialnym państw takich jak Litwa, Białoruś i Ukraina.
Ziemie te o
d początku swojej historii zamieszkiwane były przez ludność wiążącą swe pochodzenie z Rusią, a wyznaniowo ciążącą bardziej w kierunku kościoła greckokatolickiego oraz prawosławia niż katolicyzmu. To właśnie te różnice etniczne, narodowościowe czy wyznaniowe przez całe stulecia stanowiły zarzewie licznych zatargów i nieraz stały w tle różnych konfliktów zbrojnych. Echami tej niegdysiejszej różnorodności narodowościowej Polski są właśnie dzisiaj między innymi cerkwie w Bieszczadach.
Sytuacja została doprowadzona do stanu, który znamy dzisiaj, dopiero po II wojnie światowej. O ile II RP w okresie międzywojennym rościła sobie prawa do terenów za Bugiem i narzucała im pewną podległość, o tyle władze Związku Radzieckiego po miażdżącym zwycięstwie nad nazizmem w trakcie II wojnie światowej nie miały
ochoty na rozwiązania będące półśrodkami i zdecydowały się na rozwiązania mające na zawsze uspokoić sytuację na południowo-wschodnich granicach polski. Granice naszego kraju zostały przesunięte daleko na zachód wchłaniając tzw. „ziemie odzyskane”, których polskość była silnie kwestionowana. Na wschodzie zaś granicą stał się Bug. Kresy Wschodnie zostały na zawsze utracone i siłą wcielone do pozostających po ścisłą kontrolą ZSRR ziem mających w przyszłości zamienić się w Litwę, Białoruś i Ukrainę.
Zmiany dotyczyły jednak nie tylko granic. Władze ZSRR zadbały również o zbudowanie jednolitego wewnętrznie narodu polskiego. Dominujący niegdyś gospodarczo w historii Polscy Żydzi, zostali unicestwieni przez wichry wojny, a w
ięc nie zaprzątali już uwagi naszego „Wielkiego Brata”. Niemcy z „ziem odzyskanych” zostali wysiedleni wgłąb swojej ojczyzny. Ich miejsce zajęła ludność polska zza Buga. Ludność łącząca swe pochodzenie z Rusią została zaś wysiedlona, bądź również na „ziemie odzyskane”, bądź wgłąb ZSRR. Taki los spotkał setki tysięcy ludzi zamieszkujących ziemie leżące na dzisiejszej ścianie południowo-wschodniej. Podobnie historia obyła się z zamieszkującymi od stuleci ziemie Bieszczadów Bojkami oraz Łemkami.
Dziś ziemie ciągnące się szerokim pasem od Beskidu Niskiego przez Bieszczady, Roztocze do okolic Tomaszowa Lubelskiego naznaczone są setkami pozostałych cerkwi oraz historiami o wysiedlonych, spalonych wsiach, po których wszelki ślad właściwie już zaginął.
Cerkwie w Bieszczadach wykazują pewne różnice w zależności od tego czy mówimy o cerkwiach łemkowskich, czy bojkowskich
. Łemkowie i Bojkowie to dwa odrębne ludy zamieszkujące tereny Bieszczadów do czasu wysiedleń w okresie powojennym. Granica ich wpływów była wielokrotnie badana i kwestionowana, jednak najogólniej rzecz ujmując utarło się przyjmować za nią pasmo Wielkiego Działu. Na zachód od niego mieli zamieszkiwać Łemkowie, na wschód zaś Bojkowie. To podejście ukazuje prezentowana po lewej stronie mapka.
Jeśli przyjmiemy opisywaną wyżej tezę za prawdziwą, wówczas okazuje się, że większość cerkwi w Bieszczadach znanych z głównego turystycznego nurtu (okolice Soliny, Cisnej, podnóży Połoniny Wetlińskiej, Caryńskiej oraz Tarnicy) należeć będzie do stylu bojkowskiego.
Bojkowie byli ludem niezwykle zabobonnym, wierzącym w całą litanię zjaw, sił nadprzyrodzonych i zjawisk m
agicznych. W ich życiach niezwykle ważną rolę zajmowała tradycja, zwyczaje, ale również cerkiew, którą otaczano wielką czcią.
Sam budynek cerkwi umiejscowiony był zwykle na wzniesieniu górującym nad otaczającymi go bojkowskimi chyżami. Miało to w oczywisty sposób obrazować prymat Boga nad życiem ludzkim. Takie charakterystyczne położenie cerkwi widzimy np. w Smolniku nad Sanem czy w Krywem.
Przedstawia to dokładnie mapka po prawej stronie – jest to fragment mapy katastralnej Krywego z 1852 roku przechowywanej w Archiwum Państwowym w Rzeszowie. Widzimy na niej wyraźnie cerkiew położoną na wzniesieniu w oddali od zabudowań wsi umiejscowionych w pobliżu przepływającego dnem doliny potoku Krywiec. Każdy kto był w Krywem wie jak strome są zbocza wzgórza, na którym odnajdziemy ruiny cerkwi i jak trudno jest pod nie podejść szczególnie od strony potoku. Murowaną cerkiew w Krywem widzimy również na zdjęciu poniżej po lewej stronie.
O ile świątynia w Krywem była murowana (podobnie jak tak z Hulskiego, czy Łopienki) to większość cerkwi w Bieszczadach wzniesionych w stylu bojkowskim była budowana z drewna. Konstruowano je zwyczajowo na osi wschód-zachód z prezbiterium od prawej strony – od tej strony nadejść miał Jezus Chrystus w trakcie tzw. ponownego przyjścia.
Cechą najbardziej charakterystyczną cerkwi bojkowskich jest ich wznoszenie na planie trzech kwadratów – jest to tzw. cerkiew trójdzielna. Każda z trzech części pokryta była przy tym dachem brogowym (tak jak cerkiew w Smolniku nad Sanem), bądź osobną kopułą (tak jak w Równi). Dzwonnica stała przy tym tradycyjnie osobno. Cerkwie łemkowskie posiadały dodatkowo wysoką wieżę od strony zachodniej.
Cerkwie w Bieszczadach po wysiedleniu tych ziem spotkał bardzo różny los. Duża część z nich została spalona w trakcie przeprowadzania akcji wysiedleńczej. W miejscach dawnych świątyń do dziś odnajdziemy drzemiące w trawie zarysy dawnych budowli. W niektórych wsiach, jak np. w Sokołowej Woli po cerkwi nie pozostał żaden ślad, nawet pod
murówka. W Tworylnym zachowała się jedynie dzwonnica oraz krypta grobowa. We wspomnianym już Krywem cerkiew przetrwała wysiedlenia, ale została w późniejszym czasie ograbiona i podpalona dla zatarcia śladów. Jej dzisiejszy wygląd prezentuje zdjęcie z jej wnętrza po prawej stronie. Cerkiew w najbliższych latach ma być odnawiana.
Jeszcze bardziej zniszczona została również murowana cerkiew w Hulskiem (zdjęcie u dołu po lewej stronie). Ta niegdyś tętniąca życiem wieś jest dziś tak zarośnięta, że przebycie jej dawnych terenów jest możliwe poza okresem letnim, kiedy to wszechobecne krzewy uniemożliwiają jakiekolwiek wycieczki. Zarastają powoli również znajdujące się w Hulskiem ruiny młyna położonego przy ujściu potoku Hulskiego do Sanu. Zarastają również ruiny cerkwi.
Kilka cerk
wi zostało rozebranych w wiele lat po wojnie i wysiedleniach. Taki los spotkał cerkiew w Krywce – istnieje jedynie jedno jej zdjęcie zrobione tuż przed rozbiórką. Podobnie powojenne władze Polski obyły się z cerkwią w Lutowiskach, z której materiałów został skonstruowany kościół w Dwerniku. Rozebrano również cerkwie w Paniszczowie, Sokołowej Woli i wielu innych miejscach.
Niektóre ze świątynie przetrwały, zaniedbane, wykorzystywane jako magazyny i zostały odrestaurowane w czasach bardziej im przychylnych. Tak właśnie wyglądała historia cerkwi w Smolniku nad Sanem, Bystrem, Michniowcu i innych.
Cerkiew z Rosolina została przeniesiona do Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku i dzięki temu możemy podziwiać ją do dziś praktycznie w nienaruszonym stanie. Szczególny los spotkał sanktuarium w Łopience, które dzięki niezłomnym staraniom ludzi dobrej woli zostało zrekonstruowane. Świątyni został przywrócony jej dawny blask i charakter – jest ona dzisiaj jednym z częściej odwiedzanych miejsc w Bieszczadach.
Dziś, w 70 lat po zakończeniu wojny i wysiedleń, po zmianie rządów nieprzychylnych innym wyznaniom niż katolickie wydaje się, że cerkwie w Bieszczadach najgorsze mają już za sobą. Możemy spokojnie podziwiać te, które ocalały i nie drżeć o ich dalszy los. Możemy również przystanąć w trakcie naszej wędrówki przez Bieszczady przy pustym cerkwisku, zapalić lampkę w miejscu dawnego ołtarza i w skrytości ducha pomodlić się o to, żeby niegdysiejsze okrucieństwa i bezsens historii już się nie powtórzył…
Bojkowie to dawny, rdzenny lud Bieszczadów zamieszkujący te ziemie od mniej więcej XV wieku. Ich niezwykle bogatą i barwną historię zakończył bój o duszę i świadomość narodową Rusinów, zamieszkujących dawne ziemie Polski, który przetoczył się przez te tereny w okresie bezpośrednio po drugiej wojnie światowej i na zawsze zmienił oblicze Bieszczadów oraz ogólniej mówiąc Polski południowo-wschodniej. Więcej o historii Bojków napisaliśmy w niedawno opublikowanym artykule. Tymczasem spójrzmy jak mieszkali i żyli na co dzień dawni mieszkańcy Bieszczadów.
Bojkowskie chyże, podobnie jak i ich łemkowskie odpowiedniki, to tradycyjne, drewniane zagrody jednobudynkowe spotykane niegdyś na terenie całych Bieszczadów. Ich cechą charakterystyczną był fakt, że pod jednym, stromym, dwus
padowym dachem krytym strzechą, znajdowały się zarówno pomieszczenia mieszkalne jak i gospodarcze. Najlepszym przykładem zabudowania tego typu, które bezwzględnie należy zobaczyć, jest znajdująca się w Skansenie w Sanoku chyża pochodząca ze Skorodnego.
Bojkowskie chyże do końca obecności Bojków w Bieszczadach były chatami kurnymi. Oznacza to, że izba mieszkalna, której centralnym punktem był piec nie była wyposażona w komin. Wprawdzie w pewnym momencie ówczesne bieszczadzkie władze zarządziły budowę kominów na dachach chyż, jednak nikomu nie przyszło do głowy połączyć je z piecem. Wynikało to z faktu istnienia powszechnego przesądu, że w kominie mieszka diabeł. Po zmianie władz zresztą kominy szybko usunięto. Pomieszczenie mieszkalne wypełniał zatem dym. Podobno to właśnie z tych dawnych czasów pochodzi zwyczaj proszenia by goście usiedli zaraz po wejściu do chaty – chodziło o to, aby nie ulegli zaczadzeniu.
Większość bojkowskich wsi wyglądało bardzo podobnie. Wzdłuż biegnącego przez osadę potoku, blisko jego koryta ustawiano chyże. Nieopodal chaty umiejscawiano studnię oraz spichlerze, czy piwnice. Za chatą, zwykle na pochyłym zboczu wąskiej bieszczadzkiej doliny, wymuszającej tarasowanie, ciągnął się długi, ale wąski pas ziemi należącej do danego właściciela. Był on zazwyczaj podzielony na pole orne, łąkę kośną, pastwisko oraz las.
Wszystkie chyże konstruowano w zbliżony sposób. Podmurówka z kamieni rzecznych wyznaczała obrys budynku oraz jego wewnętrzny p
odział na poszczególne pomieszczenia. Powierzchnia takiej zagrody wynosiła pomiędzy 68, a 220 metrów kwadratowych. Do przełomu XIX i XX wieku do konstrukcji bojkowskich chat nie używano pił. W celu obróbki drewna na bale służące do wznoszenia ścian posługiwano się jedynie klinami.
Za podłogę służyło klepisko z plew zmieszanych z gliną. Ściany wznoszono z drewnianych bali, dach kryto zaś strzechą. Cechą charakterystyczną bojkowskich chyży były bardzo strome dachy, których stosunek wysokości do wysokości ścian budynku wynosił nieraz nawet 3:1. Wymuszone to było oczywiście przez trudne warunki klimatyczne i obfite opady śniegu w zimie.
Fronty chat malowano często na ciemnobrunatny kolor. Na zewnątrz chaty pojawiały się kreślone przy użyciu wapna wzory roślinne i geometryczne. Szpary pomiędzy balami ścian wypełniano gliną zmieszaną z mchem i bielono.
Wnętrze chaty bojkowskiej składało się zaledwie z kilku pomieszczeń. Izba, alkierz i sień były pomieszczeniami,
gdzie na co dzień przebywali mieszkańcy. O izbie tak pisze A. Kuczera w swojej wydanej w 1931 roku pracy „Wśród Bojków”:
Już u samego progu uderzyła nas niesamowita, cuchnąca woń nawozu zwierzęcego, gnijącego grzyba i zadomowionego potu ludzkiego i końskiego. (…) Po izbie krzątała się kwoka z kilkunastoma kurczętami… (…) Nie mogliśmy wyjść z podziwu, zastanawiając się nad dziwnym współżyciem sześciorga ludzi i trojga bydląt w małej cuchnącej izbie przez kilka miesięcy zimowych i okres niepogody.
Część gospodarcza obejmowała boisko, gdzie młócono zboże, stajnię, wozownię oraz szopę. Z tyłu chaty dodatkowo biegła tzw. zachata prytuła – osłona z desek chroniąca dodatkowo ściany przed zamakaniem oraz wiatrem. Wykorzystywano ją jako składzik na drewno oraz narzędzia.
Wyposażenie izby było niezwykle skromne i właściwie puste jeśli nie liczyć kilku podstawowych sprzętów spotykanych we wszystkich chyżach. Niski piec umiejscowiony często po lewej stronie od wejścia służył do gotowania jedzenia, wypiekania chleba ora
z do spania na nim. Było to uprzywilejowane miejsce dla najstarszych członków rodziny. Wokół izby biegła niska i wąska ława służąca do siedzenia. Spały na niej większe dzieci przykryte skórami. Gazda wraz z małżonką spali w łóżku, nieopodal którego pod sufitem zawieszona była kołyska dla najmłodszych domowników. Reszta wyposażenia izby do stół i skrzynia, bądź skrzynia pełniąca również funkcję stołu, drewniane stołki, proste drewniane naczynia. Nieodzownym elementem bojkowskiej chaty byłby również umieszczone pod sufitem święte obrazy. Żywy opis izby znajdujemy w „Świecie Bojków” Andrzeja Karczmarzewskiego, gdzie czytamy:
Dwie albo trzy duże pościele, stół w kształcie skrzyni, do którego chowają chleb, słoninę, pierogi, krupy. (…) Wzdłuż popod dwie ściany stoją ławici, których z domu nie wynosi się, jedna krótka ława stoi pod piecem i stiłeć koło stołu. Nad ławiciami wisi dużo obrazów. Piec jest płaski, szeroki, w zimie śpią na nim, a zmieścić się może 4-5 osób.
Kawałek dalej znajdujemy fragment na temat warunków higienicznych panujących w izbie:
Brud i śmieci na zamły, bo podłogi z desek nie ma, zaduch, bo okna nie otwierają się, a ściany okopcone, ochlapane i poobijane.
W przylegającej do izby sieni ustawiano beczkę z kiszoną kapustą, która była jedną z podstaw żywienia Bojków. Przechowywano tutaj również przeróżne narzędzia gospodarcze. Komora z kolei pełniła funkcję spiżarni, w której znajdowały się zapasy suszonych owoców, warzywa oraz wędzone mięso.
Nowsze chaty, bądź chyże bardziej zamożniejszych rodzin posiadały, jak wspomniano to wyżej, również alkierz, w którym przebywali głównie gospodarze. Alkierz ogrzewany był przy tym przez piec z izby, ale nie dostawał się do niego dym.

Dziś po setkach, jeśli nie tysiącach bojkowskich chyż pozostały jedynie nikłe ślady. O wiele łatwiej jest właściwie dostrzec w krajobrazie zdziczałe drzewa owocowe, czy tarasy dawnych pól, niż ledwie majaczące w trawie podmurówki chat. Wędrując przez bieszczadzkie pustkowia musimy posługiwać się niejednokrotnie przedwojennymi mapami, aby móc w ogóle odnaleźć miejsca gdzie dawniej stały zabudowania wsi. Dziś często w tych miejscach nasz marsz będzie znacząco utrudnio
ny przez wysokie trawy czy plątaninę krzewów tarniny. Mając odrobinę szczęścia odnajdziemy dawne wiejskie narządzia, podkowy, zawiasy czy okucia chat – kto wie co jeszcze drzemie w ziemi…
Stosunkowo najłatwiej jest odszukać dawne kamienne piwnice, spichlerze czy studnie. Obok łatwiejszych do odnalezienia cerkwisk czy dawnych cmentarzy niejednokrotnie ukrytych w głębokim lesie to właśnie pozostałości niegdysiejszych zabudowań sprawiają najbardziej niesamowite wrażenie i na nowo ożywiają świat zagubionego, bieszczadzkiego kresu. Te relikwie minionych czasów pozwalają na nowo ujrzeć ludne bieszczadzkie wsie pełne gwaru, ruchy i ich kulturowej różnorodności. Musimy się spieszyć – natura już niedługo zrobi swoje i jedyne co nam pozostanie to nasza wyobraźnia…
Bystre to niewielka wieś leżąca w Bieszczadach tuż przy dzisiejszej granicy polsko-ukraińskiej, nierozerwalnie związana z pobliskimi osadami – Michniowcem i Lipiem. Choć dziś miejscowość ta znajduje się po polskiej stronie, wydaje się, że od wieków przebiegała tędy inna, mniej uchwytna granica. Na temat Bystrego w swojej niedawno wydanej książce
pisze Stanisław Kryciński. Opowiada w niej o tym jak rozmawiał z mieszkanką sąsiedniej wsi Czarne. O Bystrem, do którego nigdy nie chodziła, zapytana dlaczego nie chce odwiedzić sąsiedniej wsi miała odpowiedzieć:
Panie, tam to diabły, hucuły, Ukraińce…
Od tego krótkiego stwierdzenia swój tytuł wzięła cała książka („Tam gdzie diabły, hucuły, ukraińce”). W sposób niezwykle wymowny obrazuje ona również, jak odosobniony ekosystem stanowiło Bystre i inne nieopodal położone wsie. Już wtedy był to przysłowiowy „koniec świata”.
Wieś została wydzielona z pobliskiego Michniowca gdzieś na przestrzeni lat 1564-1577. Bystre, Michniowiec oraz pobliskie Lipie były własnością króla i wchodziły w skład tzw. krainy lipieckiej, której stolicą było Lipie. Dochody z tych dóbr zasilały dwór królewski.
Bystre po raz pierwszy pojawia się na kartach historii w roku 1607, z którego pochodzą pierwsze wzmianki o tej malutkiej miejscowości. Już wtedy we wsi zbudowano pierwszą cerkiew. Niezwykle ciekawym okazuje się spojrzenie na tzw. „mapę von Miega” (jej fragment jest prezentowany po prawej stronie). Jest to wycinek mapy topograficznej Galicji z lat 1763-1787 roku przechowywanej w Archiwum Wojskowym w Wiedniu. Widzimy na niej zobrazowany w niezwykle urokliwy sposób układ wsi odpowiadającej nawet i dzisiejszym realiom. Bez trudu dostrzegamy też wyraźnie zaznaczoną cerkiew.
Jeszcze więcej informacji dostarcza nam z kolei mapa katastralna Bystrego z 1852 roku przechowywana w Archiwum Państwowym
w Przemyślu. Na jej fragmencie prezentowanym po lewej stronie, widzimy ukazane dokładnie położenie cerkwi, znajdującego się ok. 100 metrów na południe cmentarza, oraz rozkład pól, domostw i innych parceli. Widzimy przy tym charakterystyczny podział własności ziemskiej w Bystrem. Jako, że wieś należała do dóbr królewskich, nie było w niej zatem majątków ziemskich znanych z wsi prywatnych. Znajdowały się tutaj za to duże wójtostwa, które nie były rozdzielane po śmierci ich właściciela – dziedziczył je w całości najstarszy syn. Intensywnym podziałom, i to widzimy na mapie, podlegały parcele chłopskie. Po ś
mierci głowy rodziny jego pole było dzielone pomiędzy jego potomków. Z biegiem lat wykształciło to tak charakterystyczny dla Bystrego układ niezwykle rozdrobnionej własności.
Jak łatwo zauważyć przy pobieżnych nawet oględzinach obu cytowanych map, charakter wsi nie zmienił się właściwie do dnia dzisiejszego. Domy i pola umiejscowione są obecnie wzdłuż tej samej drogi, która widzimy na mapach. Jej kształt i przebieg nie uległ większym modyfikacjom. Również na ukazanym na mapach miejscu odnajdziemy cerkiew oraz cmentarz.
Bystre bezpośrednio po wojnie znalazło się w ZSRR. Powróciło do Polski dopiero w ramach tzw. „wymiany ziem”, gdy Polsce został zabrany teren o powierzchni 480 km kwadratowych w okolicach Sokala, a w zamian oddany fragment Bieszczadów o identycznych rozmiarach. Mieszkańców wysiedlono.
Stojąca do dziś w Bystrem cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła jest trzecią z kolei i została wybudowana ona w roku 1901-1902. Jej poprzedniczki wznoszone były kolejno w latach 1607 oraz 1681. Istniejąca świątynia jest jedyną ocalałą z kilku cerkw
i budowanych według podobnego projektu (inne to te, które niegdyś stały w Lipiu oraz Lutowiskach). Obiekt wrócił do Polski wraz ze wspomnianą już wyżej „wymianą” terytoriów z ZSRR w roku 1951. Ze względów politycznych nie był on jednak użytkowany, stał zamknięty i popadał w zapomnienie. Na szczęście udało się uratować większość wyposażenia poprzez jego wywiezienie do muzeum w Łańcucie.
O cerkiew zaczęto się troszczyć dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy to pieczę nad nim objęło dążące do zachowania bieszczadzkich cerkwi Towarzystwo
Opieki nad Zabytkami. Uprzątnięto wówczas jej wnętrze, zabezpieczono pozostałe w świątyni przedmioty. Wreszcie w latach 90. dzięki środkom przeznaczony przez Generalnego Konserwatora Zabytków w cerkwi w Bystrem rozpoczęto remont, który trwa do dziś.
Do osobliwości Bystrego należy historia dzwonu z lat 20. XX wieku. Tuż przed wysiedleniami został on przez mieszkańców wsi ukryty pod podłogą cerkwi. Wiele lat po wojnie w nie do końca jasnych okolicznościach miejsce ukrycia zostało wyjawione miejscowemu biedakowi, który wykazał się dużym sprytem. Włamał się do cerkwi, wydobył dzwon i ukrył go w lesie licząc na późniejsze sprzedanie cennego znaleziska. Ku swojemu nieszczęściu zdradził swe plany w trakcie spotkania zakrapianego alkoholem osobie, która powiadomiła natychmiast policję. Dzwon szybko został odzyskany.
Kolejnym wi
docznym śladem dawnej historii Bystrego jest cmentarz położony ok. 100 metrów na południe od cerkwi. Jest to ciekawe odstępstwo od bieszczadzkich zwyczajów jako, że zwyczajowo cmentarze były umiejscawiane wokół cerkwi (jak np. w Krywem) lub w jej bezpośrednim sąsiedztwie (jak np. w Lutowiskach). Na cmentarzu tym zachowało się do dziś 11 oryginalnych kamiennych nagrobków zwieńczonych przez żeliwne krzyże oraz 2 nagrobki całkowicie wykonane z kamienia. Ciekawostką jest fakt, że do dnia dzisiejszego nie ustalono, w którym zakładzie kamieniarskim zostały one wykonane, ale pochodzą prawdopodobnie spod dłuta tej samej osoby, która wykonała możliwe do odnalezienia we wsi przydrożne kamienne krzyże. Historia wspomina, że w Bystrem istniał znany zakład kamieniarski – nie udało się jednak go zidentyfikować.