Ferie w Bieszczadach dla wielu osób w naszym kraju stają się coraz częstszym pomysłem na spędzenie zimowego wypoczynku. Z roku na rok coraz więcej turystów dochodzi do przekonania, że naprawdę warto jechać w Bieszczady zimą. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest banalnie prosta i de facto taka jak zwykle – Bieszczady to wspaniały zakątek naszego kraju, który oprócz dzikiej przyrody i olbrzymich pustych przestrzeni z dala od miast oferuje także ogromną i bardzo różnorodną ilość atrakcji. Nie inaczej jest i zimą. Jest to ta pora roku kiedy Bieszczady wydają się najbardziej trudno dostępne i oddalone od cywilizacji. To właśnie wtedy bieszczadzkie doliny leżą przykryte kobiercem głębokiego śniegu, a dotarcie w te strony nastręcza nie lada trudu. Wydawać by się mogło, że nie ma po co tu przyjeżdżać… Zobaczmy jednak, że ci, którzy tak myślą, głęboko się mylą!
Każdemu kto zastanawia się nad tym aby spędzić ferie w Bieszczadach do głowy przychodzą przede wszystkim ośnieżone połoniny. Zastanawiać się można czy bieszczadzkie szlaki są możliwe do przebycia zimą oraz o to czy zimowa turystyka w Bieszczadach jest bezpieczna. Oczywiście są to pytania bardzo słuszne – my sami wielokrotnie podkreślamy, że wyprawę w Bieszczady (w szczególności zimową) trzeba dobrze przemyśleć i przygotować aby później w pełni móc się nią cieszyć. Podobnie jest zimą.
Zimowe wędrowanie po bieszczadzkich pustkowiach może być wspaniałym przeżyciem i dla wielu może okazać się najbardziej niezwykłą porą roku na odwiedziny w tych stronach. To właśnie zimą po obfitych opadach śniegu możemy przedzierać się przez prawdziwie bajkową scenerię tworzoną przez bieszczadzkie lasy kompletnie zasypane śniegiem, w których każda najmniejsza gałązka pokryta jest drobinami białego puchu. Skojarzenie z krainą lodu jest tutaj nieuniknione!
Nie mniej niezwykle prezentują się skute lodem i smagane ostrym wiatrem połoniny. Znajdziemy na nich najróżniejsze, wydawało by się wyciągnięte żywcem z filmu przyrodniczego, lodowe formy oraz zaspy smagane podmuchami porywistego wiatru. Wędrówka w takich warunkach nastręcza nieraz trochę problemów i zdecydowanie wymaga dobrego przygotowania ale daje niebywałą satysfakcję i obdarza nas niezwykłymi wspomnieniami.
Ferie w Bieszczadach z pewnością nie kojarzą się na pierwszy rzut oka z nartami. To przecież Zakopane jest od lat polską stolicą sportów zimowych. Po piętach depczą mu miejsca takie jak Krynica, Karpacz czy Szczyrk. Wydawałoby się zatem, że narciarz nie ma czego w Bieszczadach szukać. Czy jednak tak jest na pewno?
Rzeczywiście w Bieszczadach znajdziemy zaledwie kilka wyciągów i przygotowanych stoków narciarskich. Po cóż mielibyśmy zatem przemierzać szmat drogi aby tu dotrzeć, a następnie spędzać swój czas na nikomu nie znanym stoku na odludziu… No właśnie, tu zaczyna się wyłaniać nasza odpowiedź. Bieszczady nawet w szczycie sezonu zimowego są wielokrotnie mniej zatłoczone niż inne góry w naszym kraju. Terenów tych naprawdę nie ma jak porównywać np. do Tatr jeśli chodzi o ilość turystów, zimowy zgiełk i harmider na stokach. Tutaj stoków jest jak wspominaliśmy niewiele, są nieduże i mało znane – mamy za to sporą szansę być na nich niemal jedynymi narciarzami.
Kolejny aspekt, który musimy wziąć pod uwagę jeśli chodzi o narciarstwo i ferie w Bieszczadach to zyskujący z roku na rok skituring oraz narty biegowe. Jeśli to właśnie te dyscypliny nas interesują to wówczas okazać się może, że nie znajdziemy lepszy terenów do ich uprawiania jak właśnie Bieszczady. Po raz kolejny zaskoczy nas niewielka ilość innych narciarzy, a wędrowanie na nartach okaże się wspaniałym sposobem na poznawanie tych niezwykle pięknych terenów.
Zdarza się, że ferie w Bieszczadach upływają pod znakiem niewielkiej ilości śniegu albo po prostu nie mamy siły czy ochoty na górskie wędrówki, wyprawy narciarskie i inne formy aktywności. Czy w takim wypadku jest sens abyśmy przybywali w ten odległy zakątek naszego kraju? Okazuje się, że tak!
Bieszczady to nie tylko niezwykła przyroda, góry czy szlaki turystyczne. To także, a dla niektórych przede wszystkim, bardzo bogata choć nieco dziś zapomniana i bolesna historia tych ziem. Pozostało po niej do dziś niewiele wyraźnych śladów, jednak to właśnie ich poszukiwanie dla wytrwałego miłośnika badania dziejów tych terenów będzie stanowiło niezwykłą atrakcję.
Po tutejszych rdzennych góralach – Bojkach – zostały do dziś głównie nieliczne cerkwie, puste doliny po wysiedlonych wsiach oraz niszczejące cmentarze. Odnajdywanie i zwiedzanie tych miejsc stanowi wspaniałe urozmaicenie pobytu w Bieszczadach oraz budzi w nas prawdziwą nutkę odkrywcy. To właśnie zimą takie zajęcie może być szczególnie ciekawe i dostarczać największych emocji. Otwiera ono przed nami bardzo szeroki i dla wielu zupełnie nowy wachlarz możliwości – możemy przecież wędrować po zasypanych głębokim śniegiem terenach dawnych wsi, odnajdywać zapomniane przez Boga i świat cmentarze i cerkwiska czy odwiedzać zachowane do dziś cerkwie.
Czy opisane wyżej pomysły wyczerpują paletę możliwości jakie dają nam ferie w Bieszczadach? Na pewno nie! Na koniec musimy wspomnieć o jeszcze jednej koncepcji jak spędzać czas w Bieszczadach zimą. Duża większość turystów zapytana o to, dlaczego przybywa w te odludne strony powie, że to ze względu na odległość od wielkich miast, ucieczkę od cywilizacji i odrobinę wytchnienia od codziennego zgiełku. Skoro takie motywy nami kierują, czy może być coś piękniejszego niż cichy , zimowy tydzień, a nawet weekend, spędzony w drewnianym domku z kominkiem na przysłowiowym „końcu świata”? Padający wokół śnieg, nieprzebrane ciemności za oknem oraz ogień w kominku sprawią, że książką w ręku zapomnimy o naszych troskach, odpoczniemy i nabierzemy sił do powrotu do naszej codzienności.
Ferie w Bieszczadach to ogrom możliwości. To także bajkowe chwile spędzone w głębokim śniegu na szlaku, w drzemiącym zimowym snem lesie czy na smaganej wichrem połoninie. To puste góry, w których nieraz całymi dniami jesteśmy jedynymi ludźmi przemierzającymi ich bezkres. To długie wieczory przy kominku będące chwilą wytchnienia i zadumy. Pamiętając o tym wszystkim pytanie o to czy warto jechać na ferie w Bieszczadach jest oczywiście pytaniem retorycznym… Naszym krótkim artykułem-poradnikiem mamy nadzieję, że daliśmy już na nie odpowiedź!
Urlop w Bieszczadach dla wielu stanowi najbardziej wyczekiwany moment w roku. Poprzedzają go nieraz długie, zimowe miesiące wyczekiwania, marzenia i planowania. No właśnie, jeśli chodzi o wyprawę w Bieszczady i jej odpowiednie zaplanowanie to jednym z podstawowych pytań, na które musimy znaleźć odpowiedź będzie to o to gdzie się zatrzymać? Nie inaczej będzie latem, w wakacje gdy w Bieszczadach jest chyba najpiękniej i gdy czeka tu na nas najwięcej atrakcji. Zastanówmy się zatem wspólnie nad tym, gdzie najlepiej jechać na urlop w Bieszczadach?
Wetlina wraz z położonymi nieopodal Smerekiem i Ustrzykami Górnymi stanowią nieformalne centrum Bieszczadów. Powód tego jest oczywisty – już rzut oka na mapę pozwala zauważyć, że najbliżej stąd na połoniny. Siłą rzeczy to właśnie tutaj noclegu szukać będą wszyscy, którzy przybywają w Bieszczady głównie dla tutejszych górskich szlaków.
Wetlina, Smerek czy Ustrzyki Górne będą zatem oczywistym pierwszym wyborem wszystkich górskich piechurów planujących urlop w Bieszczadach. Trzeba jednak pamiętać, że miejscowości te, szczególnie w sezonie letnim, potrafią być mocno zatłoczone. Komu więc nie przeszkadzają dość liczne rzesze turystów ten może spokojnie myśleć o wypoczynku w tych stronach. Kto ceni sobie ciszę i oddalenie od cywilizacji być może powinien poszukać dla siebie czegoś bardziej ustronnego…
Cisna i nieopodal leżące Strzebowiska czy Kalnica to bardzo ciekawa alternatywa dla miejscowości opisanych wyżej. Tu też znajdziemy interes
ujące górskie szlaki ale będą one mniej znane, a co za tym idzie niejednokrotnie również mniej oblegane niż tak bardzo przez wszystkich ukochane połoniny. Kto poszukuje możliwości spacerowania długimi, leśnymi ścieżkami i liczy na to, że spotka mniej turystów niż na najbardziej znanych bieszczadzkich ścieżkach ten zdecydowanie powinien pomyśleć o Cisnej, Kalnicy czy Strzebowiskach.
Sama Cisna będzie doskonałym miejscem wypadowym dla piechurów przybywających w te strony z dziećmi. W miejscowości tej znajdziemy bowiem kilka restauracji, dobrze zaopatrzone sklepy oraz pokaźną ilość miejsc noclegowych na każdą kieszeń. W sezonie w Cisnej odbywają się także często przeróżne koncerty oraz jarmarki stanowiące dodatkową atrakcję i wpasowujące się idealnie w bieszczadzki „zakapiorski” koloryt.
Solina i sąsiednie miejscowości takie jak Polańczyk czy Wołkowyja z pewnością nie będą dobrym wyborem dla osób poszukujących wypoczynku w głuszy. To właśnie tutaj bowiem życie w sezonie letnim tętni chyba najbardziej. Kto jednak planuje urlop w Bieszczadach z najmłodszymi pociechami, ten powinien miejscowości te rozważyć w pierwszej kolejności.
Rodziny z dziećmi przyciąga co roku w te strony przepiękne Jezioro Solińskie wraz ze wszystkimi atrakcjami, które oferuje – plażami, sportami wodnym i oczywiście tamą w samej Solinie. Na dzieci czeka tu najwięcej atrakcji w postaci parku rozrywki, straganów z pamiątkami, gofrów, waty cukrowej i wszystkiego co tylko najmłodsi „bieszczadnicy” mogą sobie wymarzyć.
Kto wybiera się na urlop w Bieszczadach głównie z uwagi na tutejsze sielskie krajobrazy, cieszę, spokój oraz możliwość złapania oddechu od wielkomiejskiej cywilizacji ten powinien rozważyć kilka mniejszych miejscowości, które teraz kolejno opiszemy. Jedną z nich jest położony w dolinie Sanu Dwernik oraz nieopodal rozsiane Nasiczne, Chmiel i Zatwarnica. Są to te przysłowiowe miejsca, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Na pierwszy rzut oka można zadać sobie pytanie o to, kto przy zdrowych zmysłach i po co miałby jechać na urlop w te strony?
Z drugiej jednak strony już pierwsze odwiedziny w tych okolicach sprawią, że zakochamy się w nich bez pamięci i będziemy stale chcieli tu wracać. Leżący u podnóży Otrytu odcinek meandrującego przepięknie Sanu jest bowiem terenem jedynym w swoim rodzaju chyba w skali całego naszego kraju. To kraina niemal bajkowej, znanej nam jedynie z książek spokojnej wsi. Króluje tu bujna przyroda. Niczym nadzwyczajnym nie będzie tu widok jeleni czy saren buszujących tuż obok naszego domku letniskowego. Dni zachwycą nas tu niezwykłej soczystości zielenią roślinności, a noce zaprą dech dającym się niemal dotknąć czarnym niebem pełnym gwiazd. Tutejsza okolica to także wymarzone tereny na spacery czy przejażdżki rowerem.
Są i tacy, dla których Dwernik i jego okolice są nadal zbyt cywilizowane. To właśnie ci pasjonaci dziczy i prawdziwego odludzia zastanawiając się gdzie wybrać się na urlop w Bieszczadach powinni przede wszystkim pod uwagę wziąć Muczne położone wewnątrz tzw. bieszczadzkiego worka. Ta mikroskopijnych wielkości osada leśna za czasów PRL dostępna była tylko dla wysoko postawionych oficjeli państwowych. Dziś może przybyć tu każdy kto kocha odpoczynek w otoczeniu przyrody.
Muczne to właściwie jedynie parę budynków – hotel, kilka kwater, karczma. Nie ma tu właściwie nic oprócz nieprzebranych lasów oraz gór. I to właśnie one ściągają tu turystów o każdej porze roku. Z Mucznego prowadzi krótki i wygodny szlak wprost na Bukowe Berdo – jeden z bieszczadzkich szlaków oferujących najpiękniejsze widoki. Na prawdziwych koneserów bieszczadzkiej przyrody czekają nieprzebyte kilometry tutejszych leśnych duktów oraz nieopodal leżące tereny dawnych bojkowskich wsi.
Urlop w Bieszczadach da nam masę niezapomnianych wspomnień i pięknych przeżyć. Musimy jednak zawczasu zastanowić się na czym w czasie naszego wypadu najbardziej nam zależy. Do pomysłu na wyjazd w najpiękniejsze z polskich gór powinniśmy dostosować także i miejsce noclegu – chcemy być przecież jak najbliżej tego, co najbardziej nas w tych stronach interesuje. Dobrze zaplanowany urlop sprawi, że zaraz po jego zakończeniu będziemy planować kolejny, a resztę roku spędzimy czekając na kolejne wakacje!
Wakacje w Bieszczadach co roku przyciągają w te strony coraz to większe rzesze turystów. Dzieje się tak z pewnością dzięki olbrzymiej różnorodności tych terenów – oszałamia tu ilość atrakcji oraz możliwości aktywnego spędzania czasu i to niezależnie od pogody czy pory roku. Nie bez znaczenie jest też cudowna, dzika przyroda, wspaniałe górskie szlaki, czyste powietrze, olbrzymie puste przestrzenie i towarzyszące im poczucie wolności i swobody. To wszystko sprawia, że co roku przybywa nam „zabieszczadowanych” raz po raz tu wracających.
Wakacje w Bieszczadach to także taki okres, w trakcie którego stosunkowo najłatwiej jest zorganizować naszą wyprawę. Mimo to jednak co roku słyszy się o turystach źle przygotowanych do wyjazdu w góry – nieraz kończy się to tylko przeziębieniem, gdy w trakcie wycieczki niespodziewanie złapie nas deszcz, a nieraz nagłówkiem w gazecie o interwencji GOPR, która niestety była konieczna. Uprzedzając fakty przedstawiamy nasz krótki poradnik zatytułowany: „Jak się spakować na wakacje w Bieszczady?”. Zapraszamy do lektury i życzymy, aby góry nigdy Cię nie zaskoczyły niczym nieoczekiwanym!
Wyjazd na wakacje w Bieszczady jest tym, do którego pozornie najmniej musimy się przygotowywać. Lato w Bieszczadach to przecież znakomita pogoda, niewiele opadów, dużo słońca – co może pójść nie tak i czym mamy się martwić? Takie pytania zdaje się, że zadaje sobie niejeden turysta zmierzający w te strony. I to właśnie one nieraz stają się przyczyną dalszych problemów.
Takie mylne rozumowanie dotyczy przy tym szczególnie często butów, które zabieramy ze sobą w góry. Ileż to już razy grzmiał i trąbił na ten temat GOPR? Ile razy widzieliśmy niezliczone artykuły w prasie czy internecie wspominające o lekkomyślności piechurów i przestrzegające innych? Wydaje się, że nie da się tego wszystkiego zliczyć… A mimo wszystko rok w rok na górskich szlakach spotykamy turystów w plażowych klapkach, eleganckie panie w miejskich kozaczkach, czy wręcz w szpilkach…
Zabawa kończy się gdy w górach dorwie nas letnia ulewa, załamanie pogody, grad lub gdy, nie daj Boże, przyjdzie nam spędzić nieoczekiwaną noc na szlaku związaną z jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem… Dlatego właśnie powtarzamy i powtarzać to będziemy do znudzenia – buty w górach to absolutna podstawa naszego ekwipunku. I co mamy na myśli mówiąc „buty” to nie klapki, nie kozaczki, szpilki czy „crocsy”, a prawdziwe górskie buty trekingowe z gumową podeszwą przystosowaną do terenowych eskapad. Wybierając takie obuwie kierujemy się zasadą, że powinno ono sięgać za kostkę i dobrze ją usztywniać – w górach naprawdę lepiej być nieco „na zapas” przygotowanym niż za mało przygotowanym i tłumaczyć się później ratownikom GOPR ze swojej lekkomyślności…
Jeśli pakujemy się na wakacje w Bieszczadach to w naszym plecaku (o którym również niżej sobie porozmawiamy) nie może zabraknąć odpowiedniej kurtki oraz paru sztuk okrycia wierzchniego. To z czego my sami korzystamy w trakcie każdej z naszych górskich eskapad to:
kurtka goretex – nieodzowna, uniwersalna kurtka, która nota bene jest naszym zdaniem najlepszym i najważniejszym elementem naszego ekwipunku – lekka, dająca się niemal dowolnie składać, zgniatać, upychać w plecaku… zapewnia jednocześnie zadziwiającą ochronę przed wiatrem (który jak wiadomo dość często króluje na bieszczadzkich połoninach) oraz oczywiście przed deszczem; dobry goretex nie jest najtańszy, ale warto w niego zainwestować; w przypadku braku możliwości wyposażenia się w goretex zabieramy dostępną kurtę „wiatrówkę”
polar – świetnym uzupełnieniem goretexu jest polar, który w zimniejsze dni możemy nosić pod kurtką; w cieplejsze polar będzie doskonałym okryciem wierzchnim, chociaż należy pamiętać, że nie zapewnia on ochrony przed wiatrem; sami korzystamy z niego najczęściej na postojach, gdy stygniemy po okresie wzmożonego ruchu; w przypadku braku polaru zabieramy ze sobą ciepłą bluzę
softshell – ostatni element naszego trójczęściowego zestawu goretex-polar-softshell stanowiący niejako jego nieobowiązkowe uzupełnienie; softshell ma to do siebie, że zapewnia świetną ochronę przed nawet mocnym wiatrem (zdecydowanie mocniejszą niż polar), ale nie daje ochrony przed deszczem (takiej jak goretex); stąd sami wybieramy softshell w dni pochmurne i wietrzne i zakładamy go głównie w partiach grani szczytowych, gdzie najczęściej to właśnie wiatr daje się nam mocno we znaki
Wakacje w Bieszczadach kojarzą nam się przede wszystkim z połoninami spalonymi słońcem i tonącymi w skwarze. Rzeczywiście latem bardzo częste są tu upały ale równie często zdarzają się także nieoczekiwane załamania pogody. Kończą się one zazwyczaj gwałtownymi nawałnicami z bardzo silnymi podmuchami wiatru, a nieraz nawet z gradem.
To właśnie z uwagi na kapryśność bieszczadzkiej pogody warto zastanowić się chwilę nad doborem spodni na nasze górskie wędrówki. Naszym osobistym faworytem są cienkie, lekkie długie spodnie trekingowe z odpinanymi nogawkami. Zapewnią nam one chłód i dobrą wentylację w upał, ale jednocześnie bardzo dobrze ochronią nas przed wiatrem, a także do pewnego stopnia przed deszczem w razie nagłej zmiany pogody.
Bezpieczeństwo w Bieszczadach to temat niejednokrotnie lekceważony. Osoby nadmiernie o nie dbające są nieraz w środowisku górskim wyśmiewane i nazywane pogardliwie „gadżeciarzami”. Dzieje się tak z uwagi na fakt, że niedoświadczonym turystom wydaje się często, że Bieszczady to góry małe, bezpieczne, w których nic się nie może nam stać. Rzut oka na statystyki GOPR dość szybko wyprowadza nas z tego potencjalnie fatalnego w skutkach błędu.
W Bieszczadach nie znajdziemy skalistych turni, trawersów nad przepaściami, znanych nam z Tatr łańcuchów czy klamer. Stosunkowo łatwo jednak przy niepogodzie, a w szczególności w gęstej mgle o zgubienie się w tych stronach. I to właśnie przy zagubieniach najczęściej pomoc turystom musi udzielać GOPR. Dlatego właśnie naszym zdaniem lepiej jest nie oglądać się na złośliwe uwagi laików i zawczasu wyposażyć się odpowiednio na nasze wakacje w Bieszczadach.
My sami do naszego ekwipunku dołączamy zawsze:
Wybierając się na wakacje w Bieszczadach i zastanawiając się co ze sobą zabrać należy na koniec zadać sobie pytanie o to jak my to wszystko mamy ze sobą zabrać? I o ile to jak przywieziemy ze sobą nasz ekwipunek w Bieszczady może jest nieco mniej ważne to ciekawszym pytaniem jest jak te nasze szpargały zataszczymy w góry? Na oczywiste pytanie może być tylko jedna odpowiedź – też oczywista. W tym przypadku mowa rzecz jasna o plecaku.
Wspominamy o takich oczywistych oczywistościach nie dlatego, że chcemy Cię zanudzić, ale z uwagi na fakt, że zbyt wiele już razy widzieliśmy w górach turystów z reklamówkami w rękach… W góry oczywiście najlepiej jest się wybrać z nawet niewielkim plecakiem. Ważne przy tym aby był to plecak turystyczny umożliwiający regulację pasów biodrowego oraz piersiowego. Pozwoli nam to na wygodny marsz, zwolni ręce od ciężaru – będziemy mogli je wykorzystać do podpierania się na kijka trekingowych. Do plecaka wrzucimy także przekąski i coś ciepłego do picia.
Jedno jest pewne – wakacje w Bieszczadach to świetny pomysł właściwie dla każdego – dla singli, dla par, dla rodzin z dziećmi… Wypad w góry da nam wiele frajdy, a być może zapoczątkuje nawet (co w tych stronach jest bardzo popularne) zwyczaj wracania raz po raz w to samo miejsce. Aby jednak móc cieszyć się w pełni czarem Bieszczadów nasz wyjazd musimy odpowiednio zaplanować – już samo planowanie da nam wiele przyjemności, a przy okazji unikniemy komplikacji w trakcie naszej eskapady. Dlatego gorąco Cię zachęcamy – planuj zawsze z głową i wyprzedzeniem! Do zobaczenia na szlaku!
Lato w Bieszczadach z pewnością należy do tych pór roku, w których pobyt w tym wspaniałym królestwie przyrody należy do najprzyjemniejszych. To właśnie wtedy pogoda jest tutaj najlepsza, pensjonaty, domki i agroturystyki tętnią życiem, a niezliczona ilość możliwości aktywnego spędzania czasu sprawia, że co roku w te strony pielgrzymują całe rzesze „zabieszczadowanych” turystów.
Bieszczady słyną ze swojej oszałamiającej różnorodności. Wspomniana już bujna, niemal nieokiełznana przyroda współgra tutaj z zapierającymi dech górskimi pejzażami, dzieli doliny z przyprawiającą o zawrót głowy burzliwą historią tych ziem, a w gęstwinie krzewów i drzew skrywa olbrzymią ilość zabytków. Tereny te podsuwają nam niezliczone pomysły na to, jak spędzić tutaj wolny czas. Zobaczmy zatem co oferuje nam lato w Bieszczadach…
Lato w Bieszczadach dla wielu przyjezdnych to przede wszystkim górskie szlaki oraz oczywiście połoniny. Turyści z całej Polski co roku ściągają w te strony aby podziwiać niemożliwe do odnalezienia w innych częściach naszego kraju pejzaże. Nazwy takie jak „Chatka Puchatka”, Tarnica, czy Połonina Wetlińska dla wielu są niezwykle nostalgiczne, kojarzą się z pięknymi chwilami wolności spędzonymi na podniebnych szlakach.
Bieszczadzka różnorodność ukazuje się nam również jeśli chodzi o górskie wędrówki – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Początkujący piechurzy mogą spróbować swych sił na krótszych, łatwiejszych szlakach, jak np. na Dwernik Kamień czy Otryt. Ci nieco bardziej doświadczeniu mogą wybrać się na dłuższe wycieczki w wyższe partie i pokusić się o zdobycie połonin, zaś zwolennicy długich marszów znajdą uciechę w wielokilometrowych wędrówkach zalesionymi grzbietami górskimi po mniej znanych szlakach, jak np. w Pasmie Granicznym, gdzie dodatkowo spotkają mniejsze ilości turystów.
Kto myśli o tym aby spędzić lato w Bieszczadach, kocha wypoczynek na łonie natury, ale jednocześnie górskie eskapady nie są pierwszym punktem w jego wakacyjnych planach, ten powinien pomyśleć o wypoczynku nad Jeziorem Solińskim. Solina to dawna bojkowska wieś, która jak wiele innych zniknęła z powierzchni ziemi po okresie niezwykle burzliwych lat powojennych. O ile większość przedwojennych wsi została wysiedlona, o tyle Solinę spotkał jeszcze bardziej niezwykły los – spoczęła ona na dnie sztucznego zalewu spiętrzającego wody dwóch rzek.
Powstające Jezioro Solińskie przykryło taflą wody doliny wraz z istniejącymi w nich niegdyś wsiami. Powstał w ten sposób zalew o nieporównanej i trudnej do odnalezienia w innych częściach naszego kraju urodzie. Przypomina on dziś bardziej pejzaże znane ze Szwajcarii czy norweskich fiordów – strome zbocza gór wpadają wprost do wody jeziora, a silnie pofalowana linia brzegowa tworzy tu wspaniałą mozaikę cypli, półwyspów oraz ustronnych zatoczek. Jak nietrudno się domyślić, jest to miejsce uwielbiane przez rodziny z dziećmi – najmłodsze pociechy nie będą narzekały tu na niedobór atrakcji związanych z wodą, a rodzice znajdą chwilę wytchnienia na leżaku.
Lato w Bieszczadach wielu osobom kojarzy się z niezwykle bujną, dziką przyrodą. Odnajdujemy ją na górskich szlakach, w lasach, czy na połoninach. Jeśli chcemy jednak przemierzać bezkresne, tętniące życiem owadów łąki, brodzić w trawach po ramiona czy naprawdę nacieszyć oczy tysiącami polnych kwiatów wówczas musimy zapuścić się w bieszczadzkie doliny. Jeśli takie właśnie będą nasze plany to okazać się może, że świetnym sposobem na przemierzanie bieszczadzkiego kresu będą wycieczki rowerowe. To na jednośladzie bowiem dotrzemy najwygodniej w najdalsze zakamarki bieszczadzkich dolin. Po drodze spotkamy zapewne jedynie nielicznych turystów, będziemy mogli w spokoju delektować się ciszą i otaczającym nas pięknem przyrody.
Decydując się na wypoczynek latem w Bieszczadach warto pomyśleć o jeszcze jednej możliwości – dlaczego nie spędzić go z naszym psem? Wielu posiadaczom czworonogów wyjazd wakacyjny nastręcza dodatkowych problemów związanych z koniecznością zorganizowania opieki nad naszym pupilem. A co gdybyśmy zabrali go ze sobą?
Bieszczady oferują wprost wymarzone warunki do wyjazdów z psem. Coraz więcej miejsc noclegowych oferuje możliwość pobytu z naszym czworonożnym ulubieńcem. Chyba każdy psiak będzie tu szczęśliwy i z ochotą będzie korzystał z możliwości biegania po tutejszych olbrzymich pustych przestrzeniach. Wspaniałą formą odpoczynku będzie również spacerowanie z psem po udostępnionych do tego ścieżkach, łąkach czy lasach. Takie wspólne spędzone chwile będą z pewnością powodem do wielu radosnych wspomnień i pozwolą nam zapomnieć o troskach codzienności.
Bieszczady to jeden z zakątków naszego kraju, który posiadaj najbardziej złożoną i burzliwą, ale też najciekawszą, przeszłość. Do dnia dzisiejszego pozostało po niej wiele śladów, które możemy podziwiać, chociaż należy przyznać, że odnalezienie ich wymaga nieco trudu. Lato w Bieszczadach nadaje się wprost idealnie do podjęcia prób odszukania tego co pozostało po historycznej spuściźnie tych ziem. A ciekawych miejsc jest tu bez liku…
Przy odrobinie wysiłku odnajdziemy ostatnie zachowane cerkwie, niekiedy tylko ich ruiny, napotkamy opuszczone cmentarze majaczące w krzewach na pustkowiu i stanowiącej jedyny ślad po już dawno nieistniejących wsiach, które z powierzchni ziemi zdmuchnęła zawierucha historii. Trafimy też na samotne kapliczki czy krzyże stojące przy dawnych drogach, ledwo dostrzegalne ślady dawnej zabudowy, podmurówki domów, studnie… Na pustkowiach dzisiejszych bieszczadzkich dolin, w których niepodzielnie króluje przyroda zadziwią nas sady owocowe najwyraźniej sadzone ręką człowieka wokół niegdyś istniejących tu domostw. Wprawne oko w bieszczadzkim kresie dostrzeże także ślady dawnych pól uprawnych świadczących o tym jak ziemia była tu niegdyś intensywnie eksploatowana.
Tropienie śladów bieszczadzkiej historii może stać się prawdziwą pasją i jednym z głównych powodów odwiedzić w tych malowniczych stronach. Jest to świetne zajęcie zarówno na dni kiedy letni skwar zniechęca nas od wdrapywania się na mocno nasłonecznione połoniny oraz na dni kiedy pada deszcz i pozornie wydaje nam się, że nie mamy co robić.
Lato w Bieszczadach może dostarczyć nam wspaniałych wrażeń i wspomnień. Bieszczady oferują olbrzymi wachlarz możliwości spędzania tutaj czasu dlatego już na etapie planowania wypadu w te strony musimy zadać sobie pytani co nas najbardziej interesuje. Do naszych upodobań dobrze abyśmy zawczasu dostosowali to gdzie będziemy nocować tak abyśmy mieli jak najbliżej do naszych ulubionych atrakcji. Jeśli dobrze zaplanujemy naszą wyprawę w Bieszczady wówczas może okazać się, że będzie z nami tak jak to mówi jedno stare porzekadło – w Bieszczady pojedziemy raz, a potem będziemy już tylko wracali… I tego właśnie Wam życzymy!
Majówka w Bieszczadach to jeden z bardziej popularnych pomysłów na wiosenny wypad. Turyści z całej Polski marzą o nim całymi tygodniami, czekają na niego przez długie zimowe miesiące. Niektórzy planują go już nawet rok wcześniej. Przygotowują się do niego pieczołowicie planując każdą górską wycieczkę, to które atrakcje odwiedzić, co robić na miejscu. Tymczasem okazuje się, że wszyscy oni popełniają fatalny i nieodwracalny w skutkach błąd, z którego konsekwencjami będą musieli radzić sobie być może do końca swych dni. Jaki to błąd i o tym, że majówka w Bieszczadach to zły pomysł przeczytasz poniżej!
Bieszczady kojarzą nam się przede wszystkim z górskimi szlakami. Nie ma w tym nic dziwnego. Każdemu Bieszczadnikowi znane są takie nazwy jak Połonina Wetlińska, Caryńska, Rawki czy Tarnica. Te wspaniałe masywy zdobywane są o każdej porze roku przez rzesze miłośników tych stron. Niektóre miejsca, jak na przykład schronisko Chatka Puchatka, otoczone są już właściwie swoistym kultem. Pielgrzymują tu tysiące osób ze wszystkich stron naszego kraju urzeczone pięknem i swoistym, niepowtarzalnym klimatem tych miejsc.
I tu właśnie pojawiają się problemy. Każdy kto zastanawia się czy majówka w Bieszczadach to dobry pomysł na wiosenną wycieczkę na południe kraju musi pamiętać, że te góry mają w sobie coś niepowtarzalnego, niemożliwego do odnalezienia w innych pasmach górskich na terenie Polski. Znane z Bieszczadów połoniny w naszym kraju występują tylko tutaj. Bieszczady to także góry najmniej zaludnione, w których ruch turystyczny jest zdecydowanie mniejszy niż gdzie indziej na południu Polski. Zdarza się, że na szlaku jesteśmy tu zupełnie sami. Wędrując górskimi dolinami często przez cały dzień nie spotykamy żywej duszy.
To wszystko sprawia, że duża część osób przybywających w te strony wpada jak przysłowiowa „śliwka w kompot” i zakochuje się w tych wspaniałych górach bez pamięci. Pasja do innych pasm górskich w Polsce raptem jakby blaknie, słabnie, odchodzi w zapomnienie. Mogąc wybrać dokąd jechać dość szybko podejmujemy decyzje o podróży w Bieszczady… Nie interesują nas już inne wycieczki, atrakcje, możliwości… Nasze serce pozostaje na zawsze w Bieszczadach! Pamiętaj – jeśli chcesz jeszcze kiedyś z upodobaniem wyjeżdżać w inne góry, majówka w Bieszczadach to zdecydowanie zły pomysł!
Majówka w Bieszczadach przez wielu uważana jest za najlepszy moment na przyjazd w te niezwykłe strony. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze o tej porze roku jest już stosunkowo ciepło, dzień jest długi, a przyroda pełna jest już zieleni dosłownie eksplodującej po zimowym uśpieniu. Dni niepogody pełne są niezwykłego, tajemniczego czaru. Gdy pada deszcz nad Bieszczadami zalegają ciężkie, ołowiane chmury. W dolinach snują się jęzory gęstej mgły otulające wzgórza bielące się kwiatami kwitnącej tarniny. Przydrożne rowy pełne są kaczeńców, bieszczadzka przyroda zdaje się pożerać i obejmować w swoje władanie wszystko wokół.
No właśnie, bieszczadzka przyroda… Kto przybywa tu pierwszy raz ten może początkowo nie wierzyć, że te góry są inne od wszystkich pozostałych. Ba! My sami tak niegdyś myśleliśmy! Mówiliśmy sobie: „przecież byliśmy nie raz w Tatrach, czy Beskidach, a zatem co innego, takiego szczególnego może czekać na nas w Bieszczadach?”. Z błędu wyprowadził nas już pierwszy wypad w krainę bieszczadzkiego kresu. Urzekły nas tutejsze bukowe lasy, dawne wsie, których tereny zarasta dziś tarnina i olchy. Zakochaliśmy się w dziewiczości i oszałamiającej bujności tutejszej przyrody. Dziś nie umiemy już bez niej żyć.
Jeśli rozważasz zatem czy majówka w Bieszczadach jest dla Ciebie pamiętaj, że może to być bardzo zły pomysł! Jeśli przyjedziesz tu choć raz może okazać się, że już nigdy nie spędzisz wiosennego długiego weekendu w innych stronach! Wszystko o czym będziesz marzył to napawanie się bajkową bieszczadzka przyrodą w miejscach takich jak na przykład bieszczadzki worek, gdzie jest ona wyjątkowo bujna. Będziesz planował wycieczki na tereny dawnych wsi, takich jak Krywe czy Tworylne, gdzie kiedyś królował człowiek, a dziś dominuje już tylko przyroda… Czy na pewno tego chcesz?
Twoja majówka w Bieszczadach może tak się potoczyć, że zupełnie przypadkiem odkryjesz coś, czego kompletnie się nie spodziewałeś… Może tak się bowiem zdarzyć, że zawędrujesz na niejedno górskie pustkowie, w którym swoje rządy niepodzielnie sprawuje przyroda i górski wiatr i to właśnie tam w niepozornej kępie drzew na wydawałoby się nieznanym nikomu odludziu odnajdziesz zapomniany cmentarz z chylącymi się ku ziemi nagrobkami pokrytymi cyrylicą… Możliwe także, że pośród gór odnajdziesz ruiny wiekowych budowli. Być może zatrzymasz się przy zaniedbanym, ledwie dostrzegalnym cmentarzu żydowskim i zastanowisz się skąd on się tu wziął skoro dziś w Bieszczadach o Żydach nikt nie słyszał… To wszystko to ślady dawnej, niezwykłej bieszczadzkiej historii.
Niepozorna majówka w Bieszczadach może niepostrzeżenie przerodzić się w pasję Twojego życia. Okazać się może, że po powrocie do domu będziesz niestrudzenie poszukiwać w czeluści internetu odpowiedzi na pytania zrodzone w trakcie wyjazdu – kim byli ludzie żyjący w tych dziś tak odludnych stronach? Jak żyli, w co wierzyli? Oraz oczywiście najważniejsze – co się z nimi stało, dlaczego dziś już tam ich nie ma?
Wszystkie te dylematy mogą spowodować, że półki naszej domowej biblioteczki z wolna będą się wypełniały książkami o historii Bieszczadów, etnografii tych ziem. Nasza rodzina wiedząca o naszym „koniku” może go wykorzystać aby przy każdej nadarzającej się okazji obdarowywać nas coraz to nowszymi opracowaniami, artykułami historycznymi czy opowieściami mówiących o nieraz kontrowersyjnych i do dziś budzących bardzo sprzeczne emocje wydarzeniach, które kształtowały dzieje Bieszczadów przez ostatnie 70-100 lat. Czy chcesz aby tak wyglądało Twoje życie? Pamiętaj – majówka w Bieszczadach może okazać się pułapką bez wyjścia!
Miłośnicy Bieszczadów mają swoje powiedzenie, które zawsze powtarzają. Brzmi ono: „W Bieszczady jedzie się tylko raz, potem już się tylko wraca”. Jest w tym ogromna ilość racji. Z jakich trudnych do wyjaśnienia powodów góry te przyciągają jak magnes. Osobiście uważamy, że musi to być połączenie wszystkiego o czym pisaliśmy wyżej. Koktajl wspaniałych górskich szlaków, dziewiczej, trudnej do odnalezienie w innym zakątku Polski przyrody i niezwykłej historii tych ziem tworzy mieszankę, która fascynuje i sprawia, że chcemy tu spędzać każdą wolną chwilę.
Mówimy zatem zupełnie poważnie i radzimy to z własnego doświadczenia – jeśli chcesz mieć jakieś inne zainteresowania, dużo wolnego czasu na ich realizację, pragniesz zwiedzać inne zakątki świata, czy Polski przemyśl swoją decyzję dwa razy – majówka w Bieszczadach może wywrócić Twoje życie do góry nogami! Jak to mówią, jeśli „chcesz mieć jeszcze jakieś życie”, nie jedź w Bieszczady!
Oczywiście to co naprawdę myślimy o wypadzie na majówkę w Bieszczady jest chyba jasne! Wiosenny wypad w te strony, jak zresztą każdy wyjazd o dowolnej porze roku, jest niezapomnianym przeżyciem, który na zawsze może zmienić nasze upodobania, zainteresowania i ukierunkować nas na przyszłość. Wiemy co mówimy – nam samym się to przytrafiło!
Bez pamięci zakochaliśmy się w Bieszczadach od pierwszego wejrzenia. Jest to uczucie, które trwa od dawna, dodaje nam sił i wpływa na nasze kolejne życiowe wybory. Zatem z lekkim przymrużeniem oka, ale z pełną świadomością naszych słów powiemy to jeszcze raz: jeśli chcesz aby w Twoim sercu było jeszcze miejsce na coś innego, nie jedź w Bieszczady!
PS
Żartujemy, jedzcie w Bieszczady zawsze i kiedy to tylko możliwe! Do zobaczenia na szlaku! 😀
Wielkanoc w Bieszczadach to szczególny okres kiedy to do życia budzi się tutejsza przepiękna przyroda po długich miesiącach spędzonych pod śniegiem. Pogoda o tej porze roku jest już zwykle niezła i sprzyja górskim wycieczkom, czy chociażby spacerom. Dni są słoneczne, rzadko pada już też deszcz. Słowem wszystko sprzyja temu aby wybrać się w te jedyne w swoim rodzaju strony.
Co roku rzeczywiście obserwuje się chyba coraz większe zainteresowanie Bieszczadami. Latem przybywają tu niezliczone rzesze turystów, ale również z roku na rok coraz więcej odwiedzających pojawia się w tych stronach nawet wczesną wiosną, późną jesienią czy zimą. Według nas samych to właśnie okresy poza sezonem letnim są najlepszym momentem na wypad w te najpiękniejsze z polskich gór. Również zatem Wielkanoc w Bieszczadach będzie niezapomnianym wyjazdem. Gdzie ją spędzić? O tym poniżej!
Wetlina to nieformalne serce bieszczadzkiej turystyki. Kto zatem zastanawia się gdzie spędzić Wielkanoc w Bieszczadach, tech powinien przynajmniej rozważyć przyjazd do tej właśnie miejscowości. Co stanowi o jej powodzeniu? Przede wszystkim wymarzone wręcz położenie u stóp połonin i przy wejściu na kilka z najbardziej znanych bieszczadzkich szlaków (wśród nich prym wiedzie Połonina Wetlińska). Wetlina oferuje także niezwykle bogata bazę noclegową, sklepy, bary i restauracje. Jedyny mankament tej miejscowości to dość duża ilość osób przebywających tu w sezonie. Kto przyjeżdża w Bieszczady przede wszystkim dla tutejszej ciszy i spokoju ten powinien rozważyć inne możliwości z naszej listy.
Ciekawą alternatywą dla Wetliny są miejscowości leżące w jej pobliżu. Naszymi ulubionymi są te leżące w trójkącie Strzebowiska, Kalnica, Smerek – oferują one równie bogatą bazę noclegową, znajdziemy tu także restauracje oraz sklepy, a miejscowości te są zdecydowanie mniej zatłoczone. Komu zaś nie przeszkadza duża ilość innych turystów ten może rozważyć nocowanie w Ustrzykach Górnych, bądź Wołosatym – stąd również rozchodzą się liczne szlaki (jak chociażby na Rawki, Połoninę Caryńską czy Tarnicę). W miejscowościach tych również znajdziemy miejsca, w których wypijemy i zjemy coś dobrego.
Cisna to ciekawe opcja dla wszystkich tych, którzy poznali już dobrze obszar Bieszczadów Wysokich i szukają teraz mniej znanych szlaków. To ciekawa propozycja także dla tych, którzy z jednej strony chcą nocować w sporej miejscowości pełnej sklepików i restauracji ale na szlakach poszukują mniejszej ilości turystów. Okazuje się bowiem, że Cisna właśnie to wszystko oferuje .
Tutejsza oferta noclegowa jest bardzo obszerna, najemy się tu także do syta, zakupy zrobimy w jednym z kilku sklepów, a nie zabraknie także tutaj straganów z grzybami, serami czy ciekawymi pamiątkami. Co zaś najważniejsze dla miłośników górskich wędrówek to okolice Cisnej oferują kilka bardzo ciekawych, długich i bardzo często wolnych od innych turystów szlaków. Jest ona dogodnym miejscem wypadowym na Jasło, Okrąglik czy szczyty Wysokiego Działu. W centrum zaś często odbywają się festyny. Będąc tutaj nie możemy także nie zajrzeć do kultowej wręcz „Siekierezady” – restauracji utożsamianej z tzw. „bieszczadzkimi zakapiorami”.
Dwernik i otaczające ją osady to jedno z naszych osobistych ulubionych miejsc chyba w całych Bieszczadach, które zdecydowanie powinniśmy wziąć pod uwagę planując Wielkanoc w Bieszczadach. Miejscowość położona jest wzdłuż wąskiej drogi biegnącej ze Smolnika nad Sanem do Berehów Górnych. Szosa ta wije się malowniczo wzdłuż meandrującego w dolinie potoku i pokonawszy wąską i głęboką dolinę oddzielającą Połoninę Caryńską od Wetlińskiej łączy się z tzw. „wielką pętlą bieszczadzką”. Naszym skromnym zdaniem okolice Dwernika i leżącego nieopodal Nasicznego to prawdziwa kwintesencja Bieszczadów.
Tereny te wydają się zamknięte w tutejszej wąskiej dolinie i odcięte od świata zewnętrznego. Czas na pozór się tutaj zatrzymał – przy drodze mijamy liczne drewniane chaty, na podwórkach dostrzeżemy kaczki i kury, domostw pilnują psy. Wczesną wiosną przydrożne rowy pełne są jaskrawożółtych kaczeńców, okolicę zaś spowija często gęsta mgła. Latem toniemy tu w gęstwinie wysokich traw i kwiatów. Jesienią okoliczne wzgórza zdają się płonąć setkami barw zawdzięczanym liściom drzew. Zima to wszechobecna biel i odcinające się od niej niemal sinoniebieskie potoki skute lodem. Naprawdę trudno powiedzieć, która pora roku jest najlepsza na odwiedziny w tej okolicy.
Dwernik to także wymarzone miejsce na spędzenie urlopy w gospodarstwie agroturystycznym z dala od zgiełku i hałasu większych miejscowości. Tutejszy brak sklepów czy restauracji wynagrodzi nam niezwykły, namacalny wręcz kontakt z dziką przyrodą, cisza, spokój, niezwykła aura i atmosfera tego miejsca. W to miejsce jedzie się tylko raz, a potem już zawsze się tu wraca…
Terka przypomina nam w pewien sposób wspomniany wyżej Dwernik. Również i w te okolice zapuszczamy się właściwie za każdym razem gdy jesteśmy w Bieszczadach. Do Terki lubimy jeździć od strony Dołżycy – to tu z „wielkiej pętli” skręcamy w wąską i niepozorną asfaltową drogę wbijającą się niczym klin pomiędzy zbocza gór. Meandruje ona malowniczo wraz z płynącym obok potokiem i prowadzi nas wgłąb jednego z najbardziej malowniczych zakątków tych gór. Szosa wije się wśród wzgórz, pokonuje kilka mostków i mija wloty do dwóch bieszczadzkich dolin, w których drzemią relikty dawnych bojkowskich wsi – Zawoju i Łopienki.
Zbliżając się do Terki droga pokonuje wydatne wzniesienie i kilka serpentyn. To tu mijamy kultową Kapliczkę Szczęśliwego Powrotu aby po chwili wjechać do swego rodzaju niecki terenowej, której wypłaszczone dno zajmuje właśnie Terka. W centrum wsi znajdziemy jeden jedyny sklep przywodzący na myśl czasu głębokiego PRL. Po przeciwnej stronie ulicy usytuowana jest dzwonnica dawnej cerkwi. Do niedawna cały teren cerkwiska wraz z przylegającym do niego cmentarzem porastała piękna korona sędziwych drzew. W niezrozumiałych okolicznościach zostały one jednak wycięte na mocy decyzji lokalnych władz co zabrało temu miejscu wiele uroku.
Skoro oprócz sklepu i miejsca po cerkwi nie znajdziemy tu zbyt wiele nasuwa się pytanie o to co robić w tych ustronnych okolicach? Dla nas samych Terka jest kolejną kwintesencją Bieszczadzkiej wsi, czystego powietrza, kontaktu z przyrodą, poczucia całkowitego odcięcia od świata, ciszy i spokoju. Kto planując Wielkanoc w Bieszczadach poszukuje takiego właśnie miejsca ten zakocha się z miejsca w Terce. Tutejsza okolica, długie spacery, wędrówki na tereny dawnych wsi rozsianych w okolicy naprawdę potrafią uleczyć wewnętrznie, wyciszyć nas i dać siłę na przyszłość.
Lutowiska to niewielka miejscowość leżąca przy „wielkiej pętli bieszczadzkiej” nieopodal granicy polsko-ukraińskiej, na którą możemy się natknąć na mapie planując Wielkanoc w Bieszczadach. Góruje nad nią wysoka wieża tutejszego kościoła. W centrum znajdziemy parę sklepów, restaurację oraz dużą szkołę. Oprócz tego na zboczach okolicznych wzgórz usadowiły się wygodnie nieliczne domostwa oraz miejsca noclegowe. Słowem, na pierwszy rzut oka trudno o tym miejscu powiedzieć coś bardziej konkretnego. Wydaje się, że jest to po prostu kolejna nikomu nieznana miejscowość na krańcach naszego kraju.
Z tego błędu wyprowadzić nas może dopiero lektura jednej z książek o bieszczadzkiej historii lub rozmowa z kimś zamieszkującym Lutowiska. Okazuje się bowiem, że ta niepozorna dziś osada posiada niezwykle bogatą i dobrze udokumentowaną historię sięgającą wiele wieków wstecz. To właśnie tutaj odbywały się przed laty słynny w całej Europie środkowo-wschodniej targi bydła, na których zamieszkujący Lutowiska żydowscy handlarze kupowali woły hodowane przez rusińskich rdzennych bieszczadzkich górali. Miasteczko to było wówczas bardzo ważnym miejscem spotkań przedstawicieli wielu narodowości i klas społecznych, a tutejsze jarmarki były wydarzeniami odmierzającymi odwieczny rytm pracy i pór roku.
Do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele śladów dawnej świetności Lutowisk. W centrum odnajdziemy ruiny murowanej cerkwi spalonej w trakcie II wojny światowej, przy dawnym cmentarzu w centrum zauważalne jest nadal miejsce po cerkwi. Absolutnym hitem Lutowisk i chyba jednym z najbardziej niezwykłych zabytków będących niemym świadkiem bieszczadzkiej historii jest jednak dawny żydowski cmentarz znajdujący się na wzgórzu za szkołą. Miejsce to posiada niepowtarzalny, trudny do odnalezienia gdziekolwiek indziej charakter i klimat.
Cmentarz leży na otoczonym modrzewiami wzgórzu, z którego rozciąga się obszerny widok na okolicę. Według różnych szacunków znajduje się na nim ok. 2000 żydowskich nagrobków. Z uwagi na zapomnienie i zaniedbywanie tego miejsca przez całe dziesięciolecia duża ich część leży dziś na ziemi, bądź jest nawet przykryta rosnącymi tu trawami. Wiele z płyt nagrobnych to istne dzieła sztuki. Duża ich część posiada misternie wyrzeźbione symbole wskazujące na zajęcie danego zmarłego za życia, czy jego status społeczny.
Miejsce to jest niezwykłym unaocznieniem tego co człowiek potrafi zrobić człowiekowi. Pokazuje ono jasno jak potworne rzeczy działy się na świecie zaledwie parę dekad temu. Mówi o tym jak można próbować unicestwić ludzi, ich historię i pamięć o nich. Stojąc dziś w tym miejscu na przykład późną jesienią gdy otaczające cmentarz modrzewie wydają się płonąć niczym żywy ogień nie pozostaje nam nic innego jak zapłakać nad ludzkim losem…
Jak widzimy Wielkanoc w Bieszczadach, podobnie zresztą jak inne pory roku, dają nam wiele ciekawych możliwości spędzenia wolnego czasu. Niezależenie od tego czy wybieramy się na znane bieszczadzkie szlaki (Wetlina), te mniej uczęszczane (Cisna), szukamy agroturystyki na przysłowiowym „końcu świata” (Dwernik, Terka), czy pragniemy zachwycać się nostalgiczną bieszczadzką historią (Lutowiska) te góry zawsze mają nam coś do zaoferowania. Te wszystkie bieszczadzkie atrakcje w połączeniu z niezwykłą wiosenną aurą tych stron sprawią, że na Wielkanoc będziemy wracać tu co roku.
Pytanie o to jak wybrać pensjonat w Bieszczadach jest jednym z najczęściej się powtarzających, szczególnie przed początkiem każdego sezonu urlopowego. Nie ma w tym nic dziwnego – nie ma przecież chyba nic lepszego niż wypełnione spokojem i odpoczynkiem dni spędzone w bieszczadzkim zaciszu… Poranki z kawą na tarasie, dni spędzone na spacerach i wycieczkach, wieczory przy kominku z grzańcem w ręku… To właśnie za to kochamy nasz ulubiony pensjonat w Bieszczadach.
Bieszczady z roku na rok cieszą się rosnącą popularnością. Latem bieszczadzkie szlaki są już niemalże podobnie oblegane jak te znane z Tatr. Nie brakuje też turystów przybywających w te strony wiosną, jesienią czy zimą. Wybór miejsca noclegowego na nasz wymarzony wypad w góry staje się nieraz nie lada problemem. W sezonie trudno o wolne kwatery, ich wybór w niektórych miejscowościach jest nadal niewielki, a warunki pozostawiają wiele do życzenia. O tym jak zatem sprostać temu zadaniu i jak znaleźć idealny pensjonat w Bieszczadach piszemy poniżej w punktach kilku praktycznych porad!
Przeglądając pobieżnie przeróżne strony internetowe możemy odnieść wrażenie, że nasz wymarzony pensjonat w Bieszczadach niemalże znajdzie się sam. Jednak po dłuższej chwili spędzonej nad wydawałoby się niezliczonymi ofertami okazuje się, że może nie pójść jednak aż tak łatwo.
Pierwszy problem, z jakim musimy się uporać, to odsianie ofert pensjonatów, które de facto nie są położone w Bieszczadach. Posiadanie miejsca noclegowego w coraz bardziej popularnych Bieszczadach jest bowiem intratnym biznesem i marzeniem niejednego przedsiębiorcy. Z tego właśnie względu nie będzie niczym dziwnym odnalezienie pośród ofert miejsc noclegowych leżących pod Sanokiem, w głębi Beskidu Niskiego czy nawet pod Przemyślem. Bardzo często znajdziemy niestety takie właśnie „kwiatki” opatrzone podpisem „pensjonat w sercu Bieszczadów”, „z widokiem na połoniny” itp.
Nie pozostaje zatem nam nic innego jak wziąć do ręki mapę Bieszczadów i zastanowić się w jakiej konkretnej miejscowości chcemy nocować. Będziemy musieli zaznajomić się choć odrobinę z topografią tych pięknych gór i zastanowić się na jakie szlaki będziemy chcieli się udać w trakcie naszego pobytu oraz jakie atrakcje odwiedzić. To od nich uzależnimy w pierwszej kolejności wybór pensjonatu.
Pensjonat w Bieszczadach to nasze prywatne zacisze, miejsce wyciszenia, powrotu do równowagi wewnętrzne i odpoczynku. Aby móc zatem cieszyć się w pełni naszym bieszczadzkim wypadem musimy upewnić się, że nasze wybrane miejsce noclegowe posiada wszystkie zwyczajowe wygody. Zdarza się niestety dość często, że już nawet pobieżne przejrzenie danej oferty wykazuje pewne braki – pensjonat może nie posiadać kuchni, czy miejsca na zaparkowanie samochodu.
Bywa tak, że łazienka jest dzielona z innymi mieszkańcami, pomieszczenia są ciemne i prezentują niski standard itp. Do budynku może nie być dogodnego dojazdu, szczególnie zimą, gdy bieszczadzkie szlaki są zasypane przez metrowe zaspy śniegu, może znajdować się on w przysłowiowym „polu”, z dala od sklepów czy restauracji. Słowem, nie możemy sobie pozwolić na rezerwowanie pierwszej lepszej oferty bez dogłębnego zapoznania się z nią!
Pensjonat w Bieszczadach to także miejsce, w które często jeździmy z dziećmi, czy wręcz z niemowlakiem, niejednokrotnie także z naszym ukochanym czworonogiem. Z tego właśnie względu musimy upewnić się, że nasze miejsce noclegowe jest wyposażone w odpowiednie dodatki, udogodnienia czy wręcz atrakcje.
Jeśli podróżujemy z dziećmi warto sprawdzić, czy pensjonat posiada plac zabaw, piaskownice itp. Niejednokrotnie w ofercie możemy znaleźć staw, sztuczny strumyk umilające nam pobyt, czy stadninę. W budynku znajdziemy często saunę czy jacuzzi. Dobrze przyjrzeć się temu zawczasu aby po przyjeździe nie być zaskoczonym, że w obiekcie nie mamy do dyspozycji nic więcej poza naszym pokojem.
Jeśli podróżujemy z naszym czworonożnym pupilem to dowiedzmy się czy pensjonat w ogóle je akceptuje, czy nie ma w nim innych zwierząt oraz czy dla naszego czworonoga przewidziane są jakieś udogodnienia. Może nim być np. zwyczajna łąką, po której zwierze może swobodnie pobiegać albo przebiegające nieopodal ścieżki spacerowe.
Bieszczady odwiedzamy z przeróżnych powodów. Oczywiście na pierwszym miejscu stoją górskie wędrówki. Niektórzy jednak przybywają w te strony aby poznawać wspaniałą bieszczadzką historię i poszukiwać jej śladów. Jeszcze inni zaś stawiają na odwiedzanie bieszczadzkich atrakcji. Niezależnie co nas tu sprowadza nasz pensjonat w Bieszczadach musi stanowić wygodną bazę wypadową dostosowaną do naszych celów.
Po raz kolejny zatem nie obędziemy się bez mapy. Jeśli interesuje nas wygodny i szybki dostęp do górskich szlaków to wybierzemy zapewne obszar Bieszczadów Wysokich. Jeśli chcemy np. zwiedzać bieszczadzkie cerkwie to skupimy się na okolicach Komańczy. Jeśli marzymy o pluskaniu się w wodzie w otoczeniu zielonych wzgórz to z kolei Solina i jej okolice będą dla nas najbardziej interesujące. W każdym z powyższych przypadków nie chcemy przecież zorientować się na miejscu, że do interesujących nas obszarów Bieszczadów mamy parę ładnych kilometrów i nie za bardzo wiemy jak w te miejsca dotrzeć.
Co roku w Bieszczady ściągają coraz to większe rzesze turystów. Tendencja ta w oczywisty sposób winduje ceny do absurdalnych poziomów, znanych z bardzo popularnych kurortów. Podobnie również pensjonat w Bieszczadach może okazać się bardzo kosztowny jeśli trafimy na właściciela pragnącego wykorzystać niewiedzę turystów. Jest to szczególnie widoczne w okresie letnim oraz świąt Bożego Narodzenia czy sylwestra.
Wybierając zatem nasze wymarzone miejsce noclegowe musimy zatem mieć się na baczności i porównywać różne dostępne oferty. Przy odrobinie wysiłku nawet w okresie największego ruchy turystycznego, czy w szczycie sezony letniego znajdziemy niejedno tanie i spełniające wszelkie nasze wymagania miejsce, do którego z chęcią będziemy wracać w przyszłości. To właśnie takie posiadanie zaprzyjaźnionego gospodarza, który zawsze przyjmie nas z otwartymi rękami i po promocyjnej cenie z uwagi na długa znajomość jest chyba najlepszym rozwiązaniem.
Wybór pensjonatu w Bieszczadach jest ważnym etapem planowania naszego wypadu w góry. Jak widzimy w powyższym poradniku jest to zadanie dość proste i intuicyjne. Wymaga od nas de facto jedynie odrobiny poświęcenia, czasu i uwagi. Warto chwilę pochylić się nad tym zadaniem aby później móc w pełni cieszyć się udanym pobytem w tych najpiękniejszych z gór. Mamy nadzieję, że nasz artykuł okaże pomocny w podejmowaniu właściwych decyzji!
Gdy grube śniegu znikają powoli z połonin, lodowate zimowe wichry ustępują miejsca przyjemnym bryzom ciepłego powietrza, a niekończące się ciemności zamieniają się w coraz dłuższe dni wówczas wiemy, że w Bieszczadach na dobre zagościła wiosna. O ile w marcu być może jeszcze mało kto planuje wypad w te najpiękniejsze z gór o tyle niektórzy powoli zadają sobie już na przykład pytanie czy warto jechać w Bieszczady w kwietniu?
Miłośnicy Bieszczadów są podzieleni co do tego, która pora roku jest tutaj ich zdaniem najbardziej magiczna i kiedy najlepiej tu przyjechać. Wydaje się, że w takich opiniach niepodzielnie króluje jesień ze swoją feerią barw. Lato z kolei jest tą porą roku, która naturalną koleją rzeczy przyciąga w te strony największe rzesze turystów. Zima z roku na rok zdobywa coraz to więcej nowych zwolenników przybywających tu aby buszować w głębokim śniegu na połoninach, czy oddawać się np. skituringowi. A wiosna? No właśnie co z wiosną…
Wiosna przez wielu utożsamiana jest niejako „z automatu” z długim weekendem majowym. Miejscowi twierdzą zresztą, że ruch turystyczny o tej porze roku przewyższa nieraz ten znany z sezonu letniego. Po majówce następuję pewnego rodzaju spadek ilości przyjeżdżających. Więcej turystów pojawia się w tych stronach na Boże Ciało, a potem mamy już właściwie zaraz sezon letni. A gdyby tak w takim razie wybrać się w Bieszczady jeszcze na długo przed majówką? Czy wypad w Bieszczady w kwietniu jest dobrym pomysłem? Co nas tutaj wówczas czeka? O tym wszystkim poniżej!
Pogoda w Bieszczadach słynie ze swojej niezwykłej wprost zmienności i niestabilności. Potrafi ona zaskoczyć tu o każdej porze roku i zmienić się nieraz diametralnie w ciągu zaledwie kilku godzin. Obserwujemy to bardzo często sami po sobie – chyba jeszcze nie było takiej sytuacji, żeby prognozowana tutaj pogoda sprawdziła się w stu procentach. No ale w tym właśnie tkwi cały urok Bieszczadów…
Jeśli chodzi o aurę wczesną wiosną to należy stwierdzić, że jest ona tu dość stabilna. Stabilna i pozostawiająca wiele do życzenia, ma się rozumieć. Kto chce spędzić wypad w góry skąpany w promieniach słońca, a w trakcie górskich wędrówek nie chce sięgać co chwilę po kurtkę przeciwdeszczową, ten bez wątpienia powinien poczekać z wyjazdem do maja.
W kwietniu przyjeżdżamy tu w zgoła odmiennym celu. Ta pora roku bowiem to okres kiedy głęboko uśpiona natura budzi z wolna dopiero do życia. Rwące potoki unoszą na niziny ostatnie ślady zimy. Krzewy i trawy na łąkach noszą nadal oznaki spędzenie paru miesięcy pod ciężkimi zwałami śniegu. Spod zeszłorocznych liści gdzieniegdzie nieśmiało spozierają na nas zieloniutkie pączki.
Powietrze jest mokre, pełne porannych i wieczornych mgieł. Po niebie nadal mocnymi podmuchami wiatru gnane są ciężkie chmury, a mżawka może pojawić się tu o każdej porze dnia i nocy. Kto nie lubi wilgoci, czy nie posiada grubszych ubrań nie powinien nawet myśleć o tym czy warto jechać w Bieszczady w kwietniu. Po tym wszystkim to napisaliśmy powyżej może pojawić się oczywiste pytanie: po co zatem zjawiać się tu o tej porze roku?
Bieszczady odwiedza się z wielu bardzo różnych powodów. Dla nas samych jest to kraina namacalnej wręcz magii rodem z opowieści dla dzieci. Objawia się ona nam na przeróżne sposoby – dostrzegamy ją w niezwykłej bieszczadzkiej historii, w możliwości odnajdywania drzemiących głęboko w gęstwinach bieszczadzkich dolin jej śladów, w nieposkromionej tutejszej naturze, a także właśnie w niezwykłym klimacie tworzonym przez bieszczadzką pogodę. A ona jest chyba najbardziej niesamowita właśnie wczesną wiosną. Kto w to nie wierzy ten powinien udać się na spacer lub przejażdżkę samochodem o zachodzie słońca jedną z Bieszczadzkich dolin gdy mgły spowijają dosłownie wszystko wokół, snują się leniwie po ziemi, a widoczność sięga paru metrów. Przy odrobinie szczęścia z bajkowych oparów wyłoni się wiekowa bieszczadzka cerkiew albo niedźwiedź…
Bieszczady słyną z niemal niezliczonych tutejszych atrakcji. Jak mówi niejeden slogan reklamowy jest tutaj co robić gdy pada deszcz, gdy przyjeżdżamy z dziećmi, niemowlakiem, naszym czworonogiem czy na rowerze. I nie inaczej prezentując się nam Bieszczady w kwietniu. Choć pogoda może nie być najlepsza to możliwości spędzania wolnego czasu mamy tu bez liku. Do naszej dyspozycji jest właściwie wszystko co w Bieszczadach najlepsze i tylko od naszej pomysłowości zależeć będzie to, które atrakcje odwiedzimy.
Biorąc poda uwagę wspominaną już możliwą niepogodę możemy wybrać się samochodem na objazd miejsc związanych z historią Bieszczadów. Królować tu będą oczywiście bieszczadzkie cerkwie, dawne, zapomniane cmentarze i kapliczki, czy żydowskie kirkuty. Przy nieco lepszej aurze możemy wybrać się na spacer jedną z bieszczadzkich dolin do miejsc, w których tętniły niegdyś życiem wysiedlone po II wojnie światowej bojkowskie wsie.
Z kolei jeśli pogoda dopisze, albo gdy nie straszna nam gorsza aura wówczas możemy wybrać się na górską wędrówkę jednym z przepięknych bieszczadzkich szlaków, a jest ich tutaj bez liku. O tej porze roku połoniny są już z reguły wolne od śniegu, a zatem do naszych przechadzek wystarczy jedynie nieco grubsza odzież i porządne buty. Po wycieczce możemy posilić się jednym z bieszczadzkich specjałów w którejś z tutejszych restauracji. Możemy też tam zostać na dłużej przy kubeczku grzańca…
Bieszczady w kwietniu posiadają wiele unikalnych zalet, które staramy się tutaj uwypuklić. Kolejną z nich jest bez wątpienia duża łatwość znalezienia o tej porze noclegu w tych stronach. Jest to na tyle proste, że możemy się pokusić na rezerwację naprawdę w przysłowiowej „ostatniej chwili” dosłownie na kilka dni przed przyjazdem gdy w prognozach otworzy się okno pogodowe dające nadzieje na udany pobyt albo gdy po prostu nagle najdzie nas ochota na przybycie w te strony.
Nie bez znaczenia jest także duża łatwość dojazdu w Bieszczady w kwietniu. Drogi, które latem są niezwykle zatłoczone lub wręcz po prostu nieprzejezdne o tej porze roku są właściwie puste. Nie musimy, tak jak latem, planować naszej podróży na środek nocy i możemy sobie pozwolić na wyjazd z miasta po pracy w czwartek czy nawet piątek. Inne środki transportu również nie są tak zatłoczone jak w sezonie letnim. Spotkamy w nich głównie miejscowych podróżujących z jednej miejscowości do drugiej.
Powiedzieliśmy już powyżej o przeróżnych zaletach przyjechania w nasze ukochane góry wczesną wiosną. Co jednak w sposób szczególny sprawie, że Bieszczady w kwietniu to doskonały pomysł na weekend, długi weekend, czy nawet cały tygodniowy urlop? Odpowiedź może być tu tylko jedna – jest to, jak łatwo się domyśleć, cisza i święty spokój panujący tu o tej porze roku. Należy bowiem pamiętać, że kwiecień oprócz niezwykłej, tajemniczej i bajkowej pogody oraz niezliczonych atrakcji to także pustki na szlakach, w miejscowościach, restauracjach i pensjonatach – istny raj dla osób kochających ciszę i pragnących odsapnąć od codziennego zgiełku dużego miasta.
Musimy podsumować jakoś ten krótki artykuł stąd pytanie o to czy wypad w Bieszczady w kwietniu to dobry pomysł, choć odpowiedź wydaje się jasna. Osobiście uważamy, że jest to jedna z najlepszych pór roku na odwiedziny w tych stronach pełnych magii i uroku. Sami z utęsknieniem czekamy każdego roku przedwiośnia aby móc choć na parę dni wyruszyć w dzikie ostępy bieszczadzkiego kresu. Już teraz marzymy o chłodnych porankach i mglistych wieczorach spędzonych na spacerach, zwiedzaniu atrakcji czy po prostu wypełnionych chwilą zadumy i relaksu na werandzie pensjonatu z kubkiem kawy w ręku. Sami nie możemy się doczekać!
Wiosna w Bieszczadach jest przez wielu uważana za najpiękniejszą porę roku i najlepszy moment na odwiedziny w tych niezwykłych stronach. To właśnie wtedy tutejsze doliny pokrywa świeża zieleń młodziutkich pączków drzew i krzewów nieśmiało wyglądających pierwszych mocniejszych promieni światła po długiej i mroźnej zimie, zbocza wzniesień obsypuje biel kwiatów tarniny, a wysoko na połoninach panuje jeszcze martwota typowa dla chłodniejszych pór roku. Wiosna w Bieszczadach to także niesamowita, bajkowa wręcz aura. Doliny spowija gęsta mgła, często pada tu gęsty deszcz, a dni bywają ponure i pełne tajemniczego, posępnego uroku. Co zatem robić tu o tej porze roku, kiedy to pogoda de facto często nie jest najlepsza? Czy warto wybrać się w te strony, co zobaczyć i jak spędzać tu czas? O tym wszystkim piszemy poniżej! Mamy nadzieję, że te parę pomysłów przyda się Wam wiosną w Bieszczadach, chociażby w trakcie długiego weekendu!
Smolnik nad Sanem, a w szczególności znajdująca się tam przepiękna bojkowska cerkiew to jedno z tych magicznych miejsc w Bieszczadach, które nigdy się nie nudzą i do których niestrudzenie wracamy za każdym razem gdy jesteśmy w tych stronach. Przed okresem wysiedleń rdzennej ludności rusińskiej znajdowała się tu tętniąca życiem wieś, której centrum stanowiła zachowana do dzisiaj cerkiew. Świątynia przetrwała okres historycznej zawieruchy niemal w cudowny sposób i po dziś dzień jest jednym z ostatnich i nielicznych ocalałych niemych świadków dziejów tych ziem. Jest to przy tym jedyna w Polsce cerkiew tzw. archaicznego stylu bojkowskiego. Została ona także wpisana na listę zabytków UNESCO.
Miejsce to przyciąga jak magnes. Świątynia stoi na niewielkim wzniesieniu górującym nad przebiegającą nieopodal szosą, jest z niej zresztą dobrze widoczna. Otacza ją wieniec sędziwych drzew oraz pozostałości dawnego cmentarza z kilkoma wiekowymi nagrobkami. Spod cerkwi roztacza się wspaniały widok na okolicę. Sami uwielbiamy przybywać tu szczególnie właśnie wiosną o zachodzie słońca, kiedy to jego ostatnie promienie przeszywają pełne wilgoci powietrze i kładą się miękko na okolicznych wzniesieniach, na których do dziś rysują się lekko ślady dawnych pól uprawnych wysiedlonej wsi. Towarzyszy nam tu zawsze bardzo silny zapach wiekowego drewna, z którego skonstruowana została cerkiew. Gdy siedzimy przed nią na niewielkiej drewnianej ławeczce przed jej wejściem znikąd pojawia się mieszkający tu czarno-biały kot. Śmiejemy się zawsze, że to pewnie jakiś dobry duch opiekujący się tym miejscem…
Krywe i Tworylne to kolejne dwie nieistniejące wsie, które opiszemy razem z uwagi na fakt, że położone były obok siebie. Ich puste dziś tereny rozciągają się wzdłuż brzegów Sanu meandrującego malowniczo u południowych podnóży Otrytu. Wsie te wraz z przyległymi do nich przysiółkami były niezwykle ludne, znajdowały się tu dziesiątki wiejskich chat, dwory, cerkwie i inne zabudowania. Dziś niepodzielnie króluje tu przyroda i tylko nieliczne zachowane ślady świadczą o dawnej obecności ludzi na tym przysłowiowym „końcu świata”, do którego dostać się można jedynie pieszo po dość forsownym i długim marszu.
Do Krywego najłatwiej dostać się od strony Zatwarnicy. W przypadku wyboru tego wariantu dość znaczną część drogi możemy przebyć przy tym samochodem. Wchodząc na tereny dawnej wsi będziemy musieli de facto zejść nieco w dół do swego rodzaju niecki, w której królowało niegdyś Krywe. Domostwa usadowiły się wygodnie wzdłuż przepływającego przez nieckę potoku. Nad wsią królowało zaś wydatne wzniesienie, na szczycie którego znajdowała się piękna murowana cerkiew. To właśnie ona jako jeden z nielicznych śladów dawnej ludzkiej osady w tym miejscu przetrwała do naszych czasów w stosunkowo dobrym stanie. Malownicza ruina świątyni otoczona wiekowymi drzewami nadal zdobi majestatycznie wzgórze dominujące nad otoczeniem. W jej sąsiedztwie znajdziemy także dzwonnicę oraz dawny bojkowski cmentarz.
Jest to jedno z tych miejsc, w których nasza wyobraźnia działa na zwiększonych obrotach. W naturalny sposób na myśl cisną nam się tutaj obrazy tego, jak kiedyś musiało tu wyglądać życie. Wyobrażamy sobie zatem na przykład mieszkańców wsi podchodzących w zimowy, mroźny wieczór po stromych zboczach wzniesienia do cerkwi ze swoich chat aby później tłoczyć się we wnętrzu niewielkiej cerkwi przy bladym świetle świec i wznosić modły. Oczami wyobraźni widzimy twarze mieszkańców tych stron, próbujemy sobie uzmysłowić o czym musieli myśleć, czym żyć, o czym marzyć… Ciarki na plecach gwarantowane!
Tworylne to wieś leżąca nieopodal Krywego, oddzielona od niego niewielkim przysiółkiem o nazwie Tworylczyk. Właściwie trudno jednoznacznie powiedzieć, która z tych dwóch wsi – Krywe czy Tworylne – jest dziś miejscem bardziej niesamowitym, pełnym tajemnic i działającym na naszą wyobraźnię. Po Tworylnym zostało do dzisiaj chyba jeszcze mniej śladów niż po Krywym. Dodatkowo w Tworylnym, w odróżnieniu od Krywego, nie znajdziemy dziś żadnych zamieszkanych zabudowań. Swoje rządy sprawuje tu przyroda. Centrum dawnej wsi zajmuje pokaźne rozlewisko spowodowane przez urzędujące tu bobry. Nie będzie także niczym nadzwyczajnym spotkanie tu stada żubrów czy niedźwiedzia. W gęstwinie krzewów i drzew odnajdziemy za to wiele śladów dawnego układu osady.
Chyba największe wrażenie robi cmentarz ukryty w kępie drzew i poplątanych krzewów – jego odnalezienie za pierwszym razem jest nie lada wyzwaniem. Nieopodal cmentarza rysuje się wyraźnie dawna aleja dworska prowadząca do miejsca, w którym znajdowała się niegdyś cerkiew oraz dwór. Uważne oko odnajdzie w okolicy wiele śladów po tych budowlach. Po drugiej stronie rozlewiska wśród wysokich traw dostrzeżemy ruiny zabudowań dworskich oraz piękną, dawną aleję dworską wysadzaną lipami. Podobnie jak w Krywym, także i tutaj, nie sposób nie zapytać o to jak kiedyś musiało wyglądać tu życie i dlaczego historia upomniała się o los ludzi zamieszkujących te tak odległe strony.
Dwernik Kamień to kolejna propozycja na naszej liście ciekawych możliwości jakie oferuje nam wiosna w Bieszczadach. O ile wcześniejsze punkty odnosiły się przede wszystkim do niezwykle bogatej i ciekawej bieszczadzkiej historii, która jest w centrum naszych osobistych głównych zainteresowań, o tyle kolejne będą mówiły więcej o bieszczadzkich szlakach i górskich wędrówkach. To przecież one w znacznej mierze przyciągają tu co roku tłumy turystów. No właśnie, tłumy…
Bieszczady cieszą się rosnącą z roku na rok popularnością co sprawia, że tutejsze szlaki stają się coraz bardziej zatłoczone. W szczycie sezonu letniego coraz trudniej jest w związku z tym o znalezienie ustronnego, wolnego od innych turystów miejsca. I tu właśnie z pomocą przychodzi nam Dwernik Kamień. Szczyt ten nie jest jeszcze tak bardzo oblegany jak np. połoniny, jego zdobycie jest stosunkowo proste, a nie wiedzieć czemu mało znany widok ze szczytu przyprawia o zawrót głowy. Każdy kto kocha dziewiczą przyrodę i niczym niezmącony spokój zakocha się w ścieżce historyczno-przyrodniczej biegnącej na szczyt Dwernika. Jej ciekawym urozmaiceniem będzie możliwość podziwiania pozostałości okopów z czasu I wojny światowej, które jak wiele innych śladów bieszczadzkiej historii skłaniają do refleksji i zadumy nad bezsensownym rozlewem krwi w przeszłości w tych przepięknych stronach.
Jeśli tematem naszego artykułu jest wiosna w Bieszczadach to nie może w nim oczywiście zabraknąć Chatki Puchatka, czyli kultowego już schroniska położonego na Połoninie Wetlińskiej. Miejsce to, choć często zatłoczone, jest jednym z tych, które koniecznie należy „odhaczyć” chociaż raz w życiu będą w Bieszczadach. Posiada ono niepowtarzalny klimat i zawiera w sobie ogromną porcję powojennej bieszczadzkiej historii. Spod stóp schroniska roztacza się wspaniały widok właściwie we wszystkich kierunkach. Doskonałym pomysłem będzie spędzenie tutaj nocy, obserwowanie wschodów i zachodów słońca. Wiosną w Chatce panuje przy tym mniejszy tłok niż latem, a co za tym idzie to właśnie ta pora roku może się okazać najlepsza na odwiedzenie tego magicznego miejsca.
Wiosna w Bieszczadach to nie tylko możliwość zwiedzania historycznych miejsc, czy odwiedziny w górskich schroniskach, to także początek sezonu wysokogórskich wycieczek. A jeśli o nich mowa to nie możemy pominąć Tarnicy – królowej Bieszczadów. Szczyt ten możemy zdobyć na kilka sposobów, przy czym szlakiem najpopularniejszym, chociaż nie koniecznie łatwym, jest chyba ten z Wołosatego. Tarnica jest najwyższym szczytem polskich Bieszczadów, należy także do korony Polski, a co za tym idzie każdy szanujący się, poważny turysta powinien go zdobyć choć raz w życiu. Tarnica oferuje wspaniały widok na otaczające je masywy i daleki wgląd w Karpaty ukraińskie. Szczyt, podobnie jak Chatka Puchatka, wiosną nie jest tak oblegany przy tym jak latem.
Wszystko co piszemy powyżej ma na celu przekonanie Cię, że wiosna w Bieszczadach jest super! Warto przy tym zaznaczyć, że ta pora roku oferuje nam kilka swoich obliczy. Czym innym będzie bowiem przybycie w Bieszczady wczesnym przedwiośniem gdy w górach zalegają jeszcze ostatnie śniegi, czym innym okres marca-kwietnia pełny mgieł i częstych opadów deszczy, a jeszcze czym innym np. w tytułowy długi weekend majowy, kiedy to pogoda będzie już bardziej przypominała lato. To właśnie okres długiego weekendu wydaje się doskonałym pomysłem na wypad w te najpiękniejsze z gór. Możemy wówczas cieszyć się już bardzo sprzyjającą aurą, szlaki nie są jeszcze tak bardzo zatłoczone i łatwiej tu o nocleg niż w okresie letnim. Nasz krótki artykuł oczywiście nie wyczerpuje wszystkich możliwości co do tego, co warto zobaczyć czy robić w Bieszczadach wiosną, ale mamy nadzieję, że okaże się pomocny przy planowaniu wiosennego wypadu w góry. My sami już też taki planujemy – do zobaczenia na szlaku!
Pytania o bezpieczeństwo w Bieszczadach wracają co roku jak bumerang w okresie zimowym gdy góry pokrywa gruby, trudny do przebycia śnieg ale stosunkowo często zdarzają się także nieraz latem. Po części wynika to zapewne z faktu, że Bieszczady nadal uważane są za bardzo odległą, dziką i tajemniczą krainę. O ile turyści wiedzą mniej więcej czego się spodziewać np. w znanych niemal wszystkim Tatrach, o tyle Bieszczady jawią się im jako miejsce zupełnie, nowe, nieznane i nieraz pełne niebezpieczeństw. Wrażenie takie mogą dodatkowo podsycać, często wyrwane z kontekstu, medialne doniesienia o bieszczadzkich niedźwiedziach, żmijach i innych rzekomo czyhających tu na przyjezdnych niebezpieczeństwach. Z drugiej strony obawy o nasze bezpieczeństwo w Bieszczadach w okresie zimowym kiedy to tutejsza aura bywa nieprzewidywalna, a klimat bardzo surowy wydają się bardzo uzasadnione. Spróbujmy zatem przyjrzeć się wspólnie temu problemowi i pokusić o parę porad.
Chyba każdy z nas zna widok Pań wchodzących tuż przed burzą latem na Tarnicę w kozaczkach i futrach, grup studentów w klapkach szturmujących połoniny, czy piechurów przemierzających wielokilometrowe szlaki bez plecaków, kurtek czy prowiantu. Naprawdę trudno zrozumieć co powoduje ludźmi postępującymi w ten sposób. Czy wydaje im się, że górska wycieczka to zwykła przechadzka niczym po deptaku? Czy nigdy nie byli w górach? Czy nie mają pojęcia co robią? Trudno powiedzieć, jedno jest pewne: nie ma to nic wspólnego z jakimikolwiek przygotowaniami. Tymczasem jeśli chcemy zadbać odpowiednio o nasze bezpieczeństwo w Bieszczadach musimy poświęcić chociaż chwilę na przygotowanie naszej wyprawy w góry. Niezależnie od tego, czy lubimy ten element naszych wyjazdów, czy nie, musimy zaplanować parę podstawowych rzeczy. Wyjazd w góry nie może bowiem odbyć się bez przygotowań!
Jak się zatem do tych przygotowań zabrać? Nieco inaczej sprawa będzie się przedstawiała w szczycie sezonu wakacyjnego, a także wiosną i jesienią, a zupełnie inaczej zimą. Latem, gdy w Bieszczadach króluje słoneczna pogoda z jedynie przelotnymi opadami czy burzami, wszystko czego nam trzeba to wybranie dogodnego dla nas górskiego szlaku, zaopatrzenie się w mapę, ubranie przeciwdeszczowe i lekki prowiant na drogę. Podobnie będzie wyglądało nasze przygotowanie wiosną czy jesienią. Zimą jednak warunki w górach robią się skokowo o wiele trudniejsze. Przebycie tego samego fragmentu górskiej ścieżki może nam zabrać dwa razy więcej czasu niż latem, a co za tym idzie również i dystans, który pokonamy będzie dwa razy mniejszy. Musimy także pamiętać o tym, że dzień kończy się o wiele wcześniej, a na szlaku towarzyszyć nam będzie dokuczliwe zimno. Słowem, zimą musimy do naszych przygotowań przyłożyć się o wiele lepiej niż o innych porach roku. Zobaczmy zatem jak!
Powiedzieliśmy już parę słów o ubiorze na wiosnę, lato, czy jesień. W tym okresie roku musimy zadbać o posiadanie porządnych, górskich butów za kostkę (żadnych japonek, ani balerinek!) i nieprzemakalnej odzieży na wypadek deszczu. Do obowiązkowego, chociażby niewielkiego plecaka, zabieramy coś „na ząb” na drogę i dużą ilość napojów (spalone słońcem połoniny jak nic innego przysparzają turystę o pragnienie). I tutaj właściwie cała filozofia się kończy. Sprawy mają się zgoła inaczej jeśli chcemy zadbać o nasze bezpieczeństwo w Bieszczadach zimą.
Wbrew pozorom bowiem, Bieszczady w okresie zimowym stają się dość trudnymi górami. Dzieje się tak ze względu na częste i niezwykle obfite opady śniegu w tych stronach. Po kilkudniowej zadymce nie będzie niczym nadzwyczajnym jeśli w drodze na bieszczadzkie szczyty będziemy najpierw brodzić po kolana w śniegu w lesie, a po wyjściu z niego na połoninę okaże się, że tutaj biały puch sięga nam do pasa. Nieodzowne wówczas mogą się okazać rakiety śnieżne, a na pewno zawsze bardzo pomocne będą raki.
Zaskoczeniem nie będą również nagłe zmiany i załamania pogody powodujące nagłe przejście od pełnego słońca do śnieżnej burzy. Typowe są także znaczące zmiany temperatury. To właśnie one nastręczają nam bardzo często poważnych problemów jako, że wpływają na to jak powinniśmy się ubrać. Zimą okazuje się, że jednym z głównych problemów jest to, aby się w górach nie przegrzać i nie przepocić. Często przy niskich, zmieniających się temperaturach jest to dość trudne do osiągnięcia.
Sami polecamy następujący zestaw ubrań na zimę. Obowiązkowa będzie ciepła, wełniana bielizna termiczna. Na nią zakładamy goretexowe, zimowe spodnie trekkingowe, a na górę bezpośrednio cienką puchową kurtkę. Taki zestaw chroni nas przed zimnem i zapobiega przegrzaniu przy niewielkim mrozie. W razie większego spadku temperatury pod puchową kurtkę zakładamy cieńszy, bądź grubszy polar. Jeśli na połoninie dodatkowo zaskoczy nas mocny wiatr, wówczas na polar i puchową kurtkę zakładamy dodatkowo kurtkę z membraną – taki zestaw sprawia, że jesteśmy „nie do ruszenia” przy nawet mocno ekstremalnych warunkach. Oczywistym uzupełnieniem będą rękawiczki oraz czapka lub kominiarka. Zimą na połoninach bardzo dobrze sprawdzają się także narciarskie gogle.
Z dodatkowych akcesoriów wiosną, latem i jesienią zabieramy ze sobą kijki trekkingowe z gumową stopką. Zimą pozbywamy się stopki, a w zamian zaopatrujemy w duże, śnieżne talerzyki. Konieczne będzie także skrócenie kijków – brodząc w śniegu po kolana będziemy wbijać je znacznie wyżej niż latem, kiedy to jedynie opieramy się nimi o o podłoże. Zimą do akcesoriów niezwykle ułatwiających wędrówki należą wspomniane już raki oraz ewentualnie rakiety. Jeśli chodzi o raki to sami polecamy normalne, duże, taternickie raki, a nie popularne w ostatnim czasie „raczki”. W naszym odczuciu „raczki” są dobre na przechadzkę po oblodzonej ścieżce w dolinie, w górach natomiast gdzie przyjdzie nam się zmagać z mocno nachylonymi i zaśnieżonymi szlakami najlepsze są raki o dużych kolcach (nie ma przy tym znaczenia, czy będą to raki paskowe, koszykowe, półautomatyczne czy automatyczne). Rakiety zaś przydadzą się nam najbardziej w szczytowych partiach szlaków, w których bez nich niejednokrotnie co parę kroków będziemy się zapadać po uda w miękkim puchu.
Temat nawigacji w górach budzi nieraz wiele dyskusji i emocji jako, że turystyczni puryści uważają, iż do poruszania się po górskich szlakach wystarczy jedynie mapa i ewentualnie kompas, a kto nie zna podstawowych zasad nawigacji, ten w ogóle nie powinien wyruszać w góry. O ile takie podejście wydaje się uzasadnione wiosną, latem, czy jesienią kiedy to faktycznie w większości przypadków trudno sobie wyobrazić zgubienie dobrze oznakowanego szlaku, o tyle zimą sprawa przedstawia się diametralnie inaczej. Gdy góry pokryje gęsty, głęboki puch ukrywający wszelkie elementy terenu pozwalające na orientację może okazać się, że miejsce, które znamy doskonale z lata będzie dla nas całkowicie obce. Z doświadczenie wiemy, że nieraz przejście dosłownie 300 metrów w śniegu może wystarczyć aby przypadkowo zejść ze szlaku i się zgubić.
Z tego właśnie względu dbając o bezpieczeństwo w Bieszczadach zimą nie wyruszamy w góry bez dobrej nawigacji GPS. Ważne przy tym aby było to urządzenie z możliwością wgrania mapy, która pozwala na dokładną orientację w terenie oraz aby posiadało elektroniczny kompas działający niezależnie od tego, czy jesteśmy w ruchu, czy nie. Latem GPS zabieramy ze sobą głównie w celu zanotowania „śladu” naszej wycieczki i do zarchiwizowania jej statystyk. Urządzenie to, po wcześniejszym przygotowaniu trasy w komputerze, w ciekawy sposób pozwala także mierzyć odległość i pozostały czas do końca wycieczki czy jej punktów pośrednich. Na bieżąca korzystamy przy tym raczej wyłącznie z tradycyjnej mapy, a kompas zabieramy ze sobą na wypadek sytuacji awaryjnej.
O prowiancie wspomnieliśmy już kilka słów wyżej. Tutaj znów poza okresem zimowym obowiązuje duża dowolność i właściwie jedyne o czym musimy pamiętać to zabranie dużej ilości płynów. Zimą natomiast do tematu musimy podejść nieco bardziej metodycznie. Sami zabieramy ze sobą zwykle po ok 1,5 litra napoju izotonicznego na podejście, wodę oraz herbatę w termosie na fragment szczytowy. W plecaku nie może zabraknąć kanapek, czy bananów oraz obowiązkowego źródła energii w postaci czekolady czy batonów energetycznych. Wszystko to w teorii może się wydawać błahostką i zbyteczną nadgorliwością. Kto jednak został zaskoczony w górach przez śnieżną zadymkę czy lodowaty wiatr, ten na przyszłość z pewnością będzie pamiętał jak ważny jest w górach właściwy bilans energetyczny.
Ostatnio z punktów na naszej liście będącej odpowiedzią na pytanie o to jak dbać o bezpieczeństwo w Bieszczadach to komunikacja. Jest to kolejny z punktów wydawałoby się oczywistych, jednak czy nie jest oczywistym, że w góry nie należy wybierać się w klapkach albo kozakach? Jest! A czy ludzie chodzą tak w góry? Oczywiście, że tak! Czy historia zna przypadki, kiedy to zrozpaczona matka wzywała GOPR aby poszukiwał zaginionej córki, a tymczasem odpoczywała sobie ona spokojnie w schronisku zapomniawszy o włączeni telefonu? No jasne, że tak! Może zatem warto powiedzieć kilka słów o komunikacji, bez której wyruszanie w góry jest znaczącą lekkomyślnością.
Bieszczady, wbrew temu co się powszechnie uważa, to góry dość wymagające, obfitujące w długie szlaki i nagłe zmiany pogody. Wybierając się zatem nawet na pozornie krótką górską przechadzkę w środku lata obowiązkowo zabieramy ze sobą naładowany telefon komórkowy. Przed wyruszeniem dobrze jest zapisać sobie w kontaktach telefon do GOPR (601 100 300 lub 985). Jeszcze lepszym posunięciem będzie instalacja aplikacji Ratunek, która w niezwykle łatwy sposób umożliwia kontakt z ratownikami i odnalezienie poszkodowanego. W uzupełnieniu do nawigacji GPS, bądź w przypadku jej braku, dobrze zapoznać się z usługą geolokalizacji w naszym telefonie. Przed wyruszeniem w góry nie mniej ważnym będzie powiadomienie bliskich o planie naszej wycieczki.
Na zakończenie chcielibyśmy, niejako w formie podsumowania, odpowiedzieć na pytanie czy trudno jest zadbać o nasze bezpieczeństwo w Bieszczadach? Po wszystkim co zostało napisane powyżej można być może odnieść wrażenie, że jest to niełatwe zadanie – nic bardziej mylnego! Jedyne co próbujemy tutaj, jak i w innych naszych tekstach, przekazać to to, że odpowiednie zatroszczenie się o bezpieczeństwo w górach, podobnie jak wiele innych rzeczy, wymaga po prostu odpowiedniego przygotowania. Nie jest to ani trudne, ani nawet specjalnie czasochłonne. Wystarczy, że poświęcimy temu kilka chwil namysłu, a nasz wypad w góry choćbyśmy zostali w nich złapani przez paskudne warunki pogodowe zakończymy szczęśliwie i z wielkim uśmiechem na ustach!
Zimowe atrakcje w Bieszczadach co roku przyciągają w te strony coraz to większe rzesze turystów. Nic w tym dziwnego. Bieszczady przecież znane są jako góry dające niemal nieskończone możliwości spędzania wolnego czasu. Z całego kraju ściągają tu miłośnicy górskich wędrówek. Nie będzie się tu także nudziła rodzina odwiedzająca Bieszczady z dziećmi, a nawet z niemowlakiem. Coś dla siebie znajdą osoby przybywające z czworonogiem, czy na rowerach. Słowem w Bieszczadach nie sposób się nudzić. Zawsze znajdziemy tu coś dla siebie, nawet jeśli pada deszcz.
To samo dotyczy pór roku. Wielokrotnie czytelnicy naszego bloga zadają nam pytanie o to, która pora roku jest najlepsza na odwiedziny w Bieszczady. Wydawało by się, że najbardziej logiczną odpowiedzią jest lato. Nie w Bieszczadach! To tu każda pora roku (ba, nawet każdy miesiąc!) mają nam do zaoferowania coś zupełnie unikalnego i niemożliwego do odnalezienia w innym czasie w ciągu roku. To właśnie dlatego sami staramy się odwiedzać Bieszczady tak często, jak to możliwe. Nie inaczej jest i z zimą – według niektórych to de facto właśnie ta pora roku jest tu najbardziej magiczna i interesująca. To właśnie wtedy tysiące turystów z całego kraju ściąga w ten odległy zakątek Polski aby cieszyć się śniegiem i niezwykłą zimową aurą. Przyjrzymy się zatem jakie zimowe atrakcje w Bieszczadach na nich czekają!
Dla wielu turystów zimowe atrakcje w Bieszczadach to przede wszystkim zimowe górskie szlaki. Nie ma w tym nic dziwnego, Bieszczady słyną przecież z wyjątkowych szlaków grzbietami niemożliwymi do znalezienie nigdzie indziej w naszym kraju połonin. Przy odpowiednim przygotowaniu właściwie wszystkie z nich dostępne są również zimą, stąd tak duże zainteresowanie nimi. Pewnie dlatego też w okresie Świąt Bożego Narodzenia czy ferii zimowych na szlakach spotykamy bardzo wielu piechurów.
Bieszczady zimą to kompletnie nowa, kolejna, nieznana nam dotąd odsłona tych wspaniałych gór. Kto przyjeżdża tu po raz pierwszy o tej porze roku poczuje się jakby wkraczał w nowy, nieznany dotąd świat. Dojazd do miejscowości położonych w sercu gór może być utrudniony przez wielkie zaspy śniegu. Również w górach wszystko jest doszczętnie przykryte grubą warstwą puchu. Szlaki bywają nieprzetarte, łatwo o zbłądzenie, a na połoninach nie będzie niczym dziwnym śnieg sięgający nam do pasa.
Góry o tej porze roku oferują istny spektakl rodem z krainy lodu. Niższe warstwy lasu toną w metrowych zaspach śniegu, wyższe zdobi szadź rodem z bajki. Pokrywa ona każdą najmniejszą gałązkę drzew i krzewów skrząc się bajecznie w bladych promieniach słońca. Partie szczytowe to już istna lodowa pustynia. Towarzyszą nam tu przedziwne formy wytworzone w trakcie zamieci przez śnieg i wiatr, a właściwie jedynym dominującym i otaczającym nas ze wszystkich stron kolorem jest biały.
Bieszczady co roku przeżywają największy najazd w okresie długiego weekendu majowego, Bożego Ciała oraz większości wakacji. Co roku jednak także zimowe atrakcje w Bieszczadach przyciągają coraz więcej przyjezdnych. Tak też dzieje się z miłośnikami narciarstwa. Lokalni włodarze pracują nad tym aby w Bieszczady co roku przybywało coraz więcej miłośników białego szaleństwa. Powstają nowe wyciągi, stoki przygotowane dla narciarzy i odpowiednia infrastruktura. Bieszczadom nadal oczywiście daleko do chociażby Zakopanego ale widoczny jest trend wzrostu zainteresowania narciarstwem w tych stronach.
Swoistą odmianą narciarstwa, a zarazem remedium na braki w bieszczadzkiej infrastrukturze narciarskiej jest zdobywający w ostatnim czasie olbrzymią popularność skitouring. Jest to forma narciarstwa wydawałoby się szyta na miarę na potrzeby Bieszczadów, a góry te wydają się wprost stworzone do aktywnego wypoczynku w ten właśnie sposób. Czym zatem jest skitouring?
Skitouring jest swoistym połączeniem narciarstwa biegowego i klasycznego. Narciarz wyposażony w specjalnie do tego przystosowane narty skitourowe jest w stanie samodzielnie „wejść na nartach” dosłownie wszędzie gdzie go tylko oczy poniosą. Specjalnie skonstruowana powierzchnia ślizgowa nart skitourowych daje bowiem możliwość stawiania w nich kroków pod górę, nawet o bardzo stromych zboczach i ich zdobywanie w ten sposób bez niebezpieczeństwa niekontrolowanego zjechania w dół. Dopiero na szczycie, w wybranym przez siebie miejscu, narciarz przystosowuje odpowiednio narty i od teraz może już na nich zjeżdżać w tradycyjny sposób.
Jak widzimy sport ten wydaje się stworzony na potrzeby Bieszczadów. Nie ma tu zbyt wielu wyciągów narciarskich czy przygotowanych stoków, zatem samodzielne zdobywanie gór i późniejsze z nich zjazdy na nartach wydają się wymarzoną możliwością! Co roku widzimy jakiej popularności nabiera skitouring. Na szlakach spotykamy coraz więcej osób pnących się mozolnie pod górę z nartami przymocowanymi do nóg. Wydaje się, że ten trend zagości w Bieszczadach na dobre…
Dla osób, które nie chcą wybierać się w góry zimą, a zastanawiają się jakież to zimowe atrakcje w Bieszczadach na nie czekają pozostaje jeszcze jedna, nie mniej ciekawa możliwość. Bieszczady posiadają przecież tak bogatą i ciekawą historię, po której do naszych czasów zachowało się wiele śladów, że możemy spokojnie nawet i cały zimowy wyjazd przeznaczyć na oglądanie bieszczadzkich zabytków. Mało tego, to właśnie zimą duża część z nich prezentuje się chyba najbardziej magicznie. Miejsca takie jak cerkiew w Łopience, cerkiew w Smolniku nad Sanem, czy żydowski kirkut w Lutowiskach będą wyglądały naprawdę niesamowicie właśnie przykryte grubym kobiercem śniegu.
Świetną przygodą może być już sama wyprawa chociażby samochodem tzw. wielką pętlą bieszczadzką od jednego zabytku do drugiego. Trasa ta jest bardzo widokowa, a pokryta śniegiem i w wielu miejscach ciężka do pokonania dostarczy całej rodzinie nie lada emocji. Nieco odważniejszym i rządnym ruchu można polecić zimowy spacer na tereny jednej z wielu nieistniejących dziś wsi wysiedlonych po okresie II wojny światowej. To tu na pustych polach bieszczadzkich dolin, gdzie dziś niepodzielnie króluje przyroda w gęstwinie drzew i pod grubą warstwą śniegu odnajdziemy dawne cerkwisko czy zapomniany przez Boga i świat stary cmentarzyk… Tutaj naprawdę można się poczuć odkrywcą!
Bieszczady to prawdziwie magiczna kraina oferująca setki możliwości spędzania czasu o każdej porze dnia i roku. Nie zawiodą nas także zimowe atrakcje w Bieszczadach. Kto planuje wyjazd na Święta Bożego Narodzenia, ferie zimowe, czy po prostu zimowy weekend, ten zdecydowanie powinien pomyśleć o Bieszczadach. Odpowiedź bowiem jest tylko jedna – w Bieszczady naprawdę warto jechać zimą! To tu, choć na kilka dni, uciekniemy od przytłaczającej nas na co dzień cywilizacji, zagubimy się na trochę wśród wzgórz, dzień spędzimy radośnie na śniegu, a wieczorem ogrzejemy się przy kominku. Czego chcieć więcej?
Zimowa turystyka w Bieszczadach z roku na rok zdobywa coraz więcej zwolenników i zainteresowanych. Coraz więcej osób rozważa zimową wyprawę w Bieszczady, zastanawia się jak się do niej przygotować oraz czego się spodziewać na miejscu. Turystów znających Bieszczady z innych pór roku interesuje to jak ich ulubione góry będą wyglądały pokryte głębokim puchem śniegu zimą, która przez wielu jest uważana za najbardziej bajkową, ale i ekstremalną, porę na odwiedziny w tych stronach. Dziś postaramy się zatem odpowiedzieć na kilka pytań mogących pojawić się gdy zastanawiamy się czy zimowa turystyka w Bieszczadach jest dla nas. Zapraszamy do lektury!
Na łamach naszego bloga wielokrotnie podkreślamy, że to co w Bieszczadach urzeka nas chyba najbardziej to niezwykła zmienność tych przepięknych stron. Bieszczady to przecież góry zajmujące stosunkowo nieduży obszar, a zatem odwiedzając je często de facto zwiedzamy te same, znane nam już strony. Dla kogoś kto nigdy nie był w Bieszczadach takie ciągłe wyjazdy w okolice, które już znamy mogą wydawać się śmiertelnie nudne i rutynowe. Nic bardziej mylnego. To właśnie tutaj w grę wchodzi wspomniana już zmienność Bieszczadów – to ona powoduje, że dosłownie te same miejsca możemy odwiedzać bez końca o różnych porach roku, dnia, czy przy różnej pogodzie i czuć się tak, jakbyśmy byli w zupełnie nowym dla nas otoczeniu.
W Bieszczadach zmienne jest dosłownie wszystko. Niesamowicie dynamiczna i nieraz bardzo zaskakująca jest tu pogoda, potrafiąca zmienić się o 180 stopni dosłownie w kilkadziesiąt minut. Zmienna jest aura, nastrój panujący w bieszczadzkich dolinach czy na połoninach. Przede wszystkim jednak niezwykłą zmiennością charakteryzuje się tu przyroda w zależności od pory roku, o jakiej odwiedzamy te strony. My sami staramy się przyjeżdżać w Bieszczady co najmniej co 3-4 tygodnie i choć nieraz naprawdę nie mamy siły na pokonanie setek kilometrów drogi to zawsze po dotarciu na miejsce czujemy, że nasz trud został wynagrodzony i po raz kolejny w Bieszczadach znajdujemy coś, czego wcześniej nie widzieliśmy.
Nie inaczej jest z zimą w Bieszczadach. Kto był tutaj wiosną, latem lub jesienią może myśleć, że już nic go nie zaskoczy. I znów będzie się mylił. Bieszczady zimą to po raz kolejny zupełnie nowa odsłona tych stron, inna niż pozostałe pory roku, posiadająca swój własny, niepowtarzalny urok i oferująca zupełnie nowe możliwości spędzania wolnego czasu. Kto raz przyjedzie w Bieszczady zimą, ten bez wątpienia będzie chciał co roku wracać tu właśnie wtedy, gdy góry te drzemią przysypane grubą warstwą śniegu.
No właśnie, to znaczy kiedy dokładnie? To zależy od pogody w danym roku. Chcąc cieszyć się grubą pokrywą śnieżną w Bieszczadach musimy dokładnie śledzić doniesienia pogodowe. W ostatnim czasie bywają lata, że śniegu w Bieszczadach niestety niemalże nie ma w ogóle i „złapanie” takiego momentu kiedy śnieg jest może okazać się trudne. W innych latach z kolei bywa i tak, że gruby śnieg zalega w górach już od początku listopada. Najbezpieczniejsza będzie naszym zdaniem próba przyjazdu w Bieszczady w okolicach Świąt Bożego Narodzenia lub w okresie stycznia-lutego. To właśnie wówczas mamy największą szansę na to, że w zastaniemy w górach świeży i głęboki puch.
Pragnąc aby zimowa turystyka w Bieszczadach przyniosła nam jak najwięcej uciechy parę słów uwagi należy poświęcić również temu jak dojedziemy w nasze ulubione góry zasypane śniegiem. Okazuje się bowiem, że bieszczadzki klimat zimą może być tak surowy, że nawet dotarcie do naszej ulubionej miejscowości położonej głęboko w górach może nastręczać nie lada problemów.
Tutejsze drogi bywają tak mocno zasypane, że musimy zadbać o nasze bezpieczne dotarcie do miejsca noclegowego. Wydaje się, że raczej obowiązkowe jest posiadanie łańcuchów śnieżnych w naszym aucie. Bez nich pokonanie miejsc takich jak np. Przełęcz Wyżna może być utrudnione, czy wręcz niemożliwe. Idealnym rozwiązaniem będzie wyprawienie się o tej porze roku w Bieszczady samochodem z napędem na cztery koła albo najlepiej autem terenowym.
Zimowa turystyka w Bieszczadach pozostawi w naszej pamięci wspomnienia wspaniałych chwil spędzonych na śniegu, ale tylko wówczas jeśli do naszego wyjazdu odpowiednio się przygotujemy. O ile o innych porach roku brak jakiejś części odzieży czy sprzętu turystycznego z reguły nie pociąga za sobą większych konsekwencji, o tle zimą może utrudnić lub nawet uniemożliwić nam wyruszenie na szlak. Co zatem zabrać ze sobą na zimowy wypad w Bieszczady? Lista nieodzownych rzeczy jest naprawdę dość długa!
Chyba wszyscy z letnich wyjazdów w Bieszczady znamy widok osób przemierzających bieszczadzkie szlaki w sandałach, japonkach czy balerinach. Zimą tymczasem brak właściwego obuwia sprawi, że będziemy zmuszeni zostać w pensjonacie i zapomnieć o jakichkolwiek wycieczkach. Chcąc bowiem przemierzać górskie, bardzo dzikie o tej porze roku, ostępy koniecznie musimy posiadać porządne, turystyczne buty przeznaczone do uprawiania turystyki w śniegu. Świetnym pomysłem jest również posiadanie raków – ułatwią nam one wdrapywanie się po stromych bieszczadzkich zboczach i będziemy je błogosławić przy śliskich, mocno nachylonych zejściach z gór. Niektórzy kupują, bądź wypożyczają także rakiety śniegowe, ale naszym osobistym zdaniem raki w zupełności spełniają swoje zadanie.
Kolejną absolutną koniecznością są odpowiednie, dostosowane do zimowej aury kurtka, spodnie oraz nieodzowna gruba bielizna termiczna. Bez nich wyjście na smaganą wiatrem połoninę może okazać się dla nas niemożliwe ze względu na bardzo niską temperaturę lub w najlepszym razie zakończyć się mocnym przeziębieniem. Nie możemy zapomnieć także o dwóch parach ciepłych rękawic, dwóch zimowych czapkach na zmianę, szaliku lub kominie. Niezłym pomysłem jest uzupełnienie naszego ekwipunku o kominiarkę oraz gogle narciarskie.
Bardzo pomocne okażą się jak zawsze teleskopowe kijki turystyczne, porządny plecak, obowiązkowy termos z herbatą, mapa i kompas. Jeśli zaś mowa o nawigacji to zdecydowanie najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest posiadanie urządzenia GPS. Może okazać się ono nieocenione w gęstej mgle, zadymce śnieżnej lub po prostu w sytuacji kiedy okaże się, że szlak na połoninie jest nieprzetarty i nie wiemy w którą stronę mamy iść – w takich zdarzających się bardzo często sytuacjach naprawdę bardzo łatwo o zabłądzenie. O konieczności posiadania ze sobą naładowanego telefonu komórkowego z zapisanym numerem telefonu do GOPR chyba nie trzeba wspominać…
Jeśli chodzi o szlaki górskie to zimowa turystyka w Bieszczadach nie różnie się znacząco od tej znanej z innych pór roku – słowem, możemy iść dokąd tylko dusza zapragnie! Tylko od naszej pomysłowości zależy to dokąd się wybierzemy. Co do zasady dostępne są dosłownie wszystkie szlaki znane nam z bieszczadzkich dolin czy połonin. Oczywiście nieco czego innego należy spodziewać się w zacisznej, odsłoniętej od wiatru dolinie, a czego innego na smaganej podmuchami górskiej grani – jak zwykle naszą wycieczkę musimy dokładnie przemyśleć i zaplanować aby była bezpieczna i przyjemna.
Co cieszy to fakt, że w okresach Świąt czy ferii zimowych na szlakach spotkamy zaskakująco dużo ludzi – będzie to sprzyjało naszemu poczuciu bezpieczeństwa. To właśnie z uwagi na obecność innych turystów osobiście polecalibyśmy wybieranie zimą najbardziej znanych szlaków, tak aby mieć pewność, że nie będziemy na nich sami. Do takich bieszczadzkich „pewniaków” należeć będzie Chatka Puchatka, Połonina Wetlińska, Połonina Caryńska, Rawki, czy Tarnica.
Na koniec, jeśli interesuje nas zimowa turystyka w Bieszczadach, pozostaje nam dodać słowo ogólnego podsumowania na temat tego, czego możemy się spodziewać w Bieszczadach zimą. Takie ogólne wnioski należy zacząć od stwierdzenia, że nawet proste, z pozoru krótkie wyjście w góry zimą jest o wiele trudniejsze niż pokonanie tej same trasy latem. Możemy spodziewać się, że nasz czas przejścia będzie wynosił 150% tego znanego z mapy czy z przewodnika. Na trasie będzie nam towarzyszyło zimno, a w partiach szczytowych przenikliwy wiatr. Od granicy lasu możemy natrafić na śnieżne zaspy sięgające do pasa, w których idzie się bardzo ciężko i wolno. W takich warunkach, szczególnie gdy szlak nie jest przetarty, niezwykle łatwo o zmylenie trasy i pobłądzenie.
Słowem, zimowa turystyka w Bieszczadach, jest naprawdę dla każdego, daje wiele nowych, niepowtarzalnych przeżyć i wspomnień, ale należy do niej podchodzić z głową i oczywiście z dużą dozą odpowiednich, przemyślanych przygotowań. To właśnie dzięki nim, gdy na zimowy szlak wyruszymy odpowiedni wyekwipowani nie pozostanie nam nic innego jak cieszyć się bajkową zimową scenerią, a po powrocie do domu planować kolejne zimowe wypady w Bieszczady!
Czytelnicy naszego bloga przesyłają nam przeróżne pytania. Bardzo często, między innymi, pytają nas o to jakie zabytki w Bieszczadach należy zobaczyć będąc w tamtych stronach. Wychodząc naprzeciw wszystkim zainteresowanym postanowiliśmy stworzyć post na ten temat i opisać kilka z nich. Oczywiście nie ma tu miejsca na wspomnienie każdego z bieszczadzkich zabytków. Skupiliśmy się zatem tylko na tych paru „perełkach”, które nas samych oczarowały najbardziej.
Aby zrozumieć jakie zabytki w Bieszczadach przetrwały zawirowania trudnych dziejów tych ziem i które możemy podziwiać po dziś dzień musimy powiedzieć parę słów o historii Bieszczadów. Tereny te były od około XV wieku zamieszkiwane przez napływową ludność rusińską. Z czasem utarło się nazywać ją Bojkami. Ludzie ci osiedlali się w niegościnnych, górskich stronach cechujących się surowym klimatem gdzie zajmowali się głównie wypasem bydła oraz uprawą roli. Ich proste i znojne życie przez wieki biegło pod znakiem niezmiennych rytuałów i zwyczajów oraz odwiecznego cyklu pór roku.
W XX wieku Bojkowie, jako Rusini, zostali wciągnięci w narodowościowe spory pomiędzy Polską, a Ukrainą, które to rościły sobie prawa do tych i innych spornych ziem. Konflikt szybko narastał i ostatecznie znalazł swoje apogeum w zbrojnej walce pomiędzy spierającymi się stronami. Po zakończeniu II wojny światowej ówczesne władze Polski nie mogąc poradzić sobie z nacjonalistami ukraińskimi postanowiły przeprowadzić zakrojoną na wielką skalę akcję wysiedlenia rdzennej ludności rusińskiej z ziem całej Polski południowo-wschodniej bo miało odebrać zaplecze i wsparcie wojującym oddziałom proukraińskim. Operacja ta zapisała się w historii jako tzw. akcja Wisła.
W jej ramach z terenów dzisiejszych należących do Polski Bieszczadów wysiedlono niemal całą rdzenną ludność przerywając tym samym ich wielowiekową tradycję. Bieszczady dosłownie opustoszały. Po gwarnych niegdyś wsiach pozostały jedynie niszczejące chaty, budynki gospodarcze, cerkwie… Z czasem władze Polski pozwoliły na ponowne osiedlanie się w tych stronach.
Napływający osadnicy rozbierali pozostałości dawnych zabudowań w celu pozyskania tak trudno dostępnego w tych stronach materiały na dalsze, inne budowy. W ten sposób z czasem dawne ludne wsie przestały kompletnie istnieć. Pozostały po nich tylko niknące w gąszczu drzew i krzewów ślady, czy możliwy do zaobserwowania nawet dziś układ dawnych pól. Resztę pochłonęła żarłoczna przyroda zarastająca tereny tak aktywnie kultywowane niegdyś przez człowieka.
Na terenach dawnych wsi pozostały także kapliczki, przydrożne krzyże i cmentarze. Ocalało także kilka bojkowskich cerkwi. Większość z nich została spalona w trakcie wysiedleń lub rozebrana w czasach nieco późniejszych ale kilka z nich, nieraz niesamowitym zrządzeniem losu, dotrwało do naszych czasów. Możemy po dziś dzień je podziwiać i dzięki nim spróbować wyobrazić sobie jak niegdyś wyglądało życie w tych stronach. Naszym zdaniem to właśnie te zabytki w Bieszczadach są najciekawsze.
Naszym absolutnym faworytem jeśli chodzi o zabytki w Bieszczadach jest niezwykła cerkiew w Smolniku nad Sanem. Znajduje się ona we wsi Smolnik nieopodal Lutowisk przy tzw. dużej obwodnicy bieszczadzkiej na trasie z Ustrzyk Dolnych do Górnych. Nie sposób do niej nie trafić – kierują do niej znaki, a jeśli je przeoczymy to samą cerkiew wypatrzymy na pewno z szosy. Stoi ona w otoczeniu sędziwych drzew porastających niewielkie wzniesienie górujące nad otaczającymi terenami dawnych wsi Smolnik oraz Procisne. Obie osady były przed dekadami ludnymi bojkowskimi wsiami, których ludność modliła się w stojącej tu do dziś cerkwi.
Sama budowla ma niezwykłe walory architektoniczne, jest także wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jako jedyna zachowana świątynia tego typu prezentuje ona tzw. archaiczny styl bojkowski – w ten sposób budowano bieszczadzkie cerkwie w najdawniejszych czasach. Co prawda zawieruchy lat powojennych nie przetrwało wyposażenie budynku, ale sama konstrukcja jest w stu procentach oryginalna. Zachwyca swoją misternością, kunsztem i zapachem dwustuletniego drewna. Na zewnątrz cerkwi zachowały się ślady pazurów niedźwiedzia. Wewnątrz panuje przyjemny chłód i półmrok.
Dla nas samych jest to chyba najbardziej magiczne miejsce w całych Bieszczadach, które odwiedzamy wielokrotnie za każdym razem gdy jesteśmy w tych stronach. Uwielbiamy przybywać do stóp tej cerkwi szczególnie po południu, o zachodzie słońca. Siadamy wówczas na ławeczce stojącej przed wejściem do świątyni i podziwiamy ostatnie gasnące promienie słońca chowającego się za górami. Często towarzyszy nam czarno-biały kot, który mieszka nieopodal cerkwi. Wydaje się on dobrym duchem opiekującym się tym mistycznym miejscem…
Kolejnym zabytkiem w Bieszczadach, z którym wiąże się kolejna niezwykła historia jest cerkiew w Łopience. Wieś ta przed laty była centrum kultu maryjnego tych ziem. W tutejszej cerkwi znajdował się bowiem obraz Matki Boskiej słynący z cudów i łask. Co roku wierni pielgrzymowali do niech z najdalszych stron Polski czy Węgier. Słynne były także odpusty będące lokalną atrakcją i niezwykle ważnym wydarzeniem w trakcie każdego roku upływającego na znojnej pracy na wypasie bydła oraz na roli.
Historia i ciągłość kulturowa Łopienki, podobnie jak to było w przypadku innych bieszczadzkich wsi, została przerwana i unicestwiona na fali powojennych wysiedleń. Zabudowania wsi były powoli rozbierane przez nowych osadników, a w jej dawnym centrum niszczała grożąca zawaleniem cerkiew. Świątynia uległaby zapewne całkowitej dewastacji gdyby nie tytaniczny wysiłek ludzi dobrej woli, którzy zafascynowani pięknem pustej już doliny oraz dawnej cerkwi postanowili własnymi siłami odbudować ją i przywrócić do niegdysiejszej świetności.
Zamiar ten udał się w stu procentach. Przepiękną łopieńską cerkiew można podziwiać po dziś dzień. Do doliny Łopienki dostaniemy się pieszo z parkingu przy trasie z Dołżycy do Terki. Spacer do cerkwi jest bardzo przyjemny i nietrudny – zajmie on nam około półtorej godziny. Nasz trud zostanie wynagrodzony możliwością delektowania się ciszą i oszałamiającą przyrodą tutejszych stron. Niezwykłe wrażenie robi stojąca, jak przed laty, pośród tej głuszy odrestaurowana cerkiew. Przez chwile wydawać nam się będzie, że czas się zatrzymał, a my sami znaleźliśmy się w dawnej bojkowskiej wsi…
Bystre to kolejna dawna bieszczadzka wieś leżąca dosłownie na dzisiejszej granicy z Ukrainą. Przed wiekami należała ona do tzw. „klucza” wraz z pobliskimi osadami Michniowcem oraz Lipiem. Dziś nadal jest ona zamieszkana przez napływową ludność, ale w jej zabudowie możemy zobaczyć niejedną ocalałą dawną chatę. Do dnia dzisiejszego przetrwała także niezwykle piękna cerkiew oraz znajdujący się nieopodal bardzo interesujący cmentarz.
Cerkiew w Bystrem prezentuje niesłychanie ozdobny i kunsztowny tzw. ukraiński styl narodowy. Niegdyś w Bieszczadach znajdowało się więcej cerkwi zbudowanych w tym właśnie stylu, jednak do naszych czasów zachowała się jedynie ta w Bystrem. Przez lata popadała ona w ruinę, jednak prowadzone od pewnego czasu prace renowacyjne powoli przywracają budowli jej dawny blask. Świątynię możemy podziwiać z zewnątrz, a przy odrobinie szczęścia uda nam się także wejść do jej pustego, pozbawionego wszelkiej ornamentyki wnętrza.
To co w Bystrem podoba nam się najbardziej to poczucie znajdowania się na przysłowiowym „końcu świata”. To tu za przepływającym w niewielkiej dolince potokiem oraz za pobliskimi wzgórzami zaczyna się Ukraina. W całej wsi daje się odczuć jej bardzo wschodni, sielski charakter. O każdej porze roku już z dala widać błyszczące hełmy cerkwi. Jest to zdecydowanie jedno z tych miejsc, w którym człowiek natychmiast zapomina o zewnętrznym świecie…
Opisując najpiękniejsze zabytki w Bieszczadach prawdziwy rarytas postanowiliśmy zostawić na sam koniec. Mowa tu o kolejnej dawnej, a nieistniejącej dziś wsi o nazwie Krywe. Jej tereny leżały nad brzegiem Sanu meandrującego u południowych zboczy Otrytu, pomiędzy kolejnymi wsiami – Hulskim i Tworylnym. Swoją nazwę Krywe zawdzięczało prawdopodobnie charakterystycznemu ukształtowaniu terenu – jest ono mocno pofalowane, wieś leżała w swoistej niecce, nad którą górowało znajdujące się w centrum osady wydatne wzgórze o nazwie Diłok. To właśnie na jego szczycie, pośród wiekowych drzew znajdowała się murowana cerkiew.
Krywe po II wojnie światowej spotkał ten sam los co większość bieszczadzkich wsi, tzn. została ona starta z powierzchni ziemi. Do dnia dzisiejszego pozostały po niej jednak pewne ślady. W dolinie potoku Krywiec płynącego przez tereny niegdysiejszej osady zachowały się liczne piwnice i podmurówki. Uważny eksplorator znajdzie też ślady po dworze oraz folwarku. Co jednak najważniejsze i najbardziej charakterystyczne to to, że dziejową zawieruchę przetrwały ruiny dawnej cerkwi.
Obecnie nieco odrestaurowane górują dumnie nad całą okolicą. Przy cerkwi zachowała się także dzwonnica oraz niewielki cmentarzyk z paroma nagrobkami. Wchodząc do ruin cerkwi zagubionych w tych niezwykłym miejscu na krańcu świata czujemy ciarki na plecach. Z łatwością możemy sobie wyobrazić jak przed dekadami wierni zmierzali po stromym zboczu wzgórza do okazałej świątyni, jak tłoczyli się w jej wnętrzu i wznosili tu modły. Nie możemy nie zadumać się nad tym jak przewrotne są dzieje ludzkości, że nawet w takim miejscu los upomniał się o życie i dobytek tutejszych mieszkańców.
Chcąc obejrzeć wszystkie zabytki w Bieszczadach będziemy musieli wybrać się w te strony więcej niż jeden raz. Bieszczady kryją bowiem w sobie wiele, wiele tajemnic i atrakcji. Co bardzo charakterystyczne nie znajdziemy tu tego, co najbardziej kojarzy się w zabytkami – zamków, pałaców okazałych pomników. Zabytki w Bieszczadach to raczej zagubione na końcu świata lub ukryte głęboko w górach pozostałości dawnej historii tych ziem. Ich odkrywanie to wspaniała pasja, hobby i sposób na spędzanie wolnego czasu. My sami pokochaliśmy to już dawno temu, a teraz mamy nadzieję, że i Ciebie naszą pasją zarazimy!
Pytanie o to gdzie jechać w Bieszczady zimą jest jednym z częściej pojawiających się wśród miłośników tych gór tuż po zakończeniu turystycznego sezonu letniego oraz jesiennego. Okres zimowy staję się zresztą wśród turystów z roku na rok coraz częściej ulubioną porą roku na wyprawę w Bieszczady. Ktokolwiek był o tej porze roku w tych niezwykłych górach będzie wiedział dlaczego tak się dzieje. To właśnie wtedy Bieszczady przedstawiają chyba najbardziej bajkową scenerię. To wówczas wędrując przez drzemiące pod śniegiem lasy oraz oblodzone połoniny możemy poczuć się jakbyśmy przebywali w bajkowej krainie lodu.
Latem w górach był chyba każdy z nas, ale zima to co innego… Wiele osób zastanawia się czy warto jechać w Bieszczady zimą, czy to bezpieczne i mądre oraz na jakie szlaki się wówczas wybrać? Na wszystkie te pytania próbowaliśmy udzielić niedawno odpowiedzi w naszych postach. Argumentowaliśmy, że zimowy wyjazd w Bieszczady to wspaniały pomysł i niezwykła przygoda o ile przygotujemy się odpowiednio do takiego wypadu. A skoro już zdecydowaliśmy się na ten krok to teraz warto odpowiedzieć na pytanie o to gdzie jechać w Bieszczady zimą. Zaczynajmy!
Opisu tego, gdzie jechać w Bieszczady zimą nie sposób nie zacząć od Wetliny. Miejscowość ta, również latem, pełni rolę tutejszego Zakopanego – jest centrum życia turystycznego, chociaż oczywiście nie jest tak duża i zatłoczona jak jej tatrzański odpowiednik. Swoją popularność Wetlina zawdzięcza niemal idealnemu położeniu pośród gór i w bezpośredniej bliskości do wejścia na najpiękniejsze bieszczadzkie szlaki. To właśnie również z tego samego względu polecamy tę miejscowość jako najlepszą dla tych, którzy planują zimowe wycieczki na Połoninę Caryńską, Wetlińską czy Rawki. Znajdziemy tu także sklepy, bary i restauracje – słowem wszystko, czego potrzebuje turysta.
Kalnica to maleńka wieś pełna miejsc noclegowych leżąca nieopodal Wetliny, na trasie pomiędzy nią, a kolejną większą bieszczadzką miejscowością – Cisną. Dlaczego wspominamy o niej mówiąc o tym gdzie jechać w Bieszczady zimą? Otóż to właśnie tu znajduje się położony najbardziej we wnętrzu gór wyciąg narciarski. To właśnie z uwagi na to, że Kalnica aspiruje do miana miejscowości odpowiadającej na potrzeby wszystkich kochających białe szaleństwo uważamy, że warto tutaj o niej wspomnieć. Dodatkowo miejscowość ta leży w bardzo dogodnym miejscu dla wszystkich pragnących zdobywać bieszczadzkie szczyty pokryte zimową szatą – wyruszymy stąd na Smerek lub na Okrąglik.
Jeśli o Kalnicy powiedzieliśmy, że jest maleńką wsią to o Mucznem należałoby rzec, że jest to właściwie osada leśna. Ta miejscowość zagubiona gdzieś głęboko we wnętrzu tzw. bieszczadzkiego worka przez lata była kompletnie niedostępna dla turystów, a dotarcie w jej rejony było marzeniem niejednego śmiałka. Dziś dojedziemy tu wygodnie niedawno odnowioną asfaltową drogą, a nocleg znajdziemy w jednym z kilku dostępnych tu miejsc. Zastanawiając się gdzie jechać w Bieszczady zimą i myśląc o Mucznem należy zadać sobie także pytanie o to, co będziemy tu robić. Na tym całkowitym odludziu mamy do dyspozycji niejedną możliwość – narty biegowe, spacery, czy zdobycie Bukowego Berda i być może nawet Tarnicy. Muczne to jednak przede wszystkim idealna samotnia na wypad z dala od cywilizacji i zgiełku miast.
Lutowiska to niewielka miejscowość leżąca nieco mniej we wnętrzu Bieszczadów niż te opisywane powyżej. Położona jest ona przy trasie z Ustrzyk Dolnych do Górnych u podnóży Otrytu. Ta niepozorna dziś wieś może się poszczycić niezwykłą i wielowiekową historią, po której do dzisiaj zostały nieliczne ślady. Do lokalnych zabytków i osobliwości należą bez wątpienia ruiny spalonej w trakcie ostatniej wojny synagogi, niezwykły żydowski cmentarz położony na wzgórzu za dzisiejszą szkołą czy puste miejsce po rozebranej cerkwi wraz z niewielkim zachowanym cmentarzykiem.
Co jednak przede wszystkim sprawia, że powinniśmy wziąć Lutowiska pod uwagę myśląc o tym gdzie jechać w Bieszczady zimą? Przede wszystkim jest to wprost idealne położenie miejscowości jeśli zamierzamy zwiedzać, choćby samochodem, miejsca związane z bieszczadzką historią – blisko stąd do Bystrego, Michniowca czy Lipia. Z łatwością dotrzemy z Lutowisk także do sąsiedniego Smolnika nad Sanem z jego niezwykłą bojkowską cerkwią oraz do zapierających dech w piersiach Tworylnego i Krywego. Lutowiska to także wspaniałe miejsce do spacerów po okolicy czy narciarstwa biegowego.
Jak pewnie zauważy uważny czytelnik, próbując odpowiedzieć na pytanie gdzie jechać w Bieszczady zimą sugerujemy przede wszystkim małe miejscowości, niejako „zagubione na końcu świata”. Taka już bowiem nasza natura, że notorycznie w wolnym czasie próbujemy uciec od codzienności, miast, tłoku i hałasu w takie właśnie miejsca trochę „nie z tego świata”. Taką ostatnią miejscowością na naszej liście będzie Zatwarnica.
Wieś ta położona jest u północnych zboczy Połoniny Wetlińskiej, pomiędzy jej granią, a doliną Sanu meandrującego pod zboczami Otrytu. Jest to jedno z tych miejsc na świecie gdzie naprawdę „diabeł mówi dobranoc”. Dostaniemy się tu wąską, asfaltową szosą prowadzącą z Procisnego. Dalej przy tym niż do Zatwarnicy jechać się nie da – droga kończy się przy wejściu na tereny Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Kto chciałby kontynuować podróż będzie zmuszony zrobić to na pieszo w kierunku Suchych Rzek.
Zatwarnica to wprost wymarzone miejsce dla tych, którzy kochają samotność, poczucie odcięcia od świata zewnętrznego oraz kontakt z dziką, nieposkrmioną przyrodą. Do tutejszych atrakcji należy kontemplowanie ciszy, spacery na tereny pobliskich dawnych bojkowskich wsi, wejście w góry chociażby na wspomnianą już Połoninę Wetlińską lub Dwernik Kamień lub po prostu spędzanie czasu przy kominku z dobrą książką w ręku.
Wszystkich zastanawiających się gdzie jechać w Bieszczady zimą w te strony wiedzie wciąż możliwe tu do odnalezienia poczucie odizolowania od świata, zagubienia w czasie i przestrzeni, cisza i spokój. Ten spokój Bieszczady zawdzięczają w dużej mierze faktowi, że brak tutaj jednej, dużej, dominującej miejscowości, w której skupiałby się cały ruch turystyczny. Wręcz przeciwnie, w Bieszczadach spotkamy rozsiane po całym ich terenie maleńkie wsie i miejscowości liczące nieraz dosłownie po kilkadziesiąt domów.
To właśnie tu możemy poczuć prawdziwą pustkę i odcięcie od świata. Wrażenia te spotęgowane są jeszcze dodatkowo w okresie zimowych, kiedy to w Bieszczadach przebywa zdecydowanie mniej turystów niż w sezonie letnim. Czeka tu na nas o wiele więcej miejscowości niż te wspomniane w naszym poście. Inne, o których moglibyśmy pomyśleć to chociażby Wołosate, Ustrzyki Górne, Smerek, Cisna, Terka, Bukowiec, Polana i wiele innych. To właśnie ta mnogość możliwości sprawia, że w Bieszczady wracamy raz po raz jak przyciągani magnesem, również zimą, do czego i Ciebie zachęcamy!
Ciekawe zimowe szlaki w Bieszczadach to temat, który co roku już od grudnia rozgrzewa wszelkie internetowe fora oraz grupy dyskusyjne o tematyce bieszczadzkiej. Kiedy bowiem za nam zostaje cudowna bieszczadzka jesień, a połoniny skrywa głęboki śnieg wtedy wiemy, że nadeszła zima i że od teraz nasze wyprawy w Bieszczady musimy planować ze wzmożoną czujnością. Zima to wszak ta pora roku, która potrafi dostarczyć chyba najbardziej bajkowych doświadczeń w całym roku kalendarzowym ale jednocześnie jest też najbardziej nieprzewidywalna i pełna potencjalnych niebezpieczeństw. My sami powtarzamy jednak zawsze, że nie oznacza to, że w Bieszczady można jechać tylko latem. Wręcz przeciwnie, przy odrobinie wysiłku poświęconego na odpowiednie przygotowania wyjazdu oraz dzięki paru chwilom poświęconym mapie Bieszczadów spędzimy tu wspaniałe chwile rodem prosto z magicznej krainy śniegu.
Na naszym blogu bardzo często podkreślamy także fakt, że Bieszczady jak chyba żadne inne góry w naszym kraju oferują nam niezwykłą mieszankę wspaniałych górskich szlaków oraz niezmiernie ciekawej i trudnej historii, po której do dnia dzisiejszego pozostało wiele śladów. To stwierdzenie jest prawdziwe także i zimą. Również o tej porze roku, kiedy dni są krótkie i zmrok zapada tu już niedługo po godzinie piętnastej, zanim spoczniemy w wygodnym fotelu przy kominku z książką w ręku mamy dość czasu aby wybrać się na bogatą w piękne widoki górską wędrówkę albo zapuścić się w puste i zapomniane bieszczadzkie doliny w poszukiwaniu śladów przeszłości tych ziem. Na zachętę postanowiliśmy opisać cztery takie zimowe szlaki w Bieszczadach, które być może nie każdy zna, a które będą odpowiednie nawet przy mało sprzyjających warunkach atmosferycznych. Zapraszamy do lektury!
Gdy za oknem pada gęsty śnieg, w górach panuje słaba widoczność, a w koronach drzew zawodzi silny wiatr nie oznacza to wcale, że niechybnie musimy zostać w domu. Zimowe szlaki w Bieszczadach oprócz połonin i podniebnych szczytów oferują przecież także dziesiątki dróg i ścieżek biegnących malowniczymi dolinami. Na wędrówkę jedną z nich możemy spokojnie się wybrać nawet w środku zimy kiedy dzień jest bardzo krótki i przy stosunkowo złej pogodzie jako, że wypady tego typu są zwykle niedługie i mało męczące z uwagi na fakt, że przebiegają w dolinach bez pokonywania wzniesień. Jedną z nich jest spacer do Hulskiego z Zatwarnicy wzdłuż Sanu.
Hulskie to jedna z setek dawnych bojkowskich wsi, które przed laty zaludniały bieszczadzkie doliny. Życie tętniło w nich od setek lat aż do czasu ich unicestwienia w okresie powojennych wysiedleń rdzennej ludności rusińskiej z tych ziem. Po wielu dawnych osadach nie pozostał niemal żaden ślad. Pokaźna wieś Hulskie leżała w dolinie Potoku Hulskiego wpadającego do Sanu, który meandruje u południowych zboczy Otrytu. Dziś pozostała po niej kompletnie zdziczała i niemal całkowicie zarośnięta dolina. Jedną z jej atrakcji są ruiny dawnego młyna leżące u styku Potoku Hulskiego z Sanem.
Do miejsca tego dotrzemy pieszo z Zatwarnicy. Przekraczamy tu most na potoku Głębokim i ruszamy w las wyraźnie widoczną drogą biegnącą wzdłuż Sanu. Spacer zajmie nam około półtorej godziny. W jego trakcie będziemy maszerować w gęstwinie drzew dzikiego lasu porastającego brzegi Sanu. Potok ten będziemy mieć po swojej prawej stronie. Raz po raz będziemy mijać efektowne wychodnie i progi skalne. Niemal u celu naszej wędrówki będziemy musieli pokonać niewielkie wzniesienie, a tuż za nim skręcić gwałtownie w prawo w wąziutką ścieżkę prowadzącą nas wierzchem naturalnej grobli aż do ruin młyna. To tu u jego stóp zaskoczy nas cisza i spokój tego miejsca połączona z szumem potoków. Wśród wirujących w powietrzu płatków śniegu usiądziemy w tym odludnym miejscu, w którym tętniło niegdyś życie i zamyślimy się nad losami żyjących tu ludzi.
Gdy na połoninach zalega głęboki śnieg, wieje silny wiatr albo panuje zupełny brak widoczności do wyboru mamy inne górskie zimowe szlaki w Bieszczadach, które będą zdecydowanie łatwiejsze niż zdobywanie głównych bieszczadzkich szczytów. Jednym z takich mniej wzniesień jest Moklik. Jest to niewielki szczyt leżący w trójkącie pomiędzy terenami dawnych wsi Paniszczów, Rosolin oraz Czarna Dolna. Spacer w tamte okolice będzie doskonałym pomysłem w mniej sprzyjających warunkach kiedy to nie będziemy chcieli ryzykować trudniejszej technicznie wyprawy w Bieszczady Wysokie.
Spacer na Moklik rozpoczniemy u skraju asfaltowej drogi biegnącej z Czarnej Górnej do Dolnej. Dojechać tu będzie nam najłatwiej własnym samochodem. Przemierzanie Czarnej Dolnej przypomina niego podróż w czasie lub zwiedzanie żywego skansenu. W tej leżącej na uboczu wsi zachowało się bowiem wiele stary chat, przydrożnych kapliczek oraz cerkwisko. U skraju wsi, tam gdzie zostawimy auto, straszą dawne tereny PGR.
Z miejsca tego wyruszymy dalej szeroką, polną drogą, z której będziemy mogli podziwiać ciekawy widok na znajdujące się po naszej prawej stronie tereny dawnej wsi o nazwie Sokołowa Wola. Po pewnym czasie wraz za znakami skręcimy w lewo kierując się na szczyt Moklika. Po drodze mijamy teren dawnego przysiółka Czarnej zwanego Harwaty. Okolica jest tutaj pusta i cicha. Czujemy się trochę jak gdybyśmy przebywali w innym, skutym lotem i przysypanym śniegiem świecie. Sam szczyt nie jest widokowy ale chętni mogą ruszyć dalej w kierunku terenów kolejnej dawnej wsi – Rosolina – aby na skraju lasu znaleźć miejsce z rozległym widokiem na okolice.
Opisując kolejne zimowe szlaki w Bieszczadach na chwilę wracamy znów w doliny. Kolejny bowiem pomysł na spacer wśród gór otulonych śniegiem to wypad do Tyskowej. Jest to kolejne z dawnych, nieistniejących już dzisiaj bieszczadzkich wsi. Jej tereny leżą na południe od szosy łączącej Baligród z Wołkowyją. Wędrówka w tamte rejony będzie świetnym pomysłem na zimowy dzień wypełniony gorszymi warunkami pogodowymi, które mogą nam uniemożliwić zdobycie któregoś z bieszczadzkich szczytów. W Tyskowej będziemy bezpieczni i nie zmęczymy się zanadto nawet przy mocnej niepogodzie.
Chcąc odwiedzić tereny Tyskowej w jej okolice najłatwiej będzie nam się dostać własnym samochodem. Auto możemy zostawić u wlotu do doliny Tyskowej w miejscu, w którym zaczyna się niknąca w lesie stokówka. Po pokonaniu pierwszego odcinka drogi pośród dość gęstego lasu wychodzimy do obszernej doliny, w której niegdyś tętniło życie. Jest ona ograniczona od wschodu przez masyw Korbani (o której niżej), od zachodu Durnej, zaś jej południowy kraniec zamyka przełęcz Hyrcza ze słynną już kapliczką, przez którą możemy przedostać się dalej do doliny Łopienki.
Tereny Tyskowej to swoista obszerna hala, na której będziemy się czuć komfortowo nawet w głębokiej zimie. O ile umożliwi to niezbyt gruba pokrywa śniegu to możemy pokusić się o odnalezienie śladów cerkwiska czy dawnego cmentarza. Tyskową można także potraktować jako punkt wyjściowy do dalszej wędrówki na wspomnianą już Przełęcz Hyrcza i dalej do Łopienki lub na Korbanię.
Opisując zimowe szlaki w Bieszczadach nie możemy nie wspomnieć o Korbani. Szczyt ten wspominany już wyżej przez niektórych porównywany jest z Dwernikiem Kamieniem. Oba masywy charakteryzuje podobne w swoim charakterze podejście przez gęsty, bujny i bardzo dziki las oraz świetne widoki ze szczytu. Korbania położona jest przy tym zdecydowanie dalej od najbardziej znanych połonin dlatego wybierając się na tę górę warto zaopatrzyć się w lornetkę. Na szczycie Korbani ustawiona jest dodatkowo drewniana wieża ułatwiająca obserwacje.
Zdobycie Korbani, nawet zimą, nie nastręcza większych trudności i będzie raczej przyjemnym spacerkiem niż górską wyprawą. Jej urozmaiceniem będzie fakt, że na szczyt można wejść na kilka sposobów – z Tyskowej, Łopienki czy z Bukowca. My sami najbardziej lubimy wariant zakładający najpierw wejście na Przełęcz Hyrcza z doliny Łopienki. Tak ułożona trasa sprawi, że „zaliczymy” przy okazji magiczną dolinę Łopienki z jej niezwykła cerkwią i będziemy mogli podziwiać ją w śnieżnej szacie. Przy dobrej widoczności zaskoczy nas urokliwy widok ze szczytu sięgający połonin.
Zimowe szlaki w Bieszczadach, które czekają co roku po sezonie na to abyśmy je odkryli przez wielu są uważane de facto za ciekawsze niż te, które znamy z innych pór roku. O ile chyba każdy z nad był w górach latem, o tyle nie każdy może powiedzieć to samo o zimie. To właśnie wtedy wyprawy nawet na niższe szczyty lub nawet do bieszczadzkich dolin dostarczają niezwykłych emocji i przebiegają zawsze w bajkowej scenerii. Serdecznie polecamy takie wypady, a my sami nie możemy się już doczekać naszego kolejnego wyjazdu w góry zimą. I oby zima była jak najbardziej śnieżna!
4 łatwe trasy w Bieszczadach, które zaskoczą każdego to kolejny z serii naszych krótkich poradników dla osób wybierających się w Bieszczady po raz pierwszy lub tych, którzy chcą pogłębić swoją wiedzę o tych wspaniałych górach i znaleźć inspirację na kolejny wypad na szlak. Bieszczady, choć przez wielu uważane są za góry łagodne i porównywane są do Beskidów z zachodniej części Karpat, de facto są górami dość wymagającymi i miejscami trudnymi technicznie. To powoduje, że co roku pokaźne rzesze turystów zastanawiają się czy warto podjąć trud dotarcia w ten odległy zakątek naszego kraju i spróbować swoich sił na bieszczadzkich szlakach.
My sami wielokrotnie podkreślaliśmy już, że Bieszczady są górami, w które z powodzeniem możemy wybrać się z dziećmi, niemowlakiem, na rowerze czy z naszym czworonożnym pupilem. Jedyne o czym musimy pamiętać to fakt, że taka wyprawa wymaga pewnego przygotowania. Już jednak krótka chwila spędzona na planowaniu kolejnego wyjazdu w krainę bieszczadzkiego kresu sprawi, że przeżyjemy tam wspaniałe chwile i jak to mówi popularne powiedzenie „już zawsze będziemy tam wracać”. My z naszej strony staramy się w tych przygotowaniach jak najbardziej pomóc tworząc naszego bloga. Dziś opiszemy zatem 4 łatwe trasy w Bieszczadach. Zapraszamy!
Odpowiedź na pytanie o to jakie łatwe trasy w Bieszczadach czekają na turystów zacznijmy od stwierdzenia, że góry te to nie tylko słynne połoniny. Kraina ta bowiem obfituje także w olbrzymią ilość przepięknych dolin, niższych szczytów i pięknych przełęczy oraz wiodących nimi ścieżek historyczno-przyrodniczych czy po prostu wiejskich dróg, które są dla nas dostępne. Pierwszą z tych, które opiszemy jest droga prowadząca na tereny dawnej wsi Łopienka.
Łopienka przed laty była okazałą bojkowską wsią. Od wieków tętniło tu życie, a ta zagubiona wśród lasów i stromych zboczy górskich osada była znana w całej okolicy. Znajdowała się tu bowiem piękna murowana cerkiew ze słynącym z cudów obrazem Matki Boskiej. To właśnie dzięki niemu Łopienka była tutejszym centrum kultu maryjnego. Co roku do wsi i stóp cerkwi z przeróżnych, nieraz odległych ziem ściągali tu pielgrzymi oraz handlarze i kupcy na odbywający się w tym ustroniu jarmark. Wielowiekowa, niezwykle barwna tradycja wsi została unicestwiona na fali powojennych wysiedleń rdzennej ludności z Bieszczadów.
Okres powojenny w Łopience przetrwały jedynie ruiny niszczejącej coraz bardziej cerkwi. Dolina wyludniła się, opuszczone zabudowania rozebrano zacierając niemal zupełnie ślady niegdysiejszej bytności ludzi w tych stronach. Sama cerkiew uległaby prawdopodobnie całkowitemu zniszczeniu gdyby nie tytaniczny wysiłek wielu ludzi dobrej woli, którzy dzięki własnemu uporowi, pasji i pracy odbudowali świątynię i przywrócili jej jej dawny blask oraz świetność.
Dziś chwilami wydaje się, że życie wróciło na dobre do Łopienki. W trakcie organizowanych w cerkwi uroczystych mszy, odpustów u jej stóp czy innych wydarzeń kulturalnych oraz artystycznych dolina na nowo wypełnia się gwarem i głosami odwiedzających te strony. Do wsi wiedzie wygodna żwirowa droga rozpoczynająca się przy parkingu na poboczu asfaltowej szosy na trasie Dołżyca – Terka. Spacerując nią wygodnie i bez konieczności pokonywania większych wzniesień będziemy wędrować dnem wąskiej doliny, miniemy nostalgiczne miejsca wypału węgla drzewnego aby w końcu dotrzeć do miejsca gdzie dolina rozszerza się. To właśnie tutaj już z oddali dostrzeżemy krzyże cerkwi majaczące wśród drzew.
Łopienka jest miejsce, które powinien odwiedzić każdy kto kocha Bieszczady oraz każdy kto na tę chorobę zwaną Bieszczadami dopiero chciałby zapaść. Dolina ta jest bowiem kwintesencją wszystkiego co w górach tych najpiękniejsze. Mamy tu zatem oszałamiającą i dziką przyrodę, bieszczadzką historię oraz jej ślady, a także spotkamy tu zapewne innych „zabieszczadowanych”, którzy opowiedzą nam co nieco o dziejach tych ziem. Miejsce to najlepiej przy tym jest odwiedzać po sezonie, najchętniej jesienią gdy okoliczne drzewa płoną milionem barw, a nad doliną unosi się leniwie dym z wypału. Króluje to wtedy cisza, przyroda i dziwny duch zadumy nad upływem czasu…
Łatwe trasy w Bieszczadach są stosunkowo proste do opisywania głównie z tego względu, że jest ich bardzo dużo i naprawdę mamy tu w czym wybierać. Kolejną taką trasą jest ścieżka biorąca swój początek niemal w tym samym miejscu, w którym rozpoczyna się ta do Łopienki. Nieopodal wspomnianego wcześniej parkingu znajduje się bowiem stary most, po którego przekroczeniu dotrzemy do żwirowej drogi zmierzającej w kierunku Rezerwatu Sine Wiry oraz ku terenom dawnej wsi o nazwie Zawój.
Trasa ta będzie równie łatwa jak opisana poprzednio, należy jednak mieć na uwadze, że droga do Zawoja jest zdecydowanie dłuższa i może być nieco uciążliwa przy gorszej pogodzie gdy będzie nam dokuczał deszcz lub zimno. Osoby poruszające się na rowerze lub turyści odwiedzający te strony latem gdy dzień jest długi mogą pokusić się o próbę dotarcia do Łuhu oraz dalej Kalnicy. Będzie to już wtedy pokaźna wyprawa ale odbędziemy ją nadal bez większych przewyższeń.
Wędrując w kierunku dawnej wsi Zawój zwrócimy uwagę, że dolina jest tutaj szersza niż ta w Łopience. Dobrze przygotowana droga wije się wzdłuż meandrującego potoku tworzącego progi i kaskady. Po pewnym czasie dotrzemy do miejsca, od którego bierze swoją nazwę cały rezerwat. Są to tzw. Sine Wiry. To tutaj wspomniany potok, o nazwie Wetlinka, kipi i tworzy fontanny białej piany na malowniczych skalnych progach i wychodniach skalnych. Jest to popularne miejsce odwiedzane często przez miłośników surowej bieszczadzkiej przyrody.
Osoby interesujące się dawnymi dziejami Bieszczadów powinny zdecydowanie ruszyć w dalszą drogę. Po pewnym czasie miną znaki mówiące o tym, że wchodzą na tereny nieistniejącej już dzisiaj wsi Zawój. Przygotowana jest tutaj wygodna wiata oraz tablice z opisami losów wsi. Wokół wśród gęstych zarośli i sędziwych powyginanych oraz powalonych drzew znajdziemy dziesiątki śladów dawnych zabudowań wsi, domostw oraz piwnic.
Największe wrażenie jednak robi położone na bardzo stromym wzniesieniu dominującym nad wsią cerkwisko oraz ledwo rozpoznawalny cmentarz. Wdrapanie się tutaj po śliskim błocie w deszczowy dzień graniczy z cudem ale nasz wysiłek będzie wynagrodzony. Tutejsze miejsce po cerkwi jest bowiem jednym z bardziej nostalgicznych miejsc w całych Bieszczadach. To tu na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na całą wieś znajdziemy nadal wyraźnie widoczne podmurówki zniszczonej cerkwi, miejsce po ołtarzu oraz nieliczne nagrobki. Nad cmentarzem górują wiekowe drzewa o zaskakujących rozmiarach. Nie sposób tutaj nie pomyśleć o losach ludzi żyjących na tym odludziu oraz o bezsensach historii…
Tak jak napisaliśmy to wcześniej łatwe trasy w Bieszczadach są bardzo liczne, ale abyście nie pomyśleli, że opisujemy jedynie doliny postanowiliśmy dołączyć do naszej listy także coś dla amatorów górskich wędrówek. Bieszczady bowiem to nie tylko skwarne w lecie, a smagane silnym wiatrem po sezonie połoniny. Dla każdego turysty, który chociaż przez chwilę postudiuje mapę Bieszczadów stanie się przecież jasne, że góry te oferują także mnóstwo mniej znanych szlaków, które często przebiegają przez mniej wymagające okolice.
Królową takich łatwiejszych szlaków jest chyba trasa na Dwernik Kamień z Zatwarnicy. Charakteryzuje się ona naprawdę niewysokim stopniem trudności technicznych i będzie możliwa do zdobycia naprawdę przez każdego, nawet najmniej doświadczonego piechura. Co ważne niemal cały szlak przebiega tutaj w lesie, bez konieczności wystawiania się na działanie palących promieni słońca co czynią ją idealną propozycją na przykład na środek lata. Ścieżka słynie z niesamowitej feerii barw liści drzew jesienią, stąd to właśnie ta pora roku jest chyba najlepszą na zdobycie tego szczytu.
Wejście na Dwernik Kamień urozmaicone jest licznymi przystankami opatrzonymi opisami przyrodniczymi oraz historycznymi. Warto bowiem pamiętać, że to właśnie między innymi przez tę górę przebiegał front w trakcie I wojny światowej. Do dziś możemy tu podziwiać ślady okopów i wojskowych umocnień ziemnych. Ze szczytu zaś roztacza się wspaniała panorama obejmujące bieszczadzkie perełki: Tarnicę, Połoninę Caryńską oraz Połoninę Wetlińską. To naprawdę obowiązkowe miejsce na liście tych do odwiedzenia przez każdego kto kocha Bieszczady.
Kończąc nasz krótki poradnik na temat tego jakie łatwe trasy w Bieszczadach warto zaliczyć postanowiliśmy przedstawić swoiste połączenie spaceru doliną pełną historii oraz odrobiny górskich widoków. Mowa tu o terenach dawnej wsi Caryńskie oraz o przełęczy Przysłup Caryński. Szlak ten można pokonać w dwóch kierunkach: z okolic Nasicznego do Bereżek lub w kierunku odwrotnym. My sami najchętniej wyruszamy z Nasicznego aby powoli zdobywać wysokość w trakcie spokojnego i niezbyt forsownego marszu, a następnie cieszyć się przyjemnym zejściem do Bereżek.
Caryńskie to kolejna nieistniejąca dziś wieś, która niegdyś usadowiona była wygodnie na potokiem płynącym wzdłuż północnych zboczy Połoniny Caryńskiej. Do dziś zachowało się niewiele jej śladów. Najważniejsze z nich to cerkwisko z ruinami kaplicy, cmentarz, przydrożne kapliczki oraz liczne podmurówki chat oraz studnie. Uważne oko dostrzeże też nadal wyraźnie zauważalne tarasy niegdysiejszych pól uprawnych oraz dzielących ich miedzy. Tereny wsi to rozległa dolina prezentująca się wspaniale o każdej porze roku.
Jeśli ruszymy z Nasicznego wówczas pod koniec naszej wycieczki dotrzemy do zamykającej dolinę przełęczy o nazwie Przysłup Caryński. Znajduje się tu słynne schronisko studenckie Koliba. Roztacza się stąd także wspaniały widok na Gniazdo Tarnicy. Dalej w dól do Bereżek poprowadzi nas niedługi i wygodny szlak. Całe przejście nie powinno nastręczać nam większych trudności. Spacer będzie miłym połączeniem podziwiania pięknej, obszernej doliny z dominującą tu przyrodą, wglądu w stoki Połoniny Caryńskiej oraz świetnego widoku na Tarnicę.
Czy nasz krótki artykulik opisał wszystkie łatwe trasy w Bieszczadach? Oczywiście, że nie! Chcieliśmy tu jedynie przybliżyć opis kilku naszych ulubionych miejsc, których odwiedzenie jest bardzo łatwe i mało męczące. Oczywiście w Bieszczadach takich miejsc jest o wiele, wiele więcej. Cechą szczególną tych gór jest to, że wybierając się w nieznane nam jeszcze okolice, które kojarzymy jedynie z mapy najczęściej wracamy zupełnie zaskoczeni i oczarowani ich pięknem. To właśnie sprawia, że raz po raz chcemy wracać w Bieszczady i penetrować coraz to nowe, nawet najmniej znane ich zakątki. Każdy z nich obdarza nas zawsze czymś wspaniałym – pięknym widokiem, cudowną przyrodą albo lekcją historii. To właśnie to tak bardzo kochamy w tych stronach…
Pisząc dla Was naszego bloga o Bieszczadach staramy się przede wszystkim dzielić z Wami naszymi przeżyciami z wycieczek oraz służyć poradą i starać się znaleźć rozwiązanie na wszelkie możliwe pytania i problemy związane z wyjazdem w te, naszym zdaniem, najpiękniejsze z gór. Od samego początku istnienia naszej strony internetowej staramy się pisać także jak najwięcej na temat niezwykłej bieszczadzkiej historii, która nas samych urzekła już dość dawno temu i której nadal szukamy śladów. Kontynuując ten wątek postaramy się opisać dziś 3 ciekawostki o Bieszczadach, które są nierozerwalnie związane z historią tych strona, a być może dla niektórych okażą się nieco mniej znane.
Bieszczady wielu osobom kojarzą się przede wszystkim z połoninami i górskimi wycieczkami. Wielu przyciąga tu także oszałamiająca, dzika i niezwykle bujna niczym nieposkromiona przyroda oraz legenda pionierskiego życia wśród głuszy narosła wokół tych terenów po okresie II wojny światowej. Są także i tacy, którzy nie przybywają w te strony aby wędrować podniebnymi graniami. Osoby te przemierzają raczej puste, dzikie bieszczadzkie doliny w poszukiwaniu niknących w gąszczu drzew i krzewów śladów tragicznych dziejów tych ziem. Bieszczady bowiem oprócz swojego piękna i dziewiczej natury skrywają w sobie także pamięć o dawnych ludzkich krzywdach i niesprawiedliwym losie. Spróbujemy o tym wszystkim Wam nieco opowiedzieć.
Ktokolwiek wędrował kiedyś przez Bieszczadzkie doliny napawając się ich ciszą i spokojem mógł nieraz natknąć się na osobliwe i na pozór niezrozumiałe znaleziska. Oto bowiem niejednokrotnie w całkowitej głuszy natykamy się na ślady dawnej działalności człowieka w tych miejscach. Wprawne oko zauważy, że dzisiejsze łąki układają się wyraźnie w kształty pól uprawnych, w wielu miejscach dno doliny porastają drzewa owocowe wyglądające jakby były sadzone ludzką ręką, a spod traw wyglądają nieśmiało podmurówki zabudowań.
Gdzieniegdzie w środku pola znajdziemy kamienną kapliczkę, a w gęstwinie przydrożnej kępy drzew z niedowierzaniem odnajdziemy omszałe i chylące się ku ziemi krzyże nagrobków zapomnianego cmentarza. Oczywistym pytanie przychodzącym do głowy jest to o to kto i kiedy zamieszkiwał tę dzicz? Co się stało z tymi ludźmi? Dlaczego dziś w miejscu gdzie niegdyś wrzało życie niepodzielnie króluje przyroda?
Już pobieżne zapoznanie się z historią Bieszczadów pozwala nam się dowiedzieć, że tereny te do okresu II wojny światowej były jednymi z gęściej zaludnionych w Europie. Tutejszą gęstość zaludnienia w okresie międzywojennym była porównywana do tej znanej z okolic Paryża. Również i bieda, już od czasów galicyjskich, była wręcz przysłowiowa.
Tutejsze ziemie zamieszkiwali rdzenni rusińscy górale zwani Bojkami. Ich historia sięgała pięćset lat wstecz, a została unicestwiona i usunięta z kart historii na fali wysiedleń tutejszej ludności podejrzewanej o sprzyjanie nacjonalistom ukraińskim w latach następujących bezpośrednio po II wojnie światowej. Z Bieszczadów zniknęli niemal wszyscy mieszkańcy. Pozostały po nich puste zabudowania, pola i całe wsie. Z czasem budynki zostały rozebrane przez napływających tu z wolna osadników, a o zatarcie innych śladów zadbała przyroda.
Dziś historia i los Bojków oraz inne ciekawostki o Bieszczadach budzą coraz większe zainteresowanie. Coraz więcej turystów przyjeżdża w Bieszczady właśnie po to aby odnajdywać ślady i pozostałości kwitnącego tutaj niegdyś życia. Szerzą się opracowania historyczne, odnajdywane są mapy, zdjęcia i wspomnienia rdzennych mieszkańców. Nam samym zaś pozostają spacery przez pustkowia terenów dawnych bieszczadzkich wsi. Takie wyprawy upływają zawsze w otoczeniu przepięknej przyrody i sprzyjają zadumie nad historią i losami ludzi…
Zastanawiając się jakie ciekawostki o Bieszczadach dla Was opisać zaraz po historii Bojków przyszły nam do głowy losy bieszczadzkich Żydów oraz nieliczne zachowane ślady po nich. Warto bowiem pamiętać, że aż do okresu wysiedleń Polacy na tutejszych ziemiach stanowili dopiero trzeci pod względem liczebności żywiołów narodowych. Drugim, bardziej liczebnym, byli właśnie Żydzi. Tak jak i na innych terytoriach przedrozbiorowej Polski, tak i tutaj zamieszkiwali oni głównie niewielkie miasteczka tworząc zwarte gminy i trudnili się handlem. Również podobnie jak w innych częściach naszego kraju także i tutaj Żydzi ulegli niemal całkowitej eksterminacji w trakcie II wojny światowej.
W odróżnieniu od Bojków, po których pozostało relatywnie dużo śladów nietrudnych do odnalezienia po Żydach zostało naprawdę niewiele. Pewne ślady widoczne są w Lesku oraz Ustrzykach Dolnych. Na terenie samych Bieszczadów nie znajdziemy niemal nic co wskazywałoby na dawną obecność tutaj ludzi wyznania mojżeszowego. Istnieje jednak kilka wyjątków, które odszukamy przy odrobinie wytrwałości. Są to przy tym miejsca naprawdę niezwykłe.
Mamy tu na myśli żydowski kirkuty ukryte w kilku miejscach w Bieszczadach. Pierwszym i największym z nich jest ten z Lutowisk. Znajduje się on dzisiaj za budynkiem szkoły dominującym nad lokalną zabudową w centrum tej posiadającej niezwykle ciekawą historię miejscowości. Do cmentarza kierują betonowe płyty mijające oczyszczalnię ścieków stojącą w miejscu dawnego cerkwiska, boisko do piłki nożnej oraz strzelnicę.
Kirkut umiejscowiony jest na wzniesieniu w otoczeniu modrzewi. My sami przybywamy tutaj po kilka razy przy okazji każdego wypadu w Bieszczady. Staramy się być tu o różnych porach dnia i roku tak aby uchwycić na zdjęciach urzekającą i niezwykle zmienną w zależności od pogody i aury nostalgię tego miejsca. Mówi się, że wzgórze to skrywa około 2000 macew. Część z nich jest wyraźnie odsłonięta i wyeksponowana, a część nadal czeka na odkrycie pod ziemią lub w gęstwinie traw.
Bogato zdobione nagrobki z żydowską ornamentyką funeralną stanowią prawdziwy zabytek oraz niepowtarzalny dowód na to jak bogata i dobrze zorganizowana musiała być niegdyś tutejsza gmina. Lubimy zjawiać się tu szczególnie o zachodzie słońca kiedy to ciepłe promienie kładą się miękko nad poprzechylanymi oraz leżącymi na ziemi płytami macew górującymi nad okolicą ze szczytu wzniesienia. Zastanawiamy się wtedy zawsze komu przeszkadzali ludzie żyjący na tym końcu świata i czym komu zawinili, że zasłużyli na swój los.
Kolejne dwa bieszczadzkie kirkuty są jeszcze trudniejsze do odnalezienia. Drugi z nich znajduje się w Baligrodzie nieopodal centralnie położonego rynku na niewielkim wzniesieniu. Miejsce to jest niezwykle smutnym wyrazem tego jak czas zaciera ludzkie historie. Cmentarz jest w znacznej części zarośnięty przez bardzo gęste krzewy, drzewa i wysokie trawy. Late chodzimy tu z reguły z rękami wyciągniętymi wysoko do góry aby nie parzyły nas tutejsze gigantyczne pokrzywy. Błądzimy wśród stojących w szeregach nagrobków i zadajemy sobie pytanie o to kim byli ci wszyscy ludzie, jak żyli, o czym myśleli i marzyli. Dziś trudno to sobie nawet wyobrazić.
Dotarcie na ostatni z zachowanych do dziś kirkutów graniczy niemal z cudem. Jest on położony na terenach dawnej wsi o nazwie Wola Michowa, w której przed dekadami dominowała pokaźna gmina żydowska. Dziś niewielkie wzniesienie niczym z bajki znajduje się na terenie prywatnym. Naprawdę trudno tu dotrzeć. Pierwszym problemem jest zlokalizowanie wzniesienia jako, że na mapach turystycznych jest ono oznaczone bardzo niedokładnie. Nasz trud będzie jednak wynagrodzony.
Kirkut w Woli Michowej jest chyba najbardziej niezwykłym ucieleśnieniem tego jak musi wyglądać zapomnienie. Zaledwie kilka ocalałych macew stoi lub leży w nieładzie pośród zarośli gęstych niczym nad brzegiem jeziora. Miejsce to jest najwyraźniej nie odchwaszczane. Nikt o nie nie dba, a właściciele terenu mają widocznie inne zmartwienia na głowie niż szacunek wobec zmarłych. Nie pozostaje nam nic innego jak położyć „kamień pamięci” na jednym z nagrobków i zasmucić się nad tym jaki los potrafi człowiekowi zgotować drugi człowiek.
Zanim II wojna światowa zapisała się na kartach historii jako ta najbardziej śmiercionośna, okrutna i pozbawiająca ludzi człowieczeństwa to inny konflikt nosił miano „wielkiej wojny”. Była to I wojna światowa, które terenom ówczesnej Galicji przyniosła szczególne zniszczenie, śmierć i głód. Historycznym zbiegiem okoliczności tak się złożyło, że olbrzymi front walk wojska cesarstwa austro-węgierskiego z wojskami rosyjskimi przebiegał między innymi przez Bieszczady. Walki toczone były tu ze zmiennym powodzeniem. Raz jedna, a raz druga strona zyskiwała przewagę co owocowało bezustannym przemieszczaniem się strefy starć.
I wojna światowa tylko na terenach Bieszczadów według różnych szacunków przyniosła śmierć 100-150 tys. ludzi. Żołnierze równie często ginęli w walce co marli ze względu na siarczyste zimowe mrozy albo ze względu na szerzące się choroby. Bardzo cierpiała także ludność cywilna, która przez walczące strony była pozbawiana żywego inwentarza czy zapasów żywności na potrzeby wojska. Przysłowiowe stało się zrywanie strzech z wiejskich chat i cięcie ich na paszę dla koni.
Mimo upływu od tamtych wydarzeń ponad 100 lat do dziś w Bieszczadach niezwykle łatwo o liczne ślady tamtego strasznego okresu. W przeróżnych częściach gór możemy natrafić na żołnierskie okopy i resztki ziemnych umocnień w miejscach, w których front zatrzymał się na dłużej. W trakcie wiosennego spaceru kiedy to w Bieszczadach nie dominuje jeszcze bujna roślinność w wielu miejscach natrafimy na leżące na ziemi wojskowe saperki, łuski od pocisków artyleryjskich, górskie raki, czy manierki. Wszystko to sprawia, że zastanawiamy się jak wielu ludzi zginęło w tym strasznym konflikcie i po raz kolejny możemy jedynie zapłakać nad tym jak okrutna jest historia.
Opisując ciekawostki o Bieszczadach najbardziej rzuca nam się w oczy jedna od dawna zauważana cecha Bieszczadów – jakimś dziwnym zrządzeniem losu ziemie te skupiają olbrzymią ilość bardzo ciekawych i niezwykłych historii. Dodatkowo po wielu niepowtarzalnych w skali kraju, czy nawet kontynentu wydarzeniach pozostały liczne ślady. To właśnie tu możemy przyjeżdżać raz po raz aby z dreszczykiem emocji eksplorować nadal dzikie regiony. Wszelkie ciekawostki o Bieszczadach, których jest przecież znacznie więcej niż te opisane powyżej, sprawiają tylko, że tuż po powrocie do domu marzymy o kolejnej wyprawie w Bieszczady. To właśnie ta różnorodność sprawia, że w Bieszczadach spędzamy każdą wolną chwilę.
Ciekawe miejsca w Bieszczadach – któż by je zliczył! Mamy tu przecież wspaniałe górskie szlaki z niemożliwymi do znalezienia nigdzie indziej w Polsce połoninami. Połonina Caryńska, Wetlińska, Bukowe Berdo, czy Halicz to wręcz mityczne miejsca, które przyciągają jak magnez. Nie mniej legendarne jest chyba najsłynniejsze z bieszczadzkich schronisk – tzw. Chatka Puchatka.
Nie każdy z turystów przybywających w te strony ze względu na górskie wycieczki wie jednak, że równie wspaniałe i ciekawe są bieszczadzkie doliny skrywające niejedną tajemnicę i ślady niezwykłej bieszczadzkiej historii. Miejsca te są idealną propozycją na ciekawe spędzenie czasu w Bieszczadach podczas gorszej pogody, poza sezonem, a w szczególności jesienią oraz zimą czy jeśli przybywamy tu z dziećmi. Większość z opisanych przez nas miejsc jest stosunkowo łatwo dostępna. Ich odwiedzenie nie zakłada pokonywania w większości przypadków znacznych odległości czy przewyższeń. Zobaczmy zatem jakie ciekawe miejsca w Bieszczadach czekają na to abyśmy je odkryli!
Tereny nieistniejącej już dziś wsi Smolnik nad Sanem, a w szczególności tamtejsza cerkiew to miejsce absolutnie niezwykłe, trochę jakby wyrwane z innego świata i w jakiś cudowny sposób przeniesione do naszych czasów. Wspaniała drewniana świątynia zdobiące wzgórze, które niegdyś dominowało nad wiejskimi zabudowaniami, a i dzisiaj jest dobrze widoczne z mijającej ją szosy to jedyna tego typu budowla zachowana w Polsce. Jest ona dodatkowo wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Cerkiew prezentuje archaiczny bojkowski styl. W Bieszczadach przed wiekami spotkać można było więcej takich budowli ale historyczną zawieruchę przetrwała jedynie ta w Smolniku. Do dziś ten niezwykły drewniany budynek stoi wśród sędziwych drzew i nieopodal ledwie już dostrzegalnego cmentarza. Aż trudno uwierzyć jak stare i jak trwałe musi być drewno, z którego ta cerkiew została skonstruowana. A czego ona musiała być świadkiem…
Już ledwie po zaparkowaniu auta na parkingu czujemy obezwładniający zapach drewna unoszący się w powietrzu niczym w skansenie – to zapach tej niezwykłej cerkwi. W jej okolicy mieszka pewien kto, którego spotkamy tu za każdym razem. Nieraz śpi na stopniach do świątyni, nieraz na ławce, a czasami łasi się do ludzi. Swoją olbrzymią wiedzą na temat cerkwi dzieli się tutejszy parafianin opiekujący się świątynią, które również spotykamy tu niemal za każdym razem.
A przyjeżdżamy tu dziesiątki i dziesiątki razy. Lubimy zjawiać się tutaj szczególnie po południu o każdej porze roku gdy słonce chyli się już ku zachodowi. Siadamy wówczas na ławeczce przed cerkwią. Często towarzyszy nam wspomniany już kot. Siedzimy tu do zmierzchu, wsłuchujemy się w wszechobecną ciszę i spoglądamy na dawne bojkowskie tereny ciągnące się daleko aż w kierunku Procisnego. To naprawdę niezwykłe miejsca na chwilę zadumy oraz rozważania nad meandrami historii i losami człowieka…
Kolejnym niezwykłym miejscem, o którym musimy wspomnieć omawiając ciekawe miejsca w Bieszczadach jest dawny żydowski cmentarz we wsi Lutowiska leżącej nieopodal Smolnika nad Sanem. Dziś ta mała, senna miejscowość nie zdradza na pierwszy rzut oka swoich historycznych sekretów. Łatwo ją pominąć jadąc tzw. wielką pętla bieszczadzką dalej wgłąb gór w kierunku Ustrzyk Górnych czy Wetliny. Tymczasem to niepozorne dziś miejsce posiada niezwykłą, długą i bardzo bogatą historię.
Lutowiska przed wiekami były znanym w całej Europie środkowo-wschodniej miejscem jarmarków oraz targów bydła. Handlowali nimi zamieszkujący tu liczni Żydzi. Zwierzęta były wypasane wysoko w górach na połoninach przez rusińskich górali, czyli Bojków. Kilka razy do roku pędzili oni swoje woły właśnie do Lutowisk licząc na ich sprzedaż z zyskiem. Dzięki pośrednictwie w sprzedaży bogacili się członkowie tutejszej gminy żydowskiej. Kres ich historii położyła II wojna światowa ze swoimi okropieństwami.
Do dzisiaj po dominujących niegdyś wśród mieszkańców Lutowisk Żydach nie pozostał niema żaden ślad. Uważny poszukiwać śladów historii może odnaleźć ruiny jednej z dawnych dwóch synagog skryte w krzewach na zapleczu sklepów spożywczych w centrum oraz dawny żydowski cmentarz umiejscowiony wśród modrzewi na wzniesieniu za dzisiejszą szkołą.
Jest to jedno z tych miejsc, w którym przenika nas groza i smutek spowodowany tym co człowiek jest w stanie wyrządzić drugiemu człowiekowi. Na kirkucie w Lutowiskach ocenia się bowiem, że znajduje się ok. 2000 macew. Duża część z nich jest dzisiaj kompletnie niewidoczna. Płyty nagrobków są poprzewracane, popękane, często kompletnie pokryte ziemią czy trawami. Ich ilość jednak oraz rozmiar całego cmentarza są niemymi świadkami tego jak duża musiała być niegdyś tutejsza żydowska gmina. Jednak nawet tutaj, wydawało by się na końcu świata, ludzie ci przeszkadzali hitlerowcom w trakcie wojny. Mieszkańy Lutowisk zostali zgładzeni, a nam nie pozostaje dziś nic innego jak położenie kamyka na jednej z macew i zapłakanie nad historią ludzkości.
Rozmawiając o tym jakie ciekawe miejsca w Bieszczadach czekają na nas nie możemy nie wspomnieć o dwóch nieistniejących dziś bojkowskich wsiach. Mamy tu na myśli Krywe oraz Tworylne. Mówimy o nich razem ponieważ leżą one bardzo blisko obok siebie, niejako „na jednym szlaku” i są często odwiedzane przez turystów w trakcie jednak wycieczki. Naprawdę trudno byłoby przy tym powiedzieć, które z tych dwóch miejsc jest bardziej magiczne…
Krywe i Tworylne łączy położenie w niezwykłym, odizolowanym od zewnętrznego świata miejscu. Dawne wsie umiejscowione były nad potokami będącymi dopływami Sanu, który meandruje tutaj obszernie u południowych zboczy Otrytu. Wsie wciśnięte były zatem w niewielkie kotliny skupione wokół zabudowań nad brzegami potoków. Dziś miejsca te odwiedzić można idąc pieszo albo od strony Zatwarnicy albo Rajskiego. Jest to przy tym dość długa wycieczka i polecalibyśmy ją raczej w okresie letnim kiedy to dzień jest dostatecznie długi na taką eskapadę.
Krywe urzeka przede wszystkim dzięki najlepiej zachowanym w Bieszczadach ruinom murowanej cerkwi, które do dziś majestatycznie górują nad otaczającymi terenami z wierzchołka wzniesienia znajdującego się pośrodku kotliny. Odwiedzając to miejsce naprawdę nietrudno oczami wyobraźni zobaczyć wiernych wspinających się mozolnie po stromych zboczach wzniesienia ze swoich chat leżących niżej nad potokiem na modły we wspaniałej, okazałej świątyni. Stojąc w jej wnętrzu czujemy ciarki na plecach wyobrażając sobie jak niegdyś musieli tłoczyć się tu ludzie. Do głowy przychodzą nam pytani o to co myśleli, jak wyglądało ich życie, o co się modlili?
Leżące nieopodal Tworylne obfituje z kolei w przeróżne ślady historii. Mamy tu zatem bardzo dobrze zachowany cmentarz skryty wśród drzew, dawną niemiecką strażnicę z czasów II wojny światowej, dzwonnicę, cerkwisko, pozostałości dworu oraz zabudowań dworskich, a także bardzo czytelne aleje dworskie i okazałe starodrzewia. Jest to kolejne z tych miejsc, w którym zachodzimy w głowę nad tym jak bardzo chorym i spaczonym jest gatunek ludzki skoro nawet tutaj, w tak odosobnionym i pięknym miejscu dochodziło do wszelkich okropieństw i niesprawiedliwości. Mamy ochotę usiąść pod jedną z tutejszych wiekowych lip i poprosić aby opowiedziała nam historię tych ziem…
Beniowa i Sianki to kolejne dwie dawne wsie leżące wewnątrz tzw. bieszczadzkiego worka. Opiszemy je razem jako dwa kolejne ciekawe miejsca w Bieszczadach ze względu na to, że leżą nieopodal siebie i zwiedza się je zazwyczaj razem. Sianki leżą przy tym dalej i wędrując do nich przechodzi się przez tereny Beniowej. Dojście do Sianek jest przy tym najdłuższe ze wszystkich opisywanych tu miejsc, więc polecamy pozostawienie sobie takiej wycieczki raczej na lato albo ewentualnie wczesną jesień. Nie chcielibyśmy przecież aby noc zaskoczyła nas pod ukraińską granicą!
Bieszczadzki worek przez lata słynął jako jedno z najbardziej niedostępnych miejsc w Bieszczadach. Marzyli o nim turyści z całego kraju, jednak tylko nielicznym śmiałkom dane było zawędrować w te strony. Przez całe dziesięciolecia wyprawa w te strony możliwa była jedynie z plecakiem i namiotem, zajmowała przy tym zwykłe kilka dni i odbywała się kompletnie bez kontaktu ze światem zewnętrznym. W grę wchodziło także bardzo realne ryzyko spotkania pograniczników, kary i nieprzyjemności.
Dziś bieszczadzki worek jest udostępniony do zwiedzania turystom. Prowadzi tu droga, której stan w ostatnim czasie bardzo się poprawił. Możemy śmiało wybrać się w te strony autem osobowym. Poprowadzone są tu szlaki i ścieżki historyczno-przyrodnicze. Nie zmienia to jednak faktu, że tereny te nadal leżą mocno na uboczu, sprawiają wrażenie odciętych od świata. Poczucie zagubienia na krańcu świata jest tu silniejsze niż w innych częściach Bieszczadów.
Będąc tu zresztą naprawdę jesteśmy niejako na krańcu świata, a przynajmniej w najdalszym zakątku Polski. Znajdujemy się tu bowiem przy samej granicy z Ukrainą. W wielu miejscach mijamy tablice ostrzegawcze, po drugiej stronie granicy widzimy budki strażników czy ukraińskie zabudowania. Nieraz po ukraińskiej stronie przejedzie pociąg. Wrażenie jakie tu odnosimy jest trochę podobne do tego jakie możemy pamiętać z dzieciństwa np. z Tatr kiedy to granice były jeszcze zamknięte i człowiek z tęsknotą spoglądał na ich drugą stronę marząc o tym aby kiedyś móc zdobyć tę mityczną krainę.
To właśnie to poczucie zagubienia w głuszy w otoczeniu gęstego, ciemnego lasu tak bardzo urzekło nas w bieszczadzkim worku. Wędrując na do granic Polski minęliśmy Beniową ze swoim niezwykle okazałym i pełnym dobrze zachowanych nagrobków cmentarzem oraz 200-letnią lipą. W Siankach oglądaliśmy tzw. Grób Hrabiny oraz pozostałości dworu. Wszędzie otaczała nas oszałamiająco bujna przyroda i wszechobecna cisza. Coś wspaniałego!
Łopienka to dziś mało znana nazwa kolejnej z jednej z setek dawnych bojkowskich wsi w Bieszczadach. Brzmi ona znajomo jedynie dla pasjonatów bieszczadzkiej historii oraz turystów, którzy zabłądzili w te strony. Tymczasem przed laty znajdowała się tu murowana cerkiew słynna w całej Europie wschodniej będąca jednym z najbardziej znanych miejsc kultu maryjnego, do którego pielgrzymowały tłumy. Wieś, jak większość innych w tych stronach, nie przetrwała powojennego okresu wysiedleń. O mały włos także tutejsza cerkiew uległaby zagładzie i zapomnieniu. Na całe szczęście dotrwała do naszych czasów, co prawda w formie niszczejących ruin, ale dzięki tytanicznej pracy ludzi dobrego serca odzyskała swój dawny blask.
Dziś do Łopienki na nowo wróciło życie. Dolina tętni nim podczas tutejszych uroczystych mszy odprawianych w odbudowanej cerkwi, zlotów artystycznych czy jarmarków. W inne dni jest doskonałym miejscem na spokojny, niezbyt męczący spacer uwieńczony zwiedzaniem zawsze otwartej świątyni. Łopienka to także piękna, wąska dolina, u której końca nadal możemy podziwiać skryte w gąszczu ślady dawnych zabudowań wiejskich oraz pól uprawnych czy sadów. Po drodze do cerkwi zaś mijać będziemy wypał węgle drzewnego, przy którym spędzimy dłuższą chwilę gawędząc o przeszłości i życiu pośród bieszczadzkiej natury z niezwykle miłymi wypalaczami. Kwintesencja Bieszczadów w jednym miejscu!
Chcąc opisać wszystkie ciekawe miejsca w Bieszczadach porywalibyśmy się na praktycznie niemożliwe i aby sprostać temu zadaniu musielibyśmy wydać prawdziwy przewodnik. Z tego właśnie względu opisaliśmy powyżej jedynie te miejsca, które nas samych najbardziej zaskoczyły. Zaskoczenie było tym większe, że zanim bez pamięci zakochaliśmy się w Bieszczadach, o istnieniu większości tych miejsc nie mieliśmy kompletnie pojęcia. Odkrywaliśmy je stopniowo w trakcie kolejnych wyjazdów w Bieszczady na równi z odkrywaną powoli mało znaną i trudną bieszczadzką historią. Spisaliśmy dla Was przynajmniej część tego, co nas samych najbardziej urzekło. Mamy nadzieję, że i Was te miejsca zafascynują tak jak nas samych…
Pytanie o to czy warto jechać w Bieszczady zimą pojawia się co roku już późną jesienią gdy w górach po raz pierwszy spada śnieg. To właśnie wtedy wiele osób przestraszonych nagłą zmianą warunków pogodowych odwołuje swoje rezerwacje i postanawia zostać w domu. Czy jednak słusznie? Czy nie warto zmienić odrobinę swoje plany, przepakować plecak i przygotować się na zimową wyprawę w Bieszczady? Na te wszystkie pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszym wpisie.
Bieszczady kojarzą się nam głównie z latem, ich ogromną ilością atrakcji w sezonie letnim, zielonymi połoninami znanymi z niezliczonych widokówek czy niezwykle popularnym Jeziorem Solińskim. Co roku jednak coraz większą popularnością cieszą się wyjazdy w te strony po sezonie, szczególnie jesienią kiedy to możemy obserwować tu niezwykły spektakl kolorów. Z roku na rok coraz więcej turystów decyduje się na wypad w Bieszczady także zimą. Czy warto zadać sobie trud dotarcia w ten niezwykle odległy zakątek kraju o tej porze roku? O tym wszystkim poniżej!
Górskie wycieczki pięknymi bieszczadzkimi szlakami są chyba tym co najbardziej kojarzy nam się z okresem letnim. Wędrówki o tej porze roku są najłatwiejsze do zorganizowania. Pogoda jest wówczas doskonała, jedyne przeciwności, które możemy spotkać na szlaku to z reguły deszcz. Po drodze spotkamy mnóstwo innych turystów, a zatem możemy się wtedy czuć w górach bezpiecznie.
Zastanawiając się czy warto jechać w Bieszczady zimą należy pamiętać, że z roku na rok lawinowo wzrasta jednak zainteresowanie także zimowymi wyprawami w góry. Jednocześnie pojawiają się obawy o ich bezpieczeństwo. Rzeczywiście oczywistym jest, że każde wyjście w góry zimą musi być bardzo dokładnie zaplanowane ale przy odrobinie przygotowań będzie bezpieczne i zakończone uśmiechem od ucha do ucha.
Również Bieszczady sprzyjają takim właśnie zimowym wycieczkom w góry. Szlaki są tu dobrze poprowadzone i oznaczone. Zimą oczywiście po drodze spotkamy zdecydowanie mniej turystów stąd koniecznie musimy zapewnić sobie samym odpowiednie środki bezpieczeństwa. W naszym plecaku nie może zabraknąć sprawnego telefonu z zapisanym numerem do GOPR, dokładną mapą czy odbiornikiem GPS. Dobrze jest też zaopatrzyć się w raki lub rakiety śniegowe w zależności od aktualnie panujących warunków. Te podstawowe środki sprawią, że wędrowanie bieszczadzkimi szlakami zimą będzie niezwykłym przeżyciem oraz będzie bezpieczne.
Czy to oznacza, że ktoś kto z jakichś przyczyn nie chce wyruszać w ośnieżone góry nie powinien przyjeżdżać w Bieszczady zimą? Nic bardziej mylnego! Góry te oferują tak wiele atrakcji i możliwości, również w środku zimy, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Kolejną, po górskich szlakach, możliwością spędzania tutaj czasu gdy pada śnieg są wędrówki bieszczadzkimi dolinami. To właśnie w nich przed dekadami umiejscowione były niezliczone wsie zamieszkiwane przez bieszczadzkich rdzennych górali, Bojków. Zdecydowana większość z tych nieraz zagubionych zdawało by się na krańcu świata górskich osad zniknęła na zawsze na fali powojennych wysiedleń. Po dziś dzień po żyjących tu niegdyś tysiącach ludzi zostały jedynie niknące ślady. Ich odszukiwanie jest niezwykłą atrakcją.
Również zima jest doskonałą do tego okazją. Nawet w złą pogodę, przy mgle czy w trakcie mocnych opadów śniegu możemy z powodzeniem wybrać się na tereny jednej z dawno nieistniejących wsi. Naszymi osobistymi ulubionymi miejscami tego typu są Krywe, Tworylne czy Łopienka. Dotarcie do tych miejsc jest naprawdę stosunkowo łatwe, większą część drogi pokonujemy „po płaskim” bez ekspozycji na niebezpieczeństwa typowe dla górskich szlaków. Widok dolin kompletnie zasypanych przez śnieg, drzemiących pod grubymi pokrywami białego puchu i próba wyobrażenia sobie, że oto na tym odludziu niegdyś tętniło życie pozostawiają niesamowite wrażenie.
Kolejnym śladem po Bojkach, który przetrwał do naszych czasów, a jednocześnie jest odpowiedzią na pytanie czy warto jechać w Bieszczady zimą są cerkwie. Te liczne niegdyś świątynie, w których modliła się rdzenne ludność Bieszczadów zostały w znacznej większości unicestwione na fali wspomnianych już wysiedleń. Na całe szczęście kilku z nim udało się dotrwać do naszych czasów. Myślimy tu przede wszystkim o takich perełkach jak cerkiew w Smolniku nad Sanem, w Łopience, czy w Bystrem. Te, i inne, zachowane cerkwie robią niezwykłe wrażenie zimą, kiedy to drzemią majestatycznie pod zwałami ciężkiego śniegu. To właśnie w takich miejscach łapiemy się na zapadnięciu w chwilę zadumy nad historią i losami człowieka…
Bieszczady od dłuższego czasu usiłują nadgonić swoje zaległości w stosunku do innych polskich zimowych kurortów. Oczywiście daleko im jeszcze do miejsc takich jak Zakopane ale powoli także i tutaj rozwija się infrastruktura i zaplecze przeznaczone dla narciarzy. Powoduje to, że co roku w te strony przyjeżdża coraz więcej miłośników białego szaleństwa. Ciekawą jego odmianą są także trasy dla narciarzy biegowych. Ich rosnąca ilość oraz popularność sprawiają, że Bieszczady zimą stają się powoli jednym z preferowanych miejsc wypadowych narciarzy.
Do innych atrakcji oferowanych przez Bieszczady zimą należą przejażdżki skuterami śnieżnymi oraz quadami. Coraz więcej bieszczadzkich ośrodków wypoczynkowych czy miejsc noclegowych włącza je do swojej oferty. Istnieje także możliwość wypożyczenia ich na miejscu. Białe szaleństwo wydaje się, że nie zna granic!
Opisując do oferują Bieszczady zimą nie wolno nam zapomnieć o jeszcze jednej możliwości. Co jeśli nie jesteśmy zwolennikami górskich wycieczek, badania śladów historii, ani nie chcemy marznąć na stoku? Czy warto w takim razie w ogóle wybierać się w te dalekie strony? Naszym osobistym zdaniem jak najbardziej tak!
Możemy przecież zarezerwować sobie kilka czy kilkanaście nocy w jednej z tutejszych agroturystyk czy całorocznych domków. Dla kochających ciszę i spokój oraz błogie lenistwo będzie to jeden z lepszych sposobów na odpoczynek. Nie ma przecież nic lepszego niż długi wieczór z książka przy trzaskającym kominku. Zima de facto jest najlepszym momentem w ciągu całego roku na takie wypady z racji tego, że nieraz nie spotkamy tu o tej porze dosłownie nikogo innego oprócz nas. To właśnie wtedy znikamy tu i ukrywamy się na parę dni przed dosłownie całym światem.
Po tym co napisaliśmy powyżej odpowiedź na tytułowe pytani jest chyba jasna. Powiedzmy to jednak oficjalnie – tak, według nas wyjazd w Bieszczady zimą jest jednym z ciekawszych z całego roku. To właśnie wtedy bowiem możemy się rozkoszować tym, co jest już nieco trudniej uchwytne tutaj latem – ciszą, spokojem, brakiem innych ludzi i poczuciem zaginięcia na krańcu świata… To wszystko sprawia, że już nie możemy się doczekać kolejnego zimowego wyjazdu w Nasze Bieszczady…
Kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach? To pytanie jest chyba jednym z pojawiających się najczęściej pośród osób planujących wyprawę w te najpiękniejsze z gór. Pada ono z ust turystów szczególnie często po sezonie kiedy to wszelkie nagłe opady, grad, gęsta mgła, porywisty wicher czy inne załamania pogody nie będą tutaj niczym zaskakującym.
Kto wybiera się w Bieszczady jesienią, zimą czy wiosną musi pamiętać o uprzednim dokładnym sprawdzeniu prognoz aby nie dać się zaskoczyć niepogodzie. Na nasze szczęście pogoda w Bieszczadach wykazuje się dużą cyklicznością. Jej obserwacje pozwalają zatem ze sporą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć co nas spotka w trakcie naszego kolejnego wyjazdu w góry. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na tytułowe pytanie o to kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach?
Okres ferii zimowych jest dość skomplikowany jeśli chodzi o pogodę w Bieszczadach. Co roku przybywa tu coraz więcej miłośników „białego szaleństwa” o co skrupulatnie dbają miejscowi gospodarze budując coraz to nowsze ośrodki narciarskie oraz dostosowując bazę noclegową na potrzeby zwolenników sportów zimowych. W dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, że o tej porze roku możemy spodziewać się dwóch scenariuszy pogodowych.
Jeśli dopisze nam szczęście i dany rok okaże się obfitym w opady śniegu wówczas Bieszczady przywitają nas grubym kożuchem głębokiego białego puchu. Takiej aurze często towarzyszyć będą słoneczne dni, które pozwolą nam wykorzystać do maksimum czas spędzony na stoku.
Co jednak dość charakterystyczne dla bieszczadzkiej kapryśnej pogody może się okazać, że w trakcie ferii zimowych spotkamy się z ledwie widoczną pokrywą mokrego i niezbyt nadającego się do uprawiania sportów zimowych śniegu. Takiej z kolei aurze często będzie towarzyszyć pogoda charakterystyczna bardziej dla roztopów niż zimy. Może się okazać, że w górach przywita nas deszcz, a niebo spowijać będą ciężkie chmury. W takiej sytuacji nie pozostanie nam nic innego jak dłuższa wizyta w jednej z bieszczadzkich karczm.
Przedwiośnie w Bieszczadach dla nas samych jest jedną z tych pór roku, które lubimy najbardziej. Gdy ustąpią śniegi i zakończą się roztopy naszym oczom ukazuje się śpiąca jeszcze przyroda. Wygniecione trawy, poprzygniatane krzewy – wszystko wskazuje na długie miesiące spędzone pod zwałami ciężkiego śniegu. Tu i ówdzie pojawiają się powoli pierwsze jasnozielone pączki budzącej się roślinności. W powietrzu czuć wszechobecną wilgoć, wokół otaczają nas zwykle mgły.
To właśnie o tej porze roku w Bieszczadach możemy poczuć się jak w bajkowej scenerii. Naszym ulubionym jej elementem o tej porze roku jest okres kwitnienia tarniny. Nieraz trudno jest nam go „złapać” ze względu na to, że trwa dość krótko. Co roku jednak zwykle nam się to udaje. Wędrujemy wtedy wśród dopiero ledwo się zieleniących dolin obsianych białymi krzewami tarniny przypominającymi z oddali nieco kłębki wełny. W przydrożnych rowach dominuje morze jasnożółtych kaczeńców…Iście bajkowe wrażenie…
Weekend majowy to okres kiedy po raz pierwszy po długiej zimie w Bieszczadach pojawiają się znów tłumy turystów. Doliny na nowo ożywiają, restauracje i bary znów są otwarte, pełne ruchu i gwaru, a na szlakach na nowo spotykamy wielu innych turystów. Na swoje miejsca powracają stragany z pamiątkami, grzybami i serami. Bieszczady odzyskują swój znany z okresu letniego charakter.
Pogoda o tej porze roku jest już często naprawdę bardzo dobra i umożliwia podejmowanie wszelkich górskich eskapad. Oczywiście musimy się przygotować na nagłe pogorszenie pogody w górach i wyposażyć w ubranie chroniące przed niekiedy naprawdę silnym wiatrem na połoninach ale co do zasady o tej porze roku możliwe jest zdobywanie już wszystkich bieszczadzkich szczytów. W przyrodzie zaobserwujemy ciekawe zjawisko kiedy to w dolinach widać już wyraźnie oznaki wiosny w pełni, ale na połoninach panuje jeszcze jakby zimowa martwota.
Boże Ciało to okres nieróżniący się już zbyt wiele od lata jeśli chodzi o pogodę. Zastanawiając się zatem nad tym kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach będzie to chyba jedna z tych pór roku, którą możemy uznać za najbardziej dogodną wypadu w te niezwykłe góry. Wędrując wtedy bieszczadzkimi dolinami czy górskimi szlakami otoczeni będziemy przez oszałamiającą, jasną i niezwykle żywą zieleń, która niepodzielnie będzie panowała w naturze. Urozmaicają ją liczne kwiaty pokrywające całymi łanami łąki i polany.
Pogoda w okresie Bożego Ciała będzie również sprzyjała wszelkim eskapadom. Również dzień jest już na tyle długi aby planować nawet bardziej śmiałe wycieczki. Może oczywiście zdarzyć się, że w kapryśnych nadal o tej porze roku górach złapie nas deszcz, a nawet burza. Temperatura nie spada jednak już na tle abyśmy musieli się takie aury obawiać. Dobra kurtka przeciwdeszczowa oraz ciepła bluza w zupełności wystarczą abyśmy cieszyli się udana wycieczką.
Chyba większość osób zastanawiających się nad tym kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach bez wahania powie, że oczywiście ma to miejsce latem. Rzeczywiście w okresie lipca i sierpnia aura sprzyja tutaj turystom najbardziej. Z reguły o tej porze roku dominują tu słoneczne dni, dzień wydaje się nie mieć końca, a noce są bardzo ciepłe. W ciągu dnia jedynym mankamentem wydaje się być palące w górach niemiłosiernie słońce. To właśnie z uwagi na nie chyba bardziej musimy pamiętać o ochronie przed przegrzaniem niż przed nadmiernym wychłodzeniem.
Przyroda o tej porze obdarowuje nas świetną widocznością, lekkim wiaterkiem na szczytach, istną orgią dojrzałej już zieleni niezwykle bujnej roślinności i pięknymi zapachami kwitnących bieszczadzkich łąk. W trawach dominują miliony owadów urozmaicającej wieczory swoim „cykaniem”. Lato to jednym słowem istna eksplozja oszałamiająco dzikiej bieszczadzkiej przyrody.
Wczesna jesień (rozumiana tu jako wrzesień i październik) to ta pora roku, która przez wielu poszukujących odpowiedzi na pytanie o to kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach zostanie postawiona na pierwszym miejscu. Wrzesień to nadal jeszcze stosunkowo długi dzień, rzadkie opady i dość wysoka temperatura powietrza, które sprzyjają wszelkim wycieczkom. W przyrodzie o tej porze roku nie dzieje się być może nic zbyt ciekawego – dominuje tu wówczas mocno już dojrzała zieleń, nadal spotkam wiele kwitnących kwiatów. Niezwykłym zjawiskiem jest za to coroczne rykowisko jeleni.
Październik natomiast to miesiąc, który sam w sobie powinien de facto zostać opisany w 2-3 osobnych punktach. Jest to miesiąc chyba największej różnorodności przyrodniczej i pogodowej w Bieszczadach. Przez wielu jest zresztą uważany za najlepszy moment na przyjazd w te wspaniałe góry.
Ta pora roku przynosi już zdecydowane ochłodzenie. Dni są już zdecydowanie krótsze, a słońce nie ma swojej poprzedniej siły. Przywita nas tu często wiatr, deszcz, a nawet pierwszy padający zaskakująco mocno i obficie śnieg. W przyrodzie natomiast odgrywany jest spektakl, na który miłośnicy Bieszczadów czekają cały rok. Zaczyna się on na przełomie września i października, kiedy to przejrzała zieleń jesieni zostaje urozmaicona żółcącymi się tu i ówdzie liśćmi drzew. Po jakimś czasie dołączają do niej także przeróżne odcienie czerwienie kontrastujące wyraźnie z nadal mocno widoczną zielenią innych gatunków drzew. Koniec października przynosi zaś potop czerwieni, gdy zieleń w końcu ustępuje. Jesienią chciało by się w Bieszczadach być codziennie, o każdej porze dnia i przy każdej pogodzie. To naturalne przedstawienie nigdy się nie nudzi…
Późna jesień rozumiana tutaj jako listopad i początek grudnia to kolejny stosunkowo mało ciekawy okres w Bieszczadach. Pogoda przypomina odrobinę tą znaną z wiosennych roztopów. Dzień kończ się już niezwykle wcześnie. Wokół dominują mgły, wilgoć, często pada rzęsisty deszcz, a nawet śnieg. Zdarza się oczywiście, że na kilka dni pogoda zmienia się, chmury znikają, pojawia się zaskakująco mocno grzejące słońce i czujemy się bardziej jakby to był wrzesień niż schyłek roku, ale nie są to zjawiska zbyt częste. Wybierając się w Bieszczady o tej porze roku musimy naprawdę bardzo dokładnie śledzić prognozy pogody.
Okres Bożego Narodzenia w Bieszczadach to czas podobny z kolei do okresu ferii zimowych. Może tak się zdarzyć, że będzie on bezśnieżny, mglisty i mokry. Jeśli jednak szczęście nam dopisze to dni tej urokliwej pory roku spędzimy w otoczeniu wielkich zasp śniegu, a podczas długich wieczorów będziemy się grzać przy kominku. Cudownym spektaklem jest także bieszczadzka szadź w dni kiedy to w powietrzu króluje siarczysty mróz. Zamarznięte drobinki wody pokrywają wtedy każdą nawet najmniejszą gałązkę drzew czy krzewów i mienią się w promieniach słońca. Skojarzenie z bajkową „Krainą Lodu” jest chyba oczywiste…
Na koniec kilka słów podsumowania na temat tego kiedy jest najlepsza pogoda w Bieszczadach. Oczywiście ostateczny werdykt będzie zależał od indywidualnych upodobań każdego turysty. Jedni powiedzą, że to lato oferuje najdogodniejsze warunki pogodowe, inni zaś, że mimo wszystko najbardziej kochają bieszczadzką jesień. My zatem zaprezentujemy nasze własne zdanie. Według nas najlepsza pogoda przywita przyjeżdżających w Bieszczady w okresie Bożego Ciała oraz w weekend majowy. Na drugim miejscu wymienilibyśmy pogodę jesienią, a dopiero na trzecim tę panującą w Bieszczadach latem.
Wynika to z faktu, że latem dokucza nam nieznośny skwar utrudniający podejmowanie bardziej forsownych wędrówek, stąd okres maja, czerwca, czy jesieni uznajemy za nieco lepszy. Pozostałe pory roku jako bardzo zmienne i kapryśne wymienilibyśmy na miejscu czwartym. Oczywiście jest to nasze osobiste, subiektywne zdanie i nie każdy musi się z nim zgadzać. Prawda też jest taka, że w Bieszczady wybieramy się kilkanaście razy w roku, niezależnie od jego pory. Za bardzo kochamy te góry aby przegapić cokolwiek z ich niezwykłej zmienności i różnorodności niezależnie od tego czy jest to wiosna, lato, jesień czy zima. Mamy nadzieję, że i Wy tak samo kochacie te przepiękne góry!
Pytanie o to gdzie jechać w Bieszczady jesienią jest jednym z najczęściej powtarzających się o tej porze roku, która przez wielu uważana jest za najlepszy moment w ciągu całego roku na wyprawę w te wspaniałe góry choćby dosłownie na 3 dni. Tym co po okresie letnim przyciąga turystów w te strony jest oczywiście złota bieszczadzka jesień, a także duża ilość atrakcji dostępnych tutaj nawet późną jesienią. Pisaliśmy już o tym kiedy najlepiej przyjechać w te strony jesienią, teraz zatem czas na kolejny z cyklu naszych poradników. Tym razem przedstawiamy 5 porad gdzie jechać w Bieszczady jesienią!
Wetlina to niekwestionowana królowa wśród bieszczadzkich miejscowości letniskowych. To właśnie do niej, szczególnie w okresie letnim, co roku pielgrzymują setki turystów spragnionych górskich wędrówek. Dzieje się tak głównie ze względu na wydawałoby się wymarzone położenie miejscowości wprost u stóp połonin i blisko wejść na liczne szlaki. Istnieje tu także bardzo bogate zaplecze noclegowe oraz gastronomiczne co pozwala na wygodne spędzenie tutaj urlopu. Minusem tego faktu jest to, że w sezonie letnim Wetlina jest dość zatłoczona i gwarna.
Inaczej prezentuje się sytuacja jesienią, szczególnie jeśli wybierzemy się w te strony w końcu października, czy na początku listopada. Tłumy znane z okresu letniego znikają wówczas, a gwar ustępuję tak bardzo przez nas poszukiwanej ciszy i spokojowi. O tej porze roku Wetlina choć sprawia wrażenie nieco wymarłej to nadal jest doskonałą bazą na wypad w góry. Dostaniemy się stąd wygodnie na większość najbardziej znanych bieszczadzkich szlaków, które o tej porze roku również nie będą tak zatłoczone jak latem. Możemy także rozważyć sąsiednie miejscowości, takie jak Smerek czy Ustrzyki Górne.
Muczne to niezwykła, niewielka osada leśna położona w samym sercu tzw. bieszczadzkiego worka. Pierwsze zetknięcie z tym miejscem może powodować zdziwienie i cisnące się na usta pytanie o to, po co ktoś miałby tu przyjeżdżać? W Mucznem wszak nie ma niemal zupełnie nic. Znajduje się tu jedynie parę kwater i miejsc noclegowych, próżno tu szukać sklepów, deptaku czy straganu z pamiątkami. Osada leży dosłownie pośrodku bieszczadzkiej głuszy i otoczona jest gęstym, ciemnym lasem.
Z drugiej strony dla osób kochających ciszę, spokój i poczucie oderwania od świata Muczne będzie istnym rajem na ziemi. W bardzo wygodnych warunkach oferowanych przez tutejsze miejsca noclegowe mamy bowiem możliwość spędzenia, szczególnie jesienią, kilku dniu w absolutnej głuszy. Nie można chyba w całych Bieszczadach znaleźć lepszego miejsca, w którym odpoczniemy psychicznie od trosk życia codziennego, spędzimy ciszy wieczór z książką przy kominku oraz będziemy mieli możliwość poczuć jak wyglądały niegdyś niezaludnione Bieszczady.
Zastanawiając się nad tym gdzie jechać w Bieszczady jesienią nie sposób zapomnieć o Cisnej. Ta ni
eco większa miejscowość leży nieco na uboczy względem najbardziej znanych Bieszczadzkich masywów, ale za to jest idealnym miejscem wypadowym na wycieczki w masywy położone w zachodniej części naszych ukochanych gór. Znajdziemy też tutaj kilka kultowych restauracji i barów, które umilą nam długie jesienne wieczory. Cisna będzie też świetnym miejscem na jesienny wyjazd w góry z dziećmi z racji tego, że oferuje bardzo dużą gamę miejsc noclegowych oraz dobrze zaopatrzonych sklepów.
Dwernik to kolejna z bieszczadzkich miejscowości wydawało by się zagubionych pośród gór z dala od wszelkiej cywilizacji. Położona jest ona w okolicy, którą my sami uważamy za jedną z najbardziej urokliwych w całych Bieszczadach. Mowa tu o dolinie Sanu meandrującego u południowych zboczy Otrytu. To właśnie tutaj czas wydaje się, że się zatrzymał kilkadziesiąt lat temu. W całej dolinie znajdziemy jedynie nieliczne zabudowania kilku tutejszych osad otoczonych królującą tu niepodzielnie przyrodą. Miejsca ta są szczególnie urokliwe właśnie jesienią lub wiosną gdy toną w gęstych mgłach lub ciemnościach długich nocy.
Dwernik to dla osób poszukujących wytchnienia od zgiełku wielkich miast oraz kontaktu z przyrodą wymarzone miejsce na urlop w agroturystyce lub jednej z tutejszych kwater. Wypoczynek w tych stronach urozmaicać mogą odwiedziny na terenach jednej z okolicznych nieistniejących już dzisiaj bojkowskich wsi. Wśród nich chyba najbardziej znane jest niezwykłe Krywe. Atrakcją mogą być także wycieczki na okoliczne szczyty oraz do dolin jedną ze ścieżek historyczno-przyrodniczych. Nam samym w tych okolicach olbrzymią przyjemność sprawiają po prostu zwyczajne poranne lub wieczorne spacery po okolicy. Człowiek czuje się tu oderwany od rzeczywistości. To właśnie tak odpoczywa się najlepiej.
Lutowiska to jeszcze jedna miejscowość leżąca zdecydowanie na uboczu, z dala od górskich szlaków i w okolicy, która przez niektórych uważana jest za bieszczadzkie pogórze. Zasadnym zatem będzie zadać pytanie o to czy to miejsce powinno aby na pewno znaleźć się na liście porad co do tego gdzie jechać w Bieszczady jesienią. Okazuje się, że jak najbardziej tak!
Miejscowość tak jest bowiem istną kwintesencją burzliwej bieszczadzkiej historii. Lutowiska przed wiekami były bowiem miejscem jednego z najbardziej znanych w tej części Europy targu wołów. Bydłem handlowali tu dominujący w miasteczku Żydzi. Sprzedawano woły hodowane na połoninach przez Bojków – rdzennych bieszczadzkich górali. Okrucieństwa II wojny światowej położyły kres wielowiekowej tradycji Lutowisk. Dziś niemal nic nie wskazuje na ich dawną świetność. Dopiero dociekliwy obserwator i poszukiwać śladów historii odnajdzie tu niezwykły i unikatowy żydowski cmentarz, miejsce po dawnej cerkwi, czy zapomniany cmentarzyk.
Lutowiska to niezwykle historyczne miejsce. Blisko stąd także do innych miejsc pamiętających dawne Bieszczady – Czarnej Dolnej, Bystrego, Lipia czy Michniowca oraz niepowtarzalnego Smolnika nad Sanem. Dla osób mniej zainteresowanych historią najważniejsza będzie tutejsza cisza, oszałamiająca natura i możliwość odpoczynku na jej łonie. Wbrew pozorom i pierwszemu wrażeniu Lutowiska mają naprawdę wiele do zaoferowania. Dla nas samych są jednym z naszych ulubionych miejsc wypadowych w Bieszczadach.
Na koniec czas na podsumowanie naszych rozważań na temat gdzie jechać w Bieszczady jesienią. Tutaj nasz odpowiedź będzie de facto bardzo podobna do tej, której udzielilibyśmy również latem. Mianowicie, to zależy czego szukamy w Bieszczadach. Jeśli naszym głównym celem wyjazdu w te strony są górskie wycieczki, wówczas naturalnym wyborem będzie Wetlina i okoliczne miejscowości skąd najbliżej nam będzie na szlaki. Jeśli szukamy nieco większej miejscowości wtedy możemy pomyśleć o Cisnej. Jeżeli zaś interesuje nas głównie cisza, spokój i chwila zapomnienia o codzienności wówczas możemy zastanowić się nad Mucznem, Dwernikiem, czy Lutowiskami.
Co łączy te wszystkie opisane wyżej przez nas miejscowości? Jest to oczywiście trudny do opisania komuś kto tam nigdy nie był niepowtarzalny czar Bieszczadów. Góry te mają w sobie coś wyjątkowego, coś co sprawia, że czujemy się tu jakby czas stanął w miejscu parę dekad temu, a także coś co sprawia, że na nowo pragniemy poszukać dawno zapomnianego w naszych miejskich życiach kontaktu z przyrodą. Właściwie niezależnie od tego gdzie jedziemy w Bieszczady zawsze odnajdujemy cząstkę tych wszystkich emocji. To pewnie dlatego wracamy tam tak często.
Złota jesień w Bieszczadach przez wielu uważana jest za najlepszy moment na wyprawę w te niezwykłe góry. Nic w tym dziwnego. To właśnie o tej porze roku ujawnia się chyba ich cała magia. Wszechobecne jesienne kolory liści sprawiają, że wydaje się, że góry po prostu płoną. Wieczorem i rano o tej porze roku towarzyszą nam gęste mgły. Chłodne już dni spędzimy na wędrówkach w nostalgicznej scenerii, a wieczory przy kominku w domku.
Również i my sami postanowiliśmy wybrać się w Bieszczady o tej niezwykle urokliwej porze roku i spisać dla Was relację z tego wyjazdu. Jak zwykle przy tym objechaliśmy sporą część gór tzw. małą i dużą obwodnicą aby móc zaprezentować Wam zdjęcia z jak największej ilości miejsc. Prezentujemy je poniżej z krótkimi opisami.
Złota jesień w Bieszczadach trwa nieprzerwanie od początku do końca października. Zastanawiając się długo nad tym kiedy jechać w góry jesienią wybraliśmy ostatecznie koniec pierwszego tygodnia października licząc na to, że uda nam sie uchwycić ten moment w górach gdy początkom „kolorków” towarzyszy jeszcze zieleń przemijającego lata. Po dojechaniu na miejsce zaczęliśmy się obawiać, że chyba jednak źle wybraliśmy tydzień bo w dolinach nic nie zapowiadało, że zobaczymy naszą upragnioną złotą jesień. Na zdjęciu poniżej widzimy jak prezentowały się Lutowiska widziane z punktu widokowego.
Widać na nim wyraźnie, że w dolinie „kolorki” były jeszcze ledwie dostrzegalne, dominowała właściwie zieleń. Niezrażeni jednak tym pierwszym niemiłym zaskoczeniem ruszyliśmy dalej obwodnicą w kierunku Smolnika nad Sanem, a następnie Dwernika.
Nadal nie byliśmy pocieszeni ponieważ to co otaczało nas dookoła to nadal była w przeważającej części zieleń. Zastanawialiśmy się już, czy może nie udało nam się wybrać dobrej pory roku i czy będziemy musieli wrócić w Bieszczady za parę tygodni gdy „kolorki” będą bardziej widoczne. Ruszyliśmy dalej w stronę Nasicznego.
Dopiero tutaj na dojeździe do Nasicznego naszym oczom ukazała się przepiękna złota jesień w Bieszczadach. Widok był naprawdę oszałamiający. W kilka chwil zapomnieliśmy o pierwszym niezadowoleniu i delektowaliśmy się niezwykłym spektaklem jaki zgotowała tutaj nam przyroda.
Okazało się, że trafiliśmy „w punkt” w moment kiedy to jeszcze wyraźna zieleń kontrastuje z już bardzo wyraźnie widocznymi i jaskrawymi kolorami jesieni. Naszym oczom ukazało się morze kolorów z paletą chyba ich wszystkich możliwych odcieni.
Urzeczeni tym co złota jesień w Bieszczadach dla nas przygotowała ruszyliśmy dalej w drogę w kierunku Brzegów Górnych. Tutaj natura jeszcze bardziej wzbogaciła swój spektakl. Wysoko nad nami dostrzegliśmy bowiem kompletnie pokryte śniegiem połoniny oraz część lasu lekko przyprószonego śniegiem.
Droga w dolinie wiła się malowniczo wśród kolorowych drzew, a w górze nad nimi dominowały ośnieżone szczyty. Szczególnie niesamowicie wyglądał las w oddali pokryty drobniutkim śniegiem czy szronem, spod którego przebijała czerwień bukowych liści.
Skoro tu, w dolinie, było już tak pięknie to pomyśleliśmy, że jeszcze ładniej będzie pewnie wyżej, na Przełęczy Wyżnej, którą postanowiliśmy zdobyć. Po drodze zatrzymaliśmy się przy niepozornej bacówce przy skraju drogi. Mówi się, że to właśnie tutaj można kupić najlepsze sery w Bieszczadach…
Jeszcze rzut oka w kierunku Połoniny Wetlińskiej i możemy ruszać. Tutaj też oszałamia niezwykły kontrast zieleni doliny z czerwienią górnych partii lasu oraz śniegiem szczytów. Gdzieś tam wysoko skrywa się mityczna Chatka Puchatka…
Na podejściu na przełęcz nasz wzrok przykuł masyw Działu. Pamiętamy go oszałamiającego swoją nieokiełznaną zielenią jeszcze parę miesięcy temu, a tymczasem teraz bardziej przypomina tort bezowy posypany cukrem pudrem. Zupełnie nierealny wygląd!
Wreszcie po zdobyciu przełęczy naszym oczom okazuje się obraz tak dobrze nam znany – dominujący nad całą doliną majestatyczny masyw Połoniny Caryńskiej. To chyba jedno z najbardziej obfotografowanych przez nas miejsc w Bieszczadach, które niezmiennie zachwyca nas o każdej porze roku. Teraz jesienią wygląda szczególnie niesamowicie. Jaskrawa biel śniegu na połoninach jest ledwie widoczna na tle nieba, w górnej partii lasu drzewa przypominają już bezlistny listopad, w dolnej zaś panuje prawdziwa orgia kolorów. Wszystko okraszone jest zielenią traw w dolinie.
Widok drzew w oddali jest zupełnie nierealny i przypomina bardziej filmową scenerię niż rzeczywisty krajobraz. Aż dziw, że o tej porze roku nie kręci się tutaj filmów fantasy – nie byłoby potrzeby dodawania efektów specjalnych jeśli chodzi o otoczenie!
Udajemy się w dalszą drogę w kierunku wsi Smerek. Tutaj pejzaż jest równie wspaniały. Na zdjęciu widzimy masyw Smereka z niezwykłą grą kolorów na jego zboczach. Jak nie kochać tych gór?
Złota jesień w Bieszczadach hojnie obdarowuje nas niespodziankami. Tutaj przepiękna tęcza, która towarzyszyła nam przez długi czas w okolicy Smereka oraz Kalnicy. Podążamy stąd do Dołżycy i dalej wąską drogą wijącą się wśród wzgórz do Terki.
Po drodze, w okolicy wsi Buk, kolory zdają się jeszcze bardziej przybierać na sile. Sami zadajemy sobie pytanie czy te góry lubią nas aż tak bardzo żeby pokazywać nam takie wspaniałości…Oczarowani zmierzamy dalej.
Przejeżdżając obok parkingu przy wejściu do Łopienki dostrzegamy gęsty tym unoszący się wśród drzew. Pierwsza myśl, która przychodzi nam do głowy to: wypał drewna! Takiej okazji nie możemy ominąć i już chwilę później maszerujemy w górę doliny aby pogawędzić z pracującym tutaj wypalaczem, którego mieliśmy już kiedyś okazję poznać.
Po długiej rozmowie przy dymiących retortach pachnący jakbyśmy siedzieli całą noc przy ognisku jedziemy dalej w kierunku Terki, Bukowca i Rajskiego aby dotrzeć do jednego z naszych ulubionych miejsc w Bieszczadach czyli mostu przy Starym Placu skąd można wyruszyć na wycieczkę do Tworylnego.
Podziwiamy tu zbocza Otrytu, które dopiero co pamiętamy z lata jako tonące w orgii zieleni i przydrożnych kwiatów. Dziś króluje tu złota jesień. Z tego miejsca decydujemy się na powrót w kierunku Czarnej Górnej przez Polanę oraz dalej Skorodne.
W tej niezwykle odludnej i dzikiej części Bieszczadów, w której niegdyś rozlokowane były liczne wsie znów toniemy wśród kolorów. W miejscach jak to czuje się, że Bieszczady to absolutne królestwo przyrody, a człowiek jest tutaj jedynie gościem.
Na zakończenie dnia odwiedzamy jeszcze torfowiska w Tarnawie w samym sercu tzw. bieszczadzkiego worka. Miejsce to o tej porze roku przypomina reportaże znane z National Geographic o Alasce, Górach Skalistych czy Nowej Zelandii. Otoczeni przez absolutną ciszę czekamy tu na zachód słońca. To był bardzo udany dzień…
Pytanie o to kiedy najlepiej jechać w Bieszczady jest kolejnym z serii tych, na które odpowiedź wydaje się oczywista. Większość turystów powie pewnie zgodnie, że to lato jest takim najlepszym, idealnym momentem na odwiedziny w tych pięknych stronach. Z drugiej strony po chwili zastanowienia każdy kto był w Bieszczadach poza sezonem letnim zda sobie sprawę, że odpowiedź może jednak nie być aż tak łatwa, szczególnie w przypadku osób, które mogą sobie pozwolić tylko na jedną wyprawę w góry w ciągu roku.
Co sprawia, że co roku Bieszczady zdobywają coraz większą rzeszę zwolenników i co roku ściąga tu coraz więcej turystów? Powodów jest wiele i to niezależnie od tego czy świeci słońce czy pada deszcz. Z pewnością należą do nich przepiękne górskie szlaki bezkresnymi połoninami, których nie znajdziemy w innych górach w Polsce. Olbrzymią popularnością cieszę się także przeróżne bieszczadzkie atrakcje. Co bardziej dociekliwych turystów interesujących się historią przyciągają w te strony pozostałe do dziś ślady jak chociażby tereny wysiedlonych, nieistniejących dziś wsi czy przepiękne bieszczadzkie cerkwie.
W Bieszczadach nie będzie się nudzić rodzina z dzieckiem, czy nawet niemowlakiem, wczasowicze przybywający tutaj z czworonogiem, rowerzyści czy zwolennicy sportów zimowych. Ta olbrzymia ilość możliwości oraz w porównaniu do innych kurortów relatywny spokój panujący tutaj nawet w środku sezonu letniego czy zimowego sprawiają, że Bieszczady stają się ulubionym miejscem dla uciekających przed cywilizacją i zgiełkiem miejskiego życia tak dobrze znanego z naszej codzienności. Powiedziawszy to wszystko spróbujmy zatem odpowiedzieć na tytułowe pytanie o to kiedy najlepiej jechać w Bieszczady?
Lato i w szczególności okres wakacyjny to chyba ta pora roku, przez pryzmat której najwięcej z nas zna Bieszczady. To właśnie wtedy w te strony przyjeżdża najwięcej turystów, hoteliki, pensjonaty i restauracje w dolinach pękają w szwach, a na szlakach spotkamy największe tłumy. Przyjezdni przybywają tu aby podziwiać cudowne górskie widoki, maszerować do późna długimi, męczącymi bieszczadzkimi szlakami dzięki późno zapadającym ciemnością. W dzień podziwia się wszechobecną oszałamiającą zieleń dominującą w przyrodzie, wieczorem przepiękne zachody słońca, w nocy zaś z zapartym tchem obserwuje się rozgwieżdżone niebo.
Należy jednak pamiętać przy tym o tym co zostało już powiedziane nieco wyżej – latem nieraz trudno będzie poczuć to co wielu ludzi najbardziej przyciąga w te strony, a mianowicie to niezwykłe wrażenie odcięcia od świata, zagubienia w czasie i przestrzeni gdzieś, jakby w innym, trochę nierealnym świecie. Lato bowiem to także wszechobecne w ostatnich latach tłumy hałaśliwych wczasowiczów, kolejki, brak miejsca na parkingach, ogólna wrzawa znana z innych znanych turystycznych miejsc. Kto szuka ucieczki przed cywilizacją zapewne będzie musiał rozważyć przybycie w Bieszczady poza sezonem.
Właśnie takie osoby poszukujące ciszy i spokoju oraz zastanawiające się nad tym kiedy najlepiej jechać w Bieszczady powinny rozważyć przyjazd w te strony jesienią. To właśnie bowiem o tej porze roku na szlakach spotkamy już zdecydowanie mniej turystów, w restauracjach kolejki są zdecydowane mniejsze lub w ogóle ich nie ma, a miejscowości w dolinach nie pękają już tak w szwach jak w okresie letnim. Co jednak najważniejsze to właśnie jesienią w przyrodzie rozpoczyna się istny spektakl.
Na przestrzeni całego października natura przechodzi od ziemnej zieleni późnego lata do chyba wszystkich możliwych barw czerwieni i żółci późnej jesieni. Wyjątkowo urokliwy jest przy tym tym moment, w którym zieleń towarzyszy nadal na drzewach pojawiającym się już kolorom. Listopad zaś tu już czas kiedy przyroda w chodzi w fazę zimowego snu. Wszystko to okraszone jest wszędobylskimi mgłami, chłodem, nieraz wiatrem i deszczem. Jeśli aura nie pozwala nam wybrać się na szlak nie pozostaje nam nic innego jak wieczór przy kominku z książką.
Zima to okres, w którym tradycyjnie od lat właściciele miejsc noclegowych starają się ze wszystkich sił przyciągać turystów w te strony. Trzeba jednak powiedzieć, że o ile po części faktycznie im się to udaje i z roku na rok o tej porze roku przyjeżdża w Bieszczady coraz więcej osób to jednak jeszcze bardzo tym górom daleko do istnego oblężenia znanego chociażby z Tatr. Poza okresem świątecznym i noworocznym kiedy to Bieszczady na chwilę znów zapełniają się przybyszami z dalekich stron można śmiało powiedzieć, że w trakcie pozostałych zimowych miesięcy dominują tutaj pustka.
I to właśnie tak pustka przyciąga wielu zastanawiających się kiedy najlepiej jechać w Bieszczady. Oczywiście warunki panujące na szlakach są wtedy o niebo trudniejsze niż latem, ale nie oznacza to, że nie możemy przy odrobinie przygotowania wyprawić się w góry. Mimo towarzyszącego nam zimna i niewygód nasz trud zostanie na pewno wynagrodzony niezwykłymi widokami. Jest duża szansa na to, że całą wycieczkę spędzimy w całkowitej samotności, w poczuciu przemierzenia bezkresnego królestwa przyrody, w którym nie spotkamy żywej duszy. Na połoninach ukażą nam się zaś bajkowe formy tworzone przez lód i śnieg oblepiający trawy i krzewy.
Wiosna, a szczególnie przedwiośnie, to obok późnej jesieni i zimy poza okresem świątecznym to ten okres, w którym w Bieszczadach panuje największy spokój. Za późno już dla narciarzy z racji roztopów, a za wcześnie jeszcze dla turystów przyjeżdżających tutaj obficie dopiero od okresu długiego weekendu majowego. Bieszczady wydają się wówczas wymarłe. Szlaki są niemal puste, pogoda najczęściej jest dość kiepska, a widoczność niska stąd w trakcie naszych górskich wypraw spotkamy wówczas niewielu turystów.
W przyrodzie panuje jeszcze zimowy letarg, gdzieniegdzie nieśmiało wyglądają dopiero pierwsze małe pączki zieleni. Codzienna aura to powtarzana niemal do znudzenia mgła, mżawka, niskie chmury, wiatr… Wydawać by się mogło, że to chyba najgorszy okres na odwiedzenie Bieszczadów. Nic bardziej mylnego. To właśnie ta pora roku jest bardzo często wybierana jako ulubiona przez osoby zastanawiające się kiedy najlepiej jechać w Bieszczady, a które jednocześnie najbardziej poszukują ciszy i poczucia zagubienia w czasie i przestrzeni. Życie powraca w Bieszczady dopiero z początkiem maja, kiedy to zaczynają one znów przypominać swoim zgiełkiem i gwarem najbardziej popularny okres letni.
Chcąc odpowiedzieć na pytanie o to kiedy najlepiej jechać w Bieszczady nie sposób nie zacząć od kilku słów na temat bieszczadzkiej zmienności i różnorodności, która już wielokrotnie podkreślaliśmy. Dosłownie jeden rzut oka na zdjęcia z tych pięknych gór z różnych pór roku wystarcza aby sobie ją w pełni uświadomić. Nieskończona gama aury, pogody, aktualnego stanu przyrody sprawiają, że bywając w Bieszczadach o różnych porach roku de facto odwiedzamy nieraz zupełnie inne miejsce. To właśnie ta zmienność sprawia, że niemal dla każdego inna pora roku będzie jego ulubioną.
Z pewnością duża większość osób zapytana o właśnie o to powie, że lato lub wczesna jesień jest najlepszą porą na wyjazd w Bieszczady. Tak z pewnością będzie dla tych, którzy poszukują jak najlepszej pogody, możliwości spędzenia jak największej ilości czasu na szlaku ze względu na długi dzień, czy możliwie najszerszej bazy noclegowej oraz gastronomicznej w dolinach. Wielu stwierdzi, że najlepszy moment to środek października ze względu na jeszcze stosunkowo dobrą pogodę i oszałamiające kolory w przyrodzie. Niejeden powie też, że okres świąt Bożego Narodzenia jest najlepszy ze względu na niezwykle urokliwą, zimową scenerię oraz dużą dostępną bazę noclegową.
My sami na tytułowe pytanie odpowiedzielibyśmy jeszcze inaczej – naszym zdaniem najlepiej jest jechać w Bieszczady zawsze wtedy gdy jest tam jak najmniej ludzi. Takie okresy to późna jesień, zima poza okresem świąt i wczesna wiosna. Czekamy na nie z utęsknieniem, choćbyśmy mogli nawet wyjechać wtedy tylko na krótki weekend, czy dosłownie kilka dni. To właśnie w tych okresach poza sezonem odnajdujemy to co w Bieszczadach jest dla nas najcenniejsze – zupełną pustkę, ciszę, przemożne poczucie ogarnięcia przez przyrodę i najmocniejszego obcowania z nią. To właśnie te uczucia sprawiają, że Bieszczadom poświęcamy każdą wolną chwilę i niejedną myśl na co dzień.
Bieszczady to jeden z najpiękniejszych zakątków Polski. Z roku na rok przyciągają one rosnące rzesze turystów poszukujących dzikiej przyrody i wspaniałych górskich widoków. Kojarzone są przede wszystkim przy tym z okresem wakacyjnym. To właśnie w środku lata wszystkie bieszczadzkie szlaki są najłatwiej dostępne, wszystkie restauracje i bary otwarte. Jest to także najlepszy moment na odwiedzenie jednej z niezliczonych bieszczadzkich atrakcji. Czy jednak na pewno? Turyści wybierający się w te strony po sezonie zastanawiają się czy czekają na nich jakieś atrakcje w Bieszczadach jesienią? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie!
Zastanawiając się jakie atrakcje w Bieszczadach jesienią będą do naszej dyspozycji w tych najpiękniejszych z gór nie sposób nie zacząć od połonin. Górskie wycieczki kojarzą się oczywiście najbardziej z okresem letnim, ale nie oznacza to wcale, że nie powinniśmy wybierać się w góry po sezonie, w tym jesienią. Wręcz przeciwnie, po sezonie, a chyba szczególnie jesienią, połoniny potrafią być najpiękniejsze. Lato to wszechobecna, dominująca w przyrodzie zieleń. Jesień tymczasem to niezwykła mozaika kolorów, od gasnącej zieleni przez wszystkie odcienie żółci, aż do krwistej czerwieni.
Wycieczka o tej porze roku potrafi dostarczyć niezwykłych widoków i doznań. W ściółce gęstego bukowego lasu pokrywającego bieszczadzkie masywy dominują tysiące opadniętych, kolorowych liści. Wyżej, już na samej połoninie, naszym oczom ukaże się przepiękny spektakl kolorów. W oddali zobaczymy iskrzące się setkami kolorów drzewa bieszczadzkich lasów liściastych. Kontrastować będą one z pożółkłymi połoninami i partiami szczytowymi otaczających nas gór nieraz przypruszonymi delikatnie pierwszym śniegiem. To wszystko sprawia, że według niektórych Bieszczady są najpiękniejsze właśnie jesienią.
Niezliczone atrakcje w Bieszczadach jesienią nabierają szczególnego kolorytu. Nie inaczej jest z niezwykłymi bieszczadzkimi dolinami skrywającymi ślady tutejszej burzliwej historii. W dolinach bowiem przed laty mieściły się niezliczone i bardzo ludne bieszczadzkie wsie. To w nich od setek lat zamieszkiwali tutejsi rdzenni górale – Bojkowie. Ich barwna historia została przerwana brutalnie przez powojenne wysiedlenia. Do dziś po żyjących tu niegdyś ludziach pozostały niknące z wolna ślady – zarastające cmentarze, ginące w trawie i zaroślach podmurówki wiejskich zabudowań, puste cerkwiska oraz nieliczne ocalałe cerkwie.
Spacer bieszczadzkimi dolinami, szczególnie po sezonie letnim to niezwykłe przeżycie. Na ścieżce nie spotkamy najczęściej inny turystów. Chyba większym prawdopodobieństwem jest wpadnięcie tutaj na stado dzikich zwierząt niż na ludzi. Doliny skrzą się tysiącami jesiennych kolorów pokrywających okoliczne wzgórza. Znikające po lecie bujne trawy i zarośla odsłaniają zaś relikty przeszłości. To właśnie o tej porze roku z łatwością znajdziemy zapomniane, dawno nie używane studnie czy ślady wiejskich chat. Wyprawa w doliny to wspaniała przygoda nie tylko przyrodnicza, ale także, a może przede wszystkim, historyczna.
Atrakcje w Bieszczadach jesienią nie ustępują ani na krok tym ze szczytu sezonu letniego. Mało tego, wiele z nich według nas to właśnie jesienią nabiera swojego prawdziwego. magicznego charakteru. Dotyczy na przykład bieszczadzkich miejscowości. Kto odwiedza te strony latem może być zdziwiony i nieprzyjemnie zaskoczony tym jak wielu innych turystów tu spotka. Dawno w niepamięć odeszły czasy „zakapiorskich Bieszczadów”, kiedy to w tutejszych wsiach położonych na krańcu świata naprawdę trudno było uświadczyć żywego ducha.
Dziś w szczycie sezony wakacyjnego Bieszczady przypominają już inne turystyczne regiony naszego kraju. Wszędzie panuje gwar, restauracje są zapełnione po brzegi, na szlakach nieraz idziemy gęsiego za innymi wędrowcami. Sytuacja zmienia się diametralnie po sezonie, szczególnie późną jesienią czy wczesną wiosną. To właśnie wówczas bieszczadzkie miejscowości pustoszeją, sklepy i restauracje zamykają się i już chyba tylko wtedy możemy sobie wyobrazić jak niegdyś wyglądało tutaj życie, gdy na ulicy mogliśmy spotkać jedynie przysłowiowego „psa z kulawą nogą”.
Do takich miejscowości, które naszym zdaniem o wiele lepiej jest odwiedzić po sezonie niż latem należy chociażby Wetlina, Smerek, Cisna czy Ustrzyki Górne. Często będziemy przejeżdżać czy przechodzić przez nie jako jedyni żywi ludzie. Nieraz spotkamy też wtedy człapiącego niespiesznie poboczem brodatego i odzianego w ubranie moro „bieszczadzkiego zakapiora” poszukującego napitku. Choć czar powojennych czasów w Bieszczadach już dawno minął to właśnie jesień daje szansę na wyobrażenie sobie jak wyglądały wówczas tutejsze miejscowości.
Atrakcje w Bieszczadach jesienią obejmują także te znane z lata, które co roku przyciągają rzeszę turystów, czy rodzin z dziećmi. Można do nich zaliczyć zagrodę żubrów w Mucznem, drezyny rowerowe, czy bieszczadzką kolejkę leśną. Przed odwiedzeniem którejś z nich musimy jednak w tym przypadku upewnić się czy dana atrakcja jest czynna i przyjmuje odwiedzających w trakcie naszego jesiennego urlopu. Część z nich będzie nieraz bowiem już zamknięta ze względu na późną porę roku.
Czy atrakcje w Bieszczadach jesienią są równie ciekawe i godne naszej uwagi jak te, które możemy odwiedzać latem? Jak najbardziej tak! Mało tego, część z nich de facto dopiero jesienią nabiera szczególnego uroku i to właśnie ta pora roku jest naszym zdaniem najlepsza na ich podziwianie. Miejsca takie jak Cerkiew w Smolniku nad Sanem czy Łopienka prezentują się najpiękniej właśnie w otoczeniu jesiennych kolorów. To właśnie one w połączeniu porannych i wieczornych mgieł, chłodnych dni spędzonych na spacerach i wieczorach przy kominku sprawiają, że jesień jest ulubioną porą wielu turystów na wypad w Bieszczady.
Co zabrać w Bieszczady? Pytanie z pozoru proste i wydawałoby się niegodne poświęcenia mu osobnego artykułu, a jednak spędza sen z powiek wielu turystom przed wyjazdy w te najpiękniejsze z gór. Złe przygotowanie do wyprawy w Bieszczady jest często po czasie powodem do zmartwień, przyczyną przeziębienia i przyczynkiem do wykrzykiwanych na górskich szlakach gromkich przekleństw. Z tego właśnie względu mimo, że temat wydaje się dość oczywisty, postanowiliśmy poświęcić mu kolejny wpis na naszym blogu.
Jak już wielokrotnie o tym pisaliśmy i chociaż jest to dość dziwne to jednak Bieszczady mają to do siebie, że przez wiele osób uważane są za góry niskie, łatwe technicznie i niewymagające. Niejeden turysta utożsamia je z Beskidem Śląskim, Żywieckim, czy Niskim myśląc o nich jako o zalesionych, łagodnych wzniesieniach.
Być może dzieje się tak ze względu na nieznajomość budowy łańcucha Karpat. Pasma górskie leżący na zachód od Przełęczy Łupkowskiej należą wszak do Karpat Zachodnich i rzeczywiście posiadają podobno budowę geologiczną, stąd podobieństwa chociażby pomiędzy poszczególnymi łańcuchami Beskidów. Tymczasem nie każdy wie, że łańcuchy górskie leżące na wschód od wspomnianej przełęczy należą już do Karpat Wschodnich. Posiadają one odmienną, bardzo charakterystyczną budowę. Potwierdzi to każdy kto był na Ukrainie czy nawet w Rumunii – wiele z tamtejszych pasm górskich do złudzenie przypomina Bieszczady.
Co charakteryzuje zatem nasze ukochane góry? Podobnie jak w innych łańcuchach górskich Karpat Wschodnich spotkamy tu bardzo strome, mocno nachylone stoki oraz przepastne doliny. Brak tutaj znanego chociażby z Tatr piętra roślinnego kosodrzewiny. Tutejsze lasy gwałtownie przechodzą w tak bardzo znane z setek fotografii połoniny. W samym lesie dominują buki. Tutejsze błotniste szlaki często pełne są ich śliskich korzeni. W Bieszczadach z łatwością odnajdziemy także wszędobylskie wychodnie skalne, w wielu miejscach z ziemi wystają też ostre jak brzytwa skały tzw. fliszu karpackiego.
Wszystko powyższe w połączeniu z wysokogórskim, ostrym i niezwykle zmiennym klimatem i pogodą sprawia, że Bieszczady to de facto jedne z bardziej wymagających i trudniejszych technicznie gór w Polsce. Nie oznacza to oczywiście, że osoby z mniejszym doświadczeniem nie powinny wybierać się w te strony. Wręcz przeciwnie, pisaliśmy już o tym, że nawet turyści z dziećmi czy wręcz z niemowlakiem mogą spokojnie dać sobie radę na tutejszych szlakach. Wyjazd w te strony wymaga jednak odpowiedniego przygotowania. O nim opowiemy poniżej!
Nasz krótki opis tego co zabrać w Bieszczady o każdej porze roku zaczniemy od wiosny. Jak przystało na wysokogórski klimat jest ona tutaj kapryśna, nieraz obfituje w opady śniegu i przedłuża się w nieskończoność. Przygotowanie do niej możemy potraktować zbiorczo razem z jesienią ze względu na liczne podobieństwa pomiędzy tymi dwiema porami roku o czym napiszemy jeszcze dalej. Tymczasem pomówmy o wiośnie.
Wszelkie rozważania na temat co zabrać w Bieszczady, podobnie zresztą jak w inne góry, musimy zacząć od butów. Oczywiście sami niemal w trakcie każdego wyjazdu do krainy bieszczadzkiego kresu widzimy dziesiątki osób dziarsko przemierzających górskie szlaki w japonkach, klapkach kąpielowych, kozaczkach, balerinkach itp, jednak z punktu widzenia rozsądku wydaje się to naprawdę szczytem głupoty.
W górach jedno jest pewne – ruszając w nie bez porządnych butów prosimy się o problem i interwencję GOPR. Dla naszych potrzeb uznajmy to za oczywistą oczywistość i pomińmy powtarzanie jej przy okazji opisu każdej z kolejnych pór roku.
Co zatem spakować do plecaka w Bieszczady wiosną? O tej porze roku w Bieszczadach potrafi być nadal bardzo zimno i przede wszystkim mokro jako, że królują tu wówczas mgły. Nieodzowna będzie zatem lekka bielizna termiczna. Kto wybiera się na połoniny ten powinien przed wyjazdem uważnie śledzić prognozy pogody i rozważyć zabranie zimowej kurtki. Jeśli okaże się, że nie ma mrozu wtedy wystarczy zabrać kurtkę przeciwdeszczową i softshell czy polar. Nieodzowne będą także długie spodnie chroniące od wiatru i deszczu, czy nieraz deszczu ze śniegiem.
Doskonałym dopełnieniem naszego górskiego ekwipunku właściwie o każdej porze roku są kijki trekingowe. Wiosną, gdy popada mokry i śliski śnieg mogą okazać się szczególnie nieocenione. Z racji wspomnianych już mgieł i szybko zapadających ciemności warto wyposażyć się także w mocne latarki, najlepiej czołówki. W plecaku nie może zabraknąć przekąsek, słodyczy dla odzyskania utraconej energii o ciepłej herbaty w termosie.
Lato w górach to diametralna zmiana pogodowych warunków i nowe wyzwania, którym trzeba sprostać zastanawiając się co zabrać w Bieszczady. Wiosenny chłód i wilgoć ustępuje teraz miejsca wszechobecnemu upałowi i skwarowi. Wybierając się na górską wycieczkę o tej porze roku trzeba pamiętać o specyficznej charakterystyce Bieszczadów. Okazuje się, że początek naszej wyprawy na szlak upłynie nam na pokonaniu mozolnego, stromego podejścia w gęstym lesie.
Panuje tutaj niezwykle często nieznośna duchota. Powietrze jest zastałe, nie ma tutaj przewiewu wiatru co powoduje, że naprawdę momentami brakuje nam tchu. Aby uniknąć takich warunków możemy wyprawić się na szlak bardzo wcześnie rano. Jeśli jednak tego nie zrobimy wówczas warto przygotować się odpowiednio do fragmentu wędrówki aż do momentu wyjścia z lasu na połoninę. Dobrze zatem ubrać się w cienkie, przewiewne ubranie. Idealna będzie sportowa koszulka i krótkie spodnie. Wszystkie grubsze rzeczy na tym etapie niesiemy spakowane w plecaku. W przeciwnym razie grozi nam przegrzanie.
Warunki zmieniają się skokowo po wyjściu z lasu na połoninę, a w szczególności na górską grań. W strefie tej bardzo często zaczyna mocno wiać, ale najczęściej panuje tu nieznośny wprost letni skwar. W przypadku wiatru musimy być przygotowani na zmianę cienkiej koszulki z podejście na suchą, grubszą i najlepiej bawełnianą. Nawet w środku lata nie jest tutaj rzadkością konieczność założenia na siebie softshella albo wiatrówki oraz zimowej czapki. Nieodzowne będą też okulary słoneczne.
Z drugiej strony jeśli przyjdzie nam zdobywać bieszczadzkie szczyty w bezwietrzny dzień wówczas na grani przyda nam się kolejna cienka koszulka na zmianę oraz lekkie nakrycie głowy chroniące przed promieniami słońca. Bez niego udar cieplny gwarantowany!
Jeśli zaś o cieple mowa to warto wspomnieć, że lato to ta z pór roku, w której w plecaku nosimy ze sobą największą ilość napojów. Chyba najlepiej sprawdzają się wówczas napoje izotoniczne pozwalające uzupełnić mikroelementy wypocone w trakcie mozolnego podejście w upale oraz duża ilość wody. Jak widzimy konieczność przygotowania się latem na różne scenariusze pogodowe (od gradu, przez rzęsisty deszcz, po nieznośny upał) powoduje, że na wycieczkę będziemy zmuszeni taszczyć mocno wypakowany plecak.
Kolejna pora roku, tak jak to było napisane już wcześniej, pod względem warunków pogodowych panujących w górach bardzo przypomina wiosnę, stąd zastanawiając się co zabrać w Bieszczady jesienią możemy spokojnie wrócić do wcześniejszych porad. Podobnie jak wiosną przyda nam się cienka bielizna termiczna. Nieodzowne będą długie, softshellowe spodnie, polar oraz dobra kurtka przeciwdeszczowa. Jak zawsze przydadzą nam się kijki trekingowe.
Z różnic między wiosną, a jesienią najważniejszą jest chyba fakt, że pod koniec roku kalendarzowego zdecydowanie łatwiej jest spotkać w górach nieraz dość mocne opady śniegu. W związku z tym osoby wybierające się na szczyty powinny poważnie rozważyć zabranie ze sobą ocieplanej zimowej kurtki. W skrajnych przypadkach mocnych opadów nie będzie niczym dziwnym wyposażenie się w ekwipunek stricte zimowy jak raki czy rakiety śniegowe. Tak specjalistyczny sprzęt nie będzie jednak potrzebny w dolinach czy na mniej wymagających szlakach. Podstawią będzie tu po raz kolejny uważne śledzenie prognoz pogody przed wyjazdem.
Zima przez wielu uważana jest za najbardziej magiczną porę roku w Bieszczadach kiedy to góry te w pełni pokazują swoje surowe oblicze. Z pewnością jest to jednocześnie najbardziej wymagająca technicznie pora roku, szczególnie jeśli zdecydujemy się zdobywać najwyższe bieszczadzkie szczyty. Trudne warunki atmosferyczne będą oczywiście w znacznym stopniu rzutowały także na to co zabrać w Bieszczady o tej porze roku.
Chyba każdy turysta marzy o wędrówkach dolinami zasypanymi przez śnieg wśród drzew uginających się pod czapami ciężkiego puchu albo połoninami pokrytymi lodem tworzącym formy rodem nie z tego świata. W Bieszczadach wszystko to będzie możliwe przy odrobinie przygotowań. Zimą musimy przede wszystkim zaopatrzyć się w grubą, najlepiej wełnianą bieliznę termiczną, która będzie nas chroniła przed temperaturami spadającymi nieraz do -25 stopni. Gruba zimowa kurtka i wiatroszczelne spodnie będą również nieodzowne. Niezłym pomysłem jest zabranie na wycieczkę kominiarki czy polarowego komina.
O tej porze roku w zależności od tego z jakim śniegiem przyjdzie nam się zmierzyć na szlaku konieczne może się okazać posiadanie czy wypożyczenie raków lub rakiet śnieżnych. Same dobre buty z membraną i grubą podeszwą mogą okazać się niewystarczające. Jeśli wybieramy się w odludny zakątek Bieszczadów jak np. do bieszczadzkiego worka nie będzie przesadą posiadanie nawet najtańszego odbiornika GPS z zaznaczoną trasą, która niezwykle łatwo zgubić w zaspach śniegu. O naładowanym telefonie umożliwiającym ewentualne wezwanie pomocy oczywiście nie wspominamy. Kolejną oczywistością będzie coś ciepłego do picia, kanapki i spora ilość czekolady czy batoników energetycznych.
Jak widzimy z naszych powyższych rozważań odpowiedź na pytanie o to co zabrać w Bieszczady będzie bardzo mocno uzależniona od pory roku o jakiej wybieramy się w ten przepiękny zakątek naszego kraju. Dodatkowo może ona zależeć od nieoczekiwanych zdarzeń pogodowych jak śnieżyce, nagłe mgły czy fale upałów. Kilka elementów naszego ekwipunku jest jednak niezmiennych i stanowi swoisty fundament każdego wypadu w góry. Mowa tu oczywiście o podkreślanych już butach, plecaku, kurtce przeciwdeszczowej czy naładowanym telefonie komórkowym. Pamięć o tych kilku drobiazgach i odpowiednie przygotowanie do naszego wyjazdu sprawi, że tak jak wielu innych pokochamy te wspaniałe góry i już zawsze będziemy tu wracać… Właśnie tego wszystkim Wam życzymy!
Kiedy jechać w Bieszczady jesienią? To pytanie, które pojawiaj się bardzo często pod koniec każdego roku. Pierwsza na usta ciśnie się dość oczywista odpowiedź: zawsze, o każdej porze jesieni i najlepiej nie wracać już nigdy do domu! Z racji jednak tego, że większość z nas nie może sobie ani na jedno, ani na drugie pozwolić nie pozostaje nam nic innego jak poszukać nieco bardziej sensownej porady.
Bieszczady to góry, które zachwycają swoją różnorodnością i zmiennością. Powtarzamy to przy każdej możliwej okazji. Zmienność ta przejawia się przede wszystkim w niezliczonych odcieniach spotykanej tu pogody, aury, klimatu oraz tego co dzieje się w przyrodzie. Sprawia to, że te same miejsca możemy odwiedzać w nieskończoność niemal co kilkanaście dni, a czujemy się jakbyśmy byli zupełnie gdzie indziej. Do takich naszych magicznych miejsc, w których sami już nie pamiętamy ile razy byliśmy należą Smolnik nad Sanem, Łopienka, Krywe, czy Tworylne…
Bywamy w nich o każdej porze roku i za każdym razem jest zupełnie inaczej. Inne jest pogoda – raz palące słońce, raz gęsta mgła, raz głęboki śnieg. Inna jest przyroda – raz bezlistne, szare gałęzie drzew, raz jasnozielone pączki liści, raz oszałamiająca zieleń lata, raz feeria barw jesieni. Za każdym razem odwiedzamy naprawdę inne miejsce.
Taką szczególnie zmienną, prezentującą setki kolorytów pór roku jest jesień, przez wielu uważana zresztą za najlepszą porę roku, o której warto odwiedzić Bieszczady. Z wielu względów nie każdy jednak może wygospodarować czas na przyjazd w te piękne góry co dwa czy trzy tygodnie. Każdy jednak chciałby chociaż raz do roku odwiedzić bieszczadzki kres i napawać się pięknem jesiennych kolorów. Skoro tak to nie pozostaje nam nic innego jak zagłębić się w odpowiedź na tytułowe pytanie o to kiedy jechać w Bieszczady jesienią?
Wrzesień to pierwszy z miesięcy, w którym znikają z przyrody oznaki bieszczadzkiego lata. Już na samym początku tego miesiąca, a właściwiej już pod koniec sierpnia, dzień staje się nieco krótszy, rano i wieczorem w dolinach pojawiają się gęste mgły, noce są już chłodne, a w ciągu dnia nie dokucza palące słońce i skwar. Do pełnych oznak jesieni jeszcze jednak dość daleko.
Kto wybierz się w Bieszczady na początku września z nadzieją na odbycie jesiennego wyjazdu w te piękne strony ten może wrócić do domu niezadowolony. O tej porze roku oprócz wyżej wspomnianych oznak schyłku roku kalendarzowego w naturze dominuje nadal lato. Wszędzie króluje nadal niepodzielnie zieleń. Jest ona co prawda nieco ciemniejsza niż np. w czerwcu, a połoniny żółcieją po całym lecie ostrego słońca jednak do kolorów jesieni jeszcze daleko.
Kto liczy na paletę barw od żółci do czerwieni ten wyjedzie z Bieszczadów z nosem spuszczonym na kwintę również po wypadzie w te strony nawet pod koniec września. O tej porze roku pierwsze drzewa zaczynają się żółcić, gdzieniegdzie liście spadają już także na ziemię, ale to jeszcze nie to, o co nam chodzi. Może jedynie w wyższych partiach gór znajdziemy nieco rudziejących traw i borowin.
Kto pragnie zobaczyć na własne oczy jeden z najpiękniejszych spektakli jaki potrafi zgotować przyroda w naszym kraju ten powinien rezerwować sobie czas na wyprawę w Bieszczady na początku października. Jest to naprawdę idealny moment na wypad w te strony. Temperatury są już nieco niższe, ale nie tak niskie aby marznąć. Grubszy sweter i dobra kurtka uchronią nas od tego. Dni są już zdecydowanie krótsze niż latem, ale jeszcze na tyle długie, że spokojnie starczy nam dziennego światła na nawet dość długą i wymagającą górską wędrówkę. Co jednak najważniejsze, w przyrodzie zaczynają dziać się cuda.
W bieszczadzkim lesie, na zboczach każdego wzniesienia i góry ciemnej zieleni drzew iglastych zaczynają towarzyszyć wszelkie możliwe kolory żółci i czerwieni. Las wydaję się płonąć. Na zboczach króluję istna orgia kolorów. Pojedyncze drzewo potrafi mieć jeszcze zielone liście przy gałęziach, żółte dalej od nich, a najdalej od pnia zupełnie czerwone. Jedynie przychodzące na myśl skojarzenie to ogień płonącej świecy czy zapałki. Wobec tego spektaklu nie można przejść obojętnym. O tej porze roku robimy zawsze najwięcej zdjęć i naprawdę nie możemy wrócić do pensjonatu z górskich wycieczek.
Również koniec października dostarcza niezwykłych widoków. Tak długo jak nie ma w górach mrozu tak długo liście drzew nabierają barw i coraz bardziej czerwienieją przechodząc miejscami w purpurę. Z lasu znika w całości widoczna jeszcze niedawno zieleń. Niepodzielnie króluje teraz kolor czerwony i pomarańczowy. Połoniny również nabierają płowego, ciemnożółtego koloru. Niejednokrotnie scenerię tę przykrywa lekki śnieg, szron, czy szadź. Bajkowy pejzaż…
Kto nie mógł dotrzeć w Bieszczady w październiku ten może pokusić się o wyjazd w te strony nawet jeszcze w połowie listopada. Kolorów będzie teraz już w przyrodzie zdecydowanie mniej, co nie znaczy, że nie będzie pięknie. O tej porze roku większość liści spada już z drzew. Na zboczach gór dominuje teraz szary kolor gołych gałęzi wzbogacany srebrzystym połyskiem kory licznych tutaj buków. Gdzieniegdzie lasy rozświetlają ogniki pojedynczych brzóz oraz modrzewi, które do późnego listopada zachowują kolor pomarańczowy. W dolinach spotkamy ostatnie jesienne owoce przeróżnych krzewów czy wysychające kwiatostany traw.
Uważny czytelnik dostrzegł zapewne, że odpowiedź na tytułowe pytanie o to kiedy jechać w Bieszczady jesienią padła już właściwie w powyższym tekście. Naszym absolutnym faworytem jest tutaj oczywiście październik! Gdybyśmy musieli przy tym wybierać to bez wahania wskażemy na jego początek jako na idealny moment na wypad w Bieszczady.
To właśnie o tej porze roku natura serwuje nam istne kolaże kolorów od ciemnej zieleni, przez żółty, aż do krwistej czerwieni. Bieszczadzki las zdaje się płonąć w ciepłych promieniach jesiennego słońca. O tej porze roku może zaskoczyć nas nieraz przymrozek, nieraz poprószy śnieg, który tylko doda niezwykłości górskim pejzażom. Gdyby to było możliwe to sami chcielibyśmy aby październik ze wszystkim co niesie ze sobą w przyrodzie trwał cały rok. Kto raz przyjedzie w Bieszczady o tej porze roku, ten już na pewno będzie tu zawsze wracał…
3 dni w Bieszczadach po sezonie… Wydaje się, że to bardzo niewiele czasu na odwiedzenie tych wspaniałych gór. I to na dodatek po sezonie? W dzisiejszych czasach, w których jesteśmy mocno związani naszymi zawodowymi obowiązkami i mamy tak wiele na głowie można zapytać czy ma sens przerywać codzienną rutynę na zaledwie 3 dni?
Czy warto jechać w ten odległy zakątek naszego kraju na tak krótko? Czy taki wypad wart jest naszego poświęcenia i trudów podróży? Czy jest tam co robić po sezonie letnim? Czy taki wyjazd w ogóle ma sens? Na pozór wydawać by się mogło, że nie… Przekonajmy się zatem, że tak nie jest i że naprawdę warto zorganizować nawet krótką wyprawę aby spędzić 3 dni w Bieszczadach!
Wyjazdy na urlop we wszelkie święta, weekend majowy, czy szczególnie w okresie wakacyjnym kojarzą nam się nieodłącznie z korkami i dużymi trudnościami w dotarciu do celu naszej podróży. Jadąc w góry latem jesteśmy przecież niejednokrotnie skazani na odstanie kilku długich godzin w korku.
Tymczasem sprawa przedstawia się zupełnie inaczej po sezonie urlopowym, szczególnie jeśli wybieramy się w góry na 3 dni po sezonie i jedziemy na południe np. późnym wieczorem w czwartek. Sami podróżujemy w Bieszczady najczęściej właśnie w ten sposób. Wyruszamy w drogę po pracy, a więc często dopiero ok. godziny 16-17. Dzięki temu, że rozpoczynamy naszą wyprawę właściwie w środku tygodnia zwykle na trasie nie spotykamy żadnych większych utrudnień. Wyjazd z miasta nie nastręcza tylu problemów jak to bywa latem, a i dalej droga jest nieraz dosłownie pusta z racji późnych godzin wieczornych.
Jeśli chodzi o powroty to udało nam się zaobserwować jeden niezbity fakt. Otóż w naszym przypadku okazało się, że zdecydowanie lepiej w drogę powrotną jest wybierać się w niedzielę, niż np. w poniedziałek. Dzieje z się tak z uwagi na fakt, że w weekend w mniejszych miejscowościach leżących na naszej trasie do domu nie ma zbyt dużego ruchu. Jeśli wracamy w poniedziałek te same miejscowości tętnią już życiem normalnego pracującego dnia i nieraz są naprawdę mocno zakorkowane.
Oczywiście wszystkim powyższym nie muszą się przejmować osoby wybierające się na 3 dni w Bieszczadach pociągiem czy autobusem. Również jednak w przypadku tych środków transportu zdecydowanie łatwiej o wolne miejsce i o wygodniejszą podróż poza sezonem letnim czy świątecznym. Nadal nie brakuje także osób wybierających się w Bieszczady „na stopa” – ta metoda wydaje się dobra dla odważnych o każdej porze roku.
Chcąc spędzić 3 dni w Bieszczadach po sezonie będziemy musieli zatrzymać się chwilkę nad wyborem naszego noclegu. O ile latem naprawdę nie brakuje tutaj lokum, o tyle późniejszą jesienią czy wczesną wiosną możemy się spotkać z sytuacją, w której większość znanych nam z lata miejsc jest po prostu zamkniętych i nie przyjmuje gości.
Nieczynna może być spora część ośrodków składająca się z nieogrzewanych, drewnianych domków. Część gospodarzy w przypadku kwater prywatnych również może nie być gotowa na przyjmowanie turystów lub po prostu tego nie chcieć. Zamknięte mogą być także niektóre gospodarstwa agroturystyczne. Warto także będzie samodzielnie upewnić się o tym, że dany nocleg jest przystosowany do warunków jesiennych czy zimowych. Nikt przecież nie chce marznąć w środku zimy w nieogrzewanym domku bez kominka.
Co do rozmieszczenia geograficznego noclegów poza sezonem to może się okazać, że znajdziemy coś dla siebie jedynie w większych miejscowościach. Latem w Bieszczadach po brzegi wypełnione są dosłownie wszystkie miejsca noclegowe, niezależnie od ich umiejscowienia. Poza sezonem jednak te leżące w mniejszych miejscowościach czy z dala od głównych szlaków mogą także być zamknięte. Słowem jeśli wybieramy się na 3 dni w Bieszczadach poza okresem wakacyjnym to musimy być gotowi na chwilkę szperaniny w internecie w poszukiwaniu dostępnego i odpowiedniego dla naszych potrzeb miejsca, gdzie będziemy się mogli zatrzymać.
Jeśli wybieramy się na 3 dni w Bieszczadach po sezonie to poważniejszego przemyślanie wymaga również kwestia tego co będziemy w ciągu tych paru dni jeść. O ile latem do naszej dyspozycji jest wiele serwujących pysz
ne jedzenie restauracji i chyba jeszcze więcej przeróżnych barów rozrzuconych wokół całych Bieszczadów, o tyle jesienią, zimą i wiosną może okazać się, że dosłownie wszystkie z tych miejsc są zamknięte. Po sezonie wszak jedynie w większych miejscowościach otwarte zostają większe lokale. Wszelkie stragany, budki z goframi, naleśnikami i innymi przysmakami znikają aż do następnego lata.
Możemy zatem być zdani jedynie na to co sami sobie ugotujemy. Musimy zatem upewnić się, że miejsce noclegowe, do którego zmierzamy dysponuje choćby najbardziej podstawową kuchnią, lodówką itp. Pewnym wyjściem z sytuacji mogą okazać się lokale gastronomiczne serwujące jedzenie bardziej z myślą o rodowitych mieszkańcach Bieszczadów niż o przyjezdnych. Te zwykle są otwarte przez cały rok, a jakoś oraz wielkość serwowanych posiłków może nas naprawdę zadziwić. Naszym własnym ulubionym miejscem tego typu jest restauracja przy Zajeździe Krzemień w Czarnej Górnej.
Odpowiedź na pytanie co zobaczyć spędzając 3 dni w Bieszczadach po sezonie jest zdecydowanie najłatwiejsza. Tak się wszak szczęśliwie składa, że zdecydowaną większość najpiękniejszych miejsc w Bieszczadach czy atrakcji tych wspaniałych gór możemy z powodzeniem podziwiać również po okresie wakacyjnym. Ba, część z nich to właśnie jesienią czy zimą prezentuje się w najbardziej spektakularny sposób. Pomysłów na aktywne spędzanie czasu w tych stronach jest naprawdę bez liku. Jest tu co robić z dziećmi, czy gdy pada deszcz.
Do naszej dyspozycji jest zatem właściwie wszystko to co i latem. Mamy zatem przepiękne górskie szlaki, również te dla początkujących, ścieżki rowerowe (o ile pogoda dopisze), czy spacerowe, idealne na przechadzki z psem. Mamy także moc atrakcji w postaci chociażby cerkwi, które wyglądają naprawdę spektakularnie w jesiennej czy zimowej scenerii. Późna jesień oraz wczesne przedwiośnie to także najlepszy moment na poszukiwania śladów bogatej bieszczadzkiej historii, które latem giną w gąszczu zarośli, a zimą drzemią spokojnie przysypane grubą warstwą śniegu.
Czas na odpowiedź na zadane na samym początku niniejszego wpisu pytanie o to, czy warto spędzić 3 dni w Bieszczadach po sezonie? My sami de facto najbardziej lubimy wyprawianie się w nasze ulubiony góry właśnie w ten sposób, więc nasze zdanie na ten temat jest dość jasne – jak najbardziej warto!
Z jednej strony tak krótkie wyjazdu dają możliwość wielokrotnego wybierania się w ciągu roku w ten wspaniały zakątek naszego kraju. Z drugiej, to właśnie po sezonie w pełni możemy docenić piękno tych gór. To właśnie wtedy jest ono najbardziej widoczne. Gdy tłumy znikają ze szlaków, ośrodki wczasowej pustoszeją, gdy bieszczadzkie szczyty i doliny spowijają mgły i przenikający chłód, wtedy odpoczywa się tutaj najlepiej.
Nie ma nic piękniejszego niż samotna wycieczka wśród opadających liści, bądź pośród wirujących płatków śniegu latem w otoczeniu sędziwych, skrzypiących pod naporem wiatru drzew. To właśnie wtedy zdaje nam się, że jesteśmy zagubieni na końcu świata, czas nie płynie i znów czujemy się częścią natury, od której na co dzień tak bardzo się oddalamy. To właśnie za to wszystko tak bardzo kochamy te góry…
Bieszczadzki Worek to nazwa, która w okresie PRL rozpalała wyobraźnię podróżników i śmiałków. W tamtym okresie teren ten był wszak praktycznie niedostępny. Zapuszczali się tutaj tylko najodważniejsi, najwytrwalsi i niebojący się spotkań z Wojskiem Ochrony Pogranicza. Wyprawa w te dzikie ostępy trwała przy tym zwykle kilka dni, przebiegała wyłącznie pieszo prze bezdroża, nocowało się pod namiotem, o zaopatrzenie się w choćby podstawowe produkty należało zadbać na długo przed wyruszeniem, a następnie taszczyć je na plecach przez wiele kilometrów. Nagrodą za te trudy było dotarcie do najdzikszego zakątka Polski, możliwość odkrywania śladów niezwykłej historii tych ziem pochłanianych przez żarłoczną przyrodę oraz dreszczyk emocji. Gdzie znajduje się to miejsce i jak wygląda dzisiaj?
Jak podaje Wikipedia Bieszczadzki Worek to:
nieformalna nazwa (o charakterze turystycznym) określająca teren położony między pasmem polskich Bieszczadów Wysokich na zachodzie a granicą z Ukrainą na wschodzie i południu. Jest to polska część doliny górnego Sanu, od jego źródeł, aż po Tarnawę Niżną.
Dziś tereny te nadal są bardzo odległe od wszelkich ośrodków cywilizacji jednak jednocześnie o wiele bardziej łatwo dostępne niż przed latami. Zachowały w sobie co prawda wiele z dawnego, dzikiego uroku, jednak wyprawa w te strony jest dziś po prostu kolejną ciekawą propozycją pośród innych bieszczadzkich szlaków dostępnych dla każdego. Również i my zapragnęliśmy zdobyć Bieszczadzki Worek i opowiedzieć Wam o naszej wycieczce.
W dzisiejszych czasach chyba każdy kto planuje zobaczyć z bliska jak wygląda osławiony Bieszczadzki Worek rozpoczyna swoją wycieczkę w Stuposianach. To właśnie tutaj skręcamy z tzw. dużej bieszczadzkiej pętli i kierujemy się na Muczne. Wjeżdżając na drogę do Mucznego musimy pokonać niewielki mostek. Tuż za nim po prawej stronie znajduje się bardzo ciekawe cerkwisko oraz pozostałości dawnego, bojkowskiego cmentarza. Warto przystanąć tu na chwilę.
Po minięciu cmentarza kierujemy się dalej samochodem wgłąb Bieszczadzkiego Worka drogą, która zaprowadzi nas niemal na sam jego skraj i skąd dalej będziemy musieli kontynuować naszą wędrówkę już pieszo. Asfalt w tych stronach jeszcze do niedawna był w fatalnym stanie i bardziej przypominał ten znany nam z ukraińskich dróg jednak w ostatnim czasie nawierzchnia została naprawiona. Kierujemy się zatem obecnie wygodnie po nowiutkiej drodze wijącej się wśród wzgórz w kierunku celu naszej podróży.
To co rzuca się od razu w oczy to niezwykła bujność i dzikość otaczającej przyrody. Jedziemy właściwie przez bardzo gęsty las, gdyby nie droga panowałaby tu niepodzielnie natura. Po prawej stronie mijamy Pokazową Zagrodę Żubrów i nieco dalej docieramy do Mucznego. Jest to bardzo ciekawe miejsce, a jednocześnie świetna miejsce na nocleg. Muczne to niewielka leśna osada, w którym niegdyś znajdowała się osada łowiecka i hotel Urzędu Rady Ministrów. Dziś budynek został zaadaptowany na potrzeby turystów. Znajduje się tu także kilka innych miejsc noclegowych. Muczne to także miejsce, w którym swój początek bierze szlak na Bukowe Berdo.
My jednak nie zostajemy tutaj lecz ruszamy w dalszą drogę. Zostawiamy w tyle Muczne, omijamy stoki Jeleniowatego i wydostajemy się wypłaszczenie biegnące wzdłuż meandrującego tutaj Sanu. Na terenach tych tętniło niegdyś życie jako, że to właśnie tutaj znajdowały się jedne z najbogatszych bojkowskich wsi. Zostały one unicestwione po II wojnie światowej na fali wysiedleń rdzennej ludności pochodzenia rusińskiego . Dziś to pustkowie zagarnia dla siebie przyroda.
Docieramy do Tarnawy Niżnej, w której mijamy bazę turystyczną, pozostałości po budynkach Kombinatu Rolno-Przemysłowego „Igloopol” oraz zaledwie kilka zabudowań i mkniemy dalej. Nieco dalej docieramy do słynnych torfowisk – warto znów tu przystanąć i dokładniej przyjrzeć się temu miejscu. Po przejechaniu niewielkiego odcinku drogi stan nawierzchni ulega gwałtownemu pogorszeniu. Jedziemy teraz bo drodze wysypanej tłuczniem. Prędkości rzędu 20 km/h wydają się tutaj dzikim pędem.
Tocząc się wolniutko po niewygodnej nawierzchni i modląc się aby nie przebić opon ani nie uszkodzić zawieszenia samochodu docieramy wreszcie do miejsca, w którym zostawimy auto. Jest to parking nieopodal terenów dawnej wsi o nazwie Bukowiec. Dotrzemy do nich jeśli zdecydujemy się na spacer w kierunku pustego cerkwiska oraz resztek cmentarza. Nieopodal będziemy mogli odwiedzić również zbiorową mogiłę żołnierzy walczących w trakcie I wojny światowej. Po samych polach Bukowca nie pozostał niemal żaden ślad jako, że tereny wsi były po wysiedleniach poddawana bardzo intensywnej rekultywacji.
Tymczasem zostawiamy za sobą parking i kontynuujemy naszą wędrówkę dalej pieszo. Chcąc zdobyć Bieszczadzki Worek kierujemy się dalej ścieżką przyrodniczo-historyczną „W Dolinie Górnego Sanu” na tereny dawnej wsi Beniowa. Ukazują się one naszym oczom po pokonaniu niewielkiego wzniesienia. U naszych stóp leżą dawne pola uprawne, wśród których niepodzielnie króluje ponad 200-letnia lipa będą symbolem tego miejsca. Dostrzegamy też już wyraźnie kępę drzew, w której spodziewamy się odnaleźć miejsce po cerkwi oraz cmentarz. Po naszej prawej stronie nad wsią dominuje masyw Gniazda Tarnicy, po lewej stronie widzimy już tereny ukraińskie.
Zbliżywszy się do centrum wsi mamy okazję podziwiać z bliska sędziwą lipę. Dopiero z tej odległości robi ona prawdziwe wrażenie. Widzimy jej ogromne, liczne konary i odgałęzienia pnia. Siedząc na drewnianej ławce pod zasłoną jej liści nie sposób nie zastanawiać się jak wiele to drzewo widziało…
Niezwykle ciekawie prezentuje się także cerkwisko. Widzimy, że w stosunkowo dobrym stanie zachowała się podmurówka cerkwi pozwalająca dokładnie wyobrazić sobie jej dawna architekturę. Wrażenie robi także jej wielkość. Centralnym punktem cerkwiska jest tutaj niezwykła chrzcielnica lub podstawa pod chrzcielnicę z wyrytym na niej symbolem ryby. Pochodzi ona prawdopodobnie z czasów wczesnego chrześcijaństwa.
Wokół miejsca po cerkwi zachowało się także wiele bardzo ciekawych nagrobków z ujmującymi swoją prostotą oraz ponadczasowym znaczeniem symboli. Rozmiar cmentarza jest niemym dowodem na to jak duża musiała być kiedyś ta nieistniejąca już wieś. Dziś nagrobki skryte pod uginającymi się do ziemi konarami sędziwych drzew są jedynymi ocalałymi świadkami jej historii.
Jeśli chcemy móc powiedzieć, że rzeczywiście zdobyliśmy Bieszczadzki Worek wówczas po Beniowej czas na Sianki. Ruszamy zatem dalej wcześniej obraną drogą w kierunku południowo-wschodniego krańca Polski. Ścieżka staje się na moment bardzo wąska i pnie się mozolnie przez nierówności terenowe oraz podmokły las aby wreszcie dotrzeć do szerokiej leśnej drogi. Maszerujemy nią teraz przez dłuższą chwilę to raz wnosząc się, to znów schodząc w niewielkie zagłębienia terenowe aby w końcu dotrzeć do miejsca biwakowego.
Skręcamy o 90 stopni w lewo i wchodzimy w gęsty las krocząc wąziutką ścieżynką umacnianą gdzieniegdzie drewnianymi kładkami. Od tego momentu naszej wyprawy mamy naprawdę nieodparte poczucie, że znajdujemy się na absolutnym końcu świata. Otacza nas jedynie nieprzebyty bór. Drzewa rosną tu tak blisko siebie, że stykają się gałęziami nie pozostawiając możliwości na swobodne przejście między nimi.
Ścieżka kluczy wśród niewielkich wzniesień raz po raz obdarzając nas widokami na ukraiński brzeg Sanu. Widzimy go momentami jak na dłoni wraz ze słupkami granicznymi oraz budkami pograniczników. Po niedługim czasie docieramy do pierwszej z tutejszych atrakcji – ruin folwarku Stroińskich. Pozostały po nim dziś już bardzo nieczytelne ślady. Niezwykłe jednak wrażenie robi próba wyobrażenia sobie jak na tym dzisiejszym odludziu i w głuszy żyli kiedyś na co dzień ludzie.
Po minięciu folwarku ścieżka staje się o dziwo jeszcze węższa. Teraz pokonujemy błotnisty odcinek z licznymi śliskimi korzeniami i wkraczamy na właściwy teren dawnej wsi Sianki. Ślady po niej są zupełnie nieczytelne. Cały teren jest kompletnie pokryty roślinnością, drzewami, krzewami, w najlepszym razie wysokimi trawami. Widzimy tutaj na własne oczy, że natura już dawno odebrała sobie to, co niegdyś zostało jej zabrane.
Kolejna, i chyba największa atrakcja Sianek, to tzw. Grób Hrabiny, a więc grób hrabiny Klary i Franciszka Stroińskich. Znajduje się on na dawnym cmentarzu oraz w pobliży miejsca, w którym stała tutaj niegdyś cerkiew. Dziś miejsce to gdyby nie było oczyszczone z roślinności nie byłoby pewnie w ogóle widoczne, ani możliwe do odnalezienia.
Po zakończeniu podziwiania znajdującego się przy samej granicy cmentarza możemy ruszyć dalej przez pobliskie wzgórze w kierunku znajdującej się nieopodal śródleśnej polany w miejscu dawnych pól uprawnych, z której roztacza się widok na ukraińską część Sianek. Stojąc dziś tu pośród tego gąszczu drzew na końcu świata naprawdę trudno uwierzyć, że Sianki były w okresie międzywojennym znanym kurortem wypoczynkowym, w którym bywał nawet Józef Piłsudski. Dziś ze wsi po polskiej stronie nie zostało absolutnie nic. Powojenną zawieruchę przetrwało jedynie parę zabudowań po stronie ukraińskiej. Ścieżka widzie jeszcze dalej do umownych źródeł Sanu – kto nie opadł jeszcze z sił, ten zdecydowanie powinien odwiedzić to miejsce.
Na koniec trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czy warto w ogóle podejmować trud aby odwiedzić Bieszczadzki Worek? Odpowiedź, jak nietrudno się domyślić, jest oczywiście jak najbardziej twierdząca. Bieszczadzki Worek to wszak istna kwintesencja Bieszczadów. Znajdziemy tu chyba wszystko, za co kochamy te wspaniałe góry. Spotkamy tu zatem przede wszystkim oszałamiającą swoją bujnością dziewiczą przyrodę, piękne szlaki kluczące w bezkresnym pustkowiu, niezwykłe ślady bogatej historii tych ziem oraz widoki na masyw Gniazda Tarnicy. Słowem, Bieszczadzki Worek powinien naszym zdaniem zobaczyć każdy kto zostawił w Bieszczadach swoje serce…
Post pod tytułem: „Najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących” to kolejny z cyklu naszych krótkich poradników. Bieszczady uchodzą powszechnie za góry niskie i niezbyt wymagające. Kojarzone są często z Beskidem Niskim, Śląskim, czy Żywieckim. Co za tym idzie wielu turystów spodziewa się spotkać tam łagodne, niezbyt strome, zalesione szlaki prowadzące do szczytowych polanek ze schroniskami. To wyobrażenie okazuje się jednak być dalekie od prawy. W rzeczywistości Bieszczady to jedne z bardziej wymagających technicznie gór w naszym kraju.
Znajdziemy tu tonące w głębokim błocie i pełne śliskich korzeni górskie szlaki o nachyleniu nieraz dochodzącym do 45-50 stopni. Większość najbardziej interesujących ścieżek przebiega początkowo w gęstym lesie, w którym łatwo o zgubienie drogi po zmroku, aby później w partii szczytowej wyjść na połoninę, na której latem panuje nieznośny skwar, a jesienią niejednokrotnie zaskoczą nas tu gęste jak mleko mgły lub porywisty wiatr. Niczym nadzwyczajnym będą także tuta trasy, na których spędzimy 7 i więcej godzin. Słowem, wyprawa w Bieszczady, aby była udana i bezpieczna, musi być dobrze przemyślana i kompleksowo zorganizowana.
Co jednak jeśli w Bieszczady wybieramy się pierwszy raz, jesteśmy początkującymi turystami, jedziemy w góry z dziećmi albo po prostu nie mamy kondycji? Czy w takiej sytuacji jesteśmy skazani na spędzenie naszego wyjazdu w hotelu lub na spacerach po miejscowości, w której nocujemy? Absolutnie nie! Bieszczady oferują olbrzymią ilość możliwości aktywnego spędzania czasu w tym także dla osób niekoniecznie poszukujących wysokogórskich, trudnych wycieczek.
Wychodząc takim osobom naprzeciw prezentujemy nasz kolejny poradnik pod tytułem: „Najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących”. Będą to przy tym szlaki, ścieżki, nieraz po prostu wiejskie drogi, którymi warto się przespacerować będąc w Bieszczadach po raz pierwszy i pragnąć poznać ten przepiękny zakątek naszego kraju. W trakcie takich przechadzek będziemy mogli zaznać wszystkiego co w Bieszczadach najlepsze. Będzie nas otaczała niesamowicie bujna i dzika przyroda, spotkamy zapewne niejedno zwierzę, będziemy mieli okazje podziwiać ślady ciekawej i trudnej bieszczadzkiej historii. Słowem, liźniemy tej niejednokrotnie przez nas podkreślanej bieszczadzkiej różnorodności, która tak bardzo przyciąga nas w te strony… Zapraszamy do lektury!
Nasze najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących zaczniemy od opisu Rezerwatu Sine Wiry oraz terenów nieistniejącej dziś wsi Zawój. Wędrówka w te okolicę, szczególnie w sezonie letnim, nie nastręcza żadnych problemów i poradzą sobie z nią zarówno osoby mniej zaawansowane technicznie, z gorszą kondycją, starsze, czy dzieci. Do samego wjazdu na szlak dostaniemy się bez problemu samochodem drogą na linii Terka-Dołżyca. Auto możemy zostawić przy drodze i dalej ruszyć pieszo po szerokiej, tylko miejscami wznoszącej się drodze.
Celem naszej wędrówki będą dwa miejsca. Pierwszym są same tzw. „Sine Wiry”, będące jednocześnie nazwą całego rezerwatu. Nazwą taką opisuje się tutaj przełom rzeki Wetliny pokonujące liczne progi skalne. Woda pieni się tutaj i kipi tworząc niezwykłe formy. Jest to ulubione miejsce fotografów przybywających tutaj chyba o każdej porze roku. Ruszając z miejsca gdzie zostawiliśmy samochód będziemy szli wygodną alejką dnem doliny i wzdłuż rzeki raz po raz mijając jej zakola stanowiące wspaniały temat do zdjęć.
Kogo nie zmęczy spacer w te okolicę ten może wybrać się dalej do drugiego z miejsc, które serdecznie polecamy. Są nim wspomniane już tereny dawnej bojkowskiej wsi Zawój, która istniała w tym miejscu aż do wysiedleń rdzennej bieszczadzkiej ludności z tych obszarów po okresie II wojny światowej. Dziś po wsi zostały już jedynie niknące w trawie i gąszczu drzew ślady dawnych zabudowań i pól uprawnych oraz dobrze rozpoznawalne cerkwisko na stromym wzgórzu wraz ze śladami cmentarza. Jak dotąd jest to jedno z tych miejsc w Bieszczadach, w którym poczucie zagubienia w czasie i przestrzeni oraz odcięcia od świata zewnętrznego było dla nas samych najbardziej przejmujące. Będąc tutaj trudno sobie wyobrazić jak żyli tu niegdyś ludzie i jakim sposobem historyczna zawierucha pozbawiła ich ich domostw na tym odludziu.
Łopienka to kolejne z serii bieszczadzkich miejsc magicznych. Dodatkowo wejście na szlak prowadzący w to miejsce znajduje się tuż obok tego, który prowadzi do Sinych Wirów i Zawoju. Oba położone są niemal obok siebie z tym, że przy wejściu na ścieżkę wiodącą do Łopienki znajduje się większy, dobrze wyznaczony i bardzo wygodny parking. Dostanie się w te strony samochodem jest samą przyjemnością.
Łopienka to kolejna z setek wysiedlonych i zniszczonych po wojnie wsi. Również i tutaj po historycznej zawierusze do naszych czasów nie przetrwało niemal nic z jednym wyjątkiem – dzięki kilku zbiegom okoliczności oraz olbrzymiej pracy wykonanej przez ludzi dobrej woli pragnących ocalić jak najwięcej z dawnej historii Łopienki mamy możliwość podziwiać zachowaną do dzisiaj przepiękną odrestaurowaną, murowaną cerkiew.
Przez lata cerkiew ta była jednym z głównych ośrodków kultu maryjnego w tej części dawnej Polski. Rokrocznie do Łopienki zmierzał pielgrzymki wiernych, a u stóp cerki odbywały się odpusty wraz z jarmarkiem, na którym można było nabyć przeróżne dobra od obwoźnych handlarzy. Po wojnie zaś opuszczona, zdewastowana cerkiew niszczała, a jej wyposażenie było rozkradane. Dopiero przypadek sprawił, że garstka zapaleńców zainteresowała się tym niezwykłym budynkiem i postanowiła własnymi siłami doprowadzić go do dawnej świetności.
Dziś, po wielu, wielu latach można powiedzieć, że życie na nowo zawitało do Łopienki. Cerkiew zwyczajowo jest zawsze otwarta, udostępniona do zwiedzania. Odbywają się tu msze, spotkania kulturalne i artystyczne. Uważne oko dojrzy nadal w okolicznych terenach ślady dawnych uprawnych pól tarasowych. Miłośnicy terenowych eksploracji w okolicznych zaroślach znajdą jeszcze wiele drzemiących w ziemi śladów dawnych zabudowań.
Opisując najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących nie sposób nie opisać terenów dwóch kolejnych, i tym razem już ostatnich na naszej liście, dawnych bojkowskich wsi. Myślimy tu przy tym o Krywym oraz Tworylnym. Ujmujemy te wsie razem w jednym punkcie jako, że leżą obok siebie, w dolinie meandrującego u podnóży Otrytu Sanu.
Do Krywego najłatwiej dostać się od strony Zatwarnicy jadąc szutrową drogą tak daleko jak pozwalają na to znaki. Resztę trasy pokonamy piesze schodząc w dół do doliny Krywego tworzącej swoistą nieckę. Do Tworylnego zaś dostaniemy się dojeżdżając samochodem na do mostu przy tzw. Starym Placu i dalej kierując się do wsi pieszo starą bojkowską ścieżką wiodącą pośród gęstych zarośli. Obie trasy nie nastręczają przy tym właściwie żadnych trudności i z powodzeniem mogą być pokonane przez początkujących piechurów.
Tereny obu dawnych wsi to dziś prawdziwe królestwo przyrody okraszone dodatkowo pamiątkami po bujnej historii tych okolic. W Tworylnym znajdziemy ruiny dworu i jego zabudowań, cerkwisko oraz pozostałości niemieckiej strażnicy z czasów II wojny światowej kiedy to wieś leżała na granicy niemiecko-sowieckiej. W Krywym także odnajdziemy pozostałości dworu i innych wiejskich zabudowań jednak nad wsią niepodzielnie królują ruiny wspaniałej murowanej cerkwi stojące na wzniesieniu w środku wsi. Będąc w Bieszczadach naprawdę koniecznie należy zobaczyć przynajmniej jedno z tych dwóch niepowtarzalnych miejsc.
Przedstawiając najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących nie mamy oczywiście zamiaru mówić jedynie o dolinach i terenach wysiedlonych wsi choć takie wrażenie pewnie można było odnieść czytając początek niniejszego artykułu. Bieszczady przecież to przede wszystkim wspaniałe góry i olbrzymia ilość szlaków. Część z nich jest rzeczywiście dość trudna i wymagająca ale oczywiście możemy również znaleźć wiele propozycji dla osób mniej doświadczonych. Jedną z takich propozycji będzie z pewnością Dwernik Kamień.
Jest to stosunkowo mało znany szczyt, na który można się dostać na kilka sposobów albo z doliny Hylatego albo od strony Nasicznego. Dwernik Kamień niemal w całości pokryty jest gęstym lasem i jedynie sam szczyt daje możliwość podziwiania zaskakująco pięknych widoków niewielkiej polany. Cechą szczególną tej góry i wiodących nań szlaków jest fakt, że spotkamy na nich nawet w szczycie sezonu letniego stosunkowo niewielu turystów. Będziemy wędrować tutaj pośród sędziwych buków w ciszy i spokoju mogąc delektować się dzikim pięknem bujnej przyrody. Osobom początkującym szczególnie warto polecić łatwy technicznie szlak wiodący na Dwernik Kamień przez Magurę, którym biegnie jednocześnie Ścieżka Historyczno-Przyrodnicza „Hylaty”.
Pragnąc wymienić najciekawsze bieszczadzkie szlaki dla początkujących na sam koniec zostawiamy prawdziwą bieszczadzką perełkę jaką jest Schronisko PTTK na Połoninie Wetlińskiej potocznie zwane „Chatką Puchatka„. Miejsce to jest rokrocznie odwiedzane przez rosnące rzesze miłośników Bieszczadów. Można tu dotrzeć na kilka sposobów. Osobom początkującym polecamy szlak żółty z Przełęczy Wyżnej. Będzie to co prawda już normalna górska ścieżka, kamienista i cechująca się dość dużym nachyleniem ale niewielka odległość do pokonania do jej celu sprawia, że każdy powinien z nią sobie poradzić.
Do Chatki Puchatka warto wybrać się o każdej porze roku. Latem będzie tu oczywiście najtłoczniej ale jeśli mądrze zaplanujemy nasz górski wypad wówczas nawet i wtedy uda nam się spotkać tu bardzo niewielką ilość turystów i delektować się ciszą i spokojem. Jesień, zima i wiosna to feeria zmieniających się barw i przeróżnych zjawisk pogodowych następujących tutaj po sobie jak w kalejdoskopie. Świetnym pomysłem jest spędzenie chociaż jednej nocy w schronisku, podziwianie stąd zachodu oraz wschodu słońca. Nie odstraszają nawet surowe, nieco spartańskie warunki schroniska.
Szlaków w Bieszczadach jest naprawdę wiele. Dodatkiem do nich są przeróżne ścieżki historyczno-przyrodnicze oraz zwykłe polne czy leśne drogi, którymi możemy swobodnie się poruszać. Tworzy to olbrzymi wachlarz przeróżnych możliwości na to jak zorganizować tutaj wycieczki. Również osoby początkujące nie będą zawiedzione – będąc w Bieszczadach wcale nie musimy zdobywać wysokich szczytów, możemy wybrać się po prostu na jedną z wielu spokojnych przechadzek pięknymi dolinami. Jeśli zależy nam na choć odrobinie górskich widoków wówczas również chwila spędzona nad mapą pozwoli zaplanować wypad, który będzie krótki i łatwy technicznie. Słowem, tak jak wiele razy już to podkreślaliśmy, Bieszczady dają niezliczone możliwości wypoczynku dosłownie każdemu. Za to właśnie tak bardzo je kochamy!
Halicz i Rozsypaniec to dwa wspaniałe szczyty, o których zdobyciu marzy chyba każdy miłośnik Bieszczadów. Problem z nimi polega jednak na tym, że aby tego dokonać musimy wybrać się na naprawdę długą i wymagającą wycieczkę. Szlak wiedzie dodatkowo w znacznej części przez odsłonięte połoniny. Latem doskwiera tu nieznośny skwar, po sezonie zaś często dzień jest już za krótki aby myśleć o tak długiej wyprawie. Słowem istnieje pewnego rodzaju okno czasowe przed sezonem letnim oraz zaraz po jego zakończeniu kiedy to wycieczka na Halicz i Rozsypaniec wydaje się najbardziej wygodna. My sami wybraliśmy się na podbój tego wymagającego szlaki w połowie września kiedy to widoczne są już pierwsze oznaki jesieni w górach ale pogoda jeszcze dopisuje. Zapraszamy do lektury!
Wołosate to jedna z setek dawnych bojkowskich wsi rozrzuconych po całym terenie Bieszczadów. Opustoszały one w większości na fali wysiedleń rdzennej ludności po II wojnie światowej z tym, że akurat do Wołosatego życie dość szybko powróciło. Dziś jest to niewielka osada leżąca naprawdę na końcu świata, blisko granicy naszego kraju. Wołosate, z racji swojego położenia u podnóży Tarnicy, uważane jest przy tym za jedną z najlepszych baz wypadowych na bieszczadzkie szlaki. Znajduje się tutaj ledwie kilka domów oferujących noclegi, sklep, parkingi dla turystów i wejścia na szlaki. My sami parkujemy samochód najdalej jak to możliwe, tuż przy starym cerkwisku i cmentarzu Wołosatego i wybieramy szlak czerwony aby ruszyć nim w kierunku Przełęczy Bukowskiej.
Przełęcz Bukowska to miejsce, z którego dalej szlakiem czerwony można kierować się na Rozsypaniec, a następnie Halicz. Kiedyś możliwa była również stąd wędrówka na Kińczyk Bukowski, ale niestety dzisiaj ten szlak jest zamknięty dla turystów. Problem z Przełęczą Bukowską polega na tym, że jest ona jak na warunki Bieszczadów naprawdę stosunkowo trudno dostępna. Aby się tu dostać należy mieć za sobą już szmat drogi z Przełęczy Goprowskiej albo wybrać się w długą wędrówkę z Wołosatego. My zdecydowaliśmy się właśnie na ten drugi wariant.
Idąc na przełęcz z tej strony czeka nas ładnych parę kilometrów mozolnej dreptaniny. Idziemy przy tym wąską drogą pokrytą starym, chropowatym asfaltem pośród gęstych zarośli i bez absolutnie żadnych widoków. Możemy się tu jedynie delektować otaczającą nas dziką i bujną przyrodą. W końcowej fazie podejścia na przełęcz nasza ścieżka przybiera znacznie na nachyleniu i szerokimi zakosami prowadzi nas wprost do stojącej na przełęczy wiaty. Do tego miejsca widoków praktycznie brak. Sama przełęcz jest też dość mocno zarośnięta, może nam posłużyć jedynie jako miejsce odpoczynku i nabrania sił przed dalszą drogą.
Z Przełęczy Bukowskiej ruszamy dalej w kierunku na Halicz i Rozsypaniec, przy czym Rozsypaniec będziemy zdobywać jako pierwszy. Z samej przełęczy kierujemy się ku granicy lasu wąską, stromą dróżką mijającą imponujące wychodnie skalne. To właśnie na granicy lasu po raz pierwszy i po dobrych 8-10 km drogi nasze trudy po raz pierwszy zostają wynagrodzone. Jako, że zdobyliśmy już zdecydowaną wysokość, naszym oczom ukazuje się od razu oszałamiająca, wysokogórska panorama. Niemal u naszych stóp leży przepiękna Połonina Bukowską z widoczną ścieżką wiodącą na Kińczyk Bukowski. W oddali uzyskujemy daleki wgląd w kierunku Przełęczy Beskid oraz ukraińskiej części Bieszczadów i Karpatów.
Ruszamy dalej w kierunku pobliskiego szczytu Rozsypańca, a tym samym zdobywamy jeszcze trochę wysokości. Podnosi się zatem także nasz punkt widzenia i widoki są coraz bardziej zachwycające. Do dotychczasowej panoramy w kierunku południowym dołączają teraz widoki we wszystkich kierunkach. Widzimy zatem majestetyczny masyw Tarnicy z wyraźnie zaznaczoną Przełęczą Sidło oraz Tarniczką, głęboką Przełęcz Goprowską, poszarpany grzbiet Krzemienia oraz dominujący w całym masywie Halicz. Po prawej stronie w dolinie rozpościera się wspaniały widok na puste dziś miejsca po niegdyś ludnych wsiach usadowionych wygodnie nad Sanem. Jak na dłoni widzimy cerkiew w Sokolikach Górskich czy majestatyczną lipę w Beniowej będącą symbolem tej wsi. Na południu nadal nasz wzrok sięga dalego wgłąd terytorium Ukrainy – widzimy tu masyw Pikuja, Połoninę Równą i Borżawę.
Z Rozsypańca ruszamy stromym zejściem w kierunku przełęczy oddzielającej ten szczyt od Halicza. Po jej osiągnięciu czeka nas jeszcze parominutowa, stroma wspinaczka po kamienistym szlaku na sam Halicz. Tutaj możemy spokojnie odpocząć na jednej z ustawionych ławek. Chwilowi przerwy w mozolnej jak dotąd wędrówce nadal towarzyszą wspaniałe widoki. Zbliżyliśmy się teraz do masywów Kopy Bukowskiej i Krzemienia, które widzimy jak na dłoni ze wszystkimi szczegółami. Wspaniale prezentuje się także oglądana z tej strony Tarnica.
Po zdobyciu szczytu Halicza można powiedzieć, że zaczynamy powoli wracać. Od tego miejsca przeważającym kierunkiem będzie powolna utrata wysokości. Czeka nas teraz zejście z Halicza, obszerny trawers Kopy Bukowskiej i zboczy Krzemienia oraz dotarcie na Przełęcz Goprowską. W trakcie tego dość długiego fragmentu wycieczki wraz z naszym zmieniającym się położeniem uzyskujemy coraz piękniejszy widok na masywy pozostawionych w tyle – dominuje tutaj Halicz i Rozsypaniec. W dole po naszej lewej stronie leży skryta w gęstym lesie Dolina Wołosatki. Nasze wędrówka zbiegła się akurat z rykowiskiem jeleni i cała wspomniana dolinka pobrzmiewała ich niesamowitymi odgłosami. Aż dziw bierze jak dużo musi być tych majestatycznych zwierząt w bieszczadzkich lasach.
Sama Przełęcz Goprowska, nazywana tak z uwagi na fakt, że przed laty istniała tu namiotowa dyżurka GOPR, to niezwykle głębokie obniżenie pomiędzy masywami Krzemienia i Tarnicy. Od niedawna istnieją to schody skonstruowane w obu kierunkach. Na samej przełęczy zaś mieści się przestronna i wygodna wiata, w której możemy odpocząć delektując oczy widokiem masywu Krzemienia.
Z Przełęczy Goprowskiej ruszamy w kilkunastominutową bardzo męczącą wspinaczkę schodami na Przełęcz Sidło oddzielającą szczyt Tarnicy od Tarniczki, miejsce, w którym zbiega się kilka szlaków. To stąd mamy przed sobą jedną z ostatnich w trakcie tej wycieczki możliwości podziwiania zapierających dech w piersiach widoków w kierunku na Krzemień, Halicz i Rozsypaniec, a także w drugą stronę w kierunku Połoniny Caryńskiej.
Po opuszczeniu przełęczy wchodzimy dość szybko w gęsty las, który pośród dość stromych i trudnych technicznie fragmentów trasy doprowadzi nas z powrotem wprost do Wołosatego. Ścieżka kończy się niemal w tym samym miejscu, w którym rozpoczęliśmy naszą wędrówkę – u stóp pustego dziś miejsca po stojącej tutaj niegdyś cerkwi.
Na koniec warto się zastanowić czy Halicz i Rozsypaniec to ciekawe szczyty godne polecanie innym turystom? Odpowiadając na to pytanie należy przede wszystkim bardzo mocno podkreślić, że zdobycie tych dwóch szczytów to naprawdę mozolna wędrówka, której raczej nie polecalibyśmy początkującym miłośnikom gór. Nam samym przejście opisywanego szlaku zajęło 7 godzin, w trakcie których pokonaliśmy 19 km. Przy takich wielkościach jest chyba jasne, że nie jest to szlak, na który można by się wybierać z małymi dziećmi, bez kondycji czy właściwego przygotowania.
Opisywany szlak można oczywiście pokonać w odwrotnym do opisywanego przez nasz kierunku – my zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie wędrówki od strony Przełęczy Bukowskiej głównie z uwagi na fakt, że chcieliśmy uniknąć utraty sił już na samym początku przy wspinaczce stromym niebieskim szlakiem na Przełęcz Sidło.
Oczywiście jeśli tylko poświęcimy choć chwilę naszego czasu na odpowiednie przygotowanie takiej wyprawy wówczas Halicz i Rozsypaniec odpłacą nam w postaci niezwykłych widoków, ciszy, mniejszej niż gdzie indziej ilości ludzi na szlaku, wspaniałej możliwości obcowania z bujną bieszczadzką przyrodą. Będzie to z pewnością jedna tych górskich wycieczek, które na długo zapadają w pamięć.
Wyprawa w Bieszczady z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym pomysłem na spędzanie urlopu. Turyści planują ją przy tym właściwie o każdej porze roku. Przeważa oczywiście sezon letni i okresy świąteczne ale coraz więcej przyjezdnych odwiedza te strony również jesienią, zimą czy wiosną. Bieszczady to także bardzo popularne miejsce docelowe wypadów dosłownie na kilka dni. Coraz więcej osób zadaje nam zatem jedno bardzo proste i podstawowe pytanie: gdzie w Bieszczady na weekend?
Od dłuższego już czasu tworzymy dla naszych czytelników serię praktycznych poradników, które mają za zadanie ułatwić planowanie wyjazdu w Bieszczady. Mogą być one pomocne szczególnie jesienią, gdy Bieszczady pełne są grzybów, dają możliwość długich spacerów wśród wzgórz skąpanych we wszystkim odcieniach czerwieni i żółci, a najpiękniejsze miejsca tych wspaniałych gór dzięki jesiennej aurze wyglądają szczególnie urokliwie. Poniżej prezentujemy zatem nasz kolejny, krótki tekst odpowiadający na stawiane przez Was bardzo często pytanie: gdzie w Bieszczady na weekend?
Bieszczady, co wielokrotnie podkreślamy, słyną ze swojej różnorodności. Przejawia się ona zmiennością pogody, klimatu, aury, pór roku, a także znajduje swój wyraz w olbrzymiej ilości atrakcji, jakie te góry nam zapewniają. Sprawiają one, że naprawdę jest tu co oglądąć i to niezależnie od pory roku czy nawet pogody. Dokładnie to samo możemy powiedzieć zastanawiając się nad tym gdzie jechać w Bieszczady na weekend.
Nawet jeśli przyjeżdżamy w te strony dosłownie na 2-3 dni możemy spokojnie pokusić się o wybranie się na wycieczkę jednym ze wspaniałych bieszczadzkich szlaków. My sami jedziemy nieraz w Bieszczady dosłownie „na dwie wycieczki w góry”. Przyjeżdżamy zwykle późno w nocy, poświęcamy dwa dni na górskie wędrówki, a trzeci dzień spędzamy już w całości na powrocie do domu.
Inne możliwości spędzania czasu w trakcie wyjazdu w Bieszczady na weekend jakie mamy do wyboru to oczywiście odpoczynek nad Jeziorem Solińskim, zwiedzanie tutejszych atrakcji oraz odwiedzanie zabytków świadczących o wielowiekowej bieszczadzkiej historii, czy wreszcie wszelkie formy aktywnego wypoczynku, jak np. spacery z psem czy wycieczki rowerowe. W Bieszczadach nie można się nudzić!
Zastanawiając się gdzie jechać w Bieszczady na weekend możemy spać spokojnie jeśli chodzi o ilość dostępnych miejsc noclegowych. Z roku na tok przybywa ich tutaj wszak coraz więcej i obecnie trudnością właściwie nie jest już znalezienie lokum, a raczej jego wybór spośród olbrzymiej oferty domków czy agroturystyk. Należy zatem zatrzymać się jedynie chwilkę nad opowiedzeniem sobie na pytanie gdzie najlepiej nocować z uwzględnieniem tego, co zamierzamy robić w Bieszczadach.
Tego typu poszukiwania są przy tym bardzo proste. Gdzie indziej będziemy szukać noclegu jeśli zamierzamy spędzić nasz weekend w Bieszczadach na górskich wędrówkach (Wetlina, Ustrzyki Górne, Smerek), gdzie indziej jeśli chcemy odpocząć nad brzegiem Jeziora Solińskiego (Solina, Polańczyk), jeszcze gdzie indziej jeśli szukamy ciszy i spokoju (np. dolina Sanu u podnóży Otrytu). Niezależnie od tego co wybierzemy będziemy mile zaskoczeni olbrzymią ilością dostępnych miejsc noclegowych.
Gdzie w Bieszczady na weeekend? Części odpowiedzi na to pytanie mamy już za sobą, zastanówmy się teraz zatem co warto zobaczyć w Bieszczadach. Tu znów wszystko zależy od tego, co będzie nas interesowało przede wszystkim w trakcie tych kilku dni spędzonych w górach. Po raz kolejny zaskoczy nas ilość dostępnych możliwości.
Jeśli pasjonują nas górskie wędrówki wówczas jeden weekend w Bieszczadach nie wystarczy na zobaczenie wszystkiego co te wspaniałe góry mają nam do zaoferowania. Na pewno warte polecenia są szlaki na Tarnicę, Połoninę Wetlińską z legendarnym niemal schroniskiem „Chatką Puchatka”, Połoninę Caryńską, czy Rawki. Ze szlaków mniej znanych godny polecenia jest na pewno Dwernik Kamień.
My sami najchętniej spędzamy każdą wolną chwilę w Bieszczadach na tropieniu śladów niezwykłej bieszczadzkiej historii. W naszych wyjazdowych planach nie może zatem zabraknąć odwiedzin cerkwi w Smolniku nad Sanem, kirkutu w Lutowiskach, czy terenów nieistniejących już dzisiaj wsi Krywe czy Tworylne. Wspaniałe są także inne bieszczadzkie cerkwie. Ich odnajdywanie samo w sobie może być wspaniałą przygodą.
Bieszczady to bardzo odległy zakątek kraju leżący na uboczu. Wiele osób chcąc tutaj dotrzeć ma do pokonania kilkaset kilometrów i wiele godzin spędzonych w drodze. Można zatem zapytać czy warto jechać w Bieszczady na weekend? Czy w ogóle jest sens podejmować trud dotarcia w te strony dysponując zaledwie 2-3 wolnymi dniami.
Wszystko zależy oczywiście od tego w jaki sposób jedziemy w Bieszczady oraz od tego jak bardzo taka podróż jest dla nas uciążliwa, jednak naszym zdaniem warto podjąć trudy takiego wyjazdu nawet jeśli możemy spędzić tylko 2-3 dni w górach. Sami de facto kierujemy się taką właśnie zasadą. Wielokrotnie bierzemy przynajmniej jeden dzień wolnego w pracy i zarywamy powiedzmy czwartkową noc tak, aby dotrzeć w Bieszczady nieraz nawet nad ranem, ale móc cieszyć się piątkiem i sobotą spędzoną w naszych ukochanych stronach. Niedzielę poświęcamy zwykle na powrót do domu. Wielokrotnie próbowaliśmy jeździć w inne, bliższe nam geograficznie strony, jednak zawsze tęskniliśmy za górami. Dlatego właśnie postanowiliśmy zaakceptować trudy dojazdu w Bieszczady ale bywać tam jak najczęściej.
Dla wielu osób niewyobrażalne jest dodatkowo, aby być w Bieszczadach tylko raz w roku w trakcie tygodniowego, czy dwutygodniowego urlopu. My sami do takich osób się zaliczamy. Wolimy wybrać się w Bieszczady kilka, kilkanaście razy w roku. Jeden wyjazd w te strony w roku nie jest dla nas opcją – tęsknimy za bardzo za Bieszczadami o innych niż lato porach roku. Do szału doprowadzają nas zdjęcia innych turystów z przeróżnych pór roku gdy sami nie możemy odwiedzić naszych ulubionych stron. Dlatego właśnie wybieramy się tam dosłownie co kilka tygodni.
Nasze częste, ale krótkie wyjazdy w Bieszczady jeszcze nigdy nas nie zawiodły. Pasjonuje nas odwiedzanie nawet tych samych miejsc dosłownie co kilka tygodni i obserwowanie zmian w przyrodzie zachodzących w górach. Mamy kilka takich wyjątkowych, magicznych dla nas miejsc, w które bezustannie wracamy. To właśnie tam znikamy przed całym światem, odzyskujemy wewnętrzny spokój i w pełni odpoczywamy. Tego i Wam życzymy w trakcie wypadów w Bieszczady na weekend!
Bieszczady pełne są miejsc magicznych. Jak mówi popularne powiedzenie, odwiedza się je tylko raz, a potem się tu już tylko wraca. Jednym z nich jest na pewno schronisko „Chatka Puchatka” na Połoninie Wetlińskiej. Można chyba śmiało powiedzieć, że jest ona dla Bieszczadów tym, czym Morskie Oko dla Tatr. Co roku pielgrzymują tu rzesze niezliczonych turystów. Latem robi się tu naprawdę tłoczno, ale nawet po sezonie, późną jesienią, czy zimą spotkamy tu innych piechurów zmierzających w to niezwykłe miejsce, bądź nawet tu nocujących. Co ich tu przyciąga i czy naprawdę warto? O tym wszystkim poniżej.
Skąd wzięła się nazwa „Chatka Puchatka”? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie pasuje ona kompletnie do Bieszczadów, do ich przyrody, historii, czy tradycji. Okazuje się jednak, że ma ona swoje uzasadnienie. Otóż w pierwszych latach istnienia tu schroniska przybywało do niego zdecydowanie mniej turystów niż obecnie. Było ono nieczęsto odwiedzane, a co za tym idzie dominowało tu poczucie pustki, odcięcia od świata i znajdowania się na kompletnym odludziu. Do dziś mogą to sobie wyobrazić te osoby, które mają szczęście znaleźć się tu w dniu gdy nie ma tu innych piechurów. Poczucie samotności tu pod bieszczadzkim niebem jest wtedy dominujące i bardzo przejmujące.
To właśnie o nim w jednym ze swoich reportaży wspomniał znany polski żeglarz Leonid Teliga. Napisał on, że „czuje się na swojej łajbie zagubionej na bezmiarze oceanu, jak ta samotna Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej”. Nazwa ta chwyciła i weszła do powszechnego użytku. Przez pewien czas Chatka znana była także jako „Tawerna” oraz „Republika Wetlińska”. Z czasem jednak nazwy te zniknęły z potocznego użytku, a próbę czasu przetrwała jedynie ta znana do dzisiaj.
Chatka Puchatka nie zawsze była tym, czym jest dzisiaj i nie zawsze była też tak popularna. Jej początki sięgają lat 50. XX wieku, kiedy to pełniła swoją pierwotną rolę punktu obserwacyjnego obrony przeciwlotniczej. Każdy kto był w Chatce chociaż raz na pewno doskonale to zrozumie rzuciwszy okiem dookoła. Z miejsca, w którym stoi schronisko rozpościera się wszak niezrównana panorama w promieniu 360 stopni. Przy dobrej widoczności możemy stąd dostrzec nawet Gorgany na Ukrainie. Chatka dopiero w roku 1956 została przekazana rzeszowskiemu oddziałowi PTTK z przeznaczeniem na cele turystyczne.
W tamtym czasie Bieszczady wyglądały zgoła inaczej niż obecnie. Nie było jeszcze asfaltowych dróg łączących dzisiaj leżące u podnóża połonin miejscowości, a dostanie się w te strony było nie lada wyzwaniem. Jeszcze gorzej było z transportem wszelkiego sprzętu oraz materiałów budowlanych. Wszystko to sprawiało, że zagospodarowanie Chatki na potrzeby schronisko było praktycznie niemożliwe. PTTK miało także poważne trudności ze znalezieniem potencjalnego nawet kierownika schroniska. W związku z powyższym przez prawie dwa lata stało ono opuszczone. Nocowali tu jedynie przypadkowi turyści na dziko.
Prze okres nieużytkowania budynek uległ znaczącej dewastacji. Turyści na swoje potrzeby palili deski podłóg, drzwi, czy sufitów jako, że po najbliższe drzewo na opał trzeba było schodzić dość daleko w dół aż do granicy lasu. Schronisko zniszczałoby zapewne doszczętnie gdyby nie harcerze, którzy jako pierwsi zgłosili chęć jego renowacji. W odnowionej Chatce spać mogło naraz 40 osób. Schronisko funkcjonowało jednak tylko w okresie letnim, po którym okna i drzwi budynku zabijano deskami i tak czekał on na kolejne lato.
Po harcerzach schroniskiem zajęli się studenci. Ich nastanie tutaj zbiegło się z oddaniem do użytku asfaltowej drogi biegnącej aż do Wetliny znanej jaka „obwodnica bieszczadzka”. Ułatwiło to zdecydowanie przybywanie w te strony i wzmogło ruch turystyczny. W latach 1965-66 PTTK przeprowadziło kolejny remont budynku. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero w dniu 1 czerwca 1967 roku, w którym to schronisko oddano w dzierżawę Ludwikowi Pińczukowi. Prowadzi je on po dziś dzień.
Ludwik Pińczuk, zwany popularnie „Lutkiem”, to istna bieszczadzka legenda i jeden z ostatnich tzw. „bieszczadzki zakapiorów”. Co ciekawe urodził się on w byłej Jugosławii aby zamieszkać na Śląsku. Parał się on tam trudnym zawodem górnika, jednak to nie był jego świat. Pewnego razu wpadła mu w ręce broszura namawiająca do wyjazdu w Bieszczady w celu zarobkowego zbierania jagód. Tak trafił w góry, które miały się stać dla niego domem na długie lata.
Nie osiadł tu jednak od razu. W początkowym okresie wielokrotnie wyjeżdżał stąd i wracał. Los nie od razu skierował go też do Chatki. Początkowo Lutek mieszkał w Berehach Górnych. Dopiero którejś zimy trafił do niszczejącego schroniska i poczuł, że to byłoby miejsce dla niego. Tak rozpoczęła się trwająca do dziś kilkudziesięcioletnia epopeja. Lutek wielokrotnie przedłużał swoją umowę na zarządzanie Chatką. Pytany w jednym z wywiadów czy nie ma dość Bieszczadów powiedział kiedyś, że góry te są tak zmienne, posiadają tyle odcieni i barw pogody, klimatu, atmosfery danego dnia, że człowiek nigdy się tym nie jest w stanie znudzić. Nie możemy się z tym nie zgodzić…
Chatka Puchatka położona jest w bardzo dogodnym dla piechurów miejscu. Wiedzie tu kilka szlaków prezentujących różną długość i stopień trudności. Możemy się tu dostać:
Zastanawiając się, który szlak wybrać należy najpierw zadać sobie pytanie o to na czym nam zależy. Jeśli chcemy dostać się do Chatki w jak najkrótszym czasie wówczas najlepszą opcją będzie szlak żółty z Przełęczy Wyżnej. Jest on szczególnie polecamy gdy chcemy spod Chatki podziwiać zachód słońca. Również powrót w takiej sytuacji będzie bardzo dogodny. Samochód możemy zostawić na obszernym parkingu na Przełęczy i wrócić do niego nawet po zmroku o ile tylko zaopatrzymy się w dobre latarki.
Jeśli z kolei zależy nam na widokach w takim razie zdecydowanie powinniśmy wybrać szlak z Przełęczy Orłowicza. Jest on dość długi i miejscami trudny technicznie ale wynagradza niezwykłymi panoramami we wszystkich kierunkach. Na samą Przełęcz Orłowicza możemy się także dostać na kilka sposobów. My sami polecamy wejście z Suchych Rzek. To na tym szlaku będziemy zazwyczaj sami, nie spotkamy innych turystów i zaznamy słynnej bieszczadzkiej ciszy i spokoju.
Po tym wszystkim co zostało napisane powyżej wypada się jeszcze zastanowić czy Chatka Puchatka jest dogodnym celem wycieczki dla każdego z nas? Czy osoby starsze, dzieci albo po prostu piechurzy z gorszą kondycją również mogą planować wędrówkę w to urokliwe miejsce? Czy planując kolejną wyprawę w Bieszczady powinniśmy do naszego planu dołączyć także Chatkę?
Odpowiedź na wszystkie powyższe pytania jest jak najbardziej twierdząca! Na całe szczęście to jedno z najpiękniejszych miejsc w Bieszczadach jest stosunkowo łatwo dostępne. Każdy turysta, niezależnie od wieku, czy doświadczenia dotrze tutaj bez większego trudu. Oczywiście każda wycieczka wymaga odpowiedniego przemyślenia. Już jednak minimalne przygotowanie, jak chociażby dobór odpowiednich butów, sprawi, że będziemy mogli się cieszyć wspaniałą górską wędrówką.
Chatka Puchatka, tak jak zostało to napisane na samym początku, to miejsce magiczne. Kto był tu chociaż raz jak urzeczony będzie wracał już w nieskończoność. Schronisko szczególne wrażenie robi jesienią gdy wokół otaczają nas barwy jak z palety malarza. Chyba jeszcze bardziej nieziemsko wygląda w środku mroźnej i śnieżnej zimy gdy jego ściany oblepiają grube zwały śniegu i lodu uformowane przez wiatr w najdziwniejsze kształty. Chatka przyciąga jak magnes o każdej porze roku. Kto kocha Bieszczady ten musi odwiedzić to niezwykłe miejsce!
Najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach… Jak je wskazać? Jak powiedzieć, które zasługują ta takie miano? Jest ich przecież tak wiele… Jednych przyciągają w te strony wspaniałe górskie szlaki, innych niezliczone tutejsze atrakcje, jeszcze innych niezwykła bieszczadzka historia albo możliwość wypoczynku nad Jeziorem Solińskim. Niezależnie od tego czy wypoczywamy w tych stronach sami, z dziećmi, a nawet z niemowlakiem, każdy znajdzie tu coś dla siebie, także podczas niepogody. Bieszczady cechuje niespotykana różnorodność zabytków, które warto zobaczyć, czy sposobów na aktywne spędzanie czasu. Ta różnorodność przejawia się także w olbrzymiej ilości miejsc, które moglibyśmy nazwać najpiękniejszymi. Wybór jest naprawdę trudny, ale mimo to poniżej przedstawiamy naszą krótką i oczywiście subiektywną listę atrakcji, które sami uważamy za najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach.
Wymieniając najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach nie możemy nie zacząć od naszego ulubionego, czyli od cerkwi w Smolniku nad Sanem. Jest to ten zakątek Bieszczadów, do którego zaglądamy nieraz nawet kilka razy w ciągu dnia przy okazji każdej z naszych
wypraw w te piękne góry. Wracamy tu o różnych porach roku, różnych porach dnia, przy coraz to innym oświetleniu. Jest to chyba najbardziej „obfotografowane” przez nas miejsce. Uwielbiamy je odwiedzać szczególnie popołudniami, gdy pomarańczowe promienie zachodzącego słońca wydobywają z cerkwi niezwykłe barwy oraz zapach rozgrzanego, wiekowego drewna.
Dlaczego bez zastanowienia wymienimy cerkiew w Smolniku nad Sanem na pierwszy miejscu tych najpiękniejszych w całych Bieszczadach? Przemawia za tym wiele. Od naszej pierwszej wizyty w tych stronach urzekło nas położenie cerkwi. Stoi ona dziś samotnie w otoczeniu sędziwych drzew i kilku ledwie dostrzegalnych nagrobków na wzgórzu wznoszącym się nad okolicznymi dolinami. Roztacza się stąd piękny widok chwytający za serce szczególnie o zachodzie słońca.
Cerkiew w Smolniku to także niemy świadek burzliwej i okrutnej historii Bieszczadów, który jakimś cudem przetrwał dziejową zawieruchę. Smolnik to przecież jedna z setek dawnych bojkowskich wsi jakich setki pokrywały Bieszczady aż do okresu, który nastąpił bezpośrednio po II wojnie światowej. Cerkiew w tej dobrze prosperującej wsi była świątynią dla Smolnika i sąsiedniego Procisnego. To tu wierni spotykali się na nabożeństwa. Smolnik i Procisne po wojnie spotkał los innych wsi pełnych rdzennych mieszkańców Bieszczadów. Na fali wysiedleń obie osady przestały właściwie istnieć. Dziwnym i cudownym zbiegiem okoliczności samej cerkwi udało się przetrwać. Do dziś stoi tam gdzie stała przed wiekami dając unikatową możliwość przypomnienia sobie jak niegdyś wyglądały Bieszczady.
Zastanawiając się jakie są najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach nie możemy pominąć jednego z najbardziej znanych masywów górskich z jego mitycznym schroniskiem – Chatką Puchatka. Mowa tu oczywiście o Połoninie Wetlińskiej. Połonina ta jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych bieszczadzkich symboli, króluje na pocztówkach, w kalendarzach i fotorelacjach turystów. Nic w tym dziwnego, jest to wszak miejsce wyjątkowe.
O popularności Połoniny Wetlińskiej decyduje wiele. Po pierwsze masyw ten charakteryzuje centralne, bardzo dogodne dla piechurów położenie. Po drugie biegnie tu znaczna ilość szlaków o różnym stopniu trudności. Każdy może wybrać coś dla siebie począwszy od krótkich i szybkich podejść, aż do mozolnych długich wędrówek. Ścieżki wiodące na szczyt różnią się także popularnością, dzięki czemu można go zdobywać kilka razy, za każdym doświadczając innych wrażeń i spotykając raz mniej, a raz więcej turystów po drodze. Po trzecie, co chyba najważniejsze, to właśnie tutaj znajduje się najbardziej popularne bieszczadzkie schronisko – wspomniana już Chatka Puchatka.
Połonina Wetlińska to także doskonały punkt widokowy z przepiękna panoramą roztaczającą się we wszystkich kierunkach. Ze szczytu mamy wspaniały wgląd w Gniazdo Tarnicy i daleko na ukraińską stronę Bieszczadów. Zapierających dech w piersi jest także widok stąd na położony tuż obok masyw Połoniny Caryńskiej. Połonina Wetlińska jest także ulubionym miejscem osób pragnących zobaczyć zachód słońca w górach. Słowem, będą w Bieszczadach obowiązkowo musimy się tu wybrać.
Krywe to kolejna nieistniejąca dziś bojkowska wieś nierozerwalnie związana z bieszczadzką historią oraz ten zakątek gór, którego nie sposób pominąć wymieniając najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach. Przed dekadami Krywe, podobnie jak Smolnik, było tętniącą życiem rusińską wsią, po której do dzisiaj zostały już tylko niknące powoli w trawie i gąszczu krzewów ślady.
Jeden z nich jest jednak szczególnie wyjątkowy i z powodzeniem może konkurować z cerkwią w Smolniku o miano najpiękniejszego. To ruiny murowanej cerkwi stojącej na wzgórzu Diłok wznoszącym się ongiś na sznurem bojkowskich chat w dolinie pobliskiego potoku, a dziś górujące jedynie nad niemym pustkowiem. Do dziś zachowały się one w stosunkowo dobrym stanie i stanowią niezwykły dowód na to, że na tym odludziu kiedyś kwitło życie.
Krywe warto odwiedzać o każdej porze roku. Miejsce to zawsze wygląda naprawdę magicznie. Zimą drzemie pod ciężkimi czapami głębokiego śniegu, wiosną tonie w morzu kwiatów, latem niknie w bujnej zieleni, a jesienią odpoczywa spokojnie wśród istnej feerii barw. Jest to wymarzone wprost miejsce dla osób kochających dziką przyrodę oraz wszystkich fascynatów historii, którzy lubią zadumać się nad ludzkim losem.
Bukowe Berdo to kolejna z propozycji górskich wycieczek, jakie przychodzą do głowy gdy rozważamy jakie najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach trzeba koniecznie zobaczyć. Bukowe Berdo to fragment tzw. Gniazda Tarnicy. To właśnie tędy wiedzie jeden z piękniejszych, a nieco mniej uczęszczanych szlaków na najwyższy szczyt Bieszczadów, który wybierając turyści chcący zdobyć go bez tłumów i ścisku po drodze. Swoją popularność Bukowe Berdo zawdzięcza kilku faktom.
Jest to przede wszystkim szlak w sam raz dla każdego. Nie należy może do najkrótszych, ale z drugiej strony nie jest jednym z tych bieszczadzkich szlaków, na których spędzimy 8 godzin mozolnie pnąc się pod stromy szczyt. Roztaczają się stąd wspaniałe widoki na sam szczyt Tarnicy i Krzemienia, na masyw Połoniny Caryńskiej oraz na dolinę górnego Sanu z terenami dawnych bojkowskich wsi wokół. Jego głównym atutem jest jednak wspomniany już relatywny spokój w porównaniu do chociażby szlaku na Tarnicę z Wołosatego. Każdy kto kocha góry powinien chociaż raz zdobyć zbocza Bukowego Berda, a najlepiej wybrać się tędy dalej, na Krzemień i Tarnicę.
Ostatnim miejscem, które przychodzi nam na myśl, gdy zastanawiamy się jakie najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach warto odwiedzić jest kirkut w Lutowiskach. Ten zapomniany przez lata żydowski cmentarz jest kolejnym dowodem jak skomplikowana i okrutna była tu historia. Lutowiska to niewielka miejscowość na obrzeż Bieszczadów leżąca tuż przy granicy z Ukrainą. Nie zwracają one dziś uwagi niczym szczególnym. Znajduje się tu sklep, restauracja, szkoła. Mało kto wie, że przed laty Lutowiska były słynącym na całą Europę wschodnią miejscem cyklicznych jarmarków, na których handlowano wołami wypasanymi w Bieszczadach przez Bojków. Handlem zajmowali się przy tym głównie Żydzi i całe Lutowiska były miasteczkiem przeważająco żydowskim.
Historia zgotowała im los znany z innych części naszego kraju i całej Europy. Niemal wszyscy żyjący tu Żydzi zostali zamordowani przez hitlerowców w trakcie II wojny światowej. Ich domy oraz tutejsze synagogi zostały spalone, a po dawnej świetności Lutowisk nie został właściwie żaden ślad. Jednym z nielicznych wyjątków jest właśnie wspomniany kirkut. Znajduje się on na niewielkim wzniesieniu za szkołą. W gęstej, wysokiej trawie skrywa się według różnych szacunków nawet ok. 2000 macew dających świadectwo jak duża była niegdyś tutejsza żydowska gmina. Płyty nagrobków w części są zdewastowane, niektóre leżą na ziemi, inne chylą się już ku upadkowi. Miejsce to jest naprawdę niezwykłe, napawa zadumą nad tym jaki los potrafią zgotować ludzie ludziom.
Opisując najpiękniejsze miejsca w Bieszczadach nie sposób wymienić ich wszystkich. Trudno byłoby je nawet zliczyć, zresztą kto by chciał wiedzieć ile ich jest… To przecież ta wydawałoby się niekończąca się mnogość możliwości sprawia, że raz po raz wracamy w te strony. Co i rusz zaskakuje nas tutaj coś nowego i chyba naprawdę nie chcielibyśmy, aby te wszystkie wspaniałe, piękne miejsca, które warto zobaczyć się nam skończyły. Chcemy przecież tu wracać raz po raz i zawsze odkrywać coś nowego…
Czy jesień w Bieszczadach to dobry pomysł na urlop? Bieszczady przyciągają przecież o każdej porze roku… Zima kojarzy się ze tu z radosnymi świętami Bożego Narodzenia albo z feriami zimowymi. To głębokie zaspy śniegu, połoniny smagane lodowatym wiatrem, karłowate buki na granicy lasu pokryte grubymi soplami lodu przybierającymi kształty rodem nie z tego świata. Zima to siarczyste mrozy oblekające wszystko co tylko możliwe w szatę skrzącej się szadzi przywołującej na myśl baśnie o krainie lodu. To także długie wieczory spędzone przy kominku gdy za oknem króluje ciemna jak smoła czerń bieszczadzkiej nocy.
Wiosna to bardzo powoli i nieśmiało pojawiające się na gałązkach drzew i krzewów jasnozielone pączki. To morza kaczeńców w rowach przy drogach, szum na nowo płynących potoków, które przez długie zimowe miesiące spały skute lodem. To mgły snujące się w dolinach oraz białe połacie tarniny kwitnącej na zboczach. To także powolne budzenie się do życia przyrody gór – w dolinach często króluje już zieleń, ale szczyty nadal świecą rudymi, jak gdyby jesiennymi trawami.
Lato to istna orgia zieleni, która dominuje dosłownie wszędzie. To trawy wyższe od dorosłego człowieka i łąki tętniące życiem milionów owadów. To kolarz wszelkich możliwych kolorów kwitnących kwiatów i traw. To długie dni kończące się zapierającym dech w piersiach zachodami słońca. To także skwar, upał, palące słońce w ciągu dnia, po którym znajdujemy chwilę ukojenia dopiero późnym wieczorem.
A jesień? No właśnie, jak wygląda jesień w Bieszczadach? Przez wielu jest ona przecież uważana za najlepszą porę roku na zorganizowanie wyprawy w Bieszczady. Dni stają się już krótsze. Letni skwar ustępuje miejsca chłodowi, wieczorem i rano znów pojawiają się gęste jak mleko mgły. To co dzieje się w przyrodzie przyprawia o zawrót głowy. Jaskrawa letnia zieleń powoli ciemnieje by następnie ustąpić miejsca milionom kolorów i odcieni żółci i czerwieni. Bieszczady pokryte w znacznej części przez lasy liściaste zaczynają wyglądać jak namalowane przez malarza. Widok ten jest całkowicie nierealny, mamy ochotę przetrzeć oczy i upewnić się, że to co widzimy istnieje naprawdę.
To właśnie to niezwykłe przedstawienie przygotowywane dla nas co roku przez bieszczadzką przyrodę i naturę zwabia w te piękne okolice tysiące turystów. Są i tacy, którzy uważają, że nie ma co przyjeżdżać w te strony latem, gdy góry są zdecydowanie bardziej zatłoczone. Zastanówmy się zatem co oferuje nam jesień w Bieszczadach i jak możemy tu spędzić nasz posezonowy urlop.
Wspaniałe bieszczadzkie szlaki górskie są chyba tym co najbardziej przyciąga w te strony. Nie należą one przy tym do najłatwiejszych. Bieszczady, jako góry należące do Karpat Wschodnich, posiadają wszystkie ich cechy. Spotkamy się tu zatem ze znacznym nachyleniem stoków, bardzo gęstymi lasami, niezwykle śliskim i miejscami głębokim błotem oraz uporczywym skwarem w szczytowych partiach szlaków na bezdrzewnych połoninach. Mimo wielu trudów związanych z pieszymi wędrówkami w Bieszczady co roku przyjeżdżają tysiące turystów szukających ciszy, spokoju i oderwania od codziennych problemów.
Prawdą jest jednak, że w związku z rosnącą popularnością Bieszczadów, szczególnie w okresie letnim, coraz trudniej o ciszę i spokój na szlakach. Niemal w trakcie każdej wycieczki spotkamy tu dużą ilość innych piechurów również delektujących się pięknem bieszczadzkiego kresu. Powstaje zatem pytanie o to w jaki sposób odpocząć w tych stronach w górach i jednocześnie nie spotkać nikogo na szlaku? Wydaje się, że jesień w Bieszczadach jest znakomitą odpowiedzią.
Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego kiedy to z gór znikają głośne wycieczki w Bieszczady wraca ich naturalny, dziewiczy urok. Jeśli pokusimy się o wyjazd w te strony jeszcze późniejszą jesienią – w październiku, albo najlepiej w listopadzie – wówczas samotna wędrówka górska jest niemal murowana. To właśnie wtedy będziemy mogli w spokoju i zadumie maszerować zatopieni w naszych myślach, podziwiać piękne bieszczadzkie widoki i niezwykłą grę jesiennych barw.
Bieszczady słyną także z ciekawej i zawiłej historii. Poszukując zatem koncepcji na to jak spędzić jesień w Bieszczadach jednym z lepszych pomysłów będzie skupienie się w trakcie naszego wyjazdu na próbie odnalezienia wielu nadal istniejących śladów burzliwej przeszłości tych pięknych gór. Jedną z możliwości będzie odwiedzenie którejś z do dziś stojących bieszczadzkich cerkwi. W tym jednak przypadku w większość poszukiwanych przez nas miejsc dojedziemy po prostu samochodem. Jeśli zaś chcemy poczuć dreszczyk emocji związany z prawdziwymi poszukiwaniami, a jednocześnie spędzić cały dzień w terenie na wędrówce wówczas zdecydowanie powinniśmy zabrać się za odnalezienie jednej z nieistniejących już dzisiaj bojkowskich wsi.
Choć niektórzy o tym nie wiedzą obszar Bieszczadów był w okresie międzywojennym jednym z najgęściej zaludnionych w całej Europie. Ilość ludzi przypadająca tu na kilometr kwadratowy dorównywała tej spod Paryża! Kulturowy i demograficzny obraz Bieszczadów uległ jednak całkowitej zagładzie na fali powojennych wysiedleń rdzennej ludności rusińskiej. Po setkach tutejszych wsi tętniących niegdyś życiem pozostała jednie kompletna pustka zarastana powoli przez las. Po dziś dzień uważny obserwator w trakcie bieszczadzkiej przechadzki jedną z dolin dostrzeże bardzo wyraźne zarysy tarasowych pól i miedz.
Kto zainteresuje się tematem odrobinę bardziej ten może z łatwością zdobyć przedwojenne mapy przedstawiające układ dawnych wsi i ich zabudowań. Tak wyposażeni możemy ruszyć w teren, gdzie będziemy wędrować od jednej podmurówki spalonej przed dekadami bojkowskiej chaty do drugiej. W gąszczu tarniny odnajdziemy też puste cerkwisko i zapomniany cmentarz z chylącymi się ku ziemi, niszczejącymi nagrobkami. Miejscami chyba najlepszymi w całych Bieszczadach do takich eksploracji będą tereny nieistniejących wsi Krywe i Tworylne.
Jesień w Bieszczadach to także wymarzona pora na aktywny wypoczynek. Możemy tu swobodnie wybierać między wycieczkami rowerowymi, spacerami z psem i oczywiście grzybobraniem. Bieszczady wszak to jednej z najbardziej „grzybnych” obszarów naszego kraju. Nie będą przekłamaniem historie o grzybiarzach wracających z lasu z pełnymi wiadrami, ani o grzybach o kapeluszach o wielkości dużego talerza. Tu natura jest naprawdę hojna!
Grzybobrania w Bieszczadach cieszą się dużą popularnością dlatego szykując się na taki wypad należy zawczasu zarezerwować sobie miejsce noclegowe. Poszukując przy tym odpowiedniego lokum powinniśmy kierować się zasadą aby nasze miejsce noclegowe nie było położone w jednej z głównych miejscowości turystycznych. W takim rejonie lasy mogą być już przebrane. O wiele lepiej będzie celowo znaleźć nocleg gdzieś na uboczu, w niewielkiej, mało znanej wsi i właśnie tam po rozmowie ze starszymi mieszkańcami okolicy wybrać się do lasu.
Kolejnym świetnym pomysłem na jesień w Bieszczadach będzie spędzenie krótkiego nawet urlopu nad Jeziorem Solińskim. Po sezonie wszak otaczające je miejscowości z Soliną na czele pustoszeją i zdecydowanie zyskują na atrakcyjności. Latem w okolicach tych nie powinny nas dziwić tłumy rozkrzyczanych turystów, duże gromady dzieci itp. Po sezonie zaś wreszcie będziemy mieli okazje w spokoju przespacerować się uliczkami pełnymi restauracyjek, barów i sklepów. Również plaże będą mniej oblegane. Oczywiście o tej porze roku jest już o wiele chłodniej. Nie możemy zatem zapomnieć o ciepłych ubraniu na wieczorny spacer nad wodą.
Wszystkie dotychczas opisane pomysły na to jak spędzić jesień w Bieszczadach były propozycjami na mniej lub bardziej aktywne spędzanie czasu. Nie każdy jednak musi lubić tę formę wypoczynku dlatego na koniec warto wspomnieć o jednej z możliwości dla osób pragnących po prostu odpocząć fizycznie. Musimy wszak pamiętać o tym, że Bieszczady to region słynący ze ogromnego wyboru wspaniałych gospodarstw agroturystycznych. Jest ich tu naprawdę bez liku, dlaczego zatem nie zaszyć się po prostu w jednym z nich?
To właśnie tutaj będziemy mogli chociaż na parę chwil powrócić do korzeni, odpocząć w stylowej drewnianej chacie, w otoczeniu zieleni i zwierząt. Odzyskaniu wewnętrznej równowagi i nabraniu sił do dalszej pracy będą sprzyjały chwile spędzone rano z kawą w ręku na tarasie, obiady w ogrodzie na trawie, czy wieczory przy kominku. I tutaj przyda nam się ciepły sweter, którym opatulimy się na wypadek pojawienia się chłodu czy porannej gęstej mgły.
Na koniec wypada odpowiedzieć na pytanie o to czy jesień w Bieszczadach to dobra pora roku na planowanie wypadu w te niezwykłe góry? Po tym wszystkim co zostało napisane powyżej nasze zdanie na ten temat jest chyba jasne. Dla nas samych jesień w Bieszczadach to de facto najlepszy okres, w którym najchętniej odwiedzamy te strony.
Sprzyja temu naprawdę wiele. Pogoda wydaje się mniej uciążliwa niż latem, kiedy to często obezwładniające upały utrudniają dłuższe górskie eskapady. Przyroda daje jesienią prawdziwy popis trudny do odnalezienia tu o innych porach rok czy w innych stronach naszego kraju. Co dla nas najważniejsze, zdecydowanie maleje ilość turystów spotykanych na szlaku. To właśnie jesienią nareszcie w górach jesteśmy tylko my i otaczająca nas przyroda. To właśnie dla tego uczucia wracamy tu raz po razu o to właśnie dlatego tak bardzo kochamy Nasze Bieszczady.
Bieszczady co roku cieszą się chyba coraz większym zainteresowaniem. Wyprawa w Bieszczady staje się marzeniem coraz większej rzeszy podróżników. Nic w tym dziwnego – turystów przyciągają tutaj niezliczone atrakcje, wspaniałe górskie szlaki, możliwości aktywnego spędzania czasu, Jezioro Solińskie czy niezwykle bogata i ciekawa bieszczadzka historia. Wszystko to dzieje się w obliczu faktu, że inne polskie góry w sezonie letnim są coraz bardziej zatłoczone. Coraz częściej aby wejść na szczyt i chociaż rzucić okiem na otaczający nas widok musimy stać w długiej kolejce co dla wielu miłośników górskiej przyrody, ciszy i spokoju jest po prostu nie do przyjęcia. Z pomocą przychodzą tutaj właśnie Bieszczady.
Coraz częściej słyszymy zatem o ludziach szykujących się na pierwszy w życiu wyjazd w Bieszczady. Dla wielu z nich jest to przy tym prawdziwa wyprawa. Trudno się temu dziwić – Bieszczady leżą wszak w odległym zakątku Polski cechującym się najniższym zaludnieniem w kraju. Nie znajdziemy tu dużych miast, miejskich tramwajów, nie wszędzie także dojeżdża pociąg. Odpowiednie przygotowanie do wypadu w te przez wielu uważane za najpiękniejsze góry Polski wymaga naprawdę solidnego przygotowania. Postaramy się w kilku punktach poradzić jak sprawić by wyprawa w Bieszczady była udana i na zawsze zapisała się pozytywnie w naszej pamięci. Zapraszamy do lektury!
Tak jak powiedzieliśmy to już powyżej Bieszczady stwarzają niezliczone możliwości spędzania wolnego czasu. Starając się zatem aby nasza wyprawa w Bieszczady była jak najbardziej udana pierwszym pytaniem jakie musimy sobie zadać jest to dokąd dokładnie chcemy jechać i co dokładnie zamierzamy tam robić. Do nasze dyspozycji mamy kilka pomysłów na wyjazd:

Kolejna rzecz, nad którą musimy się dłuższą chwilę zastanowić jeśli chcemy zadbać o to aby nasza wyprawa w Bieszczady była niezapomnianym przeżyciem jest pora roku naszego wyjazdu. Oczywiście najłatwiejsze będzie jego zorganizowanie w sezonie letnim kiedy całe Bieszczady tętnią życiem, otwarte są wszelkie miejsca noclegowe, bary, czy restauracje. O tej porze roku jednak na szlakach i w bieszczadzkich dolinach spotkamy najwięcej ludzi. Ci z nas, którzy ponad wszystko cenią sobie spokój i kochają Bieszczady za to trudne już dziś do odnalezienia poczucie zagubienia w czasie i przestrzeni powinni pomyśleć o wyjeździe w te piękne góry po sezonie.
Dla nas samych najlepszym okresem na odwiedzenie bieszczadzkiego kresu są miesiące od listopada do kwietnia. To właśnie wtedy wielokrotnie zdarza się, że jesteśmy jedynymi gośćmi pensjonatu, na szlakach nie spotykamy absolutnie nikogo, w trakcie naszych wycieczek towarzyszy nam jedynie drzemiąca zimowym snem przyroda, a za oknem nie ma nic oprócz nieprzeniknionej ciemności. To właśnie o tej porze roku, mimo często niesprzyjającej pogody, możemy poczuć się jak prawdziwi odkrywcy przedzierający się przez dziewicze tereny w poszukiwaniu majaczących w zaroślach zapomnianych bojkowskich cmentarzy czy tętniących niegdyś życiem dolin. Wyprawa w Bieszczady jesienią, zimą, czy wczesną wiosną nastręcza jednak kilka dodatkowych trudności organizacyjnych, o czym poniżej.
Bieszczady to nadal bardzo dziewiczy obszar naszego kraju. To istne królestwo przyrody. Dominuje tu surowy, ostry klimat, nagłe zmiany czy załamania przyrody nie są niczym nadzwyczajnym. Starając się zatem aby nasza wyprawa w Bieszczady przebiegła jak najbardziej komfortowo i bezpiecznie musimy zadbać także o zabranie ze sobą odpowiedniej odzieży oraz akcesoriów, które mogą okazać się przydatne.
k bez bielizny termicznej. W środku zimy w ciągu dnia nie będzie niczym nadzwyczajnym wędrowanie w mrozie ok. minus 20 stopni. Jedynym rozwiązaniem aby wrócić z gór bez zapalenia płuc będzie nabycie najgrubszej dostępnej, najlepiej wełnianej bielizny termicznej.O ile odpowiedź na pytanie o to co jeść w Bieszczadach nie nastręcza większych problemów w okresie letnim gdy otwarte są bary i restauracje o tle po sezonie kwestia ta staje się bardziej problematyczna. Dbając o to aby nasza wyprawa w Bieszczady nie oznaczała jednocześnie kilkudniowej głodówki musimy przede wszystkim upewnić się, że miejsce noclegowe, w którym mamy zamiar spędzić nasz wypad oferuje dostęp do w pełni wyposażonej kuchni. Szczególnie ważne będzie to w okresie jesieni, zimy i wczesnej wiosny kiedy to wszelkie jadłodajnie są z reguły zamknięte, a my jesteśmy zdani jedynie na to co sami sobie ugotujemy.
Chwili namysłu wymaga także odpowiedź na pytanie co zabrać ze sobą na naszą górską wędrówkę. My sami proponujemy tutaj zestaw, z którego korzystamy za każdym razem będąc w górach i to niezależnie od pory roku. Warto zatem spakować do plecaka napój izotoniczny pomagający w regeneracji sił po mozolnej wspinaczce bieszczadzkimi szlakami. Nie należy zapominać także o cieplej herbacie w termosie, kanapkach i oczywiście sporej dawce czegoś słodkiego do przegryzienia co pomoże nam uzupełnić stracone kalorie. Po raz kolejny kierując się zasadą dbałości o własne bezpieczeństwo i wygodę lepiej zabrać ze sobą za dużo jedzenia nawet na zanoszący się na krótki spacer niż opaść z sił pośród deszczu i mgieł. Przezorny zawsze ubezpieczony!
Mówiąc o tym jak powinna być zorganizowana wyprawa w Bieszczady dużo miejsca poświęciliśmy kwestiom bezpieczeństwa. Staramy się przy tym zwracać uwagę jak zadbać o to, żeby wyprawa była bezpieczne, wygodna i przyjemna. Co jednak jeśli pomimo naszych wysiłków zdarzy się jakieś nieszczęście i będziemy musieli wzywać pomocy? Może przecież zdarzyć się także, że wypadek nie będzie dotyczył nas samych – możemy na przykład na szlaku spotkać innych turystów potrzebujących wsparcia. Jak się wówczas zachować?
Z pomocą przyjdzie nam czuwający 24 godziny na dobę nad naszym bezpieczeństwem GOPR Bieszczady. Obowiązującym numerem alarmowym jest 601-100-300 lub 985. W Bieszczadach na ogół nie ma problemu z zasięgiem sieci telefonicznej. W przypadku braku sygnału należy czym prędzej udać się na najbliższe wzniesienie i stamtąd ponowić próbę kontaktu z ratownikami.
W tym miejscu chcielibyśmy ponowić kwestię odpowiedniego przygotowania. Absolutną podstawą w Bieszczadach jest odpowiedni dobór butów i odzieży na daną wycieczkę, dzień i porę roku. Naprawdę lepiej jest nieść ze sobą parę dodatkowych akcesoriów jak wspomniane już czołówki, GPS, czy koc ratowniczy niż prosić się o problem w przypadku sytuacji awaryjnej.
Na sam koniec pozostaje nam odpowiedzenie na pytanie o to czy wyprawa w Bieszczady do dobry pomysł? Czy duża ilość przygotowań opisany powyżej oznacza, że wyprawa w Bieszczady nie jest dla każdego? Absolutnie nie! Wyjazd w Bieszczady jest doskonałym pomysłem naprawdę dla każdego, nawet dla rodziców z niemowlakiem. W Bieszczady naprawdę warto jechać zawsze i o każdej porze roku.
Jedyne co staramy się podkreślić w niniejszym poradniku to fakt, że do naszego wymarzonego wypadu w góry trzeba się po prostu dobrze przygotować. Jak widać jednak nie są to przygotowania wykraczające poza normę innych turystycznych wyjazdów. Chwila spędzona nad planowaniem podróży zaoszczędzi nam kłopotu w trakcie pobytu w najpiękniejszych górach Polski, a one już same wynagrodzą nam wszelkie trudy swoimi niezwykłymi widokami, atrakcjami i magicznym klimatem!
Bieszczady co roku przyciągają coraz to większe rzesze turystów. Przyjeżdżają oni tu ze względu na niezliczone atrakcje, możliwość aktywnego spędzania czasu oraz przede wszystkim wspaniałe górskie szlaki. Coraz więcej osób przybywa również w te piękne góry z dziećmi. Dla wielu z nich powstaje pytanie czy w takim razie przyjazd w Bieszczady z niemowlakiem to dobry pomysł? Czy niedługo po urodzeniu dziecka powinniśmy na parę lat odpuścić sobie nasze bieszczadzkie eskapady, czy może właśnie wręcz przeciwnie, posiadanie malutkiego dziecka nie nastręcza większych problemów i spokojnie możemy wybrać się z nim w nasze ukochane góry? O tym wszystkim poniżej!
Jeśli wybieramy się w Bieszczady z niemowlakiem to zdecydowanie musimy zacząć od gruntownego przygotowania do takiej wyprawy. Bez niego może ona być wręcz niebezpieczna dla naszego maleństwa, z nim zaś będzie przyjemnym wypadem. Jak zatem zabrać się do planowania naszego wyjazdu? Podzielmy nasze przygotowania na kilka punktów opisanych poniżej.


Dwa elementy ekwipunku na wyjazd w Bieszczady z niemowlakiem z uwagi na ich wagę postanowiliśmy opisać w osobnych punktach. Pierwszym z nich jest nosidełko, które będzie centralnym punktem naszego wyposażenia. Chcąc wędrować z naszym maluchem po bieszczadzkich szlakach, które należą do dość trudnych i wymagających technicznie musimy zawczasu dobrze przemyśleć to w jaki sposób chcemy nieść nasze dziecko.
Jeśli dziecko jeszcze nie siedzi samodzielnie wówczas chyba najlepszym rozwiązaniem będzie chusta. Będziemy mogli nosić naszego niemowlaka w niej na biodrze, brzuchu czy plecach. Ważne aby pamiętać o tym, że dziecko w chuście nosimy zwrócone ku nam, a nie odwrotnie. Jeśli zależy nam na nosidełku dla dziecka jeszcze niesiedzącego wówczas musimy zaopatrzyć się w nosidło z wkładką dla noworodka.
Z kolei jeśli nasz maluch siedzi już samodzielnie wtedy możemy spokojnie poszukać odpowiadającego nam nosidełka. Obowiązuje tutaj przy tym jedna nadrzędna zasada – powinniśmy szukać nosidełka, w którym nóżki dziecka nie zwisają bezwładnie obciążając tym samym jego staw biodrowy oraz kręgosłup. Nosidełko, które powinno nas interesować to wyłącznie tzw. nosidełko ergonomiczne.
Drugim elementem naszego ekwipunku, który jest szczególnie ważny będzie wózek dziecięcy. Jest on przy tym o tyle kluczowy, że jeśli chcemy koniecznie właśnie z nim wędrować przez bieszczadzki kres wówczas spora część szlaków będzie dla nas niedostępna. Do naszej dyspozycji pozostaną wówczas właściwie jedynie mniej kamieniste i niezbyt nachylone ścieżki spacerowe w dolinach. Należy pamiętać, że Bieszczady słyną z błotnistości swoich szlaków i znacznego nieraz nachylenia – złym pomysłem byłoby wybieranie się na takie właśnie drogi z wózkiem dziecięcym.
Co do samego wózeczka to należy zadbać o to aby nie wyprawić się na bieszczadzki spacer z wózkiem typowo miejskim. Nieodzowne będą tutaj duże koła z głębokim bieżnikiem. Ważne by wózkiem łatwo dawało się manewrować – przyda się to przy omijaniu przeszkód na wiejskich ścieżkach. Nie możemy także zapomnieć o zadaszeniu dla naszego malucha na najbardziej słoneczne dni. Wózek powinien nam także pozwolić na zabranie jak największej ilości drobiazgów oraz przekąsek dla nas samych oraz dla naszej pociechy.
Bieszczady słyną z tego, że jest tutaj co robić zawsze, o każdej porze roku i nawet w razie niepogody. Setki turystów rozkoszują się co roku tutejszą przyrodą, widokami, ciszą i poczuciem zagubienia w czasie i przestrzeni. Nie pozostaje nam zatem nic innego jak odpowiedzenie na tytułowe pytanie o to, czy wyjazd w Bieszczady z niemowlakiem to dobry pomysł? Czy posiadanie małego dziecka musi powodować przerwę w wizytach w naszych ukochanych górach? Czy może do czasu aż dziecko dorośnie powinniśmy raczej planować wakacje w hotelu ze spa, a nie w krainie bieszczadzkiego kresu?
Po wszystkim co zostało napisane powyżej wydaje się, że odpowiedź jest bardzo prosta – oczywiście, że wypad w Bieszczady z niemowlakiem to dobry pomysł! Możemy to jednak powiedzieć z czystym sumieniem pod kilkoma warunkami. Głównym i najważniejszym z nich jest podkreślane już przygotowanie. Bez niego rzeczywiście wypoczynek w tych wymagających górach z małym dzieckiem mógłby okazać się nieodpowiedzialnością. Jednak chwila zastanowienia jak taki wyjazd zorganizować i o o zadbać sprawi, że do domu wrócimy z uśmiechem od ucha do ucha, a taki urlop będziemy długo i pozytywnie wspominać. Mamy szczerą nadzieję, że nasz krótki artykuł pomoże w planowaniu takiego wyjazdu!
W Bieszczady z psem? Niektórzy powiedzą: ale jak to, po co, a to w ogóle można tak? Tymczasem inni jak gdyby nigdy nic spokojnie wybierają się w te najpiękniejsze góry w kraju ze swoim czworonogiem i przemierzają tutejsze dzikie ostępy i puste szlaki. Bieszczady to właśnie wielkie puste przestrzenie, dzika, oszałamiająca przyroda i wolność, którą tak ciężko w dzisiejszym świecie znaleźć. Jeśli zaś wolność to cóż lepszego niż długie, niekończące się spacery lasami i łąkami. Chyba nic innego jak taki właśnie kontakt z przyrodą i naturą nie sprzyja odpoczynkowi, chwili zadumy i refleksji nad naszą codziennością. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kochają te nasze Bieszczady.
Góry te słyną z niezliczonych atrakcji dosłownie dla każdego. Wśród nich królują niepodzielnie oczywiście bieszczadzkie szlaki górskie ale oprócz nich osoby, które nie przepadają za górskimi wędrówkami także znajdą tu coś dla siebie. Zadziwia ilość możliwości na to co robić w Bieszczadach z dziećmi czy nawet gdy pada deszcz. Ogółem można powiedzieć, że góry te to wymarzone miejsce na aktywne spędzanie czasu. A jeśli o tym z kolei mowa to wśród pomysłów na aktywny wypoczynek w tych stronach nie może zabraknąć planów na wypad w Bieszczady z psem. To właśnie z naszym czworonogiem będziemy w ciszy i spokoju przemierzać gęste lasy i bezkresne łąki. Dla nas samych jest to jedna z ulubionych form wypoczynku. Czy jednak wolno nam wędrować przez Bieszczady z psem? Jak przygotować naszego zwierzaka to takiego wypadu? Gdzie wybrać się na przechadzkę? O tym wszystkim poniżej!
Zacznijmy od tego czy w ogóle wolno nam wybrać się na wycieczkę w Bieszczady z psem? Góry te, jak wiemy, pokrywają dość znaczny obszar. Różnie też są one dzielone jeśli chodzi o ich budowę wewnętrzną oraz różnie określane są ich granice. Co jednak dla nas najważniejsze gdy planujemy wyjazd w Bieszczady z psem sporą ich część zajmuje Bieszczadzki Park Narodowy. O innych zasadach będziemy mówić zatem w odniesieniu do samego Parku, a o innych jeśli chodzi o resztę terytorium tych wspaniałych gór.
O wprowadzaniu psów na szlaki jasno wyraża się Regulamin Bieszczadzkiego Parku Narodowego mówiąc:
Zabrania się wprowadzania psów na szlaki turystyczne i ścieżki przyrodnicze, za wyjątkiem odcinków prowadzących wzdłuż dróg publicznych. Osoby niepełnosprawne mają prawo poruszać się po szlakach i ścieżkach wraz ze specjalnie oznaczonym psem asystującym.
Cytowany punkt regulaminu nie pozostawia właściwie miejsca na żadne dywagacje czy dalsze domysły – na szlaki w Bieszczadach objętych terenem Parku z psem po prostu nie wejdziemy. Oczywiście zdarza nam się dość często mijać w górach zadowolonych z siebie turystów wędrujących na szczyty Bieszczadów Wysok
ich ze swoimi umęczonymi wspinaczką czworonogami. Zastanawiamy się wtedy zawsze czy osoby te nie pomyślały po prostu o tym, że być może psy nie są mile widziane w parku narodowym, czy mają w nosie wytyczne jego regulaminu? Nie warto chyba nawet wspominać o losie biednych pupili, dla których kilkugodzinna wędrówka ścieżkami o znacznych nieraz nachyleniach typowych dla Bieszczadów z pewnością nie wychodzi na zdrowie.
Na całe szczęście miłośników psów, do których i my sami się zaliczamy, nie cały obszar Bieszczadów jest objęty parkiem narodowym. W przeważającej zatem części tych gór mamy niemal całkowitą dowolność planowania wyprawy z psem. Do wachlarza naszych możliwości należą szlaki górskie, ścieżki przyrodnicze, czy po prostu niezliczone tutaj wiejskie drogi i ścieżynki. O tym wszystkim gdzie warto się w takim razie wybrać przeczytasz poniżej. Najpierw zastanówmy się nad tym jak przygotować naszego czworonoga na wycieczkę?
Wyobraźmy sobie teraz zatem za mamy już za sobą pierwszą fazę planowania wyjazdu w Bieszczady z psem. Wiemy w jaki rejon tych gór jedziemy, sprawdziliśmy, że okolica nie należy do terenów Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a zatem będziemy mogli tam spacerować z naszym pupilem, mamy też nocleg akceptujący czworonogi. Pozostaje nam zatem przejść do szczegółów. Zanim jednak ustalimy dokąd dokładnie chcemy powędrować zatrzymajmy się chwilę nad samym przygotowaniem psa. Co zrobić aby nasza wyprawa była dla niego wygodna i przyjemna?
Wybierając się na bieszczadzki spacer z psem nawet jeśli nie jest on zbyt długi, a w szczególności latem, musimy zabrać ze sobą kilka dodatkowych rzeczy. Przede wszystkim musimy pamiętać o smyczy. Mimo tego, że poruszać się będziemy głównie wiejskimi czy polnymi drogami niejednokrotnie zdarzy się, że będziemy musieli prowadzić naszego pupila choćby przez chwilę na uwięzi. Dobrze przy tym aby smycz była dostatecznie długa, najlepiej wysuwana i umożliwiała naszego psiakowi penetrację okolicznych zarośli. Oprócz niej dobrze aby pies miał na sobie szelki, a nie obrożę – w ten sposób łatwiej będzie nam go kontrolować nie robiąc mu przy tym krzywdy.
Kolejna rzecz to plecak. Oprócz naszego prowiantu i innych drobiazgów dla nas samych będziemy w nim nieść wodę do picia dla psa oraz miskę. Najlepiej sprawdzają się tutaj miseczki składane, które w plecaku nie zajmują zbyt dużo miejsca. Nie może zabraknąć nam także czegoś do jedzenia – przyda nam się choćby niewielka puszeczka psiej karmy, którą w trakcie odpoczynku damy pupilowi do jedzenia. Pomocny okaże się też scyzoryk do otwarcia puszki i nakładania karmy. Jeśli wybieramy się na naszą wędrówkę zimą warto także pamiętać o okryciu dla psa.
No dobrze, skoro wiemy już, że w Bieszczadzkim Parku Narodowym nie możemy wędrować z naszym psem i przygotowaliśmy jego i siebie na nasz wypad w góry to przyszedł czas na decyzję gdzie dokładnie się wybierzemy. I tutaj mamy naprawdę bardzo szerokie pole do popisu. Oprócz terenu Parku Narodowego celem naszej wycieczki mogą być praktycznie wszystkie możliwe okolice. Tylko od naszej wyobraźni zależeć będzie czy wybierzemy się na na przykład na jeden z dostępnych dla nas górskich szlaków takich jak choćby te w masywie Wysokiego Działu, Łopiennika, Okrąglika i Jasła, Otrytu czy okolic Dwernika Kamienia oraz Magury Stuposiań
skiej i innych. Jeśli nie chcemy męczyć zanadto naszego zwierzaka stromymi podejściami wówczas do dyspozycji mamy całe okolice Jeziora Solińskiego, doliny Sanu i wiele wiele innych urokliwych i spokojnych miejsc.
My sami jako osoby zainteresowane głównie historią Bieszczadów zwiedzamy najczęściej tereny dawny, nieistniejących bojkowskich wsi. Nasze ulubione okolice to praktycznie cała dolina Sanu u podnóża Otrytu z terenami Hulskiego, Krywego i Tworylnego. Bywaliśmy nie raz także w okolicach Terki, na terenach Studennego. Inne spacery zawiodły nas głęboko w dolinę wsi Paniszczów, Sokołowa Wola oraz w okolice Lipia, Bystrego i Michniowca. W naszych wyprawach, niezależnie od pory roku, zwykle towarzyszy nam nasz owczarek niemiecki. Wszystkie wspomniane trasy są co najwyżej długie, nigdy strome, czy trudne technicznie – psiak spokojnie da tam sobie rade.
Na koniec pozostaje nam chyba jedynie odpowiedzenie na pytanie czy w ogóle warto planować i wybierać się w Bieszczady z psem? Tutaj pewnie nikogo nie zaskoczymy – oczywiście, że warto! Pisząc już od dość dawna blog o Bieszczadach na wszelkie możliwe sposoby staramy się przekazać naszą fascynację tym niezwykłym regionem naszego pięknego kraju i zarazić nią tak mocno jak to tylko możliwe. Nie zdziwi zatem zapewne nikogo fakt, że uwielbiamy wszelkie formy spędzania czasu w tych niezwykłych górach. Nie inaczej będzie jeśli chodzi o wypady w Bieszczady z psem. Sami jesteśmy ich zwolennikami i de facto w większości naszych wędrówek towarzyszy nam nasz czworonóg. Wspólne spacery pozwalają nam oderwać się od codziennego zgiełku i pośpiechu typowego dla dużych miast, zatopić się w we własnych myślach i delektować pięknem przyrody. Naprawdę warto!
Bieszczadzkie szlaki co roku przyciągają coraz to nowych miłośników. W całej Polsce znane są Połonina Caryńska, Połonina Wetlińska, Tarnica czy Rawki. Masywy te niestety szczególnie w sezonie z racji swojej ogromnej popularności przeżywają istne oblężenie. Ciężko jest tu znaleźć chwilę, w której będziemy sam na sam z dziką, oszałamiającą przyrodą Bieszczadów. Osoby poszukujące zatem prawdziwej ciszy oraz spokoju w trakcie górskiej wędrówki coraz częściej muszą spędzić solidną ilość czasu na studiowaniu mapy Bieszczadów tak, aby znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Jedną z takich mniej znanych, a niezwykle ciekawych górskich propozycji będzie wybór ścieżki na Dwernik Kamień z Zatwarnicy.
Dwernik Kamień (oryginalna, dawna nazwa to Holica) to jeden z mniej znanych bieszczadzkich szczytów. Jego masyw położony jest u północnych stoków Połoniny Wetlińskiej pomiędzy dolinami Nasicznego i Zatwarnicy. Jest to nadal stosunkowo dzikie i zdecydowanie mniej uczęszczane miejsce niż połoniny. Masyw Dwernika Kamienia porośnięty jest gęstym, pięknym lasem. Jedynie na jego wierzchołku, na którym znajdziemy okazałe wychodnie skalne znajduje się niewielka polana, z której roztacza się zaskakujący widok dający wgląd we wszystkie najważniejsze masywy Bieszczadów Wysokich.
Dwernik Kamień można zdobyć z dwóch stron, idąc dwiema różnymi ścieżkami historyczno-przyrodniczymi. Z Zatwarnicy wiedzie nań ścieżka o znakowaniu zielonym (dłuższa i trudniejsza do pokonania). Z koli od strony Nasicznego na szczyt prowadzi ścieżka o znakowaniu czerwonym (krótsza i łatwiejsza). My sami zdecydowaliśmy się zdobyć Dwernik Kamień z Zatwarnicy licząc na nieco dłuższą wędrówkę oraz większą dawkę ciszy i mniej turystów spotykanych na szlaku. Opłaciło się…
Zatwarnica przez wielu uważana jest za kwintesencję dzikości Bieszczadów. Ta dawna bojkowska wieś, a dziś niewielka, zapomniana przez wszystkich osada położona jest w jednej z dolin na północnych zboczach Połoniny Wetlińskiej. Dojazd do niej do niedawna był bardzo utrudniony ze względu na niezwykle zniszczoną nawierzchnię (została wyremontowana w lecie 2016 roku). Znajduje się tu ledwie kilka miejsc noclegowych oraz dosłownie parę zabudowań. Jest to jednak miejsce niezwykłe.
Z osady tej można wyruszyć na kilka niezwykle ciekawych wycieczek pieszych czy rowerowych. Swój początek biorą tu wszak ścieżki wiodące do niemal legendarnej dziś dawnej wsi Krywe oraz dalej aż do również nieistniejącej wsi Tworylne. Możemy stąd rozpocząć także wycieczkę na Połoninę Wetlińską przez Suche Rzeki oraz w końcu możemy zdobyć także ruszyć ścieżką na Dwernik Kamień z Zatwarnicy. Nawet jeśli wybierzemy się jednak do Zatwarnicy tylko po to żeby zwiedzić najbliższą okolicę i tak będziemy zachwyceni. Wrażenie odosobnienia i zagubienia w czasie i przestrzeni jest tutaj nieporównanie silne. Oszołomi nas również dzikość i bujność tutejszej przyrody oraz piękno pobliskiego Sanu meandrującego w głębokiej i wąskiej dolinie.
Hylaty ma opinię najpiękniejszego bieszczadzkiego potoku. Nie jest ona chyba rzeczywiście przesadzona. Niezwykłe wrażenie robi sam potok, ale także jego otoczenie oraz słynny wodospad. Potok swe źródła bierze niemal u szczytów Połoniny Wetlińskiej. Płynie następnie wartko przez dziki, przepastny las porastający głęboką i niedostępną dolinę. Wysiłek dostania się w te strony będzie nagrodzony wspaniałymi wrażeniami nawet jeśli planujemy jedynie zobaczenie Hylatego oraz wodospadu na nim się znajdującego.
Chcąc jednak zdobyć Dwernik Kamień z Zatwarnicy mijamy wodospad i ruszamy dalej głęboką i porośniętą niezwykle bujną roślinnością doliną. Po kilku minutach marszu docieramy do miejsca gdzie oznakowana na zielono ścieżka historyczno-przyrodnicza skręca w lewo w gęsty las i wśród sędziwych drzew zaczyna piąć się pod górę.
Ścieżka jest tu bardzo wygodna, szeroka i w porównaniu do innych bieszczadzkich szlaków niezbyt stroma. Kroczymy nią wygodnie to raz pokonując niewielkie wzniesienia, to znów schodząc do dość głębokich jarów, w których przekraczamy płytkie potoki. Po nieco bardziej stromym odcinku docieramy na szczyt Magury, na którym mijamy niewielką polankę z rzadziej rosnącymi drzewami.
Dalej pokonujemy obszar wycinki i zrywki drzew po czym docieramy do fragmentu szlaku, na którym po raz pierwszy w prześwitach między drzewami pojawiają się pierwsze widoki Połoniny Wetlińskiej zwiastujące późniejszą ucztę dla oczu w postaci panoramy z wierzchołka Dwernika Kamienia. Schodzimy następnie na wyraźnie widoczne na mapach siodło, z którego pniemy się dalej w kierunku szczytu góry.
Będąc już bardzo blisko wierzchołka Dwernika Kamienia docieramy do bardzo osobliwego miejsca. Oto w jasnym, świetlistym bukowym lesie napotykamy na ślady okopów z czasów I wojny światowej. W trakcie tego globalnego konfliktu przez Dwernik Kamień przechodził bowiem front wschodni. Odpoczywając dziś pośród szumiących drzew w niczym niezmąconej ciszy trudno uwierzyć, że niegdyś w jakiejś bardzo odległej i mało zrozumiałej sprawie pośród tej oszałamiającej przyrody walczyli i ginęli tu ludzie. Jest to jedno z tych miejsc, które bardzo ściśle związane jest z niezwykła historią Bieszczadów. Sprzyja refleksji i napawa zadumą. Warto też nadmienić, że my sami wędrując tym szlakiem w samym środku sezonu letniego do tego miejsca nie spotkaliśmy ani jednej osoby.
Po minięciu tablicy informacyjnej wspominającej o okopach zaledwie w ciągu kilku minut docieramy na szczyt Dwernika Kamienia. Tutaj spotykamy też pierwszych turystów, którzy zdobyli wierzchołek krótszą drogą z Nasicznego. Panorama z tego miejsca jest równie zaskakująca co zapierająca dech w piersiach. Nie wiedzieć czemu jest ona stosunkowo mało rozpromowana jeśli porównać ją z widokami z innych bieszczadzkich szczytów, o których wiadomo bardzo wiele. Tymczasem jak na dłoni widzimy tutaj przed nami wszystkie najważniejsze bieszczadzkie masywy.
Widok z Dwernika Kamienia daje niezwykły wgląd w dolinę Caryńskiego z otaczającymi ją szczytami. Za nimi jak na dłoni widzimy Gniazdo Tarnicy z rysującym się z tej perspektywy pięknie na tle nieba Bukowym Berdem oraz bardzo ciekawym widokiem samej Tarnicy. Podziwiać możemy stąd wszelkie szczegóły północnych zboczy Połoniny Caryńskiej oddzielonej głębokim wcięciem doliny Nasicznego od Połoniny Wetlińskiej oraz Rawki. Panorama sięga także daleko na południowy-zachód poprzez szczyciki północnych zboczy Połoniny Wetlińskiej.
Z Dwernika Kamienia możemy zejść do Nasicznego lub z powrotem do Zatwarnicy. My wybraliśmy tę drugą opcję i tym razem licząc na pustki na szlaku i ruszyliśmy stromymi zboczami w kierunku doliny Hylatego u podnóży Magury Nasiczańskiej. Zejście tą ścieżką jest również niezwykle ciekawe choć nie należy do najłatwiejszych. Kroczymy tu wierchem skrytej wśród drzew istnej grobli pełnej imponujących wychodni skalnych. Zbocza ostrej grzędy, którą idziemy opadają niezwykle stromo na lewo i prawo. Jej wierzch porastają nieprzebyte krzewy smagające nam raz po raz twarz. Po wyjściu z gąszczu i pokonaniu jeszcze paru stromizn docieramy wreszcie do głuchej i zarośniętej dziką przyrodą doliny. Stąd kierujemy się już prosto wzdłuż potoku do Zatwarnicy.
Ścieżka na Dwernik Kamień z Zatwarnicy to chyba jeden z najbardziej zaskakujących bieszczadzkich szlaków jakie do tej pory pokonaliśmy. Wybraliśmy się na tę wycieczkę bez większego przekonania kierując się raczej chęcią uniknięcia tłumów oraz letniego skwaru na połoninach. Tymczasem de facto była to jedna z najbardziej interesujących wędrówek.
Zbocza Dwernika Kamienia i Zatwarnicy oszałamiają przede wszystkim dziką, nieposkromioną i niezwykle bujną przyrodą. Jest ona porównywalna do tego co spotykaliśmy dotąd w Suchych Rzekach, czy dziczejących dolinach Hulskiego i Tworylczyka. Czujemy tutaj, że człowiek jest jedynie gościem w tym królestwie natury. Niezwykle interesujące są tu także liczne wychodnie skalne, samo ukształtowanie zboczy Dwernika Kamienia oraz wspomniane już pamiątki historyczne.
Najważniejszą jednak chyba cechą tej okolicy jest fakt, że w samym środku sezonu wakacyjnego spotkaliśmy tu jedynie kilkanaście osób. Niemal na całej trasie towarzyszył nam jedynie szum drzew, śpiew ptaków i inne odgłosy lasu. To wszystko sprawia, że na pewno jeszcze nie raz wybierzemy się na Dwernik Kamień z Zatwarnicy – na szlak, który mieliśmy zamiar „zaliczyć” tylko raz i raczej więcej nie zaglądać w te strony.
Od samego początku pisania naszego bloga o Bieszczadach podkreślamy, że jedną z głównych cech tych najpiękniejszych gór w Polsce jest ich niezwykła zmienność i różnorodność. Jedną z jej form jest olbrzymia ilość atrakcji oraz możliwości aktywnego spędzania czasu jakie oferują te wspaniałe góry. Turystów w te strony przyciągają wszak niezliczone możliwości – jedni przyjeżdżają tu ze względu na wspaniałe górskie wycieczki, inni chcą odpocząć nad przepięknym Jeziorem Solińskim, jeszcze inni wybierają się w Bieszczady na rowerze.
To właśnie o rowerowym wypadzie na teren bieszczadzkiego kresu chcemy tym razem Wam opowiedzieć. Widzimy, że ta forma spędzania czasu zyskuje w Bieszczadach coraz więcej zwolenników. Raz po raz na szlakach spotykamy turystów na rowerach. Zastanówmy się zatem razem czy warto jechać w Bieszczady na rowerze? Jak trudno zorganizować taki wyjazd? Skąd wziąć rower? Czy istnieją jakieś trasy rowerowe w Bieszczadach i jeśli tak to o jakim stopniu trudności? O tym wszystkim poniżej!
Bieszczady, chyba jak żaden inny zakątek naszego kraju, nadają się idealnie do aktywnego spędzania czasu. Sprzyja tu temu dosłownie wszystko. Mamy tu zatem niezwykłe urozmaicenie terenu, oszałamiająco bujną przyrodę i nadzwyczaj czyste powietrze. Przyjazd w te strony umożliwia bardzo duża ilość ciekawych miejsc, w których możemy się zatrzymać oraz bogata baza noclegowa.
Oczywiście atrakcją numer jeden są tutaj nad wyraz ciekawe bieszczadzkie szlaki turystyczne. To dzięki nim zdobędziemy połoniny, będziemy się delektować górskim powietrzem i zapierającymi dech w piersiach widokami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie jeśli chodzi o stopień trudności górskich wypraw. Bieszczady słyną wprawdzie z dość mozolnych i stromych podejść ale już nawet krótka chwila spędzona na lekturze przewodnika pozwoli nam wybrać ścieżkę czy szlak, któremu podoła nawet niewprawiony w trudach górski piechur czy dziecko.
Co jednak jeśli nie mamy ochoty na górskie wyprawy? Z pomocą przyjdzie nam wówczas wyjazd w Bieszczady na rowerze. Będzie to doskonałe rozwiązanie pod wieloma względami. Wypad taki będzie doskonałą propozycją na przykład w sytuacji kiedy nasze najmłodsze pociechy nie radzą sobie jeszcze z trudami pieszych wycieczek. Z powodzeniem będziemy mogli przewieźć je wówczas po okolicy w foteliku na naszym jednośladzie.
Bieszczady na rowerze to także świetny pomysł na lato gdy na bezdrzewnych połoninach panuje trudny do zniesienia skwar. Trasy rowerowe są tutaj poprowadzone w większości wypadków leśnymi, cienistymi dutkami gdzie palące promienie słońca nie stanowią problemu. Mknąc nimi na rowerze będziemy mogli skorzystać ze wszystkiego co w Bieszczadach najpiękniejsze – powietrze, przyroda, piękna okolica – a unikniemy gorąca, czy typowego górskiego zmęczenia.
Bieszczady to nadal tajemniczy zakątek naszego kraju, który skrywa jeszcze wiele tajemnic. Większość z nich jest związana z niezwykłą i bardzo skomplikowaną bieszczadzką historią, po której do dziś w gąszczu krzewów na odludziach pozostało wiele śladów dostępnych dopiero dla dociekliwych poszukiwaczy. Prawdą jest też, że już krótki rzut oka na mapę Bieszczadów pozwoli się nam zorientować, że w wiele obszarów tych fascynujących gór trudno się nam będzie dostać. Nie dojedziemy tam samochodem ze względu na obowiązujące zakazy wjazdu, a za daleko tam na pieszą wycieczkę. Tu znów z pomocą przyjdzie nam zaplanowanie wyjazdu w Bieszczady na rowerze.
Okazuje się bowiem, że w wiele rozpalających wyobraźnię, tajemniczych i zapomnianych przez wszystkich miejsc z powodzeniem i bez większego problemu dojedziemy właśnie rowerem. Jedyne co musimy zrobić to zaopatrzyć się w dobry przewodnik rowerowy oraz dokładną mapę. Dla osób mających zamiar udać się w bardziej odległe zakątki Bieszczadów niezłym pomysłem będzie kompas lud GPS. Tak wyposażeni możemy spokojnie ruszać w teren.
Jadąc w Bieszczady na rowerze odkryjemy miejsca odwiedzane tylko przez nielicznych. Odnajdziemy ginące w gąszczu traw, krzewów i drzew cerkwiska, na których przed laty stały dzisiaj już nieistniejące bieszczadzkie cerkwie zniszczone na fali powojennych wysiedleń rdzennej ludności z tych stron. Trafimy na ledwie widoczne dziś ślady dawnych cmentarzy, zabudowań wiejskich, pól uprawnych, a nawet na nieużywane od dekad nasypy kursującej tu niegdyś kolejki leśnej. Z łatwością dotrzemy na pokryte gęstym, wiekowym lasem wzniesienia pełne dzikiej zwierzyny, którą z pewnością spotkamy w trakcie naszej wyprawy.
Wspomnieliśmy już wcześniej o rodzinnych wypadach w Bieszczady. W górach tych znajdziemy wszak olbrzymią ilość możliwości spędzania tutaj weekendu czy wakacji z dziećmi. Jeśli nasze maluchy nie chcą chodzić po górach to możemy wylegiwać się nad wodą w Solinie lub którejś z okolicznych miejscowości. Nie będziemy się tutaj nudzić nawet jeśli będzie padał deszcz – miejsc, które warto tutaj zobaczyć starczy na kilka, jeśli nie kilkanaście, wyjazdów.
Wyjazd w Bieszczady na rowerze będzie z pewnością jednym z lepszych rozwiązań właśnie dla całej rodziny. My sami de facto najczęściej spotykamy całe familie mknące na rowerach przez bieszczadzkie bezdroża. Taki sposób spędzania wakacji ma kilka zasadniczych plusów. Po pierwsze nie musimy martwić się wiekiem naszych pociech – najmłodsze możemy z powodzeniem obwieźć po bieszczadzkich trasach rowerowych w foteliku. Starsze dzieci zaś z pewnością będą miały uciechę i solidną porcję frajdy mogąc już samodzielnie pedałować razem z nami.
Jadąc rowerem w Bieszczady nie zaprzątamy sobie głowy tym czy nasze maluchy lubią górskie wycieczki, czy dany szlak nie jest zbyt stromy, zbyt nasłoneczniony, niebezpieczny etc. Jadąc rowerem zawsze mamy możliwość szybkiego zawrócenia w przypadku załamania pogody czy innych przeciwności. Z łatwością zabierzemy też ze sobą dużą ilość napojów czy jedzenia na piknik urządzony gdzieś po drodze.
Nieco starsze dzieci zainteresuje na pewno zwiedzanie trudniej dostępnych bieszczadzkich ostępów i poszukiwanie zapomnianych śladów burzliwej bieszczadzkiej historii. Maluchy będą szczęśliwe mogą penetrować dzikie rejony, a i niejeden dorosły poczuje w sobie żyłkę odkrywcy.
Po wszystkim tym co zostało napisane powyżej odpowiedź na pytanie o to czy warto zaplanować wakacyjny czy nawet weekendowy wypad w Bieszczady na rowerze jest chyba łatwa. Planowanie takie nie nastręcza przy tym naprawdę większych trudności. Mapę oraz przewodnik rowerowy z zaznaczonymi trasami rowerowymi kupimy niemal w każdym sklepie turystycznym czy sklepie internetowym. W przewodniku takim znajdziemy dziesiątki gotowych propozycji tras z ich szczegółowym opisem, przebiegiem, stopniem trudności itp.
Ważne abyśmy zawczasu zaopatrzyli się w wygodne, sportowe ubrania dostosowane do pory roku, o której ruszamy na naszą eskapadę. Musimy koniecznie pamiętać, że klimat Bieszczadów jest naprawdę ostry i łatwo tu o szybkie załamanie pogody. W rejonie tym prognozy nad wyraz często okazują się nietrafne. Przezornie będzie zatem zabrać ze sobą kurtkę deszczową nawet w wydawało by się najcieplejszy i najbardziej słoneczny dzień. W rowerowym koszyku nie może zabraknąć kanapek, czegoś do picia i odrobiny słodyczy dla odzyskania energii utraconej na pedałowaniu.
Sam rower najlepiej byłoby zabrać z domu i przywieźć na bagażniku. Jeśli nie jest do jednak możliwe z pomocą przyjdą nam liczne w Bieszczadach wypożyczalnie rowerów. Ich listę znajdziemy w internecie lub w przewodniku rowerowym. Jeszcze z domu przezornie będzie zadzwonić do jednej z nich i umówić się na wynajem potrzebnej nam ilości jednośladów. Po tych wszystkich przygotowaniach nie pozostanie nam nic innego jak odliczać dni do wyjazdu i cieszyć się kolejną przygodą w tych górach, które tak bardzo kochamy!
Połoniny to jedna z tych rzeczy, które chyba najbardziej przyciągają turystów w Bieszczady. Miłośnicy tych pięknych stron przyjeżdżają tu z różnych powodów. Jednych wiodą tutaj liczne atrakcje, innych niezliczona ilość miejsc, które warto tu zobaczyć, możliwości tego co można tu robić z dziećmi lub gdy pada deszcz. Zdecydowana większość jednak zastanawiając się czy warto jechać w Bieszczady myśli chyba głównie o przepięknych bieszczadzkich szlakach i górskich wędrówkach. Jeśli o nich zaś mowa to turyści rozważają głównie wycieczki w Bieszczady Wysokie. W planach górskich wypadów szczególnie często pojawiają się zatem Połonina Wetlińska, Połonina Caryńska, Tarnica czy Rawki. Co sprawia zatem, że te góry, a szczególnie połoniny, cieszą się tak ogromną popularnością?
„Połonina” to wyraz pochodzenia wschodniosłowiańskiego oznaczająca miejsce puste, nieużytek, nienadające się do uprawy roli. W dzisiejszym rozumieniu jest to nazwa zbiorowisk muraw alpejskich i subalpejskich wykształconych ponad górną granicą lasu w Karpatach Wschodnich. W Polsce połoniny są przy tym wiązane głównie z Bieszczadami. To bardzo charakterystyczne dla tych stron piętro roślinności. Cechą szczególną Bieszczadów jest fakt, że nie występuje tu znane z Tatr piętro kosodrzewiny. Las składający się w wielu miejscach w przeważającej części z buków przechodzi za to niemal od razu właśnie w połoninę. Te dwa piętra roślinności oddziela jedynie wąski pas skarłowaciałych, smaganych wiatrem buków.
Połoniny to także element nierozerwalnie związany z niezwykle bogatą bieszczadzką historią. Góry te od wieków zamieszkiwane były przez rdzennych, rusińskich górali – Bojków. Zajmowali się oni głównie uprawą roli oraz hodowlą bydła, które sprzedawali na cyklicznych targach w Lutowiskach. Bieszczadzkie wsie zajęte były w tamtych czasach przez ludne wsie i usiane bojkowskimi chatami, czyli chyżami. Lasów było w Bieszczadach wówczas zdecydowanie mniej niż obecnie, wszechobecne były pola, łąki oraz pastwiska, na których wypasane było bydło. Bojkowie, szczególnie w okresie letnim, gnali je również właśnie na połoniny. Pasterzy można było spotkać w skleconych naprędce szałasach, które służyły im za schronienie w okresie wypasu. Do wsi schodzono tylko raz na jakiś czas po pożywienie. Było ono też nieraz pasterzom donoszone wprost na połoninę.
Dziś Bieszczady wyglądają zupełnie inaczej. Nie ma tu już Bojków, którzy zniknęli z tych pięknych stron na fali powojennych wysiedleń ludności podejrzewanej o sprzyjanie ukraińskim nacjonalistom. Pozostały po nich liczne ślady jak np. bieszczadzkie cerkwie. Góry są też o wiele bardzie zalesione niż niegdyś. Jest to kolejne następstwo akcji wysiedleńczej, po której widoczne do dziś pola i łąki dawnych wsi zaczęły błyskawicznie zarastać. Dziś nadal można dostrzec zarysy dawnego układu gruntów jednak niepodzielnie króluje tu przyroda. Niezmienne pozostały za to dominujące nad pustymi dolinami wyniosłe połoniny.
Są one jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Bieszczadów. Pojawiają się w kalendarzach, na pocztówkach, w niezliczonych relacjach z górskich wycieczek oraz na przeróżnyc
h stronach internetowych. Co i rusz znajdujemy je na zdjęciach turystów dokumentujących swoje górskie podboje. Są tematem niejednej panoramy czy pracy artystycznej.
Puste po wojnie doliny zasiedliły się i w Bieszczady wróciło życie. Dziś połoniny ze wszystkich stron otacza wianuszek miejscowości w sezonie letnim tętniących życiem. Pełno tu miejsc noclegowych, agroturystyk i pensjonatów. Z łatwością znajdziemy w tych stronach także niejeden bar, restaurację czy tak typową dla Bieszczadów smażalnię pstrąga. W większych wsiach szczególnie w lipcu czy sierpniu robi się naprawdę tłoczno. Ulicami gęsiego maszerują piechurzy zmierzający na szlak, w centrum można kupić przeróżne pamiątki, sery, grzyby, z jednej miejscowości do drugiej niestrudzenie mkną busiki przewożące turystów od wejścia na jeden szlak do zejścia z innego.
Nie pozostaje nam nic innego jak zastanowić się i jednocześnie odpowiedzieć na tytułowe pytanie o to dlaczego tak wiele ludzi w kraju kocha te nasze połoniny? Co takiego szczególnego mają w sobie te bezdrzewne szczyty gór, że co roku tysiące osób pielgrzymuje w te strony niemal o każdej porze roku? Odpowiedź ta może być trudna do uchwycenia, czy przekazania, szczególnie osobie, która nigdy nie była w Bieszczadach. Wszyscy ci, którzy byli tutaj choć raz wiedzą jednak, że te góry mają w sobie coś niesamowitego, jakiś niezwykły magnetyzm, który każe nam tutaj wracać raz po raz.
Bieszczady w jakiś magiczny sposób budzą w turystach skrywane gdzieś głęboko wzniosłe uczucia niemal artystyczne. Każdy jest tutaj fotografem, znawcą terenu. Niektórzy odkrywają tu swoje pasje botaniczne, decydują się na safari fotograficzne, jeszcze inni zatapiają się w górskiej poezji, malarstwie, rzeźbiarstwie czy innych formach sztuki. Słowem, góry te ożywiają to co w nas najpiękniejsze i najbardziej delikatne. W jakiś przedziwny sposób docierają do naszej dziecięcej wrażliwości i przyprawiają o zachwyt oraz wzruszenie. Jeśli zaś mowa o emocjach tego typu to w ich centrum od zawsze stała chyba bieszczadzka natura i przyroda z unikatowymi w naszym kraju połoninami. To właśnie one odwiedzane o każdej porze roku pozwalają nam ukoić nerwy, wyciszyć się i znaleźć nasz wewnętrzny spokój.
Zima w Bieszczadach to istna kraina lodu. Połoniny spowija głęboki śnieg. Powykręcane od ciągłego smagania wiatrem karłowate buczynki porastające ich szczyty pokrywa śnieg i lód tworząc na nich przeróżne, niezwykłe formy jakby nie z tego świata. Okolica często tonie w chmurach i we mgle. Krótkim przebłyskom słońca towarzyszy niezwykły blask skrzącego i topiącego się w cieple śniegu. Wokół zawodzi wiatr. Czujemy, że w tym królestwie przyrody jesteśmy tylko gośćmi.
Wiosna to niezwykła pora kiedy to w dolinach możemy dostrzec już pierwsze pędy zieleni nieśmiało pojawiające się na szarych gałązkach drzew. W górach natomiast przyroda jeszcze śpi. Dominują tu kolory rodem z jesieni – trawy biją po oczach swoją rudością i żółcią, kora bezlistnych buków to dominujący odcień szarości i niemal fioletu. Wszystko tylko czeka na pojawienie się pierwszych oznak wiosennego przebudzenia. W dolinach snują się niskie chmury, mgły, wokół czujemy wszechobecną wilgoć.
Lato to wszechobecna zieleń. Zielone są połoniny, łąki, dawne pastwiska i lasy. Jednostajny odcień zdjęć pochodzących z tej pory roku złamany jest jedynie przez rosnące tu w dużych ilościach kwiaty o przeróżnych odcieniach żółtego i jasnofioletowego. Przyroda kipi o tej porze życiem, a w górach panuje skwar.
Jesień, przez wielu uważana za najlepszy moment na wyjazd w Bieszczady, to rozpoczynająca się od późnego września feeria barw. Góry przypominają wówczas płótno, na które nieuważny malarz wylał farby o wszystkich możliwych odcieniach czerwieni. W lasach pełno jest grzybów. Naszym wycieczkom towarzyszy nisko położone na widnokręgu ale nadal przyjemnie grzejące słońce. Wieczory są już chłodne, znów obficie pojawiają się mgły.
Połoniny to de facto zaledwie kilka masywów stanowiących zaledwie niedużą część Bieszczadów. Mają one w sobie coś niezwykle majestatycznego i magicznego co przyciąga nas w te strony raz po raz. Mozolna wspinaczka stromym szlakiem w celu ich zdobycia daje nam szansę na wewnętrzne wyciszenie, przemyślanie problemów dnia codziennego, zatopienie się w swoich myślach. Siedząc zaś na ich szczytach możemy przypomnieć sobie jak mali jesteśmy i jak nieodłączną, choć w ostatnich latach dla wielu zapomnianą, część naszego życia stanowi natura. To właśnie chyba za to tak bardzo kochamy te nasze połoniny i nasze Bieszczady…
Profil naszego bloga na Facebooku przekroczył ostatnio 50 000 polubień. Tak ogromna ilość naszych czytelników zadaje oczywiście dziesiątki pytań. Dużą część z nich odbieramy także za pośrednictwem stworzonej niedawno przez nas Grupy Dyskusyjnej. Pytania dotyczą naprawdę wszystkiego co związane z Bieszczadami, kilka z nich powtarza się jednak zdecydowanie częściej niż inne. Takim sztandarowym pytaniem jest to o to gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach? Nie ma w tym nic dziwnego – Bieszczady co roku przyciągają coraz to szersze rzesze turystów. Kontynuując zatem naszą serię poradników postaramy się w kilku punkach rozwiać wspomniane wątpliwości.
Bieszczady to naprawdę duży obszar. Przez różnych znawców tematu jest on też różnie dzielony. Znajdziemy tutaj dziesiątki większych i mniejszych miejscowości, wsi, osad, a także zabudowań umiejscowionych z dala od innych, gdzieś pod lasem, czy na zboczu wzgórza. W wielu z nich dostępne są miejsca noclegowe, jednak z uwagi na ich ilość nie sposób byłoby opisać tutaj ich wszystkich. To właśnie ze względu na to w niniejszym artykule przyjęliśmy zasadę opisywania większych, bardziej znanych miejscowości. Za każdym razem jednak dany punkt na naszej liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach należy rozumieć jako opisywaną miejscowość oraz jej okolice. Rozumując w ten sposób podzieliliśmy całe Bieszczady na 9 dużych części. Zapraszamy do lektury!
Odpowiedzi na pytanie o to gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach nie sposób nie zacząć od Wetliny i otaczających ją miejscowości, w tym Smereka. Te dawne bojkowskie wsie leżą u podnóży jednego z najpiękniejszych i najbardziej rozpoznawalnych bieszczadzkich masywów – Połoniny Wetlińskiej. Miejscowości te to niekwestionowane serce Bieszczadów. Świadczą o tym tłumy turystów co roku przybywające w te strony.
Co przyciąga miłośników Bieszczadów do Wetliny i Smereka? Przede wszystkim jest to chyba najdogodniejsze położenie jeśli ktoś przyjeżdża w te strony z myślą o wędrówkach górskich. Rozchodzą się stąd wszak przeróżne szlaki chyba we wszystkich możliwych kierunkach. Wetlina będzie doskonałą bazą wypadową na wspomnianą już Połoninę Wetlińską. Rawki, czy szczyty Pasma Granicznego. Ze Smereka zaś wyruszymy wygodnie na szczyt o tej samej nazwie lub na Okrąglik.
Wokół miejscowości nie brak także innych atrakcji, które będą bardzo łatwo dostępne szczególnie dla zmotoryzowanych – w wolnej chwili warto podjechać do okolicznych ciekawych wsi. Miłośnicy bieszczadzkiej historii mogą odwiedzić tereny dawnych wsi Łuh, Jaworzec czy Zawój, na których dzisiaj poprowadzone są ciekawe ścieżki historyczno-przyrodnicze. Okolice Wetliny i Smereka to także ta część Bieszczadów, która oferuje chyba najwięcej restauracji, barów, zajazdów, czy smażalni pstrąga – słowem można tu naprawdę dobrze zjeść. Wszystko to sprawia, że co roku właściciele przeróżnych miejsc noclegowych i agroturystyk w tych stronach nie mogą narzekać na brak obłożenia.
Kolejna kultowa już bieszczadzka miejscowość, której nie może zabraknąć w artykule o tym gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach to Ustrzyki Górne wraz z leżącym nieopodal Wołosatym. Miejscowości te również leżą u podnóży jednych z najbardziej znanych bieszczadzkich masywów. W przypadku Ustrzyk jest to Połonina Caryńska, a w przypadku Wołosatego – Tarnica. Podobnie jak w przypadku Wetliny i Smereka również i tutaj znajdziemy bogata bazę noclegową, miejsca gdzie możemy dobrze zjeść oraz dobrze zaopatrzone sklepy. Dzięki temu w okolicach tych każdego roku w sezonie, a nawet poza nim, nie brakuje tutaj turystów, szczególnie tych, dla których najważniejsze są górskie wędrówki.
Cisna to kolejna miejscowość położona w samym centrum gór, której nie może zabraknąć na liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach. Cisna leży na zachód od Ustrzyk Górnych czy Wetliny. Otoczona jest także wysokimi szczytami, początek swój ma tutaj także kilka szlaków. Wyruszymy stąd dogodnie na Okrąglik, Łopiennik czy Wołosań. Blisko stąd do szlaków Pasma Granicznego i terenów kilku nieistniejących wsi. Dodatkową atrakcją jest przejeżdżająca w okolicy Bieszczadzka Kolejka Leśna.
Cisna to duża miejscowość, w której znajdziemy praktycznie wszystko co nam potrzebne w trakcie urlopu w górach. Mamy tu do dyspozycji bardzo szeroką ofertę miejsc noclegowych niemal w każdym zakresie cenowym. W Cisnej jest kilka dobrze zaopatrzonych sklepów zarówno z jedzeniem jak i pamiątkami, księgarnie z bardzo ciekawymi książkami o tematyce bieszczadzkiej, stragany z rydzami, serami i innymi przetworami. To tu wreszcie odwiedzimy kultową restaurację Siekierezada z jej niepowtarzalnym klimatem. Słowem Cisna to wspaniałe miejsce na nocleg jeśli planujemy górskie wycieczki czy zwiedzanie pięknych okolic tej miejscowości.
Nasza lista miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach nie byłaby kompletna gdyby zabrakło na niej Soliny wraz z leżącym nieopodal Polańczykiem oraz innymi miejscowościami nad brzegami malowniczego Jeziora Solińskiego. To właśnie ten wyjątkowy zbiornik wodny jest od lat jedną z największych atrakcji Bieszczadów i centrum sportów wodnych oraz turystyki. To tu nad krętymi, stromymi brzegami jeziora rozłożyły się dziesiątki ośrodków wczasowych, domków i pensjonatów.
Miejsca ta będą najlepszym wyborem dla rodzin nawet z małymi dziećmi, osób starszych, ale też wszystkich tych, którzy kochają wypoczynek nad wodą, a na dodatek chcą spędzić wakacje czy urlop w bliskim sąsiedztwie gór. Solina i Polańczyk same w sobie stanowią świetne miejsca na wakacyjny wyjazd. Znajdziemy tu sklepy, restauracje, kawiarenki, a dzieci będą zachwycone atrakcjami takimi jak rowery wodne, rejs stateczkiem po jeziorze czy wesołe miasteczko.
Baligród to nieco mniej znana miejscowość leżąca na uboczu, po zachodniej stronie Jeziora Solińskiego na trasie z Leska do Cisnej. Nazwę swoją zawdzięcza dawnemu rodowi Balów, który był niegdyś właścicielem znaczącej części bieszczadzkich wsi. W czasach powojennych Baligród zdobył złą sławę jako miejsce stacjonowania oddziałów UPA, w którego pobliżu zamordowano w zasadzce gen. Świerczewskiego (fakt ten był podawany później jako powód rozpoczęcia akcji wysiedleńczej z terenów Bieszczadów).
Dziś Baligród to senna miejscowość z niewielkim ryneczkiem w samym centrum. Na jego środku na cokole stoi stary czołg, a tuż za rogiem możemy odnaleźć niezwykły, zarastający żydowski kirkut. Zastanawiać może zatem co ta miejscowość robi na naszej liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach? Otóż Baligród wraz z otaczającymi go wsiami to wspaniałe miejsce na wypoczynek dla wszystkich tych, którzy szukają oddechu od zgiełku i pośpiechu miast oraz tłoku bardziej znanych turystycznych miejscowości. Okolica ta jest zdecydowanie mniej uczęszczana niż inne, opisane wyżej miejscowości. To wprost wspaniałe miejsce na wakacje w agroturystyce, na łonie natury. W okolicy znajdziemy także kilka terenów wysiedlonych pełnych reliktów po burzliwiej przeszłości Bieszczadów oraz górskie szlaki na nieco mniej znane szczyty.
Komańcza to miejscowość leżąca na zachodnim skraju Bieszczadów, na linii oddzielającej je od Beskidu Niskiego. Ta część nasz
ych ukochanych gór jest zdecydowanie bardziej zagospodarowana i zurbanizowana niż jej wschodni odpowiednik. Komańcza to właściwie niewielkie miasteczko ze sklepami, hotelikami i innymi udogodnieniami dla turystów. Co sprawia, że umieściliśmy ją na liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach? Odpowiedź jest jedna: bieszczadzkie cerkwie.
To właśnie tutaj bowiem, po zachodniej, łemkowskiej części Bieszczadów zachowało się do naszych czasów najwięcej tych wspaniałych świątyń. Nawet krótki pobyt w tych stronach pozwoli podziwiać cerkwie w miejscowościach takich jak Szczawne, Rzepedź, Turzańsk czy Radoszyce. Nie można także zapominać o magicznych cmentarzu dawnej wsi Łupków. Słowem Komańcza to wspaniały wybór dla wszystkich miłośników historii Bieszczadów.
Lutowiska otwierają ostatnią trójkę miejsce na naszej liście gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach. Celowo zostawiliśmy je na koniec – są to nasze ulubione miejsca, które odwiedzamy za każdym razem przy okazji wyjazdu w Bieszczady. Lutowiska to dziś niewielka miejscowość leżąca we wschodniej części polskich Bieszczadów, przy samej granicy z Ukrainą. Znajduje się tutaj kilka sklepów, restauracje, szkoła, górujący nad okolicą kościół ze strzelistą wieżą. Na pozór w miejscu tym nie ma dziś nic szczególnego.
Mało kto wie, że Lutowiska posiadają bardzo bogatą, ciekawą, a zarazem tragiczną historię. Nazwa miejscowości pochodzi od sformułowania: „miejsce letniego wypasu” – tereny te były bowiem zasiedlane z obszarów dzisiejszej Ukrainy, a Lutowiska były właśnie takim miejscem, gdzie na lato wypasano bydło. W późniejszym okresie Lutowiska zdobyły swoją sławę jako bogate, żydowskie miasteczko, w którym kilka razy do roku odbywały się znane na cały kraj targi wołów wypasanych na połoninach przez Bojków. Kres historii Lutowisk położyła II wojna światowa oraz następujące po niej wysiedlenia. Dziś pozostało po niej kilka śladów: niezwykły kirkut na wzgórzu za szkołą, ruiny spalonej synagogi za sklepem w centrum, miejsce straceń żydowskich mieszkańców miasteczka, dawny cmentarz greckokatolicki czy puste miejsce po rozebranej cerkwi.
Dlaczego umieszczamy Lutowiska na liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach? Oprócz fascynującej historii tego zakątka naszego kraju to także doskonała miejscowość na wypoczynek z dala od głównego turystycznego nurtu Bieszczadów. Wspaniała okolica przyciąga jak magnes – blisko stąd do Czarnej Dolnej, Bystrego, Lipia czy Michniowca – wsi, które zachowały nadal swój powojenny charakter. Z łatwością odnajdziemy tu stojące nadal drewniane, bojkowskie chyże. Trafimy też do niezwykłych cerkwi oraz na zapomniane przez wszystkich cmentarzyki.
Terka to kolejne z tych miejsc zapomnianych przez Boga i ludzi na końcu świata. Miejscowość ta leży niedaleko Wołkowyi i Bukowca u południowo-zachodniego krańca Jeziora Solińskiego. Trafiliśmy tu po raz pierwszy w weekend majowy. Zbocza gór pokrywała zieleń młodych, wiosennych pędów kontrastująca mocno z bielą kwitnącej tarniny, wszędzie snuły się niskie chmury i mgły po deszczu, nad wsią krążyły bociany… Zakochaliśmy się bez pamięci w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i teraz za każdym razem gdy jesteśmy w Bieszczadach wracamy tu jak przyciągani magnesem.
Dlaczego umieszczamy Terkę na liście miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach? Odpowiedź jest bardzo prosta: ktokolwiek przyjeżdża w te strony ze względu na tutejsze oderwanie od codziennego świata ten zdecydowanie powinien pomyśleć o noclegu w Terce. Tutaj chyba jak nigdzie indziej poczujemy, że jesteśmy na końcu świata, otoczeni jedynie górami i przyrodą. Do tutejszych atrakcji należą spacery, dawne, bojkowskie wsie w okolicy, wędkowanie i przede wszystkim obcowanie z królującą tutaj naturą.
Naszą listę miejsc gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach zamyka kilka miejscowości opisanych w jednym punkcie. Będzie to Zatwarnica, Chmiel, Dwernik – ogółem wszystkie wsie leżące u południowych stoków Otrytu w dolinie meandrującego tutaj Sanu. Miejsca te opisujemy jako ostatnie ale osobiście uważamy je za najlepsze na nocleg w całych Bieszczadach i to tu właśnie najchętniej wracamy za każdym razem.
Okolice tej części Doliny Sanu to kwintesencja bieszczadzkich agroturystyk, zieleni, przyrody i kontaktu z naturą. To wprost wymarzone miejsce na odpoczynek po pracy w mieście, na uspokojenie skołatanych nerwów i prawdziwe odnalezienie samego siebie. Dzikość i dziewiczość przyrody w tych okolicach wprost oszałamia. Nie ma nic piękniejszego niż gęsta mgła snująca się tu wieczorem po deszczu. Jesteśmy tu tylko my i natura – prawdziwie magiczne miejsce…
Bieszczady to góry oferujące nam niezliczone atrakcje. Będziemy tu mieli co robić z dziećmi, jeśli poszukujemy aktywnego wypoczynku, a nawet gdy pada deszcz. To właśnie ta różnorodność, jak wielokrotnie to podkreślamy, jest chyba właśnie tym, co tak bardzo przyciąga w te wspaniałe strony. Jest ona widoczna także gdy próbujemy odpowiedzieć na pytanie o to gdzie najlepiej nocować w Bieszczadach. Jak łatwo się domyślić nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zależeć będzie ona od naszych upodobań, zainteresowań, tego w jaki sposób z tej bieszczadzkiej różnorodności będziemy chcieli zrobić użytek. Mamy zatem nadzieję, że nasza krótka lista podpowiedzi pomoże w podjęciu decyzji! Do zobaczenia na szlaku!
Czy warto jechać w Bieszczady? To pytanie miłośnikom Bieszczadów może wydawać się zbędne czy wręcz nie na miejscu. Jest ono jednak często zadawane przez osoby jadące po raz pierwszy w życiu w te piękne strony. Ludzi takich przy tym z roku na rok jest coraz więcej. Nic w tym dziwnego – Bieszczady w dzisiejszym świecie pośpiechu, ciągłego pędu i pogoni za terminami oferują wszystko co potrzebne aby odetchnąć od zgiełku miast, znaleźć wewnętrzną równowagę i po prostu odpocząć.
My sami oraz nasi czytelnicy znamy chyba odpowiedź na tytułowe pytanie. Spróbujmy jednak wspólnie zastanowić się czy warto jechać w Bieszczady? Specjalnie na tę okazję stworzyliśmy naszą krótką i oczywiście jak zwykle subiektywną listę, która może stanowić odpowiedź na tak postawione pytanie. Mamy nadzieję, że przyda się ona wszystkim tym, którzy dopiero planują pierwszy wypad w te wspaniałe góry. Jak mówi jedno popularne powiedzenie ci, którzy byli tam chodź raz wrócą na pewno po raz kolejny. W Bieszczady jedzie się przecież tylko raz, a później już się tylko wraca….
Zastanawiając się nad tym czy warto jechać w Bieszczady nasze rozważanie wypada chyba zacząć od stwierdzenie co najbardziej przyciąga turystów w te strony. Wydaje się, są to górskie szlaki. Śledząc przeróżne strony internetowe oraz grupy dyskusyjne o tematyce bieszczadzkiej stwierdzimy, że są one pełne zdjęć górskich widoków, opisów ścieżek oraz górskich wrażeń. Wydaje się, że to właśnie one tak bardzo przyciągają tutaj co roku tysiące ludzi.
Trudno się temu dziwić. Bieszczady ze swoimi emblematycznymi szlakami na masywy takie jak Połonina Wetlińska, Caryńska, Tarnica czy Rawki słyną jako wymarzone miejsce wypoczynku dla amatorów górskich wędrówek. Góry te obfitują we wspaniałe, zapierające wprost dech w piersiach widoki. Szlaki są tutaj długie, męczące i nieraz bardzo strome. Wynagradzają jednak nasz trud niesamowitymi panoramami oraz możliwością obcowania z dziką i niemal dziewiczą przyrodą.
Bieszczady w sezonie pełne są piechurów. Latem przyciągają także swoimi niezwykłymi wschodami i zachodami słońca, które możemy podziwiać z połonin. Wspaniałe wrażenie robią też poza sezonem, kiedy to na szlakach jest mniej ludzi, może zdarzyć się, że w trakcie naszej wędrówki nie spotkamy dosłownie nikogo, a w trakcie wycieczki towarzyszy nam surowa zimowa czy jesienna aura. Niektórzy uważają wręcz, że to właśnie wtedy możemy odkryć prawdziwego ducha tych gór.
Czy warto jechać w Bieszczady? Ci, którzy przybywają tutaj dla górskich wędrówek na pewno powiedzą, że warto. Co jednak z tymi, którzy zamiast forsownych marszów wolą odpoczynek nad wodą i spacery wygodnymi alejkami kurortów oraz ośrodków wypoczynkowych czy turystycznych? Czy oni też znajdą tutaj cokolwiek dla siebie?
Takim osobom z pomocą przyjdzie Jezioro Solińskie. Okazuje się bowiem, że ten piękny zbiornik wodny położony w sercu gór sam w sobie stanowi wspaniałą atrakcję, dla której co roku w te strony przybywają tysiące turystów. Jezioro jest doskonałym rozwiązaniem dla wszystkich tych, którzy poszukują odpowiedzi na pytanie o to co robić w Bieszczadach z dziećmi, osób starszych czy po prostu tych, którzy preferują spokojniejszy odpoczynek. Zalew oferuje dziesiątki możliwości spędzania tutaj czasu. Do naszej dyspozycji będą rejsy stateczkiem, kajaki, rowery wodne, żaglówki. Do lokalnej tradycji należy też spacer po koronie tamy w Solinie czy wizyta w jednej z licznych tutaj restauracji czy barów.
Również osoby interesujące się historią, kochające zabytki oraz zwiedzanie miejsc świadczących o przeszłości naszego kraju mogą zastanawiać się czy warto jechać w Bieszczady? Będą one zadawały sobie pytanie czy Bieszczady mają do zaoferowania cokolwiek innego niż tylko górskie, piesze wycieczki oraz wypoczynek nad wodą? Okazuje się, że to właśnie takie osoby Bieszczady zachwycą być może najbardziej…
Dziać się tak będzie ze względu na niezwykle bogatą, złożoną i do dzisiaj trudną w ocenie sięgającą wiele wieków wstecz historię Bieszczadów. Okazuje się bowiem, że na ziemiach tych od dawien dawna współżyli ludzie wielu narodowości tworzący niezwykłą wprost mozaikę narodowościową i wyznaniową. Na fali zawieruchy dziejowej II wojny światowej i spowodowanych przez nią zmian doprowadziła ona niestety do tragedii wysiedleń z Bieszczadów rdzennej ludności, po których góry te opustoszały niemal doszczętnie. Po zamieszkujących te tereny niegdyś Bojkach pozostały jednak na szczęście liczne ślady.
Do dziś podziwiać możemy zatem bieszczadzkie cerkwie jak chociażby tę w Smolniku nad Sanem czy w Łopience. Do naszych czasów zachowały się także ślady dawnego życia w jednej z dziesiątek bieszczadzkich wysiedlonych wsi. Wśród tych magiczny miejsc, które możemy odwiedzić wiodą Krywe czy Tworylne. To właśnie tutaj w kępie drzew na górującym nad dawną wsią wzniesieniu odnajdziemy rozsypujące się ruiny cerkwi. To tu w gąszczu krzewów natrafimy na majaczące w zaroślach chylące się ku ziemi nagrobki dawnego cmentarza. To tu wreszcie staniemy na wypalonym cerkwisku i zadumamy się nad okropnościami historii.
Jeśli kogoś nadal nie przekonały wyżej przytaczane argumenty i wciąż zastanawia się czy warto jechać w Bieszczady to czas na wspomnienie o bieszczadzkich atrakcjach. Góry te wszak to miejsce, gdzie nie będziemy się nudzić nawet gdy pada deszcz. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, a miejsc wartych odwiedzenia nie starczy z pewnością na jeden wyjazd.
Jeśli nie chcemy chodzić po górach, nie dla nas wylegiwanie się nad wodą i nie interesuje nas historia wówczas możemy odwiedzić jedno z kultowych bieszczadzkich miejsc. Zjeść możemy w legendarnej restauracji Siekierezada w Cisnej, piwo wypić lub kupić w trakcie zwiedzania lokalnego browaru Ursa Maior, pochmurny dzień spędzić na pływalni w Lesku, a słoneczny zakończyć przejażdżką kolejką leśną, bądź na drezynach rowerowych. W Bieszczadach nie da się nudzić!
Ostatni, ale wcale nie najmniej ważny, argument, który musimy naszym zdaniem wziąć pod uwagę gdy zastanawiamy się czy warto jechać w Bieszczady to wielokrotnie już przez nas opisywana wspaniała bieszczadzka przyroda. Jak wielokrotnie to już podkreślaliśmy jest ona tym co sprawia, że odwiedzając to samo miejsce nieraz dosłownie w odstępach 2-3 tygodniowych czujemy się jak byśmy byli w zupełnie dla siebie nowej okolicy. Bieszczadzka przyroda oszałamia różnorodnością, dzikością, bujnością i przede wszystkim swoją zmiennością.
Bieszczady wiosną to ciemna jeszcze, ledwie widoczna zieleń. To małe pączki listków trudne do dostrzeżenia gdzieniegdzie na szarych nadal gałązkach. To wszędobylskie mgły snujące się w dolinach i morza kaczeńców w rowach przy drogach. Lato to z kolei jaskrawa zieleń, która aż kłuje w oczy. Zielone jest tu absolutnie wszystko – łąki, lasy, połoniny. Urozmaiceniem są zółte i fioletowe kwiaty, łąki pełne owadów, codzienny skwar. Jesień, przez wielu uważana za najlepszy okres na wizytę w tych stronach, to istna orgia kolorów. Góry zdają się płonąć od wszystkich odcieni żółtego, czerwonego… Zbocza wyglądają tak jakby jakiś malarz upuścił paletę z farbami i wylały się one na bieszczadzkie wzniesienia i doliny. Zima zaś to krótkie dni, pustki na szlakach, wszechobecna szadź, śnieg, wiatr i pustkowie – wędrując wtedy w górach mamy wrażenie przebywania w bajkowej krainie lodu.
Po wszystkim co napisaliśmy powyżej odpowiedź na pytanie o to czy warto jechać w Bieszczady chyba nasuwa się sama. Można powiedzieć, że nasze zdanie na ten temat opisujemy w tworzonym dla Was od już dość dawna blogu o Bieszczadach. To właśnie na jego łamach staramy się dzielić z Wami naszą wielką pasją i fascynacją jaką obudziły w nas te niezwykłe góry.
Wszystko zaczęło się od historii Bieszczadów, która urzekła nas swoją złożonością, stopniem skomplikowania oraz tym, że pozostawiła po sobie tak wiele niezwykłych, możliwych do odnalezienia do dzisiaj śladów. Co kilka tygodni gnaliśmy więc w góry aby tak ze starymi, wygrzebanymi w archiwach mapami w rękach przemierzać nieistniejące dziś wsie, badać dawne ustawienie budynków, szukać pozostałości po żyjących tu niegdyś ludziach. Dość szybko zainteresowaniem tym postanowiliśmy się dzielić na łamach stworzonych w tym celu Naszych Bieszczadów i okazał się to strzał w dziesiątkę, a grono naszych czytelników zaczęło rosnąć w niesłychanym wręcz tempie. Po wielu rozmowach z nimi zdaliśmy sobie sprawę z tego, że Bieszczady oferują tak wiele, że o każdej z tych rzeczy należałoby napisać choćby parę słów. Jako, że dla wielu turystów Bieszczady to nie tylko ich historia ale także góry, atrakcje i potrzeba bardziej praktycznego spojrzenia na ten cudowny zakątek naszego kraju rozpoczęliśmy tworzenie serii naszych poradników. Tak powstały artykuły o tym jak wybrać mapę Bieszczadów, które bieszczadzkie szlaki są najpiękniejsze, jak dojechać w Bieszczady i co tam jeść, czy o tym jak wybrać idealny domek w Bieszczadach. Artykuły te przyciągnęły jeszcze większą ilość fanów i czytelników bloga. Dzisiaj jest ich już niemal 50 tysięcy, a odpowiedzi na pytanie o to czy warto jechać w Bieszczady wydaje się pytaniem retorycznym…
Stale rosnąca grupa naszych czytelników zadaje nam (co nas bardzo cieszy) coraz więcej pytań. Otrzymujemy je zarówno za pośrednictwem wiadomości e-mail jak i tych wpisywanych na stworzonej niedawno specjalnie dla Was Grupie Dyskusyjnej. Najczęściej pojawiające się pytanie to te o noclegi w Bieszczadach, agroturystykę, czy domki w Bieszczadach. Nasi czytelnicy chcą wiedzieć jak ich szukać, jak wybrać najlepsze, na co uważać oraz zwracać szczególną uwagę. Wychodząc im naprzeciw staramy się odpowiadać na wszystkie te pytania w pisanych przez nas coraz to nowszych poradnikach.
W cyklu tym pojawiły się na naszych łamach już przeróżne tematy. Oprócz tych cytowanych powyżej pisaliśmy między innymi także o tym jak najwygodniej dojechać w Bieszczady, co tam jeść, który z bieszczadzkich szlaków jest najpiękniejszy, o tym jak wybrać najlepszą mapę Bieszczadów oraz o kilku innych cieszących się bardzo dużym powodzeniem tematach. Oczywiście nadal naszym osobistym, głównym zainteresowaniem pozostaje historia Bieszczadów ale staramy się dopasowywać do potrzeb naszych fanów stąd dziś pora na kolejny poradnik – jak szukać i wybierać domki w Bieszczadach!
Po pierwsze jeśli zastanawiamy się nad tym jak wybrać najlepsze dla nas domki w Bieszczadach musimy dość dokładnie zaznajomić się z mapą tych pięknych stron. W niepamięć na szczęście odeszły czasy gdy człowiek zdany był na łaskę i niełaskę przypadku przy wyborze noclegu – niejednokrotnie okazywało się niegdyś przecież, że wybieraliśmy je np. z ogłoszenia w gazecie, a po przyjeździe na miejsce okazywało się, że to kompletny niewypał. Dziś dzięki internetowi takie sytuacje już się właściwie nie zdarzają. Jedyna uciążliwość to konieczność poświęcenia wyborowi nieraz znacznej ilości czasu.
W dzisiejszych czasach nie obędzie się bez analizy mapy okolicy, w którą się wybieramy, bądź przynajmniej zadania o nią pytania na Grupie Dyskusyjnej. Analiza taka może okazać się szczególnie kłopotliwa dla osoby wyruszającej w dany zakątek gór po raz pierwszy. Jest ona jednak całkowicie nieodzowna. Dzieje się tak ze względu na fakt, że oferowaniem miejsc noclegowych w Bieszczadach jest zainteresowanych coraz to więcej nowych osób. Niejednokrotnie jednak noclegi, które są oferowane znajdują się daleko od górskich szlaków czy innych bieszczadzkich atrakcji. Nie chcielibyśmy przecież prze przypadek wynająć miejsca noclegowego leżącego godzinę czy dwie jazdy samochodem od interesujących nas miejsc.
Przed rozpoczęciem poszukiwań naszego wymarzonego miejsca noclegowego takiego jak domki w Bieszczadach siadamy zatem przy mapie i wspomagani informacjami z internetu zadajemy sobie pytanie o to co właściwie nas w górach interesuje? Czy przybywamy w te strony z uwagi na górskie wycieczki? Czy może pociąga nas bieszczadzka historia i poszukiwanie jej do dziś zachowanych śladów? A może najbardziej interesuje nas wypoczynek z dziećmi nad wodą? Każde z tych pytań będzie nam podsuwało automatycznie odpowiedź o to w jakim rejonie będą nas interesowały domki w Bieszczadach.
Gdy wybieramy domki w Bieszczadach kolejna rzecz, na którą musimy zwrócić uwagę to to w jakim ośrodku się one znajdują? Musimy sprawdzić dokładnie takie rzeczy jak:

Wybierając domek w Bieszczadach warto zadbać o upewnienie się jak on sam wygląda:

W dzisiejszych czasach podróżować może praktycznie każdy dlatego próbując wybrać najlepsze domki w Bieszczadach na długo przed wyjazdem musimy upewnić się także co nam wolne zgodnie z regulaminem danego ośrodka. Podróżujący z dziećmi muszą sprawdzić czy ośrodek posiada udogodnienia dla najmłodszych. Miłośnico czworonogów muszą dowiedzieć się czy mogą przyjechać ze swoimi pupilami – de facto wiele domków nie akceptuje psów. Młodzież powinna upewnić się czy na terenie ośrodka można palić ognisko, od której godziny obowiązuje cisza nocna itp.
Bieszczady przez wielu uważane są za najpiękniejsze góry w Polsce. Dzieje się tak zapewne z wielu powodów. Turyści często podkreślają, że tym co raz po raz przyciąga ich w te strony jest niezwykła różnorodność i zmienność bieszczadzkiego kresu. Znajdzie tu coś dla siebie dosłownie każdy. Wiele tu miejsc, w których można się zatrzymać czy, które warto zobaczyć. Zachwyceni będą tutaj zwolennicy aktywnego wypoczynku ale również osoby potrzebujące mniej emocji w trakcie urlopu i interesujące się przeszłością naszego kraju oraz jej śladami. Nawet jeśli trafimy na niepogodę nie będziemy się tutaj nudzić.
Wspomniana zaś zmienność dotyczy chyba najbardziej przyrody. Bieszczadzka natura bowiem potrafi zmieniać się jak w kalejdoskopie. Odwiedziny w tym samym miejscu dosłownie w odstępie 2-3 tygodni potrafią wprawić nas w osłupienie – możemy poczuć się jak gdybyśmy odwiedzali zupełnie nieznaną nam okolicę. To właśnie ta zmienność, tysiące barw, odsłon, niepowtarzalnych chwil, które serwują nam Bieszczady sprawia, że wracamy w jedno i to samo miejsce w nieskończoność ale zawsze wracamy z innymi, nowymi wrażeniami.
Powodów, dla których jeździmy w Bieszczady jest naprawdę wiele. Można by o tym pisać i pisać. Niezależnie od tego jednak co nas wiedzie w ten wspaniały zakątek naszego kraju musimy zadbać o rzecz tak prozaiczną jak nocleg. I tu z pomocą przychodzą nam właśnie domki w Bieszczadach. Są one bowiem chyba najlepszą odpowiedzią na pytanie o to gdzie się zatrzymać w Bieszczadach. To właśnie w niewielkim, przytulnym, drewnianym domku jak nigdzie indziej poczujemy, że naprawdę odpoczywamy na łonie natury, z dala od miejskiego zgiełku. To tu po mroźnej, zimowej wycieczce odpoczniemy przy kominku z kubkiem ciepłej herbaty w ręku. To właśnie tutaj w pełni poczujemy dlaczego kochamy te Nasze Bieszczady…
Artykuł powstał przy współpracy z:
Jezioro Solińskie… Słyszał o nim chyba każdy kto kiedykolwiek chociaż raz odwiedził Bieszczady. Należy ono do największych atrakcji tej przepięknej krainy. Przez wielu uważane jest za serce tych gór, chociaż inni upatrują go raczej gdzieś w Bieszczadach Wysokich. To właśnie nad jego brzegi co roku ściągają tysiące turystów wabionych jego niepowtarzalnym położeniem i pięknem. Jezioro Solińskie choć dziś znane jest głównie jako turystyczna ciekawostka Bieszczadów, kryje w sobie niezwykle ciekawą, skomplikowaną historię wpisującą się w dzieje tych ziem. Jej poznanie pozwala w pełni zrozumieć czar Bieszczadów, który sprawi, że ktokolwiek przyjedzie tu chociaż raz później już tylko wraca…
Ktokolwiek przybędzie nad Jezioro Solińskie będzie pod głębokim wrażeniem oszałamiającego piękna tych stron. Wielka, spokojna tafla jeziora wydaje się być zawieszona pomiędzy stromymi, zalesionymi wzgórzami, których zbocza opadają stromo wprost do wody. Liczne, kręte zatoczki urozmaicają linię brzegową zbiornika. W niejednej z nich znajdziemy niewielką plażę, zejście do wody, zagubiony wśród drzew ośrodek wypoczynkowy. Szczególnie jeśli znajdziemy się tutaj po sezonie letnim urzeknie nas majestatyczna cisza i spokój tego zakątka naszego kraju. Wydawać nam się będzie, że taki stan rzeczy trwa niezmiennie od zawsze, jest tak stały jak samo odwieczne piękno tutejszej przyrody. Okazuje się jednak, że tak nie jest – zaledwie kilkadziesiąt lat temu Jeziora Solińskiego nie było, jego dzisiejsze miejsce wypełniały głębokie, zielone doliny usłane wsiami, w których tętniło życie… Ale po kolei…
Turyści odwiedzający dziś Bieszczady są pod wrażeniem wielu rzeczy. Góry te przyciągają wspaniałymi górskimi szlakami, niezliczoną wprost ilością miejsc, które warto zobaczyć, czy wieloma możliwościami aktywnego spędzania czasu w tych stronach. Wiele osób spędzających tutaj wakacje czy urlop zachwyca górski klimat, czy niezwykła przyroda tych stron, jednak spora ich część nie ma świadomości jak burzliwa i okrutna była historia bieszczadzkiego kresu. Dziś, długo po zakończeniu zmagań II wojny światowej, po upadku PRL i paru dekadach nowej rzeczywistości w naszym kraju odpoczywając w jednej z bieszczadzkich agroturystyk czy innych miejsc noclegowych z łatwością można zapomnieć o przeszłości tych stron.
Tymczasem okazuje się, że sięgająca kilku wieków wstecz bieszczadzka historia jest niezwykle ciekawa, bardzo złożona i trudna zarazem. Ziemie te od wieków zamieszkiwane były przez Bojków. Stanowili oni jedną z licznych w ówczesnej wielokulturowej Polsce grup Rusinów zamieszkujących południowo-wschodni skraj kraju. Bieszczadzkie doliny pełne były gwarnych wsi, tereny te były w okresie międzywojennym de facto jednymi z najgęściej zaludnionych w Europie. Kres wspaniałej historii tych ziem przyniosła II wojna światowa oraz okres wysiedleń ludności rusińskiej na tzw. ziemie odzyskane. Wysiedlenia w różnym stopniu dotknęły terenów ciągnących się pasem od Beskidu Sądeckiego do Roztocza ale wydaje się, że szczególnie okrutnie obyły się z Bieszczadami. Setki tutejszych wsi zostało spalonych, bezpowrotnie przepadły zabytkowe bieszczadzkie cerkwie i inne zabytki. Jedną z unicestwionych w ten sposób wsi była także Solina.
Po wojnie jednak w Bieszczady dość szybko zaczęło powracać życie. W Solinie znów zapanował ruch. W umysłach decydentów nowej władzy odrodził się jednak postulowany już w okresie międzywojennym pomysł spiętrzenia wód Sanu oraz Solinki, zbudowania tamy będącej elektrownią wodną. Dość szybko pomysł zaakceptowano i przystąpiono do pracy. Po raz kolejny nastąpiły wysiedlenia – tym razem z ich ziemi wyrzucano ludność zamieszkującą tereny mające się znaleźć na dnie przyszłego jeziora. Rozebrano domostwa, ścięto drzewa. Po zakończeniu budowy tamy woda przykryła niegdyś pełne życia doliny.
Jezioro Solińskie dziś to centrum dla wielu rozpostartych na jego brzegach ośrodków turystycznych, sportów wodnych i rekreacji. Solina to gwarna turystyczna miejscowość pełna sklepów, restauracji, barów. Przez wielu uważana jest za największe centrum bieszczadzkiej turystyki. Niektórzy utożsamiają ją wręcz z Bieszczadami. Co roku przyciąga tysiące wczasowiczów szukających oddechu od miejskiego pośpiechu. Zapora w Solinie zaś to jedna z głównych atrakcji rejonu – przechadzają się nią spacerujący z wolna wczasowicze, podziwiają majestatyczną taflę jeziora, robią zdjęcia. Wokół unosi się zapach gofrów, waty cukrowej, słychać muzykę i śmiechy kuracjuszy.
Tymczasem gdzieś tam na dnie Jeziora Solińskiego spoczywają zapomniane ślady przeszłości tych stron. Świadczą o tym nagrania płetwonurków raz po raz odkrywających echa przeszłości – ścięte niegdyś pnie drzew czy inne relikty historii okolicznych wsi. Żyją one także w pamięci potomków wysiedlonych, których teraz, po latach coraz więcej zainteresowanych pyta o dawne wspomnienia. Publikowane są książki na temat historii Soliny i innych pobliskich dawnych osad. Patrząc na to wszystko serce naprawdę rośne – cudownie jest widzieć, że po latach zapomnienia i historycznych przeinaczeń opowieści o tych ziemiach w końcu dostępne są w swojej prawdziwej formie dla szerokiego grona odbiorców.
Jezioro Solińskie to niekwestionowany lider wśród atrakcji tej części Bieszczadów. Wokół niego wszak skupiają się największe i najbardziej znane ośrodki wypoczynkowe co roku przyciągające letników z całego kraju. Znanych miejscowości jest tutaj co najmniej kilka jednak prym wśród nich wiedzie Solina. To tutaj jest zwykle najbardziej gwarno i tutaj znajduje się chyba najwięcej atrakcji dla przyjezdnych.
Już sam spacer przez miejscowość będzie dużą przyjemnością. Poruszając się urokliwymi, wąskimi uliczkami Soliny będziemy mieli na przykład okazję kupić jedną z wielu dostępnych tu pamiątek na wszechobecnych stoiskach czy straganach. Dzieci będą zachwycone dużym wyborem zabawek, a i dorosły znajdzie dla siebie coś ciekawego. Spacerując po Solinie na pewno nie będziemy też głodni. Będziemy mogli przystanąć czy usiąść w jednej z licznych tutaj kawiarenek, barów czy restauracji. Na deser gofry, lody i inne łakocie!
Bieszczady słyną z tego, że z powodzeniem można tutaj spędzić wspaniały urlop z dziećmi. Jeśli przybywamy tu z naszymi najmłodszymi pociechami to murowanym punktem naszego programu będzie na pewno Solina. Dzieci znajdą tu wesołe miasteczko oraz inne atrakcje, które zajmą je na dłuższą chwile. Rodzice tym czasem będą mogli spokojnie wypić kawę i rozkoszować się widokiem Jeziora Solińskiego.
Centralną atrakcją każdej wycieczki zmierzającej do Soliny jest jednak zapora. Spacer jej koroną należy już niemal do obowiązku. Jest on przy tym duża przyjemnością niezależnie od pory roku czy pogody. Z tamy wszak roztacza się wspaniały widok na jezioro oraz pobliskie wzgórza. Latem zaś chłodzie na niej leciutka bryza. Ciekawskich zainteresuje możliwość zwiedzania wnętrza tamy – z pewnością zainteresuje ona dzieci, a i dla dorosłych będzie ciekawym doświadczeniem.
Po spacerze tamą nie może zabraknąć krótkiego chociaż rejsu po Jeziorze Solińskim. U jednego z krańców tamy znajduje się pokaźna przystań, z której odpływają stateczki spacerowe. Można tu też wypożyczyć sprzęt wodny. Będąc tutaj żal byłoby nie skorzystać chociaż raz z roweru wodnego, kajaka czy żaglówki.
Jezioro Solińskie to jednak nie tylko Solina. Wiele nad jego brzegiem lub w jego pobliżu innych znanych miejscowości wypoczynkowych. Leżący nieopodal Polańczyk słynie jako ekskluzywne uzdrowisko pełne domów wypoczynkowych, sklepów i restauracji. Wołkowyja czy Bukowiec to kolejne znane miejscowości z niezliczonymi miejscami noclegowymi. Zawóz czy Werlas z kolei słyną z niezwykłego położenia na długim cyplu wrzynającym się w wody Jeziora Solińskiego. Widoki z tych okolic należą do jednych z najbardziej niezwykłych w naszym kraju. Nie powstydziłaby się ich Szwajcaria czy Norwegia – połączenie wody i wzgórz przywodzi na myśl te właśnie kraje.
Bieszczady obfitują w niezliczone magiczne miejsca. Kto w to nie wierzy powinien odwiedzić latem ginącą w zieleni otaczających ją drzew cerkiew w Smolniku nad Sanem albo zimą zasypaną śniegiem dolinę na końcu której stoi samotna, opuszczona niegdyś cerkiew w Łopience. Jesienią osoba taka musi wybrać się do Tworylnego lub Krywem gdzie w gąszczu brązowiejących drzew odnajdzie dawny cmentarz i niszczejącą ruinę murowanej cerkwi. W listopadzie dobrze by zawitała na kirkut żydowski w Lutowiskach, na którym pomarańczowe jak płomienie ognia modrzewie kontrastują z ciemnymi, surowymi płytami wiekowych nagrobków. Bieszczadzka magia daje się odnaleźć na każdym kroku. Nie sposób opisać czy nawet wymienić wszystkich tych miejsc, które na zawsze zapadają w naszą pamięć…
Jednym z takich niezwykłych miejsc jest też Jezioro Solińskie. Jak wiele innych rzeczy w Bieszczadach zachwyca swoją zmiennością. Inaczej wygląda w ciemny, zimowy dzień, inaczej w słomkowym, wiosennym słońcu, a jeszcze inaczej otoczone czerwienią październikowych drzew. Jezioro Solińskie to też ogrom możliwości dla każdego. Nieważne czy odwiedza je dziecko, osoba młoda czy dorosła – nikt nie pozostaje obojętny na jego piękno. Większość z tych ludzi przyjeżdża tu tylko raz… potem już tylko wracają…
Pytanie o to jak dojechać w Bieszczady jest jednym z najczęściej powtarzających się w trakcie rozmów o tym pięknym zakątku Polski. Nic w tym dziwnego, w Bieszczady wszak co roku przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów. Przyciąga ich tutaj niejedno. Niektórzy przybywają tu w poszukiwaniu mozolnych górskich wędrówek i szlaków, które wynagradzają wspaniałymi widokami. Inni poszukują odpoczynku nad wodą wśród gór, z dala od miast w jednej z tutejszych agroturystyk czy innych niezliczonych miejsc noclegowych. Jeszcze innych pasjonuje niezwykła bieszczadzka historia i pozostałe po niej ślady jak chociażby bieszczadzkie cerkwie.
Bieszczady urzekają niezliczonymi możliwościami spędzania tutaj wolnego czasu, całą mozaiką atrakcji, zabytków, miejsc wartych zobaczenia. Jedną z najciekawszych cech Bieszczadów jest ich niezwykła zmienność i różnorodność. Dotyczy to niemal wszystkiego – klimatu, pogody, zjawisk przyrodniczych… Zmienność ta powoduje, że z powodzeniem możemy odwiedzać te same miejsca kilka, czy nawet kilkanaście razy do roku i odnieść wrażenie, że jesteśmy za każdym razem gdzie indziej. To samo miejsce zupełnie inaczej będzie wyglądało wiosną otoczone młodą zielenią i morzem kaczeńców, inaczej jesienią we wszystkich odmianach czerwieni liści drzew i jeszcze inaczej w środku zimy pokryte szadzią czy głębokim śniegiem. Aby jednak to wszystko zobaczyć musimy najpierw zadać sobie pytanie o to jak dojechać w Bieszczady… Jest na to kilka sposobów…
Dojazd w Bieszczady własnym samochodem to oczywiście to, co jako pierwsze przychodzi nam na myśl. O ile dysponujemy autem to rzeczywiście ten sposób podróżowania będzie zdecydowanie najwygodniejszy. Niezależnie od tego, z której części kraju będziemy jechać w Bieszczady dla wszystkich nas droga od Rzeszowa staje się jednakowa. Dotarcie do tego miasta nie nastręcza również żadnych trudności – trasy są bardzo dogodnie poprowadzone niezależnie od kierunku, z którego jedziemy.
Po minięciu Rzeszowa kierujemy się na Sanok. Droga staje się bardzo urozmaicona i ciekawe jako, że zaraz za Rzeszowem wjeżdżamy na tereny pogórzy – już tutaj odsłaniają się przed nami ciekawe widoki, sama okolica jest także bardzo interesująca ze względu na mijane miejscowości, ich zabudowę i charakter. Będąc w Sanoku widzimy już wyraźnie górski charakter tych okolic, droga raz po raz pnie się stromo pod górę i opada malowniczymi serpentynami ostro w dół. Obieramy teraz kierunek na Zagórz oraz Lesko. Jeśli kierujemy się w okolice Komańczy wówczas z dotychczasowej trasy będziemy skręcać w prawo już w Zagórzu. Ci zaś, którzy zmierzają w okolice Baligrodu, Cisnej, Wetliny, czy Ustrzyk Górnych odbijać będą w prawo na rondzie w Lesku przed wjazdem do centrum tej malowniczo położonej miejscowości.
Dalej prosto pojadą zmierzający do Soliny czy Polańczyka (skręt w prawo w Uhercach Mineralnych) czy okolic Czarnej Górnej i Lutowisk (skręt w prawo dopiero w Ustrzykach Dolnych). Niezależnie jednak od miejsca docelowego naszej podróży dojazd samochodem w te strony jest bardzo wygodny. Drogi są bardzo dobrej jakości, dobrze oznakowane i oświetlone. Własny samochód ułatwi nam również znakomicie dalsze poruszanie się w Bieszczadach. Czasy gdy drogi w tych górach były nieliczne i nieprzejezdne odeszły wszak dawno w zapomnienie. Dziś dzięki tzw. małej i dużej pętli bieszczadzkiej z łatwością dotrzemy w każdy zakątek tej pięknej krainy.
Dla osób nieposiadających samochodu, a zastanawiających się jak dojechać w Bieszczady naturalnym wyborem może okazać się kolej. Tutaj jednak podróż wygląda nieco mniej komfortowo. Dzieje się tak z uwagi na fakt, że nie do wszystkich bieszczadzkich miejscowości kolej dociera. Co gorsza często podróż koleją będzie nas narażała na przynajmniej dwie przesiadki. Pierwsza z nich może mieć miejsce w Rzeszowie po dotarciu tutaj z naszego miejsca zamieszkania. Druga zaś będzie miała miejsce najczęściej w Sanoku. To do tej miejscowości dotrzemy koleją, ale dalej konieczne będzie kontynuowanie podróży autobusem.
Należy jednak powiedzieć, że połączenia kolejowe z Rzeszowem są naprawdę dogodne zatem o ile nie straszne nam przesiadki albo wręcz chcemy przeżyć odrobinę podróżniczych emocji wówczas dojazd w Bieszczady koleją może okazać się dla nas dobrym rozwiązaniem. Część trasy pokonamy w takim wypadku wygodnie w pociągu, a do samego miejsca noclegowego w górach po niedługiej przejażdżce dowiezie nas autobus. Rozkłady jazdy kolei najlepiej sprawdzać jest w portalu e-podróżnik.
Dla osób nieposiadających samochodu i chcących uniknąć przesiadek dobrym rozwiązaniem może okazać się podróż autobusem czy autokarem. Co roku setki z nich dowożą wygodnie turystów w Bieszczady. W tym wypadku może udać nam się dostać bilet bezpośrednio z miejsca naszego zamieszkania (szczególnie jeśli jest to jedno z większych miast) do miejsca docelowego naszej podróży. Jeśli pochodzimy z mniejszej miejscowości wówczas konieczna może okazać się przesiadka.
Tak czy inaczej dzięki bardzo dobrej bieszczadzkiej sieci drogowej o znakomitym stanie przyjazd w te strony autobusem czy autokarem będzie bardzo komfortowy. Docierają one swobodnie i szybko do wszystkich większych bieszczadzkich miejscowości. Gdyby okazało się, że nasz nocleg znajduje się nieco na uboczu, a nam przyszło borykać się z dużymi bagażami wówczas z pomocą przyjdą nam nieocenione busiki, o których niżej. Rozkład jazdy autobusów, podobnie jak kolei, najlepiej sprawdzać jest w portalu e-podróżnik.
Kolejnym sposobem na to jak dojechać w Bieszczady jest transport busem. Jest on szczególnie popularny na terenach niezbyt odległych od tych pięknych gór, gdzie inne formy transportu są nieraz trudniej dostępne. Dojazd w góry w ten sposób jest niemal tak samo wygodny jak własnym samochodem. Szczególnie należy polecić także skorzystanie z busików kursujących w samych Bieszczadach. W sezonie poruszają się one praktycznie bez przerwy na trasach między wszystkimi większymi miejscowościami. Złapać możemy je w centrach miasteczek i wsi oraz po prostu na trasie dając znak kierowcy.
Dzięki nim możemy niezwykle swobodnie planować nasze górskie eskapady. Do bieszczadzkiej tradycji należy już, że wchodzi się tutaj na szlak w jednym miejscu (w miejsce to możemy podjechać własnym autem lub właśnie busikiem), a schodzi się zupełnie gdzie indziej licząc na transport powrotny właśnie jednym z licznych busów. Nie należy przy tym zrażać się brakiem miejsc – busiki jeżdżą tak często, że nawet przepuszczając jeden czy dwa z nich na pewno znajdziemy dla siebie miejsce w kolejnym.
Autostop to chyba ta z odpowiedzi na pytanie o to jak dojechać w Bieszczady, która jak żadna z powyższych nasuwa na myśl powojenne, westernowskie bieszczadzkie czasy. W okresie tamtym dojazd w te odległe strony był szczególnie utrudniony i to właśnie wtedy pierwsi śmiałkowie pragnący przemierzać obszary bieszczadzkiego kresu imali się wszystkich dostępnych sposobów dojazdu w te góry. Jednym z bardziej popularnych był autostop. Dziś choć wielu z nas dysponuje własnym samochodem lub może sobie pozwolić na przejazd koleją czy autobusem nadal wiele osób wybiera ten tradycyjny sposób podróżowania. Trzeba przy tym przyznać, że autostop po dziś dzień pozostaje ciekawym sposobem dotarcia w Bieszczady.
W dzisiejszych czasach mówiąc o autostopie nie koniecznie myślimy przy tym o wyczekiwaniu na transport przy skraju drogi z uniesionych do góry kciukiem. Mamy dziś wszak do dyspozycji wiele możliwości pośrednich takich jak współdzielenie transportu ze znajomymi, przygodnie poznanymi, bądź wręcz zupełnie obcymi osobami. Z pomocą przychodzi nam tutaj internet, w którym z łatwością możemy umówić się z innymi turystami na wspólną podróż w Bieszczady. Będzie to sposób tani i wygodny, a przy tym z pewnością zawrzemy niejedną ciekawą znajomość.
Na to jak dojechać w Bieszczady jest kilka sposobów. Staraliśmy się opisać je jak najlepiej powyżej. Czas teraz jednak na podsumowanie naszych porad i pytanie, który sposób jest najlepszy? Wydaje się, że odpowiedź na nie jest prosta – będzie nią zdecydowanie podróż własnym samochodem, zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że może to być sposób niedostępny dla każdego z nas.
Wydaje nam się zatem, że najlepiej będzie pokusić się o jakieś rozwiązanie pośrednie. Może nim być np. wspólna podróż samochodem za znajomymi, czy wręcz po prostu skorzystanie z autostopu. W ostatnim czasie na wielu internetowych grupach dyskusyjnych obserwujemy pewną tendencję – coraz częściej obserwujemy turystów nawet w różnych stron Polski umawiających się na wspólny przejazd w Bieszczady samochodem jednego z nich, czy wręcz autem z wypożyczalni.
Taki sposób dojazdu w Bieszczady wydaje się najlepszym rozwiązaniem w przypadku braku własnego samochodu. Pozwala nam on bezproblemowo dostać się w ten odległy zakątek Polski, a na miejscu możemy korzystać swobodnie z kursujących tutaj non stop busików. Dzięki takiej organizacji podróży będziemy mogli bez stresu dotrzeć w te magiczne góry i spokojnie delektować się ich pięknem…
Pytanie o to co jeść w Bieszczadach jest zdecydowanie jednym z najczęściej się pojawiających w trakcie rozmów o tych wspaniałych górach. Również i my w trakcie pisania naszego bloga o Bieszczadach słyszymy je coraz częściej. Postanowiliśmy zatem wyjść mu naprzeciw i stworzyć naszą krótką i oczywiście subiektywną listę tego, czego według nas należy spróbować będąc na terenach bieszczadzkiego kresu oraz gdzie warto się zatrzymać aby zjeść coś dobrego.
Nasza pasja do Bieszczadów zrodziła się z zainteresowania niezwykłą bieszczadzką historią oraz śladami jakie po dziś dzień po niej zostały. Dość szybko postanowiliśmy dzielić się naszym zainteresowaniem – rozpoczęliśmy od opisywania naszych wędrówek bieszczadzkimi dolinami w poszukiwaniu pozostałości po ich bojkowskiej przeszłości. Fascynowało nas przy tym znajdowanie śladów pozostawionych przez danych mieszkańców bieszczadzkiej głuszy, cerkwi, cmentarzy czy nawet wiejskich chat. Wędrowaliśmy zatem przez tereny wsi takich jak Tworylne czy Krywe, odwiedzaliśmy Lutowiska, Bystre, Solinę…
Bieszczady to jednak nie tylko puste dziś i ciche urokliwe doliny. To także, albo właściwie przede wszystkim, wspaniałe góry przyciągające w te strony co roku tysiące turystów. W miarę wzrostu popularności naszego bloga dość szybko zauważyliśmy, że turystów tych interesują przede wszystkim jednak tematy bardziej praktyczne. Tak zaczęło powstawać nasze kolejne posty będące swoistymi poradnikami na przeróżne tematy – gdzie się zatrzymać w Bieszczadach, co warto tutaj zobaczyć, jakie atrakcje odwiedzić, jak spędzić tutaj aktywnie czas, co robić w tych stronach z dziećmi albo gdy pada deszcz. Wpisy te cieszą się niesłabnącą popularnością stąd tym razem pora na naszych 5 pomysłów na to co jeść w Bieszczadach!
Odpowiedź na pytanie o to co jeść w Bieszczadach zaczniemy od wszechobecnych tutaj serów. Okazuje się wszak, że słyną z nich nie tylko Tatry z Zakopanem na czele. Również w Bieszczadach szczególnie w sezonie spotykamy je właściwie na każdym kroku. Będąc zatem w Bieszczadach koniecznie należy spróbować każdego rodzaju sera niezależnie od tego czy jest to tzw. hucuł, bundz, oscypek, ser solankowy czy też bieszczadzka feta.
Naprawdę warto przystanąć przy niemal każdy straganie z serami, porozmawiać ze sprzedawcą, upewnić się czy na pewno jest on również producentem. Po kilku takich próbach z pewnością znajdziemy takiego wytwórce, do którego będziemy już zawsze wracać, a odpowiedź na pytanie o to co jeść w Bieszczadach nie będzie nastręczała nam żadnych problemów. Poniżej przedstawimy kilku producentów serów czy znanych miejsc, w których warto je kupić.
Rozmawiając o tym co jeść w Bieszczadach w naszej dyskusji nie może zabraknąć czosnku niedźwiedziego. Ma on podobne własności lecznicze, jak czosnek pospolity i inne gatunki czosnków, zawiera też dużo witaminy C. Dodaje się go do zup, sałatek, nadaje się do kiszenia oraz marynowania. W Bieszczadach dostępny jest głównie wiosną na wszelkich straganach oraz w sklepach z przetworami. Wtajemniczeni w to gdzie rośnie w okolicy mogą go też zebrać własnoręcznie! Doskonałą lokalną specjalnością jest sos pesto z czosnku niedźwiedziego zasolony w słoiczkach lub suszony. Nadaje się jako zamiennik pesto z Bazyli, nadając makaronom lekko czosnkowy posmak.
Bieszczady to kraina rydzów. Możemy je tu znaleźć marynowane, smażone, zapiekane… Mają cudowny delikatny smak. Najczęściej można je spotkać latem i jesienią. Dostępne są praktycznie na każdym straganie. Warto zawsze dopytać o to w jaki sposób zostały przygotowane. Zalewa może być mniej lub bardziej octowa – warto więc dopasować je do własnego gustu. Często możemy też spotkać sałatkę z rydzów w szwedzkim stylu, a także smalec rydzowy z różnymi dodatkami jak np. jabłko – nie należy przy tym zrażać się jego kolorem, w smaku jest naprawdę pyszny! Udało nam się go kupić w małym sklepiku w Cisnej, zaraz obok Restauracji Siekierezada.
Bieszczady to nadal dzika kraina obfitująca we wszelkie rośliny nadające się do produkcji nalewek, miodów czy syropów. Warto o tym
pamiętać zatrzymując się przy jednym z lokalnych straganów czy odwiedzając sklep z lokalnymi wyrobami i przetworami. Spróbować będziemy mogli nalewki z pokrzywy, tarninówki, jarzębinówki czy syropu z sosny doskonałego na kaszel, poprawiającego odporność i pomagającego we wszelkich stanach przeziębienia.
Kolejną specjalnością Bieszczadów są spotykany tutaj na każdym kroku miody. Znajdziemy je w wielu gospodarstwach położonych nawet wzdłuż głównych dróg – wystarczy jedynie wypatrywać odpowiedniego szyldu. Są to przy tym prawie zawsze produkty własnego wyrobu – łatwo to poznać po kilku, kilkunastu ulach stojących nieopodal gospodarstwa. Można spotkać też przepyszną brusznicę w słoiczkach – idealnie nadaje się do serów i sosów.
Myśląc o tym co jeść w Bieszczadach nie możemy oczywiście zapominać o restauracjach, knajpkach i zajazdach, których jest tutaj coraz więcej. Dzięki rosnącej z roku na rok licznie turystów wyrastają one tutaj jak grzyby po deszczu. W sezonie w niektórych z nich trudno nawet o wolny stolik. Jest jednak kilka takich miejsc i potrwa, na które warto poczekać nawet w kolejce:
Nie jest łatwo odpowiedzieć w kilku słowach na pytanie o to co jeść w Bieszczadach. Góry te oferują wszak bardzo dużą różnorodność potraw, lokalnych specjalności czy restauracji, które możemy odwiedzić. Różnorodność ta jest zresztą jedną z głównych, dominujących cech tego niezwykłego zakątka Polski. Dotyczy ona tutejszej pogody, klimatu, zmienności przyrody czy niezliczonych wprost pomysłów na spędzania tutaj czasu. Do wielu możliwości odnalezienia tutaj wewnętrznego spokoju i harmonii należy zatem dodać jeszcze jeden atut tutejszych stron – każdy wyjazd w Bieszczady możemy zakończyć z nowym słoiczkiem przetworów czy lokalnych smakołyków lądującym na naszej domowej półce. Za to wszystko właśnie co dają nam te góry tak bardzo je kochamy i dlatego wciąż tutaj wracamy!
Za każdym razem gdy jesteśmy w Bieszczadach zastanawiamy się jak ciężką i odpowiedzialną pracę ma GOPR Bieszczady… Góry te przez wielu uważane są za niezbyt wysokie, mało niebezpieczne, wręcz niewinne. Zdanie to zmienia się dopiero po wizycie w tych stronach, szczególnie jeśli ma ona miejsce późną jesienią, zimą, czy wczesną wiosną.
Zaledwie kilka dni spędzonych w tym niezwykłym zakątku naszego kraju uświadamia nam jak ostry i nieprzewidywalny klimat tutaj panuje. Nagłe, nieoczekiwane zmiany pogody, deszcze padające dosłownie z niebieskiego nieba, porywiste wiatry, czy gęsta jak mleko mgła – to wszystko nie jest na tych terenach niczym nadzwyczajnym, zdarza się tu bardzo często, nieraz nawet w środku lata gdy w innych częściach Polski panuje piękna pogoda.
Również dosłownie jedna wizyta i jedna wycieczka górska wystarczają aby zrozumieć, że Bieszczady to wcale nie łagodne, niewinne góry. Najwyższe partie Bieszczadów z Tarnicą, Połoniną Caryńską, Wetlińską, czy Rawkami na czele nie ustępują ani na krok w swej trudności i wysokogórskim charakterze nawet Tatrom Zachodnim. Bieszczadzkie szlaki są wszak niezwykle trudne nawet dla wprawionego w górskich wędrówkach turysty. Cechuje je nieraz bardzo znaczna długość oraz niezwykła stromizna. Gdy pada deszcz często spotkamy tu nieraz płynący szlakiem istny błotny potok. Śliskie korzenie drzew dodatkowo utrudnią wędrówkę i zachowanie równowagi.
Bieszczady to wspaniałe góry pełne niezliczonych atrakcji, dające wiele możliwości aktywnego spędzania czasu czy organizacji pobytu tutaj z dziećmi. To także masa miejsce, w których możemy się zatrzymać, agroturystyk i wszelkich innych miejsc noclegowych. Nie możemy jednak zapominać, że to także groźne i trudne góry. Dlatego właśnie planując wyjazd w te malownicze strony musimy także pamiętać o naszym bezpieczeństwie. Na całe szczęście w tym zadaniu nie jesteśmy pozostawieni sobie sami – zawsze i wszędzie czuwa nad nami także GOPR Bieszczady.
Turystyka w Bieszczadach rozwijała się na długo przed okresem II wojny światowej. W okresie międzywojennym były ulubionym miejscem wypoczynku nawet ważnych osobistości państwowych. Szczególnie popularnym kurortem były wówczas np. Sianki. Dynamiczny rozwój turystyki w tym regionie został brutalnie przerwany przez II wojnę światową i zahamowany na lata przez następujące po niej wysiedlenia rdzennej ludności. Na ich fali z Bieszczadów zniknęli Bojkowie, a duża część gór została objęta przygranicznym pasem, w którym poruszanie się było zabronione. Ruch i w ogóle życie zamarło w tych stronach.
Sytuacja uległa zmianie dopiero z początkiem lat 50. XX wieku kiedy to wytyczone zostały w Bieszczadach pierwsze szlaki oraz zbudowane drogi dojazdowe umożliwiające po raz pierwszy na większą skalę przybywanie tutaj turystów. Rozpoczęło to zupełnie nowy okres w historii Bieszczadów. Kraina ta zaczęła być przedstawiana jako „polski dziki zachód”, góry powoli zaczęły wypełniać się śmiałkami poszukującymi przygód rodem z westernów, pojawił się tutaj też wypas bydła. Były to początki dzisiaj legendarnych już „zakapiorskich Bieszczadów”. Zaczęli pojawiać się tu także pierwsi powojenni turyści. Rozpoczęto zatem myśleć również o ich bezpieczeństwie.
Pierwsi ratownicy Górskiego Pogotowia Ratunkowego z Grupy Tatrzańskiej zjawili się w Bieszczadach w roku 1957 w celu zabezpieczenia rajdu narciarskiego. Pierwszy kurs ratownictwa górskiego GOPR odbył się w 1958 roku. Czasy jednak były bardzo ciężkie, brakowało sprzętu, trudno było go także dostarczyć z innych odległych placówek stąd działalność GOPR Bieszczady była na tym etapie jeszcze praktycznie niemożliwa.
Dalsze kroki organizacyjne poczyniono w roku 1961 kiedy to położono podwaliny pod budowanie struktury GOPR Bieszczady. Rozpoczęto pierwsze werbowania ochotników rekrutujących się wówczas po prostu spośród turystów oraz ich szkolenie. Sezon zimowy przełomu lat 1961/62 przyniósł zaś pełnienie dyżurów ratowniczych. Pierwsze dyżurki pojawiły się w Ustrzykach Górnych, Komańczy oraz Iwoniczu-Zdroju. Od roku 1962 funkcjonowała już także dyżurka w Wetlinie. Pod koniec roku 1963 GOPR Bieszczady liczył już 34 ratowników.
Kolejne lata i dekady to ciągły rozwój GOPR Bieszczady. Pojawiały się kolejne dyżurki stałe i namiotowe, prowadzono dalszy nabór ochotników i ich intensywne szkolenie, grupa wzbogacana była wreszcie o coraz to nowsze zdobycze techniki – pojawiały się radia wojskowe, samochody, skutery, nawiązano także współpracę z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym co znakomicie ułatwiało prowadzenie akcji ratunkowych w Bieszczadach. Nawiązano także współprace sponsorskie umożliwiające niezbędne doposażenie ratowników w najnowocześniejszy sprzęt.
W roku 2000 rozpoczęto wydawanie kwartalnika „Echo Połonin” będącego periodykiem GOPR Bieszczady. W 2001 w Muzeum Okręgowym w Rzeszowie otwarto wystawę „Wołanie w górach”. W roku 2003 przeprowadzono promocję książki „Na każde wezwanie…”. W 2006 ratownicy GOPR Bieszczady jako pierwsi w Polsce w trakcie jednej ze swoich akcji ratunkowych użyli skutecznie defibrylatora.
1 stycznia 2009 roku przełęcz pomiędzy Tarnicą a Krzemieniem została nazwana „Przełęczą Goprowską” jako hołd dla wysiłku i poświecenia wszystkich ratowników GOPR Bieszczady.
Przez dekady swej działalności GOPR Bieszczady przeprowadził oczywiście niezliczoną ilość akcji, które nie sposób byłoby tutaj opisać. Spójrzmy zatem na opisy jedynie kilku z nich…
Najstarszy wpis w dzienniku akcji GOPR Bieszczady pochodzi z dnia 16.12.1961 kiedy to w trakcie treningu narciarskiego 19-letnia uczestniczka doznała kontuzji. Została opatrzona przez ratownika oraz odprowadzona do szosy skąd dalej już na furmance pojechała do szpitala. Pierwsza akcja ratunkowa zaś opisana jest jako zdarzenie z dnia 30.12.1961 roku kiedy to ratownicy udzielali pomocy wyczerpanej kobiecie zjeżdżającej z Połoniny Caryńskiej.
Pierwsze zdarzenie związane z lawiną odnotowane jest jako mające miejsce 19.02.1964 kiedy to lawina porwała uczestników rajdu zmierzających na Tarnicę. Kilka osób zostało wtedy całkowicie zasypanych śniegiem, jednak dzięki szybkiej akcji i odrobinie szczęścia całe zdarzenie nie miało tragicznych konsekwencji.
Zimą 1962 roku na skutek szalejących zamieci śnieżnych od świata odcięte zostało schronisko w Ustrzykach Górnych. Sytuacja wymagała interwencji ratowników gdyż u jednej z przebywających tam osób podejrzewano złamanie obojczyka, jedna miała zgniecione palce, a dwie bardzo wysoką temperaturę. 84 kilometrów trasy pokonano w 13 godzin – jej ostatni fragment z Bereżek na pieszo! Po pewnym czasie do schroniska przebił się również spychacz, który umożliwił ewakuację osób najbardziej tego potrzebujących.
Ratownicy GOPR Bieszczady wielokrotnie musieli też udzielać pomocy w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach. Było tak np. w przypadku przewróconego autokaru w 1964 roku czy w sytuacji pomocy przy porodzie w roku 1965.
Bieszczady przez wielu uważane są za najpiękniejsze góry w Polsce. Dzieje się tak z wielu powodów. Na pewno po części przez olbrzymią ilość atrakcji, które warto tutaj zobaczyć oraz dzięki niezwykle ciekawej bieszczadzkiej historii. Sprzyja temu też niezwykłe otoczenia przyrodnicze Bieszczadów – dzika, nad wyraz bujna natura i jej zmienność podążająca za porami roku. Te same miejsca z powodzeniem możemy odwiedzać kilka razy w roku, a w zależności od jego pory z pewnością w każdym z nich znajdziemy coś zupełnie nowego.
Bieszczady dla wielu wreszcie to o prostu górskie wędrówki, oszałamiające widoki, radość ze zdobycia kolejnego, wymagającego szczytu. Wycieczki te niosą ze sobą jednak niestety także pewne niebezpieczeństwo. Każdego roku słyszymy o ofiarach porażeń piorunem, lawiny, czy innego górskiego wypadku. To właśnie z uwagi na nie planując kolejny wypad w Bieszczady musimy bezwzględnie pamiętać także o naszym własnym bezpieczeństwie. Na całe szczęście jednak jeśli o nim zapomnimy lub po prostu jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego będzie nad nami czuwał GOPR Bieszczady – grupa śmiałków dbających o to, żebyśmy spokojnie mogli cieszyć się pięknem Naszych Bieszczadów…
Bieszczadzkie szlaki urzekają co roku coraz to większe rzesze turystów. Dzieje się tak z pewnością z kilku powodów. Podczas gdy inne górskie regiony w naszym kraju odstraszają rosnącymi z roku na rok tłumami w Bieszczadach nadal można poczuć się zagubionym na końcu świata. Szczególnie po sezonie letnim bieszczadzkie szlaki oferują nam nieraz kompletną pustkę. To, że w trakcie całodniowej wycieczki nie spotkamy tutaj ani jednej osoby nie jest niczym nadzwyczajnym.
Bieszczady oszałamiają także swoją dziką przyrodą. Niezapomnianym wyjazdem będzie nawet kilkudniowy pobyt w jednej z bieszczadzkich agroturystyk, czy innych miejsc noclegowych położonych pośród łąk czy lasów. To właśnie tutaj w pełni poczujemy, że jesteśmy na dziewiczym łonie natury.
Bieszczady to także moc atrakcji, zabytków związanych z ich niezwykle bogatą historią czy wreszcie po prostu ciekawych miejsc, które warto odwiedzić. Dla wielu osób przyjeżdżających w te strony niekwestionowaną atrakcją Bieszczadów są górskie wędrówki, bieszczadzkie szlaki oferujące mozolny wysiłek, który jest jednak zawsze wynagradzany oszałamiającymi, niemożliwymi do odnalezienia nigdzie indziej w Polsce widokami.
W ostatnim czasie od naszych czytelników docierają do nas dziesiątki pytań. Dotyczą one noclegów, porad dotyczących tego gdzie się zatrzymać w Bieszczadach, co zobaczyć, co robić tutaj z dziećmi, czy wtedy, gdy pada deszcz. Na wszystkie te pytania staramy się sumiennie odpowiadać w kolejnych naszych artykułach. Teraz czas zatem na próbę odpowiedzi na pytanie o to, które bieszczadzkie szlaki są najpiękniejsze i najbardziej godne polecenia. Opiszemy przy tym trzy najbardziej popularne masywy z krótką charakterystyką szlaków nimi biegnących. Takie ujęcie będzie chyba ciekawsze niż spotykany niemal w każdym przewodniku opis poszczególnych szlaków. Pozwoli ono też spojrzeć na dany fragment Bieszczadów niejako „z lotu ptaka”.
Połonina Wetlińska z niemal legendarnym schroniskiem, tzw. Chatką Puchatka, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych masywów, bieszczadzkich szlaków oraz celów tutejszych pieszych wędrówek. Pojawia się na niezliczonych pocztówkach czy w kalendarzach, jej zdjęcia zalewają internet. Nic w tym dziwnego – jest to wszak miejsce wyjątkowe. Połonina Wetlińska rozpoczyna całe pasmo podobnych sobie masywów leżących na wschód od niej. Wszystkie charakteryzuje taki sam, wyjątkowy i niemożliwy do odnalezienia gdzie indziej w Polsce układ roślinności. Zbocza porasta gęsty, wiekowy las ze znaczą przewagą buków. W partiach szczytowych dominują bezdrzewne połoniny. Co charakterystyczne granica pomiędzy lasem, a połoniną jest bardzo gwałtowna – łączy je jedynie zwykle wąski pas karłowatych drzewek. Brak tutaj tak dobrze znanej chociażby z Tatr kosodrzewiny.
Północne stoki Połoniny Wetlińskiej cechują się o wiele bardziej urozmaiconą budową. Są one poprzecinane siecią dolinek i szczytów. Południowe zbocza masywu są o wiele bardziej strome, a u ich podnóża w dolinach wygodnie rozłożyły się miejscowości turystyczne takie jak Wetlina czy Smerek. Połoninę można zdobyć na kilka sposobów. Prowadzi tutaj kilka szlaków:
Dodatkowo samą granią Połoniny Wetlińskiej biegnie szlak czerwony. Najbardziej popularnym celem wędrówek jest tutaj znajdująca się na wschodnim skraju Połoniny Chatka Puchatka, czyli niemal mityczne bieszczadzkie schronisko. Najkrótsza droga do tego miejsca to szlak żółty z Przełęczy Wyżnia i czerwony z Berehów Górnych. Fakt ten sprawia, że te dwa bieszczadzkie szlaki są chyba najbardziej uczęszczanymi. Również bardzo popularny jest szlak żółty z Wetliny. Tu powód jest bardzo prozaiczny – Wetlina to przecież jedno z najbardziej znanych bieszczadzkich miejsc noclegowych.
Kto pragnie odrobiny ciszy i spokoju podczas górskiej wędrówki ten powinien rozważyć zdobycie Połoniny Wetlińskiej szlakiem żółtym z Suchych Rzek, czy czarnym przez Krysową. To właśnie na nich turystów będzie najmniej. Szlak czerwony ze Smereka jest również dość mocno uczęszczany. Wynika to zapewne z olbrzymiej atrakcyjności samego szczytu o tej samej nazwie, z którego roztacza się wspaniały widok.
Największym rarytasem jest jednak w tej okolicy sama wędrówka grzbietem Połoniny Wetlińskiej. Szlak ten jest niezwykle urozmaicony. Mimo położenia na zdawałoby się płaskiej grani masywu raz opada mocno w dół, raz pnie się ostro pod górę. Prowadzi momentami przez gęste zarośla (Szare Berdo), innym razem przez skaliste fragmenty rodem z Tatr (Osadzki Wierch). Z każdym danym krokiem odsłania się przed nami coraz to wspanialszy widok urzekający niezależnie od kierunku, w którym spoglądamy. Punktem kulminacyjnym każdej wyprawy są tu odwiedziny w Chatce Puchatka. Chętni mogą poczekać tutaj na zachód słońca lub wspiąć się tutaj tuż przed jego wschodem – niezapomniane wrażenia gwarantowane!
Połonina Caryńska to piękny masyw wyróżniający się strzelistą sylwetką. Słynie on ze swojego centralnego położenia pośród największych i najbardziej majestatycznych bieszczadzkich masywów. Roztacza się stąd w związku z tym oszałamiająca panorama w promieniu 360 stopni, na podstawie której można by się uczyć topografii tego regionu. Połonina ta słynie również z bardzo stromych podejść, jest także często wybierana jako miejsce do obserwacji wschodów czy zachodów słońca. Można ją zdobyć wędrując jednym z czterech szlaków:
Północne stoki Połoniny Caryńskiej, podobnie jak Wetlińskiej, są nieco mniej strome, jednak tutejsza rzeźba terenu jest zdecydowanie mniej urozmaicona niż w przypadku poprzednio opisywanego masywu. Zbocza południowe cechuje znaczne nachylenie. Zdobycie Połoniny Caryńskiej właściwie z którejkolwiek strony wymaga nie lada wysiłku. Męcząca stromizna i znacząca długość szlaków dają się tutaj naprawdę we znaki. Wynagrodzeniem są przepiękne widoki we wszystkich kierunkach, z których słynie „Caryca”. Tutaj również niezapomnianych wrażeń dostarcza przejście całego grzbietu masywu.
Połoninie Caryńskiej dodatkowego uroku dodają leżące u jej północnych zboczy tereny dawnej wsi o nazwie Caryńskiej. Długa i szeroka dolina umościła się wygodnie wzdłuż całego masywu Połoniny. To właśnie w niej wzdłuż płynącego dnem doliny potoku przez stulecia tętniło życie jednej z setek unicestwionych po II wojnie światowej bojkowskich wsi. Dziś pozostały po niej tylko wyraźnie jeszcze widoczne ale z wolna zarastające pola. W jednej z tutejszych kęp drzew drzemie też opuszczone cerkwisko oraz kilka chylących się ku upadkowi zapomnianych krzyży.
Gniazdo Tarnicy słynne jest z kilku powodów. To właśnie w tym masywie znajduje się należący do korony gór polskich najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnica. To tu znajduje się także kilka innych strzelistych, trudnych do zdobycia szczytów jak Krzemień, Halicz, czy Rozsypaniec. To tu wreszcie znajduje się tak bardzo lubiane przez wielu turystów Bukowe Berdo. Stąd także roztacza się wspaniały widok sięgający daleko wgłąb Ukrainy. Widać stąd jak na dłoni również najwyższy szczyt całych Bieszczadów – Pikuj.
Gniazdo Tarnicy, w odróżnieniu od Połoniny Wetlińskiej czy Caryńskiej, charakteryzuje o wiele bardziej rozbudowany masyw. Jest silnie rozczłonkowany i podzielony na kilka biegnących w różnych kierunkach grani. Stąd też nie dziwi duża ilość możliwości zdobycia masywu. Tutejsze szlaki to:
Wszystkie one cechują się znaczącymi długościami. Wędrówki w tym masywie najlepiej będzie planować latem gdy dzień jest długi. Nie powinniśmy wszak się dziwić jeśli spędzimy tu w drodze 6-8 godzin. Gniazdo Tarnicy oferuje niezwykle urozmaicone bieszczadzkie szlaki – jest tu dosłownie wszystko: strome, kamieniste podejścia i zejścia na łeb, na szyję, długie granie i spokojne trawersy szczytów, piękne, gęste lasy bukowe, odsłonięte połoniny, na których niemiłosiernie pali słońce, czy zarośla skarłowaciałych drzewek. Obszerny masyw daje możliwość różnego łączenia szlaków – można tu wracać wielokrotnie, a za każdym razem iść trochę inną drogą.
Szlakiem szczególnie wyczerpującym jest wejście na Halicz i Rozsypaniec. Szczyty te leżą niejako na uboczu i w oddali od początków wszystkich szlaków masywu. Niezależnie z której strony będziemy chcieli je zdobyć (z Przełęczy Goprowskiej czy z Przełęczy Bukowskiej) na tę wyprawę tak czy inaczej powinniśmy przeznaczyć cały dzień. Zdecydowanie krótsze szlaki to wejścia na Szeroki Wierch czy Bukowe Berdo. Jeśli nie mamy siły na dłuższą wędrówkę wówczas masywy te możemy zdobyć i wrócić do punktu wyjścia po własnych śladach.
Jednym z największych atutów tego miejsca są niepowtarzalne widoki. Z jednej strony mamy tu piękną panoramę w kierunku Połoniny Caryńskiej i Wetlińskiej, dalej na północ w kierunku Lutowisk i Ustrzyk Dolnych. Największe wrażenie robi jednak możliwość spojrzenia daleko wgłąb terytorium Ukrainy. U naszych stóp leży cała dolina górnego Sanu wraz z pustymi miejscami po wysiedlonych bojkowskich wsiach. Z łatwością dostrzeżemy też opuszczoną cerkiew w Sokolikach Górskich. Dalej widzimy kolejne ukraińskie pasma górskie z Bieszczadami Wschodnimi i dalszymi masywami. Z tymi widokami naprawdę mało co może się równać.
Bieszczady to wyjątkowe, niezwykle rozległe góry. Oferują one całą paletę górskich wędrówek, w trakcie których każdy znajdzie coś dla siebie. Są tu zatem długiem, lesiste trakty niekończącymi się graniami, są ostre podejścia czy ścieżki biegnące bezdrzewnymi połoninami, gdzie szczególnie latem niemiłosiernie pali słońce. Naprawdę trudno jest powiedzieć, które bieszczadzkie szlaki zasługują na miano najpiękniejszych, najciekawszych czy najbardziej godnych polecenia. Wybór zależeć będzie od wielu osobistych preferencji danego turysty.
W niniejszym artykule przedstawiliśmy te bieszczadzkie szlaki, które uważane są za najbardziej emblematyczne. Są one kojarzone i nieraz wręcz utożsamiane z całymi Bieszczadami i tutejszymi górskimi wędrówkami. Nie jest to do końca słuszne ponieważ Bieszczady oferują wiele innych, wspaniałych, mniej znanych szlaków. Prawdą jednak jest, że drogi, szczyty i masywy opisane powyżej są niejako kwintesencją, zwieńczeniem tego co z Bieszczadami kojarzy się najbardziej. To właśnie tutaj będziemy początkowo piąć się mozolnie stromą ścieżką pośród gęstego lasu aby w końcu dotrzeć do bezdrzewnych połonin, z których zwykle roztacza się zapierający dech w piersiach widok. To właśnie ta różnorodność i zmienność bieszczadzkich krajobrazów jest tym, za co kochamy Nasze Bieszczady i ze względu na co wracamy tu raz po raz…
Rawki z Przełęczy Wyżniańskiej to piękny, widokowy ale i trudny szlak. Mimo mozolnego podejście wybierany jest przez wielu turystów. Przyciąga ich tutaj doskonałe, centralne położenie masywu Małej i Wielkiej Rawki. Ze szczytów tych położonych pomiędzy innymi najbardziej znanymi bieszczadzkimi masywami takimi jak Połonina Wetlińska, Połonina Caryńska czy Gniazdo Tarnicy roztacza się oszałamiający widok we wszystkich kierunkach na góry przez wielu uważane za najpiękniejsze w Polsce.
Mówi się, że w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, a potem już się tylko wraca. Turyści przyjeżdżają tu z wielu różnych powodów. Przede wszystkim przyciągają tu wspaniałe górskie szlaki z oszałamiającymi widokami i niespotykanymi gdzie indziej w Polsce połoninami. Niektórzy przybywają tu by szukać śladów niezwykle bogatej bieszczadzkiej historii i jej śladów, licznych tutaj zabytków, np. pięknych cerkwi. Inni wybierając Bieszczady po prostu ze względu na ogromną ilość tutejszych atrakcji dających wiele możliwości aktywnego spędzania tutaj czasu nawet podczas niepogody. Jeszcze inni wybierają Bieszczady ze względu na olbrzymią ofertę miejsc noclegowych czy agroturystyk w pięknych, cichych miejscach.
Nas osobiście w Bieszczadach urzeka absolutnie wszystko. Zakochaliśmy się w tych górach przez niezwykłą i mało znaną historię oraz oszałamiającą swoją bujnością przyrodę. Nasze pierwsze wyjazdy w Bieszczady spędzaliśmy głównie penetrując puste dziś doliny, w których niegdyś tętniły życiem wysiedlone po wojnie bojkowskie wsie, takie jak nasze ulubione Tworylne czy Krywe. Po jakimś czasie postanowiliśmy jednak nadrobić zaległości związane z samymi górami. Jednym z takim szlaków na naszej liście „do zrobienia” były właśnie od dawna Rawki z Przełęczy Wyżniańskiej.
Na Przełęcz Wyżniańską docieramy wygodnie tzw. dużą pętlą bieszczadzką. Dojedziemy tu wygodnie samochodem lub jednym z wielu kursujących w Bieszczadach busów. Ma Przełęczy znajduje się wygodny parking będący miejscem startu naszej wycieczki. Po krótkim przygotowaniu ruszamy zatem na szlak w kierunku Bacówki Pod Małą Rawką.
Naszą wędrówkę odbyliśmy pod koniec maja – od samego rana towarzyszyły nam gęste mgły tworzące wspaniałe scenerie do zdjęć ale zasłaniające większość widoków. Mimo tego ruszyliśmy w góry licząc na to, że mgła zniknie, a chmury się podniosą.
Po minięciu wspomnianej Bacówki i wejściu w gęsty las szlak staje się bardzo nieprzyjemny. Na dużej jego część jest bardzo stromy. Poruszamy się tutaj wzdłuż poręczy na przemian po stopniach bądź śliskich korzeniach i błocie. Mijający nas raz po raz zmęczeni turyści potwierdzają nasze odczucia. Powoli i mozolnie pniemy się dalej wypatrując końca lasu.
Tak jak w przypadku chyba niemal wszystkich bieszczadzkich wędrówek jednym z ich najciekawszych etapów jest wyjście z lasu na połoninę. Na granicy drzew mijamy zwykle wąski pas karłowatych drzewek i krzewów, które często tworzą niebywałe kształty. Tym razem okazało się dodatkowo, że chmury nadal się nie podniosły i zaraz po wyjściu z lasu znaleźliśmy się we wnętrzu jednej z nich. Doskwierająca nam w lesie duchota ustąpiła chłodowi i zimnej wilgoci, w której szliśmy dalej w nadziei na wyjście na grań i na polepszenie pogody.
Po niedługim czasie od wyjścia z lasu dotarliśmy na grań i naszym oczom ukazało się…właściwie nic! Okazało się, że chmury nadal były tak nisko, że znajdowaliśmy się w ich środku. Postanowiliśmy zatem odpocząć w tym miejscu. Po niedługiej chwili spędzonej na jedzeniu kanapek zwróciliśmy uwagę na to, że dookoła nas coś się dzieje. Raptem zacząć wiać lekki wiatr. Chmury zaczęły się podnosić i przed nami rozegrał się kilkuminutowy, wspaniały spektakl, w trakcie które dookoła nas raz po raz z porannej mgły i chmur wyłaniały się kolejne szczyty. Po dosłownie 30 minutach niebo było już czyściutkie, a my w ciepłych promieniach słońca ruszyliśmy dalej.
W miarę ustępowania mgły raz po raz zaskakiwały nas widoki we wszystkie strony oraz bliskość niewidocznych jeszcze chwilę wcześniej gór. Po niedługim czasie jasne już było dokąd zmierzamy – naszym oczom ukazał się niemal cały szlak grzbietem masywu Rawek. Dodatkową atrakcją okazały się widoki sięgające daleko wgłąb słowackiej części gór.
Po niedługim i przyjemnym marszu granią dotarliśmy do Wielkiej Rawki. Chmury na tym etapie podniosły się już zupełnie i swobodnie mogliśmy podziwiać otaczające nas morze gór. Centralne położenie w Bieszczadach masywu Rawek pozwala na rozkoszowaniem się widokiem na najbardziej emblematyczne wierzchołki Bieszczadów Wysokich.
W drodze powrotnej towarzyszyło nam ostre, palące słońce zapowiadającej mającą później przyjść burzę. O jej zbliżaniu świadczyły także piękne chmury budujące się na niebie i same w sobie będące świetnym tematem do zdjęć. Powrót pozwolił nam podziwiać majestatyczny masyw Połoniny Wetlińskiej leżący tutaj niejako odrobinę u naszych stóp.
Na koniec wypada odpowiedzieć na pytanie czy szlak Rawki z Przełęczy Wyżniańskiej jest godny polecanie? Wydaje się, że odpowiedź ta nasuwa się sama – oczywiście, że tak! Kilka wspomnianych już w tekście faktów sprawia, że jest to świetna propozycja dla każdego miłośnika Bieszczadów.
Najbardziej urzeka położenie Rawek w sercu Bieszczadów. Pozwala ono z jednego miejsca podziwiać widoczne jak na dłoni najbardziej znane bieszczadzkie szczyty. Wysokość Rawek daje możliwość spojrzenia również wgłąb terytorium Słowacji, czy nawet Ukrainy. Szlak jest co prawda mozolny i porządnie daje w kość, ale przecież to właśnie za tę radość ze zdobycia trudnego szczytu między innymi kochamy Nasze Bieszczady…
Bieszczady to prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju. Z roku na rok cieszy się on rosnącą popularnością. Nic w tym dziwnego – obfituje on w niezliczone atrakcje pozwalające na planowanie tutaj aktywnego wypoczynku, wyjazdu z dziećmi czy wypadu w góry nawet podczas niepogody. Mimo wielu ciekawych miejsc, które warto zobaczyć w Bieszczadach zdecydowana większość turystów przybywa tu z myślą o wędrówkach górskich. W ich trakcie niezbędna będzie mapa Bieszczadów.
Bieszczady to niezwykle ciekawa kraina o bardzo bogatej historii i niezliczonej ilości zabytków, np. cerkwi. Góry te posiadają również bardzo ciekawą i urozmaiconą budowę topograficzną, która dla osoby odwiedzającej te strony po raz pierwszy może być wręcz skomplikowana i sprzyjać zabłądzeniu w górach. Podczas gdy spora część łańcuchów górskich w Polsce składa się po prostu z jednej głównej grani biegnącej równoleżnikowo, którą dodatkowo biegnie granica państwa Bieszczady charakteryzują się przebiegiem masywów górskich na linii z północnego zachodu na południowy wschód. Liczne są tu dodatkowo grzbiety górskie położone całkowicie na terytorium naszego kraju, którymi nie biegnie granica. Pomiędzy poszczególnymi szczytami oraz masywami możemy swobodnie się poruszać. W dolinach biegną drogi, położone są liczne miejscowości, miejsca noclegowe.
Wszystko to sprawia, że w trakcie pierwszej wizyty w Bieszczadach możemy czuć się nieco zagubieni i nie do końca rozumieć, w której części Bieszczadów się znajdujemy, w jaki sposób dotrzeć do wybranej przez nas atrakcji czy na szlak. Mapa Bieszczadów będzie tu zatem absolutną koniecznością. Skoro tak to możemy zapytać o to w jaki sposób wybrać najlepszą z nich? Na to właśnie pytanie postaramy się odpowiedzieć w niniejszym artykule.
Bieszczady to duży obszar jednak jak każdy inny posiada on swoje granice. W uproszczeniu można powiedzieć,
że południową oraz wschodnią wyznaczają granice Polski (oczywiście chodzi tu o Bieszczady położone na terenie naszego kraju, a nie o ich dalszą część leżącą na Ukrainie), granicę północną umiejscawia się mniej więcej na linii szosy Sanok-Ustrzyki Dolne, granica wschodnia zaś przebiega południkowo na linii przecinającej Komańczę.
Bieszczady ze wszystkich stron otoczone są innymi górami. Wybierając zatem mapę Bieszczadów koniecznie musimy upewnić się czy nie kupujemy mapy przedstawiającej zbyt obszernego fragmentu naszego kraju. Mapa przedstawiające okoliczne góry i pogórza z pewnością będzie ciekawa ale może być mniej użyteczna ze względu na mniej szczegółowe ukazanie samych Bieszczadów.
Podob
nie jak zbyt obszerna mapa Bieszczadów może nie być do końca przydatna tak samo z drugiej strony mapa zbyt dokładna będzie utrudniała orientację w terenie. Powiedzieliśmy wszak, że Bieszczady posiadają bardzo urozmaiconą budowę wewnętrzną – mapa przedstawiająca tylko jeden, wybrany ich fragment może sprzyjać zabłądzeniu i zgubieniu się w terenie.
Posługując się znów kilkoma uproszczeniami w Bieszczadach możemy wyróżnić następujące obszary:
Tak naprawdę większość z nas mówiąc o Bieszczadach ma na myśli jedynie ostatnią z opisanych ich części. To tu przebiegają najciekawsze trasy oferujące najbardziej zapierające dech w piersiach panoramy będące celem niejednej górskiej wycieczki. Planując zatem kupno mapy Bieszczadów nieodzownie musimy upewnić się, że wybieramy mapę przedstawiającą właściwy ich fragment.
Liczne wydawnictwa kartograficzne prześcigają się w oferowaniu coraz to bardziej wymyślnych ma
p Bieszczadów. Wzbogacane są one często przeróżnymi dodatkowymi opisami, historią regionu, planami miejscowości itp. Nie wiedzieć jednak czemu na części map brakuje tak fundamentalnej informacji jak czasy przejść na szlakach oraz ich długości w kilometrach. Wybierając mapę warto zwrócić na to uwagę. Bieszczady to góry oferujące długie i męczące wędrówki. Nie byłoby dobrze gdybyśmy utknęli w górach po zmroku tylko dlatego, że nasza mapa nie podawała nam informacji o długości trasy i jej teoretycznym czasie przejścia, a my przez to przeceniliśmy nasze możliwości.
Powiedzieliśmy już wcześniej, że Bieszczady to niezliczone atrakcje, zabytki, ścieżki przyrodnicze, ślady historii i inne miejsca, kt
óre warto zobaczyć. Byłoby zatem świetnie, żeby oprócz podstawowych informacji nasza mapa Bieszczadów opisywała oraz umiejscawiała w terenie jak najwięcej z nich. Będzie to szczególnie przydatne w dni kiedy zmęczeni górskimi wycieczkami będziemy chcieli odnaleźć spokój w trakcie łatwego spaceru jedną z tutejszych ścieżek dydaktycznych, odwiedzić jedną z nieistniejących dziś, wysiedlonych wsi, czy dowiedzieć się więcej na temat tego jak dawniej wyglądało życie w Bieszczadach i kim byli tutejsi rdzenni mieszkańcy.
Bieszczady to obszar o ostrym, nieprzewidywalnym klimacie i pogodzie. Zdarza się, że często w trakcie naszej
wymarzonej i planowanej od dawna górskiej wycieczki zaskoczy nas ulewny deszcz padający wbrew wszelkim zapowiedziom i prognozom pogody. Pada tu dużo, często i obficie. Pogoda potrafi zmienić się diametralnie dosłownie w ciągu parudziesięciu minut. Burze i nawałnice pojawiają się tu nagle i niespodziewanie. W związku z tym wszelkie niefoliowane mapy Bieszczadów drukowane na cienkim papierze naprawdę nie zdają tu egzaminu. Po pierwsze przecierają się już po paru złożeniach, a po drugie z pewnością nie przetrwają pierwszej poważniejszej ulewy. Warto o tym pamiętać przy zakupie mapy aby później w środku nawałnicy nie układać jej z rozmoczonych kawałków.
Mapa Bieszczadów to jedna z najważniejszych i najbardziej nieodzownych rzeczy zabieranych do plecaka na każdą wycieczkę w tych pięknych stronach. Są to wszak tereny zwodnicze, pełne jarów, wąwozów, gęstych lasów, w których szczególnie w trakcie złej pogody niezwykle łatwo jest pobłądzić. Mapę należy mieć ze sobą za każdym razem gdy ruszamy w teren, nawet jeśli wydaje nam się, że zupełnie jej nie potrzebujemy, a dany szlak czy ścieżkę znamy jak własną kieszeń. Dlatego właśnie właściwy wybór mapy jest tak ważny. Mamy nadzieję, że nasz krótki artykuł z kilkoma, według nas, kluczowymi punktami okaże się pomocny. Do zobaczenia na szlaku!
Połonina Caryńska, zwana przez niektórych nieraz Carycą, to chyba jeden z najbardziej emblematycznych i monumentalnych zarazem masywów górskich w Bieszczadach. Jest symbolem tych gór, jej zdjęcia zdobią mapy i przewodniki górskie. Nic w tym dziwnego. Masyw ten wyróżnia się wszak przepiękną, wybitną sylwetką. Niezwykle prezentuje się o każdej porze roku – zimą czerń lasu kontrastuje wyraźnie ze śniegiem zalegającym na jej szczycie; wiosną jej stoki zielenią się nieśmiało, a zieleń ta eksploduje latem; jesień, przez wielu uważana za najlepszą porę roku na wyjazd w Bieszczady, oszałamia różnorodnością odcieni czerwieni lasu współgrających wspaniale z żółciejącymi połoninami. Połonina Caryńska z Berehów Górnych to kolejny z artykułów bloga Nasze Bieszczady opisujących górskie szlaki – tym razem będzie to właśnie Caryca.
Bieszczady to niekończące się możliwości spędzania wolnego czasu. Istniejące tutaj niezliczone atrakcje pozwalają na realizowanie wszelkich pomysłów na wakacje, czy wyjazd. To wspaniałe miejsce na aktywny wypoczynek, wypad w góry z dziećmi. Nie będziemy się tu nudzić nawet gdy pada deszcz. Dla wielu z nas Bieszczady pomimo swej fascynującej historii i jej wielu możliwych do odnalezienia po dziś dzień śladach pozostają nadal miejscem, w które jedziemy z myślą o wędrówkach górskich. Jeśli o nich mowa to w naszych wycieczkowych planach nie może zabraknąć Połoniny Caryńskiej.
Połonina Caryńska jest obok Połoniny Wetlińskiej, Tarnicy oraz Rawek celem większości turystów w Bieszczadach. Dzieje się tak z kilku powodów. Połonina Caryńska położona jest w wymarzonym do prowadzenia górskich obserwacji, centralnym miejscu w Bieszczadach Wysokich. Roztaczają się stąd oszałamiające widoki w promieniu 360 stopni – zobaczymy stąd wszystkie inne wspomniane wyżej masywy, a przy dobrej widoczności ukaże nam się również spora część pasm górskich po za granicami naszego kraju – po ukraińskiej i słowackiej stronie.
Tym co przyciąga tutaj turystów jest również fakt, że Połoninę Caryńską dość trudno jest zdobyć ze względu na znaczne nachylenie jej stoków – miłośnicy mozolnych górskich podejść oraz krajobrazów, których nie powstydziłyby się Tatry Zachodnie będą tutaj niezwykle zadowoleni mogąc zmierzyć się z tak wymagającą górą.
My zaś opiszemy szlak Połonina Caryńska z Berehów Górnych, który przemierzyliśmy w jeden z weekendów pod koniec maja. Niestety naszą wędrówkę przerwała gwałtowna burza, ze względu na którą nie dotarliśmy do zakładanego przez nas celu wędrówki. Mimo wszystko ten dzień dał nam szansę zrobienia olbrzymiej ilości wspaniałych zdjęć, na których wyraźnie widać zbliżający się deszcz i burzę. Dostarczył on nam również moc wspaniałych wrażeń, którymi jak zwykle z olbrzymią ochotą dzielimy się z naszymi czytelnikami.
Berehy Górne to dawna, nieistniejąca dzisiaj już wieś wysiedlona po okresie zamętów narodowościowych po zakończeniu II wojny światowej. Dziś nie pozostał po niej właściwie żaden ślad oprócz cmentarza na wzgórzu, miejsca po cerkwi i ledwie dostrzegalnych, zarastających pól. Znajduje się tutaj natomiast niewielki parking, który uważa się za jedno z lepszych miejsc, z którego warto rozpocząć wycieczkę na Połoninę Caryńska lub Wetlińską. My zostawiamy tutaj samochód i kierujemy się na Carycę szlakiem Połonina Caryńska z Berehów Górnych.
Szlak od razu po minięciu wspomnianego już dawnego cmentarza, która notabene obfituje w piękne nagrobki, staje się nieznośnie stromy. Niemal od samego początku po pokonaniu głębokiego jaru rozpoczynamy męcząca wspinaczkę po stopniach lub ubitej ziemi. Las jest tu gęsty, mroczny i przy mocno święcącym słońcu bardzo duszny – warto o tym pamiętać planując wycieczkę i zabrać stosowne ubranie, które posłuży nam w tej znojnej fazie podejścia.
Po kilkudziesięciu minutach mozolnego pięcia się w górę natrafiamy na wiatę biwakową. To dobre miejsce na odpoczynek, posiłek lub schronienie się przed niepogodą. Szlak jest dość popularny więc nie brakuje tu innych turystów. Niedaleko za wiatą las się przerzedza i teraz kroczymy przez coraz to większe polany. W letni dzień słońce grzeje tu niemiłosiernie – warto pamiętać o nakryciu głowy.
Po pokonaniu jednej z większych polan i niedługim odcinku lasu wychodzimy wreszcie z niego na dobre. Naszym oczom ukazują się od razu wspaniałe widoki, które będą nam towarzyszyły aż do końca wycieczki i ponownego wejścia w las. Przed nami jeszcze ostatni bardzo stromy odcinek końcowego podejścia na grań po kamieniach. Po prawej stronie mijamy źródełko i strumień, dzięki któremu możemy napić się zimnej wody i ochłodzić się. Po pokonaniu ostatnich metrów docieramy wreszcie na grań. Oczom naszym już tutaj ukazuje się wspaniała panorama otaczająca nas ze wszystkich stron.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej aby zdobyć najwyższy wierzchołek Połoniny Caryńskiej. Podejście nie jest już tak strome jak poprzednio. Idziemy teraz za to wąską ścieżką wśród efektownych wychodni skalnych. Warto co parę kroków odwrócić się za siebie – z każdym krokiem rozpościera się tutaj bardziej obszerny widok w kierunku sąsiedniej Połoniny Wetlińskiej i Chatki Puchatka, którą widzimy stąd jak na dłoni.
Szczyt Połoniny Caryńskiej to kwintesencja bieszczadzkich wędrówek górskich. Siedzimy na skalistym wierzchołku i delektujemy się widokami we wszystkie strony. Przy dobrej widoczności trudno byłoby wymarzyć sobie lepsze miejsce na poznawanie topografii Bieszczadów i porównywanie jej budowy z mapą.
Widzimy tutaj dosłownie wszystko: na północy widok sięga daleko w kierunku Ustrzyk Dolnych, Żukowa, Ostrego i Otrytu; bardziej na północny-zachód maluje się przed nami Dolina Sanu z mocno rozbudowanymi zboczami Połoniny Wetlińskiej – możemy wyraźnie rozpoznać poszczególne wierzchołki rozdzielające doliny Hylatego, Zatwarnicy, Hulskiego czy Tworylczyka; na zachodzie niepodzielnie króluje Połonina Wetlińska; na południu zaglądamy w dolinę Wetliny, jak na dłoni widzimy Rawki; dalej na południowym-wschodnie dominuje majestatyczne Gniazdo Tarnicy, a obniżenie Przełęczy Beskid pozwala zajrzeć nam daleko wgłąb Ukrainy w kierunku najwyższego szczytu Bieszczadów – Pikuja.
Nam niestety pogoda nie dopisała i już na tym etapie wycieczki widać było wyraźnie, że będziemy musieli uciekać przed deszczem i burzą. Ruszyliśmy zatem czym prędzej w dalszą drogę w kierunku niższych wierzchołków Połoniny Caryńskiej. Niestety nie udało nam się zajść zbyt daleko. Po zejściu ze szczytu Połoniny Caryńskiej naszym oczom ukazało się piękne siodło, w którym do szlaku biegnącego granią od południa dołącza szlak zielony z Przełęczy Wyżniańskiej. Minęliśmy go i szybkim krokiem udaliśmy się granią dalej w kierunku Ustrzyk Górnych.
Nie było nam dane jednak zajść za daleko. Dosłownie kilkaset metrów dalej złapała nas potężna ulewa i na domiar złego w Połoninę zaczęły bić pioruny. To skłoniło nas do odwrotu, powrotu do zielonego szlaku i szybkiego zejścia w lejącym deszczu w kierunku Przełęczy Wyżniańskiej.
Choć nasza wycieczka zakończyła się wcześniej niż planowaliśmy i wróciliśmy z niej kompletnie przemoczeni byliśmy z niej ogromnie zadowoleni. Zdobyliśmy najwyższy wierzchołek Połoniny Caryńskiej z Berehów Górnych, nie pokonała nas niezwykła wprost stromizna i skwar zapowiadający późniejszą burzę. Mało tego, zbliżający się deszcz dostarczył nam okazji do zrobienia kilku świetnych zdjęć. Zejście w deszczu i potoku błota płynącego szlakiem było z kolei prawdziwie górskim doświadczeniem, na którym zawsze przecież nam bardzo zależy. Summa summarum była to bardzo udana wycieczka.
Na koniec odpowiedź na pytanie czy szlak Połonina Caryńska z Berehów Górnych jest wart uwagi – zdecydowanie tak! Jest on prawdziwą kwintesencją wszystkiego co w Bieszczadach najlepsze – dająca ogromną satysfakcję mozolna wędrówka, wspaniałe widoki, dzika, górska przyroda – to przecież za to wszystko kochamy te Nasze Bieszczady…
„Agroturystyka w Bieszczadach – jak znaleźć najlepszą” to kolejny z serii praktycznych poradników na naszym blogu. Od dłuższego już czasu tworzymy blog o Bieszczadach, który od pierwszych dni swojego istnienia spotyka się z niezwykle ciepłym odbiorem. Początkowo pisaliśmy o tym co nas samych najbardziej interesuje tzn. o bieszczadzkiej historii, wysiedleniach rdzennej ludności oraz nieistniejących dziś wsiach takich jak choćby Krywe czy Tworylne. Dość szybko jednak zorientowaliśmy się, że równie dużą, jeśli nie większą, popularnością cieszą się artykuły z wszelkiego rodzaju praktycznymi poradami czy wskazówkami dotyczącymi spędzania czasu w Bieszczadach.
W ten sposób zaczęły powstawać nasze kolejne poradniki o tym gdzie się zatrzymać w Bieszczadach, co warto zobaczyć, jakie atrakcje tutaj znajdziemy, jak spędzić aktywny pobyt w Bieszczadach, co robić tutaj z dziećmi, gdy pada deszcz, czy wreszcie ostatnio o tym jak wybierać noclegi w Bieszczadach. Znów okazało się, że posty te czytane są przez olbrzymią rzeszę miłośników bieszczadzkiego kresu.
Niniejszy wpis jest zatem kolejną próba przedstawienia garści użytecznych wskazówek tym razem na temat tego jak wybrać najlepszą agroturystykę w Bieszczadach. Ten rodzaj miejsca noclegowego zyskuje w ostatnich latach gwałtownie na popularności. Wyrastają one jak grzyby po deszczu w całym kraju, jednak nadal agroturystyka w Bieszczadach pozostaje niekwestionowaną królową. Dzieje się tak zapewne dlatego, że region ten w sposób szczególny kojarzony jest z odpoczynkiem na łonie natury, w ciszy i spokoju, której szczególnie ludziom mieszkającym w miastach tak trudno jest nieraz znaleźć. Poniżej przedstawiamy zatem naszą krótką listę 5 podpowiedzi na to jak sprawić aby wybrana przez nas agroturystyka w Bieszczadach nie sprawiła nam zawodu. Zapraszamy do lektury!
Z uwagi na wspomniany już wyżej fakt, że gospodarstwa agroturystyczne cieszą się w ostatnich latach olbrzymią popularnością okazuje się, iż coraz więcej miejsc noclegowych dodaje do swojego opisu czy oferty magiczne słowo: „agroturystyka”. Zastanówmy się jednak przez chwilę co jednak ono oznacza?
Nieocenione źródło wiedzy i wyrocznia naszych czasów – Wikipedia – podaje taką definicję:
Agroturystyka – forma wypoczynku w warunkach zbliżonych do wiejskich. Ta forma turystyki obejmuje różnego rodzaju usługi, począwszy od zakwaterowania, poprzez częściowe lub całodniowe posiłki, wędkarstwo i jazdę konną, po uczestnictwo w pracach gospodarskich.
Skoro tak to czy aby na pewno każdy obiekt możemy nazwać agroturystyką? Coraz częściej widzimy wszak oferty przeróżnych obiektów niemających nic wspólnego z wsią, czy gospodarstwem rolnym, które w swoich opisach nadużywają zanadto słowa agroturystyka. W jaki sposób w takim razie nie dać nabić się w butelkę?
Po pierwsze przed wyborem noclegu konieczne będzie dość szczegółowe zapoznanie się z mapą oraz umiejscowieniem interesującego nas obiektu. Szukamy zatem miejsc z dala od miast czy większych nawet miejscowości. Nie interesują nas w takim razie również obiekty stojące w zwartej zabudowie innych domów, czy tym bardziej w okolicach obiektów przemysłowych. Próbujemy znaleźć budynki w oddali od innych zabudowań, najchętniej poza wszelkimi osadami, pośród pól na terenach stricte wiejskich.
Kolejna rzecz to rodzaj budynku, w którym mamy być zakwaterowani. Nie interesują nas za bardzo domy murowane, pensjonaty, czy ośrodki wczasowe. Poszukujemy zaadoptowanych wiejskich chat, budynków z bali, najchętniej ogrzewanych kominkami (szczególnie jeśli planujemy jesienny czy zimowy wyjazd). Zwracamy przy tym uwagę czy nie wybraliśmy przypadkowo drewnianego domku stojącego tuż obok 10 innych takich samych budynków w dużym ośrodku – w takim miejscu nawet po sezonie może być głośno i tłoczno.
Bieszczady co roku przeżywają w sezonie coraz to większe oblężenie przez turystów. Powoduje to, że niewidzialna granica tego regionu jest z roku na rok coraz to bardziej przesuwana przez właścicieli miejsc noclegowych na północ. Jest to zupełnie zrozumiałe – agroturystyka w Bieszczadach czy innego rodzaju miejsce noclegowe to świetny biznes stąd nie dziwi, że szczególnie w internecie widzimy coraz więcej ofert niemalże spod Przemyśla opatrzonych dumną nazwą: noclegi w Bieszczadach.
Co zrobić zatem aby nie wylądować w miejscu oddalonym o dziesiątki kilometrów od głównych bieszczadzkich atrakcji i nie spędzać godzin w samochodzie czy autobusie na codziennym dojeżdżaniu do nich? Po raz kolejny nie obędzie się bez spędzenia przynajmniej chwili na studiowaniu mapy oraz dokładnego opisu położenia interesującego nas obiektu.
Tym razem musimy zastanowić się co najbardziej interesuje nas w Bieszczadach. Miejsce noclegowe będziemy musieli dostosować w zależności od tego czy mamy zamiar wędrować po górskich szlakach, jeździć konno, leniuchować nad wodą czy po prostu cieszyć się samą agroturystyką. Bieszczady to duży obszar. Gdzie indziej zatem będziemy szukać noclegu jeśli zależało nam będzie na szybkim wejściu na szlaki każdego ranka, gdzie indziej jeśli przeszkadzają nam hałaśliwi turyści, a jeszcze gdzie indziej jeśli chcemy korzystać z bliskości Jeziora Solińskiego. Zawsze pamiętajmy jednak, żeby upewnić się, że nasze miejsce noclegowe faktycznie znajduje się w obrębie Bieszczadów, a nie gdzie indziej.
Agroturystyka w Bieszczadach to wspaniały pomysł na spędzenie tutaj wakacji czy innego wyjazdu. Jej wybór wiąże się często jednak z akceptacją pewnych określonych zasad. Może tak się na przykład zdarzyć, że jeśli chodzi o wyżywienie to będziemy musieli przygotowywać je we własnym zakresie (dla niektórych zresztą cała frajda na tym polega aby samodzielnie gotować sobie w pięknym, wiejskim gospodarstwie). Skoro tak to wypada upewnić się czy w danym obiekcie w ogóle jest dostępna kuchnia oraz jak ona wygląda. Nie chcemy przecież spędzić wyjazdu jedząc zupki w proszku zalewane wrzątkiem albo bić się o dostęp do jednopalnikowego pieca z innymi wczasowiczami.
Kuchnia w agroturystyce powinna zatem być ogólnodostępna dla wszystkich wczasowiczów o każdej porze dnia. Może przecież tak się zdarzyć, że wrócimy zziębnięci w górskiej wędrówki późnym wieczorem i wszystko o czym będziemy marzyć to jedynie ciepły posiłek. Warto zwrócić uwagę na wyposażenie kuchni – ile posiada palników na wypadek tłoku w agroturystyce, czy jest w niej czajnik, mikrofalówka itp. Dobrze aby kuchnia była przestronna tak abyśmy mogli swobodnie poruszać się po niej chociażby rankiem gdy będzie pełna innych osób przyrządzających sobie śniadanie.
Kolejną istotną kwestia jest ewentualne wyżywienie zamawiane w agroturystyce w Bieszczadach. W tego typu obiekcie świetnie by było gdybyśmy mogli skosztować tradycyjnych, miejscowych potraw. Dziwnie by było w górskim pustkowiu otrzymać na obiad np. hamburgera z frytkami, których mamy pod dostatkiem na co dzień w miastach.
Tak jak to mówił prezentowany na początku niniejszego artykułu cytat agroturystyka powinna prezentować warunki zbliżone do wiejskich. Skoro mowa o wsi to nie może zabraknąć oczywiście zwierząt. Byłoby zatem wspaniale gdyby nasze miejsce noclegowe było jednocześnie połączone np. ze stadniną koni albo było umiejscowione w pobliżu wypasu owiec, czy innych zwierząt. Dla miłośników czworonogów ważne także będzie aby do danego obiektu można było przyjechać z własnym pupilem. Takie małe, dodatkowe szczegóły sprawią, że rzeczywiście poczujemy jakbyśmy odpoczywali na wsi od naszego codziennego, miejskiego życia.
Na koniec rzecz ostatnia ale wcale nie mniej ważna niż pozostałe. Powiedzmy, że wybraliśmy już naszą wymarzoną agroturystykę w Bieszczadach, sprawdziliśmy wszystko o czym pisaliśmy powyżej. Powstaje zatem ostatnie pytanie – co my tam właściwie będziemy robić?
Możemy oczywiście spędzić cały wyjazd na leniuchowaniu na leżaku i opalaniu się, czy zwiedzaniu okolicznych popularnych atrakcji ale dla niektórych z nas może to być za mało. Z tego właśnie względu już na etapie wybierania miejsca noclegowego warto zwrócić uwagę na to jakie dodatkowe atrakcje dostępne są w okolicy czy wręcz w samym obiekcie, w którym planujemy się zatrzymać.
Najlepiej będzie poszukiwać miejsc, które oferują jak największą ilość możliwości. Może to być zatem jazda konna lub jej nauka, wycieczki po okolicy w przewodnikiem, wędkowanie, sporty wodne, foto safari, tropienie zwierząt, offroad, quady, grzybobrania jesienią, a zimą wyprawy na nartach biegowych czy rakietach śnieżnych itp. Warto zawczasu zadbać o to abyśmy w trakcie naszego nawet krótkiego pobytu w Bieszczadach nie nudzili się i abyśmy powrócili do domu z uśmiechem od ucha do ucha na twarzach. W Bieszczadach przy odrobinie pomysłowości naprawdę o to nietrudno.
Agroturystyka w Bieszczadach to chyba jeden z najlepszych pomysłów na wakacje, wyjazd na grzybobranie, w długi weekend czy święta. Z racji olbrzymiej ilości ofert w Bieszczadach łatwo się jednak pogubić w dostępnych możliwościach i nietrudno dokonać wyboru, którego będziemy później żałować. Mamy nadzieję, że nasz krótki artykuł oraz lista 5 podpowiedzi czym się kierować wybierając gospodarstwo agroturystyczne w Bieszczadach okaże się pomocna, a wyjazd w te najpiękniejsze z gór jak zwykle dostarczy niezapomnianych wrażeń!
Nasze Bieszczady to blog o Bieszczadach tworzony przez miłośników tego niezwykłego zakątka Polski. W bardzo krótkim czasie zgromadził on pokaźną liczbę fanów w mediach społecznościowych, każdego miesiąca jest czytywany przez tysiące osób. Można zapytać: dlaczego? Dlaczego ktoś poświęca znaczną część swojego wolnego czasu na tworzenie bloga o Bieszczadach i dlaczego tak wiele osób ma ochotę taki blog czytywać? Co sprawia, że wszyscy razem kochamy te Nasze Bieszczady? Spróbujmy na te pytania odpowiedzieć…
Tak jak to piszemy na króciutkiej stronie o nas jesteśmy ludźmi wychowanych w mieście. Całe nasze dotychczasowe życie upływało w otoczeniu murów, pośród rozgrzanych latem betonowych ścian, w zgiełku, pośpiechu i hałasie. Od dziecka uczono nas, że najważniejsza w życiu jest praca, że należy robić „karierę”, kupić mieszkanie, starać się o awans itd. Pośpiech, stres, ślepy pęd za kolejnymi materialistycznymi dobrami – do tego byliśmy przyzwyczajani.
Było oczywiście w tym życiu wiele jasnych punktów pozwalających chociaż na chwilę oderwać myśli od miejskiej dżungli, odetchnąć pełna piersią i nie myśleć o codzienności. Takim najlepszym antidotum na problemy były zawsze dla nas górskie wędrówki. Od wczesnego dzieciństwa dzięki rodzicom czy dziadkom wyjeżdżaliśmy często w góry. Beskidy, Tatry – poznaliśmy je jak własną kieszeń. Przez cały rok wracaliśmy myślami do tych krótkich chwil spędzonych na szczytach w absolutnej, niemal dającej się usłyszeć ciszy czy do tych momentów zadumy i zatopienia w myślach na szlaku. Czasy jednak się zmieniają, turystyka w naszym kraju przeżywa dynamiczny rozkwit co nieraz owocuje tym, że o ową ciszę i spokój w górach jest coraz trudniej. Można powiedzieć zatem, że nadal szukaliśmy swojego miejsca na ziemi.
Tak było do czasu gdy po raz pierwszy przyjechaliśmy w Bieszczady. Wydawało nam się, że w górach widzieliśmy już wszystko i że niczym nowym nas one nie zaskoczą się. A jednak zaskoczyły. W Bieszczadach od pierwszego dnia pokochaliśmy dosłownie wszystko, stały się one dla nas kwintesencją tego co od zawsze tak bardzo ciągnęło nas w góry.
Zafascynowała nas niesamowita, jakby żywcem wyjęta ze scenerii filmowej przyroda – chyba nigdzie indziej na szlaku nie spotkamy tylu powyginanych, skarłowaciałych, tworzących niesamowite kształty drzew i krzewów. Zewsząd wyglądają tu na nas skalne wychodnie, dosłownie w każdej rozpadlinie ciurczy bezimienny potok. Posępny, skrzypiący i pusty las często tonie w gęstej mgle, zimą jest niemal kompletnie zasypany śniegiem i niemożliwy do przebycia. Tutejsza szadź w mroźny, zimowy dzień sprawia, że zwykły spacer zamienia się w wycieczkę w bajkową „krainę lodu”. Wiosna to potoki kaczeńców w przydrożnych rowach. Lato to orgia soczystej zieleni. Jesień oszałamia ilością kolorów. Osoba wrażliwa na piękno przyrody nie może przejść obok tego wszystkiego obojętnie.
Inną naszą pasją jest historia. Od lat wczesnego dzieciństwa zaczytywaliśmy się książkami opisującymi najdawniejsze dzieje, tłumaczącymi w jaki sposób powstał dzisiejszy świat. Tak zawsze staraliśmy się patrzeć na historię – przez pryzmat jej wpływu na dzisiejszą rzeczywistość i nasze własne życia. Jeden wątek interesował nas zawsze szczególnie – jak to możliwe, że historia jest tak pełna zła, okropnych, bezsensownych zbrodni? Co jest nie tak z tym ludzkim gatunkiem, że zdobywa się raz po raz na te przerażające czyny?
To poczucie, ta myśl została obudzona już w trakcie pierwszej wizyty w Bieszczadach. Był taki dzień, w którym odwiedziliśmy Bystre tuż
przy ukraińskiej granicy. Pierwszym pytaniem jakie pojawiło się w naszych głowach było: dlaczego napisy na tamtejszym cmentarzu nie są po polsku? Przecież to Polska, prawda?
Musimy się przyznać, że po raz pierwszy odwiedziliśmy Bieszczady bez uprzedniego przygotowania historycznego. Obiecaliśmy sobie to naprawić jeszcze w trakcie wyjazdu. Pochłanialiśmy coraz to nowe książki o niezwykłej, skomplikowanej historii Bieszczadów i odwiedzaliśmy kolejne miejsca. Były więc Lutowiska z niezwykłym cmentarzem żydowskim pełnym chylących się ku upadkowi tysięcy macew. Co stało się zatem z tutejszymi Żydami? Były puste doliny Krywego czy Tworylnego. No właśnie, dlaczego puste? Co stało się z ich mieszkańcami?
Bez pamięci zakochaliśmy się w wyjątkowej historii bieszczadzkiego kresu. Pochłanialiśmy wszelkie dostępne opracowania o Bojkach, ich wierzeniach, zwyczajach, bieszczadzkich cerkwiach i wszystkim tym co było i jest związane z niegdysiejszą wielokulturowością tych regionów tak brutalnie przerwaną po wojnie. Naszą pasją stało się odnajdywanie zagubionych śladów tutejszej przeszłości. Zaczęliśmy przekopywać archiwa państwowe w poszukiwani map dawnych, nieistniejących wsi, z którymi w ręku wędrowaliśmy od jednej ledwie majaczącej w trawie podmurówki dawnej bojkowskiej chyży do drugiej.
To właśnie tam, w tych pustych, przepastnych dolinach, na wypalonych cerkwiskach czy na zarastających lasem opuszczonych cmentarzach powracały nasze dawne pytania: jak to możliwe, że jeden człowiek może i chce wyrządzić drugiemu tyle krzywdy? W imię czego, za co?
Naszym przyrodniczo-historycznym wędrówkom towarzyszyło od samego początku umiłowanie i poszukiwanie całkowitego odcięcia od świata, poczucie zagubienia w czasie i przestrzeni i istnienie niejako obok problemów dzisiejszego, nowoczesnego świata. To wszystko odnaleźliśmy w Bieszczadach.
Jako osoby wychowane w ciągłym zgiełku miast, bombardowane nieustannie tysiącami bodźców poszukujem
y od zawsze miejsce jak najbardziej bezludnych. Najchętniej wyruszamy na takie szlaki, na których możemy nie spotkać po drodze ani jednej osoby. To właśnie wtedy w pełni kontemplujemy przyrodę, historię i ciszę.
Bieszczady dają nam to wszystko. Najchętniej przyjeżdżamy tu poza sezonem. Jesteśmy wtedy jedynymi gośćmi w pensjonacie albo wynajmujemy jedyny domek w całym ośrodku. Za oknem wcześnie robi się ciemno, zewsząd otacza nas noc ciemna jak teatralna kurtyna. Jesteśmy tam tylko my i przyroda.
Na wycieczki ruszamy przez śnieg do nieistniejących wsi. W mrozie i padającym śniegu wędrujemy starymi, bojkowskimi ścieżkami do miejsc, które niegdyś tętniły życiem, a w których dziś króluje niepodzielnie przyroda. Po drodze spotykamy żubry, znajdujemy tropy wilków, czy niedźwiedzi. To właśnie wtedy czujemy, że odpoczywamy i że codzienne życie nas nie dotyczy.
Od samego początku naszej fascynacji Bieszczadami postanowiliśmy dzielić się naszą pasją pisząc blog o Bieszczadach. Powodem tej decyzji był fakt, że uznaliśmy, iż bieszczadzka historia i prawda o dziejach tamtych ziem jest relatywnie bardzo mało znana
. Wstyd się przyznać ale my sami przeżyliśmy porządną część naszych żyć nie mając pojęcia o tym co na tamtych ziemiach się wydarzyło.
Po pewnych czasie zauważyliśmy, że pisząc blog o Bieszczadach nie możemy skupiać się tylko i wyłącznie na historii tych gór z racji tego, że istnieje olbrzymie zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju poradniki dotyczące tego pięknego regionu. Od samego początku tworzenia bloga otrzymywaliśmy pytania o noclegi, atrakcje, czy miejsce, które warto tutaj zobaczyć. Zabraliśmy się wtedy do podwójnej pracy i zaczęliśmy gromadzić naszą wiedzę praktyczną. Tak powstawały kolejne, cieszące się ogromną popularnością poradniki na temat tego gdzie się zatrzymać w Bieszczadach, jak spędzić tutaj aktywnie czas, co robić w Bieszczadach z dziećmi lub gdy pada deszcz.
To jest bardzo dobre pytanie! Musimy przyznać, że popularność naszej strony przerosła nasze najśmielsze oczekiwania! Sami byśmy nigdy nie pomyśleli, że blog o Bieszczadach może cieszyć się tak ogromnym powodzeniem. Często zastanawiam się czemu zawdzięczamy taki sukces?
Lubimy myśleć, że w tym wszystkim, o czym piszemy powyżej nie jesteśmy sami. Wydaje się, że istnieje olbrzymia grupa ludzi potrzebująca tego samego co my – kontaktu z przyrodą, chwili wytchnienia od miejskiego hałasu, momentu zadumy nad historią. Potwierdzają to liczne współprace, które udało nam się nawiązać od momentu rozpoczęcia pisania bloga. Nasze teksty publikowane były w National Geographic, na łamach kilku znanych stron o tematyce górskiej takich jak Góry i Ludzie, czy Wieczna Tułaczka czy np w serwisie Eska Info Rzeszów. To naszym partnerom i osobom z nami współpracującym zawdzięczamy tak dużą popularność.
Największe jednak podziękowanie należy się osobom takim jak Ty, dzięki którym taki blog o Bieszczadach jak nasz może istnieć. To właśnie nasi czytelnicy sprawiają, że mamy zapał do tego aby co kilka tygodni pokonywać setki kilometrów podczas wielogodzinnej podróży w góry, aby w trakcie wycieczek przystawać co chwilę i starać się zrobić jak najlepsze zdjęcie utrwalające daną chwile myśląc od razu o tym jak ono będzie wyglądało na blogu i czy aby na pewno się spodoba, aby do późnych godzin nocnych gromadzić wszelkie możliwe informacje o Bieszczadach i spisywać je w jak najciekawszej formie. To nasi czytelnicy poświęcają nam swój czas, przystają w codziennym biegu aby napisać jeden z tysięcy przemiłych komentarzy, które otrzymujemy, przeczytać nowy artykuł czy kliknąć „Lubię to” pod zdjęciem na Facebooku.
Chcemy abyście wiedzieli jedno – Wasze wsparcie motywuje nas do dalszego działania! Dajemy nasze słowo, że nadal będziemy dzielić się naszą pasją, zdjęciami, opowieściami o Naszych Bieszczadach. Mamy je przecież tylko jedne i to tylko od nas zależy aby pamięć o niezwykłej historii tego regionu oraz jego popularyzacja sięgały jak najdalej.
Co robić w Bieszczadach z dziećmi to jedno z pytań, które mogą sobie zadawać coraz liczniej przybywający w te strony letnicy. Bieszczady wszak przyciągają co roku dziesiątki tysięcy turystów. Jedni szukają tutaj górskich wrażeń, inni korzystają z jednej z licznych atrakcji, jeszcze inni pragną znaleźć chwilę zadumy i spokoju w opustoszonych przez trudną bieszczadzką historię dolinach.
Z sezonu na sezon przybywa w Bieszczadach miejsc noclegowych w przeróżnych wsiach, czy osadach, w których warto się zatrzymać. Coraz więcej osób przyjeżdża również w te strony ze swoimi najmłodszymi pociechami. Pytanie zatem, które z tutejszych atrakcji będą odpowiednie dla dzieci? To prawda, że Bieszczady dają niezliczone możliwości aktywnego spędzania czasu. Jest tutaj również co robić nawet gdy pada deszcz. Bez odpowiedzi pozostaje jednak nadal pytanie o to, co robić w Bieszczadach z dziećmi?
Poniżej prezentujemy naszą krótką i oczywiście bardzo subiektywną listę propozycji zmierzającą do odpowiedzi na powyższe pytanie. Znajdzie na niej coś dla siebie rodzina z dzieckiem niemal w każdym wieku. Mamy nadzieję, że okaże się ona pomocna i sprawi, że Wasze dzieci połknął „bieszczadzkiego bakcyla” i będą tutaj przyjeżdżać z Wami również jako dorosłe osoby. Jak to wszak mówią: „w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, a potem już się tylko wraca.”
Solina to jedno z najbardziej emblematycznych miejsc w tej części Polski. Słyszał o niej chyba każdy kto był w Bieszczadach czy po prostu interesuje się tym zakątkiem naszego kraju. Nic w tym dziwnego – jest to wszak miejsce unikatowe może nawet w skali Europy.
W miejscowości tej istniała przez setki lat bojkowska wieś tętniąca życiem i wpisująca się znakomicie w historię Bieszczadów. Jak niemal wszystkie tutejsze miejscowości, padła ona ofiarą niepokojów i napięć nacjonalistycznych lat powojennych, na fali których została wysiedlona i opustoszała. Jej los jednak został przypieczętowany długo po wojnie, pod koniec lat 60. kiedy to została podjęta decyzja o budowie tutaj olbrzymiej elektrowni-zapory spiętrzającej wody dwóch rzek, które zalać miały wiele okolicznych miejscowości. Na unicestwienie i zniknięcie pod wodą zostało skazanych kilkanaście wsi.
Zapora w Solinie po wielu latach nadal budzi podziw swoimi rozmiarami i jest jedną z największych atrakcji regionu. Spacer po jej koronie, a w szczególności jej zwiedzanie należy do stałych punktów bieszczadzkich wycieczek. Jest to także jedna z pierwszych przychodzących do głowy odpowiedzi na pytanie co robić w Bieszczadach z dziećmi. Najmłodsze pociechy z pewnością zaciekawi zapora jak i jej okolice. Jej zwiedzanie będzie ciekawym przeżyciem, zaciekawi też dorosłych, a po całym dniu spędzonym na zaporze będzie można odpocząć w jednej z pobliskich restauracji czy kawiarni.
Jeśli jesteśmy w Solinie i zastanawiamy się co można tutaj robić z dziećmi to w naszych planach nie może zabraknąć rejsu po Jeziorze Solińskim. Spiętrzone przez zaporę w Solinie wody Sanu i Solinki utworzyły jeden z najpiękniejszych zbiorników wodnych w Polsce – Jezioro Solińskie. Zachwyca ono swoim rozmiarem, rozłożystością, ale w szczególności położeniem wśród gór – krajobraz ten przywodzi na myśl pejzaże znane ze Szwajcarii czy Norwegii. Wspaniałe jest tutaj wszystko – powietrze, widoki, przyroda.
Szczególnie niesamowite wrażenie robi niezwykle urozmaicona linia brzegowa jeziora, wąskie zatoczki wcinające się niemal w zbocza okalających zbiornik wzgórz. Rejs stateczkiem spacerowym po jeziorze będzie wspaniałą okazją do podziwiania przepięknych widoków oraz chwili oddechu od zgiełku miast. Dzieci na pewno będą zachwycone. Po rejsie możemy dodatkowo z naszymi pociechami wynająć kajak czy rower wodny i samodzielnie penetrować zatoczki Jeziora Solińskiego. Atrakcji jest tutaj naprawdę moc i na pewno jeden krótki wyjazd nie wystarczy aby z nich wszystkich skorzystać.
Jeśli nocujemy bardziej w głębi Bieszczadów, szczególnie w tzw. bieszczadzkim worku to jednym z pomysłów na to co robić w Bieszczadach z dziećmi będzie odwiedzenie pokazowej zagrody żubrów w Mucznem. Do miejsca tego bez problemu dojedziemy samochodem. Możemy też pokusić się o nocleg w samym Mucznem. Jest to niezwykła osada leśna na całkowitym odludziu, pośród lasu gdzie chyba tak jak nigdzie indziej można poczuć kontakt z przyrodą i odpocząć od problemów dnia codziennego.
Zagroda Żubrów to jedna z głównych atrakcji tej części Bieszczadów. Ciekawie będzie zobaczyć te majestatyczne zwierzęta w otoczeniu tak dla nich naturalnym. Cała rodzina spędzi tutaj ciekawe chwile na łonie natury. Dzieci poczują się odrobinę jak w zoo i na pewno po wizycie tutaj będą bardzo zadowolone. Po zwiedzeniu zagrody możemy udać się na spacer jednym z tutejszych szlaków spacerowych albo zobaczyć pobliskie torfowiska. Towarzyszyć nam będzie bujna, dzika bieszczadzka przyroda. Jeśli zależy nam na odwiedzeniu miejsca odciętego od świata zewnętrznego wówczas Muczne i jego okolice będą doskonałym wyborem.
Jeśli zarezerwowaliśmy nocleg na północ od głównych górskich szlaków, a zastanawiamy się co robić w Bieszczadach z dziećmi to z pewnością jedną z lepszych propozycji będą drezyny rowerowe. Pozwolą one na spędzenie solidnej porcji czasu na świeżym powietrzu w ruchu. Przy okazji zwiedzimy kawałek okolicy. Urozmaiceniem przejażdżki drezynami będzie zainscenizowany „napad zbójników” na jadących drezynami zakończony ogniskiem z poczęstunkiem i przeróżnymi trunkami. Pozytywne zmęczenie i uśmiech od ucha do ucha gwarantowany! Przejażdżki można powtarzać o różnych porach roku!
Kolejną niemal legendarną bieszczadzką atrakcją, która będzie doskonałą propozycją w odpowiedzi na pytanie o to co robić w Bieszczadach z dziećmi będzie przejażdżka Kolejką Leśną. Kolej wąskotorowa była przez długie lata jednym z nielicznych sposobów dotarcia do trudno dostępnych regionów bieszczadzkiego kresu. Spełniała ona tutaj bardzo konkretne zadanie gospodarcze – oddawała swe usługi przy transporcie wycinanych tutaj na potęgę drzew,
największego z bieszczadzkich bogactw.
Dzisiaj kolejka jeździ już tylko na niewielkim fragmencie swojej dawnej trasy ale i tak mimo to zaliczana jest do obowiązkowych punktów każdej bieszczadzkiej wycieczki. Przejażdżka nią jest wspaniałą formą zwiedzania nawet najbardziej niedostępnych górskich regionów. Powolny bieg kolejki urozmaicają wspaniałe widoki i poczucie niemal stapiania się z przyrodą. Dzieci szczególnie zainteresuje muzeum kolejki z wieloma ciekawymi eksponatami.
Nawet w trakcie niepogody Bieszczady nie pozwalają się nudzić. W trakcie deszczu czy słoty możemy bowiem wybrać się z całą rodziną na basen w Lesku. Będziemy mogli spędzić tutaj właściwie cały dzień na zabawach w basenie, korzystaniu ze zjeżdżalni w aquaparku, sauny itp. Po całym dniu ruchu przekąsimy coś w tutejszym barze. W razie poprawy pogody w ciągu dnia możemy pokusić się o zwiedzenie jednej z atrakcji Leska – synagogi albo cmentarza żydowskiego. Możemy też zwiedzić samo Lesko – przespacerować się jego wąskimi uliczkami, odwiedzić jedną z kawiarni czy barów.
Ostatnią podpowiedzią na naszej liście na temat tego co robić w Bieszczadach z dziećmi będzie skorzystanie z usług jednej z licznych tutaj stadnin koni. Trudno sobie chyba wyobrazić lepszą metodę zwiedzania bieszczadzkich pustkowi niż w trakcie przejażdżki na koniu. Dla dzieci za to samą atrakcją będzie już wizyta w stadninie gdzie będzie można obserwować czy pobawić się z tymi wspaniałymi zwierzętami. Większe dziecko będzie mogło skorzystać z nauki jazdy właściwie niezależnie od poziomu swoich aktualnych umiejętności. Może także i reszta rodziny skusi się na taką lekcję…
Przedstawiliśmy naszą krótką listę pomysłów i propozycji na to co robić w Bieszczadach z dziećmi – mamy ogromną nadzieję, że przyda się ona i pomoże w wychowaniu kolejnego pokolenia Bieszczadników. Lista ta bierze pod uwagę spędzanie czasu w Bieszczadach nawet z niemowlakiem. Oczywiście z malutkim dzieckiem nie wybierzemy się raczej do miejsc takich jak Tworylne czy Krywe, które należą do jednych z najpiękniejszych w Bieszczadach i są jakby kwintesencją tych wspaniałych gór – takie wycieczki będą musiały poczekać aż nasze pociechy podrosną.
Z drugiej strony być może do naszej listy powinniśmy dodać kilka miejsc na pewno znanych miłośnikom bieszczadzkiej historii, które spokojnie możemy odwiedzić nawet z malutkim dzieckiem o ile tylko dysponujemy samochodem. Do miejsc takich zaliczyć możemy np. Bystre oraz otaczające je wsie Michniowiec i Lipie. Dojazd do nich autem nie prezentuje żadnych trudności. Jeśli motywem przewodnim naszego wypadu jest zatem zwiedzanie bieszczadzkich cerkwi czy robienie zdjęć to zdecydowanie powinniśmy rozważyć przejażdżkę w ten niezwykle urokliwy zakątek Bieszczadów.
Jeśli już mowa o cerkwiach i podziwianiu śladów bieszczadzkiej historii to również bez problemów możemy dotrzeć z dzieckiem do Łopienki. Pod samą cerkiew będziemy mogli podjechać samochodem albo możemy pokusić się o około godzinny spacer z położonego nieopodal parkingu. Droga jest na tyle wygodna, że nawet z wózkiem dziecięcym pokonamy ją bez żadnych trudności. Samochodem podjedziemy również pod samą cerkiew w Smolniku nad Sanem, która jest jednym z nielicznych polskich zabytków wpisanych na listę UNESCO. W ten sam sposób dostaniemy się także pod sam niezwykły cmentarz żydowski w Lutowiskach.
Podsumowując uważamy, że naprawdę jest co robić w Bieszczadach z dziećmi. Każdy rodzic z łatwością znajdzie tutaj coś dla siebie i swojego malucha, niezależnie od tego czy ma on roczek czy już ładnych parę lat. Być może to właśnie zwiedzając jedną z prezentowanych powyżej atrakcji zarazimy naszą pociechę „bieszczadzkim bakcylem” i sprawimy, że tak jak i my na zawsze pokocha Nasze Bieszczady.
Połonina Wetlińska z legendarnym schroniskiem o nazwie „Chatka Puchatka” jest chyba najbardziej emblematycznym miejscem całych Bieszczadów. Sprawia to, że szlaki wiodące w to przepiękne miejsce są w zatłoczone praktycznie o każdej porze roku, niezależnie od tego czy mamy sezon letni czy zimowy. Według wielu miłośników Bieszczadów to właśnie ze względu na rosnące z każdym rokiem tłumy turystów miejsce to traci na uroku. Czy jednak na pewno nie ma z tej sytuacji wyjścia? Czy rzeczywiście jesteśmy skazani na wędrówkę gęsiego za innymi piechurami? Okazuje się, że nie – z pomocą przychodzi nam tutaj szlak: Połonina Wetlińska z Suchych Rzek.
W Bieszczady jeździ się z wielu powodów. Jedni kochają długie, mozolne górskie wędrówki obdarowujące nas oszałamiającymi widokami, innych fascynuje przebogata ale i bardzo trudna bieszczadzka historia, jeszcze inni zaś przyjeżdżają tutaj po prostu ze względu na tak trudny do odnalezienia w dzisiejszych czasach spokój i ciszę. Niestety z roku na rok coraz o nie trudniej. Przyjeżdżając w Bieszczady w szycie sezonu letniego do jednej z kilku znanych miejscowości nie będziemy mogli liczyć na odpoczynek od miejskiego gwaru. Na całe szczęście jest jeszcze kilka sposobów na znalezienie wyjścia z tej sytuacji.
Jedną z nich jest przyjazd w ten piękny zakątek naszego kraju poza sezonem. Bieszczady oferują tak wiele atrakcji, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie niezależnie od pory roku. Wiele osób twierdzi zresztą, że to dopiero w jesiennych, zimowych czy wiosennych Bieszczadach tkwi ich prawdziwy czar i piękno. Mówi się, że poznać Bieszczady można właśnie dopiero wtedy gdy te wspaniałe góry opustoszeją z turystów, a na szlaku nie spotkamy żywej duszy.
Jeśli jednak nie mamy innego wyboru lub po prostu nie chcemy przyjeżdżać w te urokliwe strony poza sezonem również znajdzie się jakieś rozwiązanie. Tak się bowiem składa, że w Bieszczadach nadal istnieje wiele mało znanych i uczęszczanych szlaków wiodących w przeróżne ich zakątki, również w najbardziej znane miejsca. Jednym z nich jest na pewno szlak: Połonina Wetlińska z Suchych Rzek. To właśnie tą trasą zdecydowaliśmy się zdobyć ten mityczny masyw górski tak aby z jednej strony móc go podziwiać i delektować się wspaniałymi widokami, ale jednocześnie aby na szlaku było jak najbardziej spokojnie.
Naszą wycieczkę rozpoczynamy z Zatwarnicy. Jest to chyba jedno z najbardziej odosobnionych miejsc po polskiej stronie Bieszczadów. Osada tak leży niejako „na końcu” wijącej się u podnóży Otrytu Doliny Sanu dostępnej drogą ze Smolnika. Aby dojechać tutaj samochodem czy autobusem PKS musimy minąć najpierw Dwerniczek i Chmiel oraz przeprawić się przez San niedawno odnowionym mostem.
Ten fragment Bieszczadów ze względu na odcięcie od otaczającego go świata należy do naszych ulubionych. San tworzy tutaj przepiękne meandry, panuje tu cisza i spokój. Jest to wymarzone miejsce na wypoczynek w jednej z tutejszych agroturystyk. Zakątek ten warto odwiedzać niezależnie od pory roku – niezmiennie urzeka on swoim niepowtarzalnym klimatem i czarem.
O wiele dalej niż do Zatwarnicy jechać się nie da. Z osady tej rozchodzi się kilka szlaków – w kierunku doliny Hylatego, do Suchych Rzek oraz do przepięknych pustych dziś dolin, w których niegdyś usadowiły się wygodnie wsie takie jak Hulskie, Krywe czy Tworylne. Zaczyna się tutaj również szlak: Połonina Wetlińska z Suchych Rzek.
Suche Rzeki to dawny przysiółek Zatwarnicy. Przed wojną istniało tu 27 domów, po wojnie zaś to odosobnione, niemal zagubione wśród gór miejsce było miejscem stacjonowania kompanii „Bira” Ukraińskiej Powstańczej Armii, mieściła się tu także szkoła podoficerska ukraińskich nacjonalistów. Wszelkie zabudowania zostały jednak zniszczone w trakcie powojennych starć i akcji wysiedleńczej.
Dziś niepodzielnie króluje tu przyroda. W głębokiej i wąskiej dolinie mieści się jedynie Stacja Edukacji Ekologicznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Gdyby nie ona nie byłoby tutaj niemal żadnych śladów cywilizacji. Po burzliwej przeszłości Suchych Rzek i niedalekiej Zatwarnicy nie pozostał żaden ślad – wszystko pochłonął żarłoczny las.
Aby dotrzeć dziś do Suchych Rzek kierujemy się prosto na trasie z mostu na Sanie przez Zatwarnicę, za sobą zostawiamy centrum tej maleńkiej osady, po chwili po lewej stronie mijamy zrekonstruowaną bojkowską chatę i wchodzimy w las. Po niedługim odcinku łatwego marszu docieramy do Suchych Rzek i kierujemy się nadal prosto w stronę widocznej już bardzo dobrze Połoniny Wetlińskiej.
Po minięciu Suchych Rzek dość szybko wchodzimy w gęsty las. Po pokonaniu niewielkiego wypłaszczenia ścieżka zaczyna piąć się mocno pod górę i kluczyć wśród jarów i rozpadlisk. Tak jak w innych częściach Bieszczadów dominują tu sędziwe buki. Marsz jest dość trudny ze względu na znaczne momentami nachylenie zbocza ale nasz trud wynagradza cisza, szum drzew i towarzyszący nam wciąż dźwięk licznych tutaj potoków. Po kilkudziesięciu minutach docieramy do wiaty biwakowej na niewielkiej zarastającej polance. Stąd już niedaleko do granicy lasu.
Wyjście z lasu na połoninę to jeden z najbardziej spektakularnych fragmentów każdej bieszczadzkiej wycieczki. Podobnie jest również na szlaku Połonina Wetlińska z Suchych Rzek. Granicę lasu rozpoznajemy już na kilkaset metrów przed jej osiągnięciem – las wyraźnie rzednie, a w oddali zaczynają majaczyć widoczne już szczyty poszczególnych wzniesień Połoniny. Miejsce, w którym las przechodzi w połoninę to istny raj dla botanika – dominują tu skarłowaciałe drzewa przywodzące na myśl wszelkie oglądane kiedykolwiek filmy grozy czy bajki z lat dziecięcych. Po niedługiej chwili marszu wychodzimy z lasu i naszym oczom ukazują się wspaniałe widoki w kierunku Suchych Rzek oraz na masyw Połoniny Wetlińskiej.
Po krótkim i łatwym do pokonania trawersie zbocza docieramy do Przełęczy Orłowicza. W tym miejscu pojawiają się już niestety inni turyści i do niezależnie od pory roku. W miejscu tym schodzą się wszak szlaki na Smerek, w kierunku Osadzkiego Wierchu i ten prowadząc na przełęcz z Wetliny. Panujący tu nieraz tłok i hałas rekompensują przepiękne widoki roztaczające się we wszystkich kierunkach. Po chwili odpoczynku kierujemy nasze kroki w kierunku Chatki Puchatka.
Szare BerdoZmierzając w stronę Osadzkiego Wierchu musimy najpierw pokonać Szare Berdo. Ten fragment szlaku sprawia iście bajkowe wrażenie. Dzieje się tak ze względu na rosnące po bokach ścieżki powyginane we wszystkie strony skarłowaciałe buki. Miejsce to przywodzi na myśl opowieści o zaczarowanym lesie. Dodatkowym rarytasem są wspaniałe widoki roztaczające się we wszystkie strony – przepięknie prezentuje się stąd Smerek jak i sam Osadzki Wierch, który zamierzamy zdobyć.
Wspinając się mozolnie na strome zbocza Osadzkiego Wierchu po prawej stronie mijamy imponującej urwisko – jest to Hnatowe Berdo. Swoją nazwę zawdzięcza ono legendzie o rycerzu imieniem Hnat, który według różnych wersji opowiadań spadł lub rzucił się z rozpaczy za zabitą ukochaną. Jest to miejsce o wyjątkowym uroku, ostre skały opadają niemal pionowo w dół, a samo urwisko otacza zapierająca dech w piersiach panorama.
Zdobycie Osadzkiego Wierchu wymaga nie lada kondycji i dłuższej chwili marszu. Strony szlak zamieniony miejscami w schody prowadzi nas ostatecznie na wąską, skalistą grań wiodącą do samego szczytu. Jest to najwyższe wzniesienie całego masywu Połoniny Wetlińskiej. Wdrapanie się tutaj mimo trudów wyjaśniania w mgnieniu oka dlaczego Połonina Wetlińska cieszy się od lat niesłabnącą popularnością. Z Osadzkiego Wierchu roztacza się bowiem oszałamiająca panorama we wszystkich kierunkach słynąca jako jedna z najpiękniejszych w całych Bieszczadach.
Szczególnie spektakularnie z Osadzkiego Wierchu prezentuje się widok w kierunku legendarnej Chatki Puchatka, Połoniny Caryńskiej oraz Gniazda Tarnicy. Jest to prawdziwa bieszczadzka klasyka. Otacza nas tu ogrom przestrzeni. Ostre skały wierzchołka smaga silny wiatr. Latem w gorącym, falującym powietrzu delektujemy się niezwykłym widokiem na pozostałą do przebycia część Połoniny Wetlińskiej z Chatką Puchatka na tle majestatycznego masywu Połoniny Caryńskiej. W oddali majaczy Tarnica, w dole wyraźnie zaś widzimy Wetlinę i tzw. dużą obwodnicę bieszczadzką. Kto chce może wędrować dalej w kierunku schroniska i dalej kierować się ku Wetlinie. My zaś wracamy po naszych własnych śladach z powrotem do Suchych Rzek.
Bieszczady to dziesiątki możliwości aktywnego spędzania czasu nawet niezależnie od pogody. Wiele tu miejsc, które warto zobaczyć. Ta różnorodność sprawia jednak, że Bieszczady z roku na rok stają się coraz bardziej zatłoczone, a niektóre szlaki zaczynają przypominać te znane z Tatr. Jeśli nie lubisz wędrować w górach gęsiego za innymi turystami niczym w pielgrzymce, szukasz ciszy, spokoju i chwili zadumy na zupełnie pustym szlaku wówczas droga Połonina Wetlińska z Suchych Rzek jest z pewnością dla Ciebie. Nie jest to szlak długi, szczególnie wymagający, czy trudny, poradzi sobie z nim średnio zaawansowany czy wręcz początkujący piechur. W trakcie wędrówki towarzyszyć nam będzie tutaj jedynie bujna, dzika przyroda. To właśnie takie miejsca w Naszych Bieszczadach kochamy najbardziej…
Z każdym rokiem noclegi w Bieszczadach cieszą się coraz większą popularnością. Wynika to zapewne z faktu, że Bieszczady to być może najpiękniejsze góry w Polsce. Uważa tak wiele osób odwiedzających ten odosobniony zakątek naszego kraju o każdej porze roku. Twierdzą oni (i my się z nimi w tej kwestii jak najbardziej zgadzamy!), że każda pora roku zaskakuje tutaj czymś nowym, zupełnie innym i sprawia, że poniekąd odwiedzamy nowe, nieznane nam miejsce.
Wiosna to mgły i chmury snujące się wśród szarych jeszcze wzgórz, tu i ówdzie pokazujące się pierwsze zielone pączki i morza kaczeńców w rowach. Lato to oszałamiająca zieleń pochłaniająca dosłownie wszystko, gęste zarośla, wysokie trawy i palące słońce. Jesień, przez wielu uważana za najlepszy moment na wyjazd w Bieszczady, pokrywa te góry tysiącami kolorów od jasnej żółci do głębokiej czerwieni. Zima to grube czapy śniegu pokrywające drzewa i krzewy, księżycowy krajobraz na Połoninach i niemal nieprzejezdne drogi u ich podnóży. Słowem każda pora roku ma swój niepowtarzalny klimat i pozostawia po sobie niezatarte wspomnienia.
Bieszczady to też moc atrakcji szczególnie dla aktywnych, miejsc, które warto zobaczyć nawet niezależnie od pogody. To także olbrzymia ilość możliwości tego gdzie można się tutaj zatrzymać. No właśnie, jeśli o to chodzi to zaczynają się niestety schody. Z racji tego, że Bieszczady w ostatnim czasie cieszą się wśród wczasowiczów ogromną popularnością lawinowo wręcz rośnie też ilość miejsc noclegowych w Bieszczadach. Z każdej strony atakują nas więc „agroturystyki”, pensjonaty „w sercu Bieszczadów” i tym podobne. W związku z tym, że nieraz trudno może być zorientować się w tych wszystkich ofertach poniżej przedstawiamy naszą krótką, pięciopunktową i oczywiście bardzo subiektywną listę zasad jakimi się kierować wybierając noclegi w Bieszczadach. Zapraszamy do lektury i mamy nadzieję, że okaże się ona pomocna!
Bieszczady to wspaniałe górskie szlaki, niezwykłe puste doliny, w których niegdyś wygodnie usadowione były nieistniejące dziś wsie, takie jak chociażby Tworylne czy Krywe oraz piękne bieszczadzkie cerkwie. Nie zobaczymy ich jednak jeśli przez nieuwagę, czy z jakiegokolwiek innego powodu zarezerwujemy sobie nocleg w miejscu, które wcale nie leży w Bieszczadach.
Noclegi w Bieszczadach to intratny biznes. Nie dziwi zatem, że coraz więcej osób decyduje się na wynajmowanie letnikom pokoi czy całego domu. W ten sposób sztuczna „granica Bieszczadów” z każdym rokiem przesuwa się coraz bardziej na północ. Coraz częściej widzimy reklamy noclegów opisanych jako Bieszczady ale w istocie znajdujących się dziesiątki kilometrów od tych pięknych gór.
Wybierając zatem noclegi w Bieszczadach na nasze wyjazdy zanim dokonamy rezerwacji upewnijmy się, że miejsce, które bierzemy pod uwagę rzeczywiście znajduje się w naszych ulubionych górach, a nie na przykład na Pogórzu Przemyskim, Strzyżowskim czy Dynowskim. Pomogą nam w tym Mapy Google. Jeśli nadal nie wiesz zaś, którą część Bieszczadów chciałbyś odwiedzić wówczas polecamy nasz artykuł: Gdzie się zatrzymać w Bieszczadach.
Duża część osób odwiedzających Bieszczady przyjeżdża tutaj ze względu na przepiękne górskie szlaki i zapierające dech górskie widoki. Miejsca takie jak Tarnica, Połonina Wetlińska, Chatka Puchatka czy Połonina Caryńska cieszą się niesłabnącą popularnością. Bieszczadzkie szlaki nie należą przy tym do najłatwiejszych. Często planując tutaj kolejną górską wycieczkę musimy na nią zarezerwować nawet 6-8 godzin. Nawet letni dzień okaże się zatem za krótki jeśli będziemy nocować z dala od wejścia na szlak.
Jak zatem wybierać noclegi w Bieszczadach aby nie nabić się samodzielnie w przysłowiową butelkę? Znów dobrze będzie rzucić okiem przed wyjazdem na mapę lub skorzystać z porady. Bieszczady Wysokie to chyba tutaj najbardziej popularny kierunek wycieczek pieszych. Jeśli i my wybieramy się w te strony wówczas warto pomyśleć o noclegu w Wetlinie, Ustrzykach Górnych czy Wołosatym i okolicznych wsiach. Nie chcielibyśmy przecież spędzić godziny czy dwóch dojeżdżając busem tylko do podnóża góry, którą planujemy zdobyć.
Gdzie indziej powinniśmy szukać noclegu jeśli planujemy wybrać się na Łopiennik (Cisna), a jeszcze gdzie indziej gdy chcemy wdrapać się na szczyt Chryszczatej (Komańcza). Tak czy inaczej nieodzowne będzie chociażby rzucenie okiem na mapę, przejrzenie przewodnika czy pomyszkowanie w internecie. My sami służymy pomocą jeśli chodzi o podpowiedzi gdzie najlepiej rezerwować noclegi w Bieszczadach – wystarczy do nas napisać!
Bieszczady to niezliczone możliwości spędzania czasu także z dziećmi, nawet bardzo małymi, liczne atrakcje dla całych rodzin niewymagające mozolnego wędrowania po górach. Wiele tu miejsc przypominających bardziej letnie kurorciki nad wodą niż górskie osady. Każdy kto był choć raz na wakacjach w Solinie czy Polańczyku przyzna, że pobyt tutaj będzie pełen wrażeń i atrakcji. Planując zatem kolejny wyjazd w Bieszczady warto zwrócić uwagę co, jeśli nie góry, chcielibyśmy tutaj zobaczyć i szukać noclegów w pobliżu wybranych przez nas atrakcji.
Wielu letnikom Bieszczady kojarzą się głównie z Jeziorem Solińskim, z jego pięknymi, wąskimi zatoczkami i krętą linią brzegową. Nic dziwnego – jest to jedno z tych miejsc w naszym kraju, którego nie powstydziłby się żaden turystyczny raj. To wprost wymarzone miejsce na wypoczynek z dziećmi. Rodziny znajdą tutaj dziesiątki ustronnych ośrodków z własnym dostępem do wody, z możliwością wypożyczenia rowerów wodnych i innych sprzętów, czy po prostu cieszenia się słońcem na plaży.
Myśląc o wszystkim powyższym nieodzowne będzie skonsultowanie się z mapą bądź przewodnikiem. Niedobrze by było zaplanować wyjazd na Jezioro Solińskie, a później musieć do niego każdego dnia dojeżdżać. Ktoś dysponujący samochodem być może mógłby na taki pobyt się zgodzić, ale bez niego byłaby to kompletna klapa.
Bieszczady przez wielu postrzegane są jako najdzikszy region naszego kraju, w którym można doświadczyć niemożliwego do odnalezienia gdzie indziej w Polsce poczucia odosobnienia, całkowitej pustki, ciszy i spokoju. Jest w tym wiele racji, wszak Bieszczady to jeden z najmniej zaludnionych obszarów Polski. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj miejsc, które w sezonie zamieniają się w tętniące życiem, zatłoczone kurorty. Szczególnie latem nie powinien nas dziwić brak miejsc parkingowych w niektórych miejscowościach, czy sznureczek piechurów poruszających się gęsiego wzdłuż jednej z lokalnych dróg. No właśnie, jak zatem wybierać noclegi w Bieszczadach jeśli zależy nam na ustronnym miejscu?
Tutaj wybór będzie jeszcze trudniejszy biorąc pod uwagę, że większość miejsc noclegowych ogłasza się jako „agroturystyka” czy „pensjonat na uboczu”. Po przyjeździe może nas jednak spotkać niemałe zaskoczenie jeśli okaże się, że nasz nocleg umiejscowiony jest w budynku stanowiącym część znanego z miast osiedla i nie ma tutaj mowy o ciszy czy spokoju.
Z pomocą przyjdą nam tutaj internetowe grupy dyskusyjne, w których inni turyści mogą udzielić nam porad co do wyboru miejsca. Warto skorzystać także z forum. My sami odpowiemy również chętnie na nadesłane do nas pytania. Osobiście przed kolejnym wyjazdem w Bieszczady spędzamy dużo czasu z mapą próbując wyszukać jak najbardziej ustronne miejsce. Naszym faworytem jest tutaj zwykle Dolina Sanu oraz okolice Terki.
Ostatni punkt naszej krótkiej listy nawiązuje w zasadzie do poprzedniego. Rezerwując noclegi w Bieszczadach należy pamiętać bowiem o jeszcze jednym drobnym szczególe – o tym do jakiego rodzaju ośrodka się wybieramy. W Bieszczadach dużą, jeśli nie największą, popularnością cieszą się drewniane domki. Nic w tym dziwnego – nie ma nic lepszego niż jesienny czy zimowy wieczór spędzony przy kominku, czy poranna kawa latem na ganku małego, urokliwego, drewnianego domku, w którym jesteśmy sami z rodziną.
Kawa będzie nam jednak z pewnością mniej smakować jeśli okaże się, że siedząc z nią w ręku na ganku niemal dotykamy nosem domku stojącego przed naszym. Prawda bowiem jest taka, że niejednokrotnie właściciele ośrodków chcąc oferować jak największą ilość miejsc noclegowych budują domki dosłownie obok siebie tak, że niemal stykają się one dachami, a z jednego widać głównie ścianę drugiego. Na nic zda się nam tutaj fakt, że sam ośrodek znajduje się nad brzegiem Jeziora Solińskiego, czy w jakimkolwiek innym urokliwym miejscu. Jeśli nie przyjrzymy się ośrodkowi szczegółowo przed rezerwacją noclegu może nas spotkać niemiła niespodzianka.
Jak zatem nie popełnić gafy jak ta opisywana powyżej? Przede wszystkim musimy tutaj spędzić dłuższą chwilę na dobrym poznaniu strony internetowej danego ośrodka. Jeśli strony w ogóle nie ma, jest ona bardzo uboga w zdjęcia samego miejsca noclegowego lub na zdjęciach widać głównie widoki z gór, a niewiele na nich szczegółów budynków, w których mamy mieszkać – powinna nam się zapalić w głowie czerwona żaróweczka! Ponadto znów z pomocą przyjdą nam rozmowy z innymi internautami, którzy być może byli już w danym miejscu. Jak zwykle my sami służymy również poradą!
Mówi się, że w Bieszczady jedzie się tylko raz, później już się tylko wciąż wraca. Rzeczywiście góry te mają w sobie coś wyjątkowego, unikalnego co sprawia, że wiele osób ulega ich niezwykłemu urokowi, zakochuje się czy to w ich skomplikowanej historii, czy oszałamiającej dzikiej przyrodzie i wciąż tutaj wraca. Podobnie było również z nami – jeden krótki wypad w te strony zakończył się miłością od pierwszego wejrzenia, częstymi wyjazdami w ten fascynujący zakątek Polski i coraz większym wiązaniem się, mamy nadzieję na stałe, z bieszczadzkim kresem.
Chcąc jak najbardziej cieszyć się pięknem Bieszczadów, szczególnie w trakcie naszego pierwszego pobytu tutaj, niedobrze by było gdyby nasz wypoczynek zakłócił źle wybrany nocleg. Próbujemy tutaj przyjść z pomocą i podzielić się naszymi obserwacjami poczynionymi w trakcie wielu wyjazdów w te najwspanialsze ze wszystkich góry. Mamy nadzieję, że nasza krótka lista pomoże również Tobie dokonać właściwego wyboru i sprawi, że już zawsze będziesz wracał w te tak piękne Nasze Bieszczady…
Zwyczaje Bojków to wspaniałe wspomnienie bogatej ale i trudnej historii Bieszczadów. Góry te to niezwykłe górskie wycieczki, zapierające dech w piersiach krajobrazy i moc atrakcji dla każdego, niezależnie od pogody. Obrazem chyba najmocniej ze wszystkich przywodzącym na myśl bieszczadzki kres są połoniny ze swoimi olśniewającymi widokami. Kto jednak był w tych pięknych górach i choć na chwilę zboczył z utartych szlaków ten oprócz górskich szlaków, na których szczególnie w sezonie spotyka się ostatnio coraz więcej turystów, widział z pewnością puste doliny, takie jak Krywe czy Tworylne, w których króluje dziś przyroda.
Nie zawsze tak było. Niegdyś zamieszkiwali je Bojkowie – bieszczadzcy górale gospodarujący na tych ziemiach od stuleci. Ich tradycja, zwyczaje, wierzenia rozwijały się przez wieki niezmącone biegiem burzliwej historii tej części Europy – przetrwały rozbiory Polski, I i II wojnę światową. Uległy jednak pod naporem zamętów nacjonalistycznych po ostatniej wojnie. Na fali wysiedleń niemal cała ludność Bieszczadów została wypędzona ze swoich domów i na zawsze zniknęła z tych ziem. Bojkowie jednak nie zaginęli w zupełności. Ich potomkowie przetrwali i żyją do dziś na dawnych tzw. ziemiach odzyskanych. To dzięki nim możemy dowiedzieć się dziś jak wyglądały zwyczaje Bojków zamieszkujących niegdyś Bieszczady…
Bojkowie od wieków zamieszkiwali liczne bieszczadzkie wsie. Teren ten przed II wojną światową był jednym z najgęściej zaludnionych w Europie. Niemal w każdej dolinie usadowione były bojkowskie chaty, czyli chyże konstruowane zwykle wzdłuż potoku. Domostwa te charakteryzowało umiejscowienie wszystkich pomieszczeń mieszkalnych i gospodarczych pod jednym, stromym dachem. Za chyżą ciągnął się wąski pas ziemi biegnącej zwykle aż do szczytu pobliskiego wzniesienia, który był podstawą utrzymania bojkowskiej rodziny, wszak Bojkowie żyli głównie z roli i pasterstwa.
Znojne życie Bojka w trudnym bieszczadzkim klimacie płynęło w swój ustalony, niezmienny sposób przez całe stulecia. Upływało ono w zgodzie z odwiecznym rytmem przyrody, zmian pór roku i prac polowych. Bojkowie byli również niezwykle przywiązani do swoich tradycji oraz wiary. Naczelne miejsce w życiu każdej lokalnej społeczności odgrywały ceremoniały podporządkowane w dużej mierze kalendarzowi liturgicznemu cerkwi. To właśnie zwyczaje Bojków są niezwykłym spojrzeniem wstecz w czasie na to jak kiedyś wyglądało życie. Nie sposób oczywiście opisać wszystkich z nich, ale spróbujemy opowiedzieć chociaż o tych najbardziej ciekawych.
Zwyczaje Bojków nakazywały wróżenie sobie w Nowy Rok. Na piecu układano zatem tyle rozżarzonych węgielków ilu było w chacie domowników oraz zwierząt. Każdy węgielek odpowiadał jednemu z nich. Ten, którego węgielek jako pierwszy pokrył się grubą warstwą popiołu miał umrzeć w nadchodzącym roku.
Wielkanoc w zwyczajach Bojków była wielkim świętem. W jej trakcie, podobnie jak to się robi do dziś, malowano pisanki. Robiły to przy tym głównie dziewczęta i kobiety. Pisanki malowano obowiązkowo w Wielkanoc – jakakolwiek praca w Wielką Sobotę była wykluczona i poczytywana za grzech, który niechybnie prowadziłby do śmierci.
Pisanki przez Bojków były nazywane na rozmaite sposoby: śliwy, śliwki, gałki, hawki, riźbienki. Ozdabiane były różnymi motywami o znaczeniu symbolicznym – pojawiały się na nich zatem motywy religijne, zwierzęce, roślinne, rozety, czy gwiazdy. Przypisywano im wielką moc dlatego służyły one do różnych celów: dziewczęta obdarowywały nimi chłopców, kobiety dawały je innym kobietom, podkładano je pod próg chaty, tak aby ciężarna kobieta miała lekki poród, zakopywano w pomieszczeniach gospodarczych pod ziemią dla urodzaju. Dla odstraszenia złych duchów pisankę należało również zjeść wraz ze skorupką.
Pisanki zanoszone były do cerkwi przez dziewczęta, na wieczorne modły, za pazuchą. Młodzi chłopcy zabierali je i wówczas wszyscy pędzili do pobliskiego potoku, w którym się zanurzali lub przynajmniej oblewali się wodą. Skąd my to znamy…
Cyklicznej obrzędowości religijnej towarzyszyły w zwyczajach Bojków również odpusty spełniające ważną rolę społeczną. Były one wszak dla wielu jedną z nielicznych w roku okazji do opuszczenia rodzinnej wsi oraz do spotkania ludzi z różnych, nieraz dalekich nawet stron. Najlepszym chyba przykładem tego typu wydarzeń były odpusty odbywające się w Łopience trzy razy do roku. Najważniejszym z nich był ten 28 sierpnia we Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny – trwał on 3 dni i gromadził kilkanaście tysięcy ludzi.
Łopieńska cerkiew pełniła rolę najważniejszego na tych ziemiach miejsca kultu maryjnego z racji posiadania tu słynącej z łask ikony Matko Bożej z Dzieciątkiem. O niezwykłej popularności tego miejsca świadczyć może poniższy opis jednego z tutejszych odpustów autorstwa Zygmunta Kaczkowskiego:
Dawniej można dojrzeć Mazurów zza Wisłoki i zza Rzeszowa i Szlązaków zza Andrychowa i Żydów z Krakowa, Węgrów od Ungwarów i Szniny. […] Pod cerkwią murowaną przy wszystkich drogach i ścieżkach porozsiadały się baby przekupki z różnego rodzaju naczyniami, garnkami, rynkami, malowanemi łyżkami, sitkami, skopcami i innym podobnym towarem […], dalej Żyd z solą wabił chłopów przechodnich, zachwalając im sprawiedliwość miary nad miarę i doskonałość warzonki […], dalej młody chłopak od Beskidu, smukły jak sosna i piękny jak statua marmurowa w długich, jasnych włosach, opadających na okrągłe, brunatną guńką osłonięte ramiona […].
Zwyczaje Bojków to niezwykła mieszanina wiary, religii, ale też obrzędów z pogranicza magii i ludowych zabobonów. Takim najbardziej magicznym dniem w ciągu całego roku był Światyj Weczer, jak na tych ziemiach nazywano Wigilię. Był to dzień, gdzie wierzenia przeplatały się z siłami magicznymi, które miały przesądzić o całym nadchodzącym roku. Ze względu na to niezwykłą wagę przywiązywano właśnie do wszystkiego co działo się w tym dniu.
W tym niezwykłym dniu wstawano zatem jak najwcześniej, dbano o każdy najmniejszy szczegół tak aby wszystko tego dnia było na swoim miejscu i w jak najlepszym porządku. Ukoronowaniem całego dnia ceremoniałów i tradycji była uroczysta wieczerza. Na jej czas w chacie obowiązkowo musiał być obecny snop owsa. Przygotowywano także dwanaście postnych potraw. Jadano kiszoną kapustę, ziemniaki, biały barszcz, pierogi z kaszą i grzybami, gołąbki, bób, grzyby.
Wieczerzę spożywano na specjalnie przygotowanym stole. Na stole musiało znaleźć się siano lub słoma. Ustawiano na nim także garnek z ziarnem, w które wetknięta była świeca. Pod stołem zaś kładziono żelazo z pługa, siekierę i piłę. Nogi stołu związywano łańcuchem. Wszystko to zapobiegało przystąpieniu do ludzi złośliwych duchów tak groźnych w tym magicznym dniu.
Posiłek rozpoczynano od wspólnej modlitwy i podzielenia się przaśnym chlebem. Potrawy spożywano z jednej, wspólnej miski przy pomocy drewnianych łyżek. Odprawiany przy tym liczne rytuały mające zapewnić urodzaj w kolejnym roku, odpędzić zarazę i wszelkie inne nieszczęście. Odrobiną każdej z potraw częstowano kury aby się dobrze niosły, związywano słomą łyżki aby bydło nie rozchodziło w trakcie pasienia. Na zakończenie dnia śpiewano kolędy, w których proszono o urodzaj w nadchodzącym roku. Do snu układano się zaś na podłodze wyściełanej słomą – tej nocy łóżko i ławy były zarezerwowane dla duchów zmarłych obchodzących święta wraz z domownikami.
Zwyczaje Bojków mówiły o tym, że Boże Narodzenie było dniem, w którym nie wolno było wykonywać żadnych prac z wyjątkiem koniecznego oporządzenia zwierząt. W dniu tym jeszcze przed świtem wszyscy domownicy obmywali się w wodzie, do której uprzednio wrzucono pieniądze. W niektórych wsiach myto się trzymając pieniądze w ręku. Wszystko to miało zapewnić dostatek w kolejnym roku.
Przed śniadaniem do chaty wprowadzano wołu, którego karmiono chlebem i słomą ze snopa ustawionego w Wigilię w rogu izby. Nakładano mu też słomę na rogi tak aby zaniósł ją do innych wołów. Rytuał ten musiał być dopełniony jak najwcześniej, zanim do chyży wszedł ktokolwiek obcy. Po śniadaniu domownicy udawali się do cerkwi, po obiedzie zaś odwiedzano sąsiadów. Wieczorem rozpoczynały się odwiedziny domostw przez kolędników.
Zwyczaje Bojków przypominają nam dziś o niezwykłej przeszłości Bieszczadów. Oni sami nie zniknęli – do dziś można ich spotkać na terenach dawnych wsi ich przodków. Porządkują cmentarze, odwiedzają rodzinne strony, przechadzają się pomiędzy podmurówkami danych domostw usiłując dociec, w którym to miejscu stał młyn, gdzie karczma, a gdzie szkoła, czy inny budynek.
Chętnie opowiadają o dawnym trudnym życiu zgodnym z odwiecznym cyklem natury w tych odległych stronach. Wystarczy przystanąć na chwilę w trakcie wędrówki i zapytać ich jak niegdyś według opowieści ich przodków wyglądała codzienność w tych dzikich stronach. Szybko zorientujemy się, że i nasze dzisiejsze zwyczaje i tradycje nie odbiegają zbyt daleko od tych znanych przez stulecia w Bieszczadach…
Bieszczady nigdy się nie nudzą. Mijają lata, kolejne sezony, pory roku, a my raz po raz odnajdujemy tutaj coś nowego dla siebie. Dlatego właśnie planując gdzie się zatrzymać w Bieszczadach w trakcie kolejnego wyjazdu, co zobaczyć i jak aktywnie spędzić tutaj czas warto pomyśleć o przebogatej bieszczadzkiej historii i tak wybrać miejsce noclegu aby być blisko jednego z jej śladów. Wycieczka do jednego z miejsc, w którym niegdyś tętniło życie, a gdzie dziś niepodzielnie króluje przyroda będzie niezapomnianym przeżyciem.
Tarnica przez Bukowe Berdo? Dlaczego akurat tym dłuższym i trudniejszym szlakiem? Dlaczego nie krótszą drogą z Wołosatego? Zna ją przecież niemal każdy, kto był choć raz w Bieszczadach. Opisują ją chyba wszystkie przewodniki czy strony internetowe dotyczące bieszczadzkich wędrówek. Po co komplikować sobie życie? Czy warto? O tym wszystkim niżej…
Bieszczady zachwycają swą różnorodnością, bogatą i trudną historią, ilością atrakcji, czy licznymi możliwościami aktywnego spędzania czasu. To wszystko sprawia, że z roku na rok przybywa tutaj coraz więcej turystów, właściciele noclegów cieszą się pełnym obłożeniem, a górskie szlaki stają się pełne ludzi… No właśnie – pełne ludzi, czytaj zatłoczone…
Niestety ubocznym skutkiem rosnącej popularności Bieszczadów jest fakt, że coraz rzadziej możemy znaleźć tutaj górski zakątek, w którym będziemy zupełnie sami. Z sezonie na głównych, najbardziej znanych szlakach towarzyszyć nam będzie nieraz sznureczek ludzi stojących w kolejce na szczyt. Zdarza się to szczególnie często w miejscach najbardziej emblematycznych dla tego odległego zakątka kraju. Jednym z nich jest bez wątpienia Tarnica.
Tarnica to najwyższy szczyt polskiej części Bieszczadów. Jego popularności sprzyja dodatkowo ustawiony na jej szczycie ogromny krzyż. Miejsce to co roku przyciąga tysiące pielgrzymów, wiernych oraz turystów. Od wczesnych początków sezonu letniego do jego końca możemy zastać tu tłumy. Chyba jedynym momentem w ciągu roku, gdy na szczycie Tarnicy będziemy sami jest środek zimy.
Co jednak gdybyśmy chcieli zdobyć ten piękny górski szczyt w sezonie, a nie mamy ochoty iść gęsiego z setką innych turystów? Okazuje się, że istnieje rozwiązanie… Tarnicę z powodzeniem możemy zdobyć idąc przez Bukowe Berdo. Jest to szlak dość długi i męczący, jednak nasz wysiłek będzie wynagrodzony wspaniałymi widokami właściwie na całej długości szlaku. Właśnie na taką wycieczkę w poszukiwaniu ciszy i spokoju wyruszyliśmy w długi weekend majowy.
Wybierając szlak: Tarnica przez Bukowe Berdo naszą wędrówkę rozpoczynamy z Mucznego. Muczne to niewielka osada leśna leżąca w tzw. bieszczadzkim worku. Dojeżdżamy do niej wąska i krętą asfaltową drogą. Jeszcze nie dawno jej stan był opłakany i dotarcie tutaj było możliwe głównie dla samochodów terenowych, ale niedawno w związku z budową nowego hotelu w Mucznym droga została naprawiona i z łatwością dojedziemy tu dziś zwykłym samochodem osobowym. Po wjeździe do osady po kilkuset metrach widzimy po prawej stronie ośrodek drewnianych domków oraz punk pobierania opłat Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Auto zostawiamy na pobliskim, trawiastym postoju i minąwszy wspomniany punkt pobierania opłat za wejście na szlak zaczynamy od razu piąć się stromą, błotnistą drogą w górę.

Bukowe Berdo zasługuje na swoją nazwę – szlak początkowo wiedzie przez gęsty, bukowy las i miejscami jest bardzo stromy. Dróżka raz po raz zwęża się i rozszerza pokonując kolejno coraz to nowe stromizny i nieliczne tutaj wypłaszczenia. Ścieżka bywa błotnista i śliska – dobre buty oraz kijki trekkingowe są tutaj bardzo pomocne.
W górnej części lasu staje się on rzadszy i bardziej świetlisty. Idziemy teraz wzdłuż dobrze oznaczonej ścieżki przyrodniczej. Szczególne wrażenie sprawia jej fragment, w którym mijamy pokaźne obszary powalonych drzew ściętych tutaj dla regeneracji otoczenia.
Po około godzinie szybkiego marszu docieramy do skraju lasu. Tak jak w przypadku innych miejsc w Bieszczadach obszar ten jest szczególnie interesujący. Na przestrzeni dosłownie kilkudziesięciu metrów las zamienia się w połoninę. Na obszarze przejściowym dominują smagane wiatrem skarłowaciałe drzewa poskręcane w najbardziej rozmyślne sposoby. Przywodzą one na myśl sceny z najlepszych filmów grozy i dają pojęcie o tym dlaczego rdzenna ludność tych obszarów w swych wierzeniach zaludniała te góry wszelkiego rodzaju demonami i zjawami – wyobraźnia działa tutaj na przyspieszonych obrotach.

Po wyjściu z lasu przed nami rozpościera się od razu wspaniały, szeroki widok, który będzie nam już towarzyszył niemal do samego końca wycieczki. Widzimy rozległą panoramę okolicy – Połonina Caryńska, widok daleko w kierunku Otrytu i Ostrego, Dolina Sanu z dalekim widokiem na ukraińską stronę oraz dalszy przebieg szlaku w kierunku Połoniny Dźwiniackiej. Jak dotąd na szlaku nie spotkaliśmy nikogo – w tym wspaniałym miejscu smaganym wiatrem jesteśmy zupełnie sami.

Po chwili odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Krzemienia. Teraz szlak Tarnica przez Bukowe Berdo wiedzie nas rozległym grzbietem. Po drodze mijamy dwa mniejsze wzniesienia oraz główny szczyt Bukowego Berda. Odsłaniający się przed nami widok jest coraz to szerszy. Przed nami wspaniałe panoramy na Krzemień i Tarnicę ale także na okoliczne doliny oraz daleko wgłąb terytorium Ukrainy. Ścieżka wiedzie wśród skał oraz momentami ginie w gąszczu skarłowaciałych drzew porastających połoninę.
Po około 1,5 godziny od wyjścia z lasu docieramy do Krzemienia. Stąd widzimy już dokładnie Tarnicę i wiodącą na nią ścieżkę pełną turystów wędrujących z Wołosatego. Wrażenie robi widok w dół na Przełęcz Goprowską, gdzie wiodą schody, oraz ponownie w górę w kierunku Tarnicy. Od tego miejsca towarzyszy nam już zdecydowanie więcej piechurów.

Z Krzemienia po niezwykle stromych i niewygodnych schodach ruszamy w dół w kierunku Przełęczy Goprowskiej, gdzie możemy odpocząć w stojącej tutaj drewnianej wiacie. Spotykamy tutaj sporo osób wędrujących w obu kierunkach między Krzemieniem i Tarnicą oraz kierujących się na Halicz. Po chwili wytchnienia rozpoczynamy mozolną wspinaczkę schodami w kierunku przełęczy pod szczytem Tarnicy. Panuje tutaj tłok podobny do tego znanego z tatrzańskich szlaków.
Po krótkim postoju kierujemy się w stronę szczytu Tarnicy. Po kilkunastominutowym marszu znów po szerokich schodach osiągamy szczyt królowej polskich Bieszczadów. I tutaj nie odpoczniemy w spokoju, ale panujący tu ścisk wynagradzają nam przepiękne widoki roztaczające się we wszystkich kierunkach.
W przypadku naszej majówkowej wycieczki jej ciekawości dodała goniąca nad o Krzemienia burza z gradem. Dorwała nas ona dosłownie kilka minut po zdobyciu szczytu Tarnicy. Ciężkie, stalowe chmury w ułamku sekundy otuliły szczyt i znacząco zredukowały widoczność. Sypnęło gradem z olbrzymią siłą uderzającym w kurtki i tnącym dłonie oraz twarze. Czym prędzej zaczęliśmy zejście do Wołosatego.

Zdobywszy Królową Bieszczadów szlakiem Tarnica przez Bukowe Berdo wycieczkę możemy zakończyć wracając do Wołosatego. Czas zejścia z Tarnicy do Wołosatego to około godziny. Szlak dość szybko niknie w lesie i wije się wśród drzew. Droga nie jest tutaj specjalnie ciekawa ze względu na olbrzymią ilość turystów. W naszym przypadku marsz utrudniał dodatkowo lejący deszcz mieszający się raz po raz z gradem. Brodząc w błocie spływającym szlakiem udało nam się jednak w końcu bezpiecznie dotrzeć do wejścia na szlak w Wołosatym.
Na koniec można sobie zadać pytanie o to czy warto zdobyć Tarnicę przez Bukowe Berdo? Tarnica z pewnością jest uważana za jeden z symboli Bieszczadów, należy także to tzw. korony Polski. Sprawia to, że niemal o każdej porze roku spotkamy tu tłumy turystów (trochę podobnie jak ma to miejsce w przypadku tatrzańskiego Giewontu czy Rysów). Może to zniechęcać i odstraszać miłośników ciszy i spokoju.
Doskonałym zatem rozwiązaniem jest zdobycie tego pięknego szczytu właśnie przez Bukowe Berdo. Szlak ten wynagrodzi nasz trud oszałamiającymi widokami oraz właściwie brakiem innych ludzi na szlaku. Niezapomniane wrażenie pozostawią po sobie panoramy zarówno na stronę polską jak i ukraińską. Z tych właśnie względów uważamy, że planując wyjazd w Bieszczady i zastanawiając się co warto zobaczyć oraz gdzie się zatrzymać naprawdę warto wziąć pod uwagę szlak: Tarnica przez Bukowe Berdo oraz Muczne jako miejsce noclegu.
Masz już zarezerwowany pobyt w Bieszczadach, a prognozy pogody są coraz gorsze? Oberwanie chmury, silny wiatr, mgły? Nie wiesz co robić? Dzieci marzą o cudownych wakacjach, a Ty zastanawiasz się czy nie odwołać wyjazdu? Zachodzisz w głowę co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz? Możliwe, że będziemy mogli przyjść Ci z pomocą…
Bieszczady to wspaniały zakątek naszego kraju, gdzie historia przeplata się z niezwykłą przyrodą oraz niezliczoną ilością atrakcji. Pomysły na aktywny wypoczynek możemy tutaj dowolnie łączyć ze zwiedzaniem zabytków, jak chociażby przepięknych i oryginalnych bieszczadzkich cerkwi. Planując jednak gdzie się zatrzymać w Bieszczadach oraz co warto zobaczyć dość szybko zauważymy, że duża część tego co serwuje nam ta piękna część Polski zakłada, że w trakcie naszego wyjazdu będzie nam dopisywała pogoda. Możemy zadać sobie pytanie o to co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz? Czy jesteśmy skazani na nudę? Czy spędzimy cały wyjazd w jednym z niezliczonych tutaj pensjonatów? Może w ogóle powinniśmy odwołać wyjazd, zostać w domu i spędzić urlop przed telewizorem? Chyba nie będzie aż tak źle…
Bieszczady to kraina cechująca się niezwykłą wprost różnorodnością. Dotyczy ona tutaj niemal wszystkiego – różnorodne są tutaj krajobrazy, historie ludzi stąd pochodzących, możliwości wycieczek, a także, co zainteresuje nas chyba najbardziej, dostępne tutaj atrakcje. Bieszczady oferują nam niezliczoną ilość możliwości spędzania tutaj naszego czasu również w czasie niepogody. Poniżej przedstawiamy ich krótką i oczywiście subiektywną listę. Mamy nadzieję, że dzięki niej spędzisz wspaniały pobyt w tej cudownej krainie nawet gdy pada deszcz.
Nasze propozycje na to co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz otwiera Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie. Wiele osób po raz pierwszy odwiedzających Bieszczady oraz po raz pierwszy słyszących o Bojkach zadaje sobie przede wszystkim pytanie o to kim oni byli? Z jakichś przyczyn większość z nas słyszała niegdyś o Łemkach, ale wiedza o Bojkach jest zdecydowanie mniej rozpowszechniona. Być może jest to związane z faktem, że mniejszość łemkowska po okresie wysiedleń tuż po II Wojnie Światowej zdołała się utrzymać w pewnym stopniu na swoich rdzennych ziemiach, podczas gdy Bojkowie zamieszkujący obszar dzisiejszej Polski zostali całkowicie rozproszeni na terenach tzw. ziem odzyskanych. W Bieszczadach pozostały po nich jedynie nieliczne, niknące dziś w gąszczu krzewów i traw ślady.
Tymczasem przez stulecia na terenie polskich Bieszczadów to właśnie Bojkowie byli dominującą liczebnie mniejszością narodową. Zamieszkiwali oni tutaj liczne wsie, po których dzisiaj zostały jedynie piękne, puste doliny znajdujące się całkowicie w posiadaniu przyrody (np. Krywe, Tworylne). Po bojkowskich chatach pozostały do dzisiaj jedynie majaczące w zaroślach podmurówki. Podobnie przepadła większość bojkowskich cerkwi ze wspaniałym wyjątkiem w postaci cerkwi w Smolniku nad Sanem.
Do naszych czasów przetrwały natomiast niezliczone wierzenia Bojków, tradycje, zwyczaje. O tych wszystkich niesamowitych głosach z przeszłości możemy posłuchać i dowiedzieć się właśnie w Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie. Zarówno dorośli jak i najmłodsi turyści niezależnie od pogody spędzą tutaj wspaniałe, bardzo ciekawe chwile.
Jeśli mowa o niezwykle bogatej bieszczadzkiej historii to nie może zabraknąć miejsca na dawne, ginące dziś niestety zawody. Czasy się zmieniają, pewne umiejętności giną w mroku dziejów, ale na szczęście istnieją miejsca takie jak Zagroda Magija.
Gospodarze tego niezwykłego miejsca dbają o to aby spędzony tutaj nocleg okraszony był dodatkowo wszelkiego rodzaju atrakcjami związanymi z ciszą, spokojem i wypoczynkiem na łonie natury. Oprócz tego możemy tutaj wziąć udział w warsztatach dotyczących wykorzystania wielu różnych technik związanych właśnie z ginącymi z czasem zawodami. Będzie to kolejna bardzo ciekawe propozycja na spędzenie deszczowego dnia.
W bardzo rodzinnej atmosferze i wśród ciepłych ludzi poznamy tutaj podstawy garncarstwa i rękodzielnictwa. Pobudzone zostaną nasze zmysły artystyczne tak często tłamszone w naszym codziennym życiu skupionym na pracy, pieniądzach i codziennych obowiązkach. Czas spędzony tutaj minie nam niezwykle szybko – na chwilę zapomnimy o codziennych troskach i problemach. Za oknem może w tym czasie lać i wiać ile chce!
W Bieszczadach jest kilka miejsc kultowych, niemal legendarnych, nierozerwalnie związanych z tym pięknym zakątkiem Polski. Jednym z nich jest bez wątpienia gospoda w Cisnej o nazwie Siekierezada. Nie może zabraknąć jej na naszej liście propozycji co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz.
O Siekierezadzie pisaliśmy już w jednym z naszych poprzednich artykułów. Jest to z pewnością miejsce niezwykłe. Wpisuje się ono idealnie w powojenny nurt „bieszczadzkich zakapiorów”, odmieńców, czy pustelników. Jest też ściśle związana z twórczością artystyczną Bieszczadów. Oprócz serwowania tutaj dań do dziś w Siekierezadzie odbywają się spotkania muzyczne, literackie, czy wystawy.
Siekierezada zaskakuje swoim oryginalnym wystrojem. Ciemne pomieszczenie zdominowane jest przez ciężkie drewniane ławy z kartami przykutymi doń łańcuchami. W stoły wbite są siekiery, a nad głowami gości, na suficie eksponowane są dawne wojskowe mundury oraz poroża. Jednym słowem – jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, którego odwiedzenie jest doskonałym pomysłem na deszczowy dzień. Wypijemy tu ciepłą herbatę, pokrzepi nas solidna porcja bieszczadzkiego jadła, a kto wie, może będziemy mieć odrobinę szczęścia i spotkamy tu jednego z nielicznych już „bieszczadzkich zakapiorów”.
Rozmawiając o Bieszczadach z całą pewnością wcześniej czy później wspomniana zostanie Solina i znajdująca się tutaj i udostępniona do zwiedzania zapora. Jest to jedno z tych miejsc takich jak Wetlina, Cisna, czy Polańczyk, które de facto przez wielu są utożsamiane z całymi Bieszczadami. Nie ma w tym nic dziwnego – Solina i tutejsze Jezioro Solińskie to jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju, nie ustępujący widokami chyba nawet Szwajcarii czy Norwegii.
Sztucznie utworzony zalew spowodował powstanie niesłychanie malowniczego zbiornika wodnego wcinającego się w wąskie i kręte zatoczki. To wprost wymarzone miejsce na wakacyjny wypoczynek dla rodzin z dziećmi, zwolenników wędkarstwa czy żeglarstwa. Co jednak robić gdy pada deszcz?
Solina oferuje nam wiele atrakcji również i na niepogodę. Oprócz licznych tutaj restauracyjek i barów niewątpliwie jedną z głównych atrakcji miejscowości jest możliwość zwiedzania wnętrza samej solińskiej zapory. Mamy tutaj okazję spenetrować wnętrze tej niezwykłej i leciwej już dziś konstrukcji, która w swoim czasie była istnym cudem techniki, a i dzisiaj budzi swą wielkością prawdziwy podziw. Najmłodsi podróżnicy będą zachwyceni, ale i dorośli spędzą tutaj ciekawe chwile.
Browar Ursa Maior to jeden z eksportowych znaków rozpoznawczych Bieszczadów kojarzonych z tym regionem chyba w całym kraju. Jego zwiedzanie będzie ciekawą odpowiedzią na pytanie co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz. Browar znajduje się w miejscu o bardzo dogodnym dojeździe – przejażdżka samochodem w te strony będzie interesującym urozmaiceniem pochmurnego dnia, który nie pozwala na górskie wędrówki.
We wnętrzu browaru poznamy cały cykl produkcyjny powstających tutaj trunków. Dowiemy się jak skomplikowanym i wymagającym fachowej wiedzy oraz doświadczenia jest proces warzenia piwa. Będziemy mogli skosztować półproduktów oraz gotowych napitków oraz nabyć kilka buteleczek piwa w tutejszym sklepiku. Niejeden z Panów odwiedzających to miejsce powróci tu jeszcze nie raz!
Spora część prezentowanych tu pomysłów na spędzenie deszczowego dnia to de facto parogodzinne wypady do ciekawych miejsc. Co jednak począć gdy zanosi się na całodniową ulewę i liczenie na przejaśnienie się nie ma sensu? W takim wypadku możemy wybrać się na cały dzień do Leska i skorzystać z tamtejszego Basenu Aquarius.
Pływalnia ta jest jedną z najnowocześniejszych w naszym kraju, posiada również okazały aqua park oraz inne atrakcje jak sauny siłownie itp. Spokojnie możemy zaplanować tutaj całodniowy pobyt, korzystać z basenów, zjeżdżalni i innych dostępnych tutaj udogodnień. Po wysiłku na pływalni czy siłowni posilimy się w tutejszym barze. Nie trzeba dodawać, że szczególnie najmłodsi uczestnicy wycieczki będą wyjdą stąd z uśmiechem od ucha do ucha.
Po wizycie na basenie, o ile pogoda się polepszy i starczy nam czasu, możemy pomyśleć nad zwiedzaniem samego Leska.
Naszą listę pomysłów na to co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz zamyka pracownia garncarstwa Carpe Diem. Wspominaliśmy już wyżej o tym, że Bieszczady są miejscem, w którym z ogromną chęcią sięga się do historii, zastanawia się jak niegdyś żyli i czym trudnili się ludzie. Taką chwilą zadumy nad przeszłością i momentem oderwania od codzienności będą również warsztaty garncarskie.
Warsztat taki może być zorganizowany w pracowni albo w miejscu przebywania grupy turystów, np. w danym pensjonacie po uzgodnieniu terminu z organizatorami. Trudno sobie chyba wyobrazić lepszą frajdę na deszczowy dzień niż poznanie tradycyjnej techniki wyrobu naczyń z gliny. Po takim warsztacie do domu wrócimy z własnoręcznie ulepionym wazonikiem, miseczką czy dowolnym innym naczyniem.
Co robić w Bieszczadach gdy pada deszcz? Czy wyjazd w te piękne góry jest w trakcie niepogody skazany na niepowodzenie? Czy będziemy zmuszeni spędzić cały pobyt w hotelu grając w karty? Absolutnie nie! Bieszczady to tak różnorodna i ciekawa kraina, że starczy tutaj atrakcji na kilka wyjazdów i to niezależnie od pogody!
Bieszczady w środku sezony to długie wycieczki turystyczne ze wspaniałymi widokami, kolejka wąskotorowa, jazda konna, wędkarstwo oraz dziesiątki innych atrakcji czy możliwości aktywnego spędzania czasu. Okazuje się jednak, że również w niepogodę oraz szczególnie w okresach poza sezonem jest tutaj co robić. De facto nieraz wypad w Bieszczady dopiero późną jesienią, czy wczesną wiosną da nam możliwość odetchnąć w pełni od zgiełku miasta w panującym tu wówczas spokoju.
Powyższy artykuł to oczywiście jedynie część możliwości jakie stwarzają Bieszczady gdy pada deszcz. Mamy nadzieję, że nasza krótka lista sprawi, że każdy wyjazd w Bieszczady będzie niezapomniany pomimo braku słońca. Gorąco liczymy na to, że te magiczne góry oczarują Cię, tak jak już dość dawno temu oczarowały i nas, i że tak jak my będziesz tutaj wracał raz po raz, czy słońce, czy deszcz, czy słota…
Bieszczady fascynują swoją bogatą i skomplikowaną historią, przyrodą, bogactwem krajobrazów. Znajdzie tu coś dla siebie amator górskich wycieczek i zapierających dech w piersi widoków, miłośnik przyrody, czy zwolennik wypoczynku w ciszy i spokoju z dala od cywilizacji. Rodziny z dziećmi spędzą niezapomniane chwile w jednym z miasteczek malowniczo położonych nad przypominającym szwajcarskie pejzaże Jeziorem Solińskim. Fotograf odkryje tysiące inspiracji w jednym z bajkowych bieszczadzkich zakątków, a wielbiciel historii zaduma się nad ludzkim losem w jednej z setek opuszczonych dziś bojkowskich wsi, czy u stóp jednej z nielicznych ocalałych bieszczadzkich cerkwi.
Bieszczady to setki możliwości spędzania wakacji, urlopu, czy nawet krótkiego weekendu. Jak grzyby po deszczu mnożą się oferty firm turystycznych organizujących przeróżne wypady w te chyba jedyne w swoim rodzaju strony. Coraz częściej słyszymy o safari fotograficznych, obserwacji dzikich zwierząt, czy warsztatach artystycznych organizowanych w Bieszczadach.
Jeśli jednak myślisz, że w Bieszczadach spróbowałeś już wszystkiego, przemierzyłeś wszystkie górskie szlaki, na pamięć znasz widoki z Połoniny Wetlińskiej, Caryńskiej czy Tarnicy, w Siekierezadzie spróbowałeś już wszystkiego co tylko możliwe, a zaporę w Solinie znasz jak własną kieszeń, wówczas może się okazać, że ten artykuł jest właśnie dla Ciebie. Jeśli dodatkowo nie znosisz wakacji spędzanych na leżaku, na urlopie nie możesz usiedzieć na miejscu – chyba mamy coś dla Ciebie…
Przedstawiamy naszą listę pięciu pomysłów na aktywny wypoczynek w Bieszczadach! My sami jesteśmy ludźmi, którzy nie cierpią nudy, szczególnie w wakacje. Każdą wolną chwilę spędzamy na poznawaniu czegoś nowego, na nauce nowych sportów, poszerzaniu listy naszych hobby. Dziś opiszemy dla Ciebie kilka propozycji na wyjazd w Bieszczady, które sprawią, że wrócisz z niego z uśmiechem od ucha do ucha. Do dzieła!
Naszą listę pomysłów na aktywny wypoczynek w Bieszczadach otwiera offroad. Ten niezwykły sposób podróżowania zdobywa w Polsce w ostatnich latach coraz większą rzeszę zwolenników. Coraz częściej w weekendy możemy zobaczyć kawalkadę kompletnie pokrytych błotem samochodów rodem z rajdu Paryż-Dakar mknących wiejskimi drogami – to z pewnością impreza offroad przemieszczająca się z jednego ze swoich ulubionych miejsc w kolejne.
Offroadowcy kochają nieprzejezdne, błotniste drogi tonące nieraz w kałużach o głębokości metra lub więcej. Nic ich tak nie cieszy jak jazda samochodem korytem rzeki, strome podjazdy, czy przedzieranie się autem przez las tak gęsty, że na pieszo nie dałoby się go pokonać. Do centralnych punktów każdego wyjazdu offroadowego należy tzw. „wklejanie” – ma to miejsce gdy któryś z samochodów utknie w tak gęstym czy głębokim błocie, że nie sposób z niego wyjechać o własnych siłach. W takiej sytuacji wszyscy uczestnicy imprezy wysiadają z samochodów, dyskutują w jaki sposób pokonać przeszkodę, w ruch idą łopaty i wyciągarki. Unieruchomiony samochód po chwili walki z błotem rusza z miejsca, a umorusani uczestnicy szczęśliwi wracają do swoich pojazdów i cała kawalkada rusza dalej.
Bieszczady są wprost wymarzonym miejscem do tego typu aktywnego wypoczynku. Tutejsze głębokie doliny, liczne strumienie je przecinające, nieprzebyte zarośla i nade wszystko wszędobylskie błoto stwarzają idealne warunki do organizacji imprezy offroadowej. Niezależnie od pory roku Bieszczady mają offroadowcom do zaproponowania jedną z ich ulubionych atrakcji – wezbrane wody rzek z ich głębokimi brodami, tony błota, czy głęboki śnieg.
Zdjęcia z offroadu: Wąsiu.pl.
Kolejną nowością, która nie tak dawno temu przywędrowała w Bieszczady jest tzw. fatbike. Można śmiało powiedzieć, że jest to swoisty offroad w świecie rowerów – fatbike to rowery przygotowane specjalnie do jazdy po ciężkim, górskim terenie posiadające specyficzne poszerzone opony (stąd nazwa). Tam gdzie zwykły „góral” nie dojedzie, fatbike z pewnością da sobie radę.
Bieszczady od dawna słyną ze wspaniałych ścieżek rowerowych. W trakcie pobytu w tym pięknym regionie niejednokrotnie na tzw. „pętli bieszczadzkiej” mijamy kolarzy, a miejscach pustych dziś dolin, które niegdyś zajmowały gwarne bojkowskie wsie natkniemy się na całą rodzinę przemierzającą górskie ostępy na rowerach górskich.
Fatbike to jednak o wiele więcej niż zwykłe wycieczki rowerowe. Dzięki tym rowerom potocznie i pieszczotliwie nazywanych „grubasami” dotrzemy naprawę wszędzie. Nie straszne nam będą strome podjazdy, czy górskie rozpadliny. Błahostką będzie głęboki nawet strumień, wąwóz czy zarośnięta łąka. Fatbike to gwarancje wspaniałej przygody, solidnej dawki śmiechu i ruchu na świeżym powietrzu i na łonie natury. Trudno sobie wyobrazić lepszą formę wypoczynku dla aktywnych.
Tym razem odrywamy się od ziemi i przedstawiamy kolejny pomysł na aktywny wypoczynek w Bieszczadach. Przypadnie on do gustu szczególnie tym, którzy nie mają lęku wysokości i jednocześnie szukają mocny wrażeń – okazuje
się bowiem, że Bieszczady to jeden z najbardziej znanych w Polsce ośrodków szybownictwa. Znajdujące się w Bezmiechowej Górnej lądowisko jest od lat bardzo popularnym ośrodkiem sportów lotniczych.
Podziwianie Bieszczadów z lotu ptaka to chyba jedno z najbardziej spektakularnych i przejmujących przeżyć jakie oferuje nam ten cudowny zakątek Polski. Być może nigdzie indziej w naszym kraju nie będziemy mogli doznać podobnych wrażeń – cisza, towarzyszące nam poczucie bycia lekkim jak piórko, wokół mijane chmury, a w dole te być może z najpiękniejsze z gór…
Kilka minut spędzonych w kabinie szybowca pozwala nam zapomnieć o naszych codziennych problemach, oderwać się od wszystkiego co ciąży nam na ziemi, poczuć wolność i na krótką chwilę zadumać się jak mali jesteśmy wobec potęgi przyrody. Te niesamowite wrażenia sprawiają, że tam w obłoki chce się wracać raz po raz.
Jeśli mowa o pomysłach na aktywny wypoczynek w Bieszczadach to nie może zabraknąć tutaj jazdy konnej. Nauka jazdy konnej będ
zie świetną rozrywką dla całej rodziny. Nieopodal bieszczadzkich stadnin często można spotkać również inne zwierzęta – dzieci będą zachwycone mogąc zobaczyć owce, kozy itp. Niezależnie od poziomu umiejętności każdy znajdzie tu coś dla siebie jako, że w Bieszczadach można znaleźć pełne spektrum ośrodków jeździeckich – od pierwszych kroków do wypraw na koniach po okolicy.
Przemierzanie pustych, cichych bieszczadzkich dolin jest wspaniałe na pieszo, czy na rowerze, ale konno jest chyba najpiękniejsze. To w trakcie takiej przejażdżki możemy w pełni podziwiać piękno bieszczadzkiej przyrody, poczuć się jej częścią i wyobrazić sobie jak niegdyś żyli ludzie w tych odległych stronach.
Możecie zapytać: jak to żeglarstwo w górach? Takie pytanie byłoby jak najbardziej uzasadnione gdyby nie Jezioro Solińskie. Ten sztuczny zbiornik wodny utworzony przez spiętrzenie wód dwóch rzek dzięki tamie w Solinie spowodował powstanie jednego z najbardziej urokliwych zakątków w Polsce, którego nie powstydziłaby się chyba nawet Szwajcaria.
Wody jeziora, pod którego powierzchnią zniknęło kilkanaście ludnych niegdyś wsi, wcinają się dzisiaj malowniczo w niezliczone wąskie zatoczki pomiędzy okalającymi ten zbiornik wodny szczytami wzniesień. Na brzegu jeziora usadowiły się wygodnie niezliczone ośrodki wczasowe z przystaniami wodnymi. W wielu z nich możemy wynająć żaglówkę i dokonać niemożliwego – żeglować w górach.
Jezioro Solińskie jest niezwykłym miejscem o każdej porze roku. Wiosną urzekają mgły snujące się powoli nad pobliskimi wzniesieniami, latem oszałamia zieleń porastającego je lasu, jesienią niebywały krajobraz tworzą tysiące drzew we wszystkich odcieniach czerwieni i żółci. Żeglowanie pośród wzgórz jest niesamowitych przeżyciem. W ten sposób będziemy mogli również dotrzeć w miejsca wydawałoby się odcięte od zewnętrznego świata i do których dostęp jest prawie niemożliwy. Jednym z nich jest z pewnością Zatoka Victoriniego – miejsce odosobnienia jednego z najbardziej znanych bieszczadzkich pustelników.
Pozostając w temacie hobby związanego z wodą przestawiamy kolejny pomysł na aktywny wypoczynek w Bieszczadach. Jest nim tzw. wędkarstwo muchowe uprawiane głównie w płytkich i wartkich bieszczadzkich rzekach. Jeśli lubisz wędkować, spędzać czas nad wodą w ciszy i spokoju, ale znudziło Ci się już łowienie na spławik, czy tzw. spinning, być może dobrym rozwiązaniem dla Ciebie będzie właśnie łowienie ryb na tzw. muchę. Jeśli kiedykolwiek w Bieszczadach widziałeś ludzi brodzących
niemal po pas w rzece, wywijających w powietrzu wędziskiem z bardzo długą żyłką to prawdopodobnie już wiesz o co chodzi.
Wędkarstwo muchowe to bardzo oryginalny i wymagający dużej wprawy sposób łowienia ryb. Wędkarz ubrany w wysokie wodery i zaopatrzony w wędkę, podbierak oraz inne akcesoria wchodzi w tym wypadku daleko w nurt rzeki. Korzystając ze specjalnego wędziska zatacza nim w powietrzu obszerne okręgi wprawiając tym samym żyłkę w charakterystyczny ruch. Dzięki niemu „kładzie” on umieszczoną na końcu żyłki imitację muchy lub innego owada (stąd nazwa) na tafli wody. Żerujące ryby skuszone taką okazją ku swojej zgubie atakują przynętę. Sport ten wymaga dużej wiedzy jako, że wędkarz musi wiedzieć dokładnie o jakiej porze roku wylęgają się jakie owady, jak je imitować i kiedy polują na nie ryby. Konieczna jest też duża praktyka w stosowaniu samej techniki połowu.
Listę naszych pomysłów na aktywny wypoczynek w Bieszczadach zamykają spływy kajakowe i pontonowe. Bieszczady to kraina niezwykle bogata we wszelkie wody powierzchniowe. Wszędzie szumią tutaj potoki, kaskady, niewiel
kie wodospadziki. Niemal każda dolinka, jar, czy rozpadlisko posiada jakiś ciek wodny. Część z tych wód, większych rzek czy potoków nadaje się do organizowania spływów.
Choć raz warto wybrać się na taki spływ aby z tej oryginalnej perspektywy móc zwiedzać i podziwiać Bieszczadzką puszczę. Gęste zarośla porastające brzegi rzek, ukrywające się nich ptactwo, krystalicznie czysta woda pełna ryb – wszystko to będzie nam towarzyszyło w trakcie spływu jedną z bieszczadzkich rzek.
Bieszczady to setki atrakcji, dziesiątki możliwości spędzania wolnego czasu. Zastanawiając się przed kolejnym wyjazdem w ten piękny zakątek Polski i myśląc o tym co warto zobaczyć oraz gdzie się zatrzymać mamy nadzieję, że zainspirowaliśmy Cię do poszukania pomysłów na aktywny wypoczynek w Bieszczadach.
Bieszczady nigdy nie zawodzą i nie zawiodą również jeśli chodzi o aktywny wypoczynek. Czy warto skorzystać z jednego z naszych pomysłów? Oczywiście, że tak! Wybór jednej z możliwości z powyższej listy z pewnością sprawi, że poznasz te piękne góry z nieznanej dotąd Ci strony, a do domu wrócisz z uśmiechem od ucha do ucha. Za tę różnorodność i ogrom możliwości kochamy Nasze Bieszczady.
Jeśli spędziłeś już kiedyś aktywny wyjazd w Bieszczadach napisz nam o tym w komentarzu – chętnie posłuchamy!
Wypał węgla w Bieszczadach to jeden z najbardziej charakterystycznych obrazków kojarzących się z tą piękną krainą. Przez stulecia dymy unoszące się nad lasami i górami świadczyły o tym, że był on jednym z głównych zajęć ludzi zamieszkujących te trudno dostępne strony. Do dziś wypalanie węgla drzewnego jest szczególną bieszczadzką atrakcją, tematem zdjęć, a dla nielicznych już dziś osób, również sposobem na życie.
Od wypalaczy wymagano od zawsze szczególnej tężyzny fizycznej, hartu ducha i odporności na wszelkie niewygody związane z mieszkaniem nieraz głęboko w lesie, w samotności, w otoczeniu dzikiej przyrody, nieopodal miejsca wypału. Sprawiało to, że fachem tym trudnili się jedynie najwytrwalsi, samotnicy, ludzie szukający ucieczki od świata, nieraz z problemami. Ich osmalone twarze były ich znakiem rozpoznawczym. Na przestrzeni stuleci nazywano ich węglarzami, smolarzami, kurzaczami…
Wiedząc w jakich warunkach przyszło żyć wypalaczom, nieraz całe lata, i nawet dzisiaj obserwując ich znojne, monotonne życie zastanawiamy się, co skłaniało tych nielicznych śmiałków do podjęcia się tak trudnej pracy. Zdając sobie również sprawę z tego jak dużej wiedzy i praktyki to zadanie wymaga zadajemy sobie pytanie, czy wypał węgla w Bieszczadach to już jakaś forma sztuki, czy być może nadal po prostu bardzo ciężka praca?
O ośrodkach przetwórstwa drzewnego w najdawniejszych czasach świadczą zachowane do dzisiaj nazwy miejscowości takich jak: Smolnik, Potasznia, czy Mielerzysko. Powstawaniu całych osad nakierowanych na pozyskiwanie węgla drzewnego, dziegciu, smoły, potażu, czy mazi sprzyjała niezwykła obfitość w Bieszczadach surowców niezbędnych do ich produkcji – drzew wszelkich gatunków, a w szczególności tak bardzo powszechnych tu buków.
Trudniących się wypałem węgla osiedlano w głębi lasu, gdzie mieli wycinać drzewa na swoje potrzeby. Często mieszkali oni w rachitycznych budach przypominających szałasy, stąd nazywano ich nieraz „budnikami„. Takie leśne osady nazywano Budami. Po dziś dzień zachowało się wiele miejscowości o takich właśnie nazwach świadczących o dawnym fachu ich założycieli.
Oprócz węgla drzewnego w Bieszczadach wytwarzano też bardzo często terpentynę, której pochodnych używano do oświetlania domostw aż do czasu wydestylowania nafty. Kolejnym ważnym produktem była potaż. Potażarnie istniały w wielu miejscowościach, takich jak: Beniowa, Buk, Bukowiec, Chmiel, Dźwiniacz Górny, Hulskie, Polana, Sianki, Smolnik, Solinka, Tarnawa Wyżna, Zawój i Żubracze. Wsie te tętniły życiem aż do ich wysiedleń w po II Wojnie Światowej, a przetwórstwo drewna było ważną częścią ich codzienności.
Pierwsze z technik wypału węgla w Bieszczadach były bardzo prymitywne i zbieżne z tymi używanymi w innych częściach naszego kraju. W celu przeprowadzenia wypału w ziemi wykopywano dół o głębokości około 2 metrów. Na dno dołu wrzucane były drobne, suche gałęzie, które następnie były podpalane. Przykrywano je większymi polanami w taki sposób, aby spodni a warstwa drobniejszych gałązek nie uległa spopieleniu, ale również aby ogień nie zgasł.
Po wypełnieniu dołu mniej więcej w 3/4 zasypywano go ziemią. Powodowało to wygaszenie ognia i ostudzenie zawartości dołu. Po około dobie rozpoczynano wybieranie węgla. Mankamentem tej metody był fakt, że wydobycie węgla z dołu było trudne ze względu na jego mieszanie się z niedopalonymi resztkami. Duża część drewna zamieniała się także w zwykły popiół. Pozostały jednak materiał można było wykorzystać ponownie.
Powyżej opisany sposób wypalania węgla dominował praktycznie do początków XIX wieku, kiedy to rozpoczęto korzystać z innych metod. Eksperymentowano z piecami z lanego żelaza oraz z cegły. Metody te były jednak bardzo niewygodne oraz czasochłonne, stąd wraz z początkiem XX wieku rozpowszechniły się techniki węglenia w stosach zwanych „mielerzami„. Stos taki mieścił w sobie od 48 do 240 metrów sześciennych drewna.
Prawidłowa konstrukcja mielerza oraz wypalanie w nim węgla wymagało dużej wiedzy i doświadczenia. Stos ustawiano na ziemi w wybranym przez węglarza miejscu dbając o to, aby gleba zawierała dużo wapna oraz piasku. Pozwalało to na wsiąkanie w ziemię wilgoci, a z drugiej strony blokowało dostęp powietrza. Pośrodku miejsca wyznaczonego na stos wbijano pal. Przywiązywano do niego sznurek, przy pomocy którego wyznaczano obrys mielerza. Sam teren przeznaczony pod wypał pozbawiano darni oraz modelowano niewielkie spadki w zależności od wilgotności gleby w danym miejscu. W środku konstruowanego mielerza umieszczano łatwopalne żerdzie mające pomóc w rozpaleniu stosu, na ziemi układano zaś tzw. „duszę” mającą umożliwić podpalenie mielerza po zakończeniu jego konstrukcji.
Na tak przygotowany fundament układano szczapy drewna przykrywając je z wierzchu mchem, liśćmi, paprociami oraz darnią formując w ten sposób stos. Kontrolę nad ogniem wewnątrz mielerza oraz całym procesem węglenia zapewniały tzw. „lufty„. Stos zabezpieczeno przed osuwaniem się na czas wypału podporami z krótkich drągów. Chroniono go także od wiatru przy pomocy zasłony z liści, bądź specjalnego płotu. Po 24-48 godzinach od wygaszenia ognia rozpoczynano wybieranie węgla z wnętrza mielerza.
Wypał węgla w mielerzach, w tej czy innej formie, przetrwał w Bieszczadach właściwie do schyłku XX wieku. Rewolucyjna zmiana miała miejsce dopiero w roku 1980, kiedy to do użytku wprowadzono stosowane do dzisiaj tzw. „retorty„. Zostały one zaprojektowane w kilku formach, z których próbę czasu przetrwała najlepiej retorta przestawna, którą jak sama nazwa wskazuje można z łatwością transportować z miejsca na miejsce. Jest to de facto stalowy cylinder o wysokości 2,65 metra, średnicy 2,8 metra i grubości ścianek przynajmniej rzędu 5 mm. Przyjmuje się, że 1 mm grubości ścianek pozwala użytkować daną retortę o około 1 rok dłużej. Korzystanie z retort cechuje bardzo duża wygoda, ze względu na łatwość ich transportu oraz możliwość natychmiastowego przystąpienia do wypału, bez konieczności przygotowywania terenu. Wraz z ich rozpowszechnieniem wzrosła wydajność wypału oraz bezpieczeństwo pracy węglarzy.
Węgiel w retortach produkowany jest w 3 kolejnych etapach, którymi są: rozpalanie, zwęglanie właściwe oraz wygaszanie. Przy wypale najczęściej korzysta się przy tym z drewna bukowego, chociaż inne gatunki drzew liściastych również bardzo dobrze się do tego nadają – zwęgla się także drewno olszowe, czy jaworowe. Załadunek drewna odbywa się przez drzwi. Różne gatunki zwęglają się w różnym tempie. Cały proces trwa od 3 do 6 dni. Retorty ustawiane i wykorzystywane są zwykle w grupach, w których w jednej części trwa załadunek drewna, w kolejnej wypał, a w jeszcze innej wygaszanie i studzenie retorty.
Po okresach prosperity oraz zmiennych kolei losu XX wieku, wypał węgla w Bieszczadach niestety na naszych oczach powoli zanika. Oczekuje się, że jeszcze za naszego życia może całkowicie zniknąć. Stopniowo maleje zarówno liczba firm zainteresowanych kupnem bieszczadzkiego węgla drzewnego jak i ilość baz wypałowych, czy samych aktywnie wykorzystywanych retort. Coraz rzadziej widzi się już dzisiaj dymy wskazujące na działalność węglarzy. Do działających zaś baz wypałowych pielgrzymują fotografowie, wycieczki i wszelcy miłośnicy Bieszczadów.
Węglarzy jest już dziś coraz mniej, coraz trudniej ich odszukać wśród bieszczadzkiej puszczy, coraz trudniej zamienić z nimi słowo, czy poznać tajniki ich pracy. Wszystko to sprawia, że po setkach lat ewolucji wypał węgla jest chyba bliższy sztuce niż kiedykolwiek indziej. Wymaga olbrzymiej wiedzy i trudnego do zdobycia w nowoczesnym świecie doświadczenia. Grono osób trudniących się tym egzotycznym zawodem stale maleje, wiedza o nim staje się coraz trudniej dostępna. Dziś węglarze bardziej niż kiedykolwiek w swej długiej historii przypominają wąską kastę wtajemniczonych przekazujących sobie swoje umiejętności.
Z drugiej strony wypał, choć stał się o wiele bezpieczniejszy niż niegdyś, nadal wymaga tężyzny fizycznej, wytrzymałości na wszelkie trudy związane z samotnym, długotrwałym przebywaniem w głuszy oraz wytrwałości. Koniec końców jest to wciąż bardzo ciężka praca, którą zdolni są wykonywać jedynie wybrani.
Niezależnie od tego jak będziemy oceniać wypał węgla oraz osoby nim się parające, niezależnie czy widzimy w tym trudnym zajęciu bardziej archaiczną sztukę, czy po prostu znojny zawód, jedno jest pewne – wypał był, jest i będzie jedną z najciekawszych części bieszczadzkiej historii i tradycji. Związany od stuleci z tymi pięknymi stronami nadal stanowi jedną z najciekawszych bieszczadzkich atrakcji. Planując kolejny pobyt w tych stronach i zastanawiając się co warto zobaczyć w Bieszczadach z pewnością powinniśmy uwzględnić odwiedzenie bazy wypału węgla w naszym planie wyjazdu. Być może jest to jedna z ostatnich okazji jakie będziemy mieli…
Bojkowie to rdzenny lud Bieszczadów zamieszkujący te ziemie od stuleci, który pozostawił po sobie jedynie puste doliny, ruiny wiejskich zabudowań, kilka cerkwi i cmentarze ginące dziś w gąszczu, a sam na terenie Polski zniknął w mroku dziejów. Burzliwa historia Bieszczadów wpisująca się wprost idealnie w skomplikowane losy naszego kraju wypędziła Bojków z ojcowizny, rozproszyła ich, próbowała pozbawić tożsamości narodowej.
Bieszczadzkie doliny opustoszały, dawne pola zarasta las, natura króluje na nowo w miejscach wydzieranych jej przez wieki przez twardych ludzi odpornych na surowy klimat i trudne warunki życia, którzy karczowali tutejszą puszczę w celu pozyskania przestrzeni do życia. W miejscach, w których niegdyś pomiędzy ciasno pobudowanymi bojkowskimi chyżami kipiało życie dziś przemykają dzickie zwierzęta. Gdzieniegdzie, w miejscach gdzie stały piękne bieszczadzkie cerkwie w trawie majaczą jedynie ich podmurówki z trudem wskazujące na dawny kształt tych wspaniałych świątyń.
Bojkowie zniknęli z Bieszczadów, ale nie zginęła pamięć o nich. Ich kultura przetrwała we wspomnieniach wysiedlonych, potomków ludzi urodzonych w cieniu połonin. Nie zaginęły również wierzenia Bojków – pamięć o nich trwa do dziś przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć w dobie życia zdominowanego przez jego całkowitą cyfryzację wydawać się nam one mogą naiwne i śmieszne, stanowią wspaniały przykład tego, jak kiedyś wyglądało życie, które chyba było jednak bardziej szczere i prawdziwe niż świat, w którym przyszło nam żyć…
Położone w granicach dzisiejszej Polski tereny dawnej bojkowszczyzny był obszarem właściwie odciętym od świata, a co za tym idzie, od wpływów zewnętrznych. Sprzyjało temu niezwykle trudne ukształtowanie terenu w tej części świata, a nade wszystko brak dróg. Efektem tego była niemal całkowita izolacja Bojków i odporność na przejmowanie naleciałości, czy nowinek ludów ich otaczających. Zaowocowało to utrzymaniem właściwie do lat powojennych niezwykłej archaiczności kultury ludzi zamieszkujących obszar Bieszczadów. Objawiała się ona we wszystkich aspektach życia: stro
ju, budownictwie, metodach uprawy, ale przede wszystkim w wierzeniach Bojków i wszelkich elementach egzystencji związanych z religią. Pozostawała ona niezmieniona przez stulecia i nawet dziś pozwala nam wejrzeć daleko w głąb bojkowskiej tożsamości i historii.
Bojkowie byli ludźmi, których życie nierozerwalnie związane było z naturą, z którą toczyli niekończące się boje w walce o utrzymanie siebie i swojej rodziny. Pracy na roli podporządkowany był cały rok z okresami wytężonego wysiłku latem i bezczynności zimą. Temu naturalnemu porządkowi rzeczy odpowiadał rok obrzędowy związany z kościołem greckokatolickim dominującym na tych ziemiach. Wiarę związaną z cerkwią uzupełniało głębokie przekonanie o istnieniu sił nadprzyrodzonych:
Górale tutejsi zachowali żywą wiarę w świat nadprzyrodzony; wiara ta ożywią im martwą naturę, zapełnia świat rojami duchów złych i dobrych, z którymi oni za pośrednictwem znachorów (…) obcują.
Wędrując dziś bieszczadzkimi szlakami przez odludzia i pustkowia, mijając drzewa o niestworzonych kształtach, ciemne wąwozy, jary i uroczyska nietrudno wyobrazić sobie, że prostemu człowiekowi ta niezwykła przyroda podsuwała obrazy nadprzyrodzonych istot wszelkiej maści i rozgrzewała wyobraźnię.
Niekończącą się litanię wierzeń Bojków otworzyć może to o stworzeniu świata. Bieszczadzcy górale wierzyli, że na początku przed stworzeniem świata istniały tylko wody, po których chodził jedynie Bóg i Szatan. Szatan chciał odpocząć, ale nie miał gdzie, więc Bóg polecił mu dobyć garstkę ziemi z dnia oceanu i powiedzieć przy tym, że bierze tę ziemię w imię Boga. Szatan zanurkował więc głęboko pod powierzchnię wód ale powracając na jej powierzchnie nie chciał wypowiedzieć słów, których żądał Bóg i rzekł jedynie: „Biorę w imię swoje”. Okazało się jednak, że wypłynąwszy na powierzchnie w dłoni nie miał nic. Dopiero przy trzeciej próbie Szatan zdobył się na wypowiedzenie słów: „Biorę w imię Jego”. Wówczas udało mu się wynieść odrobinkę ziemi na powierzchnię oceanu. Bóg ulepił z niej malutką grudkę i rzucił na wodę. Z grudki tej urosła ziemia. Gdy Bóg zasnął Szatan wziął go na ręce i pobiegł w kierunku brzegu aby wrzucić go do wody. Im więcej biegł jednak, tym bardziej ziemia rosła w tym kierunku. Szatan rozwścieczony swoją niemocą biegał w cztery strony świata, a ziemia rosła za każdym razem w każdym kierunku. Tak właśnie powstał świat, nad którym od tej pory toczyli spory Bóg i Szatan, dobro ze złem.
Wierzenia Bojków szczególną uwagę przywiązywały do wszelkich duchów, demonów, upiorów, zjaw i innych sił nieczystych zagrażających nieustannie żyjącym. Istniały też stworzenia nadprzyrodzone chroniące przed wpływem tych złych, złośliwych.
Wśród złych duchów prym wiódł tzw. „bezpjatnik„, zwany też „propastnykiem” będący nieczystą, bezpostaciową siłą. Zagrażał on stale ludziom i nigdy nie było wiadomo dokładnie kiedy przysporzy żyjącym nieszczęścia. Jako, że nie posiadał żadnej fizycznej, określonej formy nigdy nie było wiadomo skąd i kiedy spodziewać się jego ataku. Odrobinę mniej straszny był „didko„, czyli diabeł. Ten z kolei potrafił przybierać postać ludzką, wilka, czy kota, a co za tym idzie strach przed nim był nieco mniejszy. Z „propastnykiem” było zdecydowanie gorzej:
Propastnyk po świecie chodzić nie może i nikt go nigdy nie widział; z tuczą on chyba przylatuje, ze zła chmurą nadchodzi, albo z wiatrem leci. Wówczas gdy wiatr wielkie koła kręci lub wodę wypija z rzek, propastnyk na ludzi zastawia sidła.
Powszechne przerażenie budziły wspomniane w powyższym cytacie burze. W wypadku ich zbliżania się nieodzowna była interwencja tzw. „chmarnika„. Byli to ludzie, których uważano za niezwykle mądrych i którym Bóg dał dar odpędzania chmur, wiatrów i burz. Chmarnicy byli ludźmi szanowanymi i niezwykle popularnymi, ich sława sięgała daleko poza granice ich rodzimych wsi.
Chmarnika wz
ywano biciem dzwonów w cerkwi. Stawał on wówczas na wzniesieniu nad wsią, modlił się, krzyczał i wygrażał on burzy, aż ta odeszła. Jeśli owe zabiegi nie pomogły, jasne było, że wśród zgromadzonych mieszkańców wsi obecna była jakaś dusza nieczysta, najpewniej dzieciobójczyni. O ten paskudny występek oskarżano przy tym nieraz Bogu ducha winne przypadkowe, młode kobiety. Chmarnik nie mógł się przecież mylić…
Kolejnymi nadprzyrodzonymi istotami, których niezwykle się bano były upiory. Nie czyniły one krzywdy dobrym ludziom, ale przebywały stale wśród ludzi złych i to z nich rekrutowali kolejne dusze mające dołączyć do złych mocy. Upiora powszechnie poznawało się po czerwonej twarzy. Znał on się na ziołach i umiał posługiwać magią.
Upiory po swej śmierci stawały się szczególnie dokuczliwe dla tych, którzy za życia wyrządzili im jakieś zło. Upiorem mogła być właściwie każda osoba, każdy członek rodziny, czy mieszkaniec wsi. Upiory były odpowiedzialne za wszelkie wypadki, nagłe choroby żyjących, czy przypadki nagłej śmierci (z wyjątkiem zabicia przez piorun, bo to była śmierć czysta i niesprowokowana przez upiora).
Upiór z grobu wydostawał się przez małą dziurę. Po niej to właśnie można było niechybnie poznać, że w danej mogile spoczywa ta nadprzyrodzona istota. Aby zapobiec wydostawaniu się upiora z grobu stosowano rozmaite metody. Gdzieniegdzie zatykano na przykład dziurę kołkiem owiniętym w siano lub słomę. Największe usługi w walce z upiorami oddawał jednak mak… Sypano go w usta zmarłemu, a w trakcie pogrzebu sypano go na ziemię przez całą drogę z domu na cmentarz. Wierzono bowiem, że upiór po wyjściu z grobu najbardziej będzie chciał zaszkodzić swojej dawnej rodzinie. Zanim jednak dotrze do rodzinnej chaty będzie musiał policzyć ziarenka maku nasypanego mu w usta oraz wszystkie te rozsypane w trakcie pogrzebu. Zajmie mu to tak dużo czasu, że minie północ, albo zapieje kur i upiór straci wówczas swoje moce.
W wietrzne noce upiory urządzały swoje harce na rozstajach dróg:
Co miesiąc na nowiu upiory zbierają się albo na łysej górze, albo na rozstajnych drogach. (…) Nieraz zdarzy się, że jakiś zabłąkany człowiek zajdzie na wertepy, usłyszy tam muzykę, śmiechy. krzyki. To diabły z upiorami tak hulają; gdy człowiek ma tyle przytomności, że się przeżegna, to może ujść cało; inaczej zginie, złe duchy zagubią go z duszą i ciałem.
Nic więc dziwnego, że istniało wiele sposobów na walkę z upiorem. Na pierwszy ogień szły zaklęcia, modły, magiczne rytuały mające zniechęcić złośliwą istotę do dalszego czynienia zła. Jeśli to nie pomagało, wówczas najstarsi mieszkańcy wsi w środku nocy odkopywali grób upiora i kładli mu na plecy sierp, a do ust guzy od sieraka co miało go pozbawić jego mocy. Jeśli i to nie poskutkowało, wtedy ucinali mu głowę i kładli ją między nogi. Wytoczoną przy okazji krew zbierano i mazano nią wrota przy wjeździe do wsi oraz drzwi chat stojących najbliżej owego wjazdu. Czasem tę krew pito wraz z wódką dla odstraszenia wszelkich nieczystych istot…
Wierzenia Bojków nie pomijały również samobójców, ani czarownic, których bardzo się obawiano. Samobójcy byli groźni ponieważ mogli zamienić się w upiory. Po samobójczej śmierci zabierano zatem ciało nieszczęśnika poza teren wsi i tam palono je na stosie. Prochy pośród okrutnych przekleństw i złorzeczeń rozsypywano na cztery strony świata w lesie lub na nieużytkach.
Przed czarownicą zabezpieczano się na różne sposoby. Uważano za nie zwykle kobiety starsze, bądź takie, które zanadto opiekowały się zwierzętami. W niektórych wsiach wierzono, że nie można kobiecie podejrzewanej o bycie czarownicą pokazywać mleka, ani masła, gdyż jeśli je zobaczy może sprowadzić nieszczęście i pozbawić daną krowę mleka. Gdzie indziej na progach stajni układano ostre przedmioty mające czarownicy nie dać dostępu do zwierząt.
W wierzeniach Bojków świat magii przenikał się z otaczającą ich dziką, groźną i nieprzejednaną naturą. Magią posługiwano się na co dzień odprawiając przeróżne obrzędy i zabobony, świat natury dostarczał zaś ziół, metod lecznic
twa i radzenia sobie z ranami, czy innymi przypadłościami.
Istniały zjawiska, przed którymi nie było ochrony, jak chociażby zaraza. Natomiast mniej groźne choroby leczyły tzw. „bisurkanie‚, czyli kobiety znające się na ziołach i innych metodach kuracji. Najbardziej powszechne na bojkowszczyźnie zioła to waleriana, mięta, dziurawiec, macierzanka, piołun…
Powszechne było leczenie za pośrednictwem „zamawiań” – zaklinań choroby. Korzystano również z leczenia krwią, np. dzieciom chorym na astmę dawano do wypicia z krwią z małych palców prawej ręki rodziców. Choremu na epilepsję zaś nacinano na krzyż mały palec.
Skąd to niezwykłe przywiązanie Bojków do świata nadprzyrodzonego? Co wyobraźni ludzi żyjących niegdyś w Bieszczadach podpowiadało te wszystkie niestworzone historie o upiorach, diabłach, czarownicach? Możliwe, że nawet dziś jesteśmy w stanie poznać odpowiedzi na te wszystkie pytania…
Zrozumie to ten, kto w mglisty, szary, zimowy dzień przechadzał się chociaż raz dawnymi bojkowskimi ścieżkami wśród dzisiejszych bieszczadzkich pustkowi. Spacerowi towarzyszy gęsty las, w którym w plątaninie drzew i krzewów nie widzimy nic dalej niż na parę metrów. Zarośla są ciemne, ponure. Zewsząd dobiegają dziwne odgłosy: tu coś skrzypnie, tam coś stuknie, gdzieś coś spadnie. W milczącej głuszy kołyszące się na wietrze drzewa skrzypią niepokojąco. W oddali słychać cichy szmer potoku. Człowiek jest w tym lesie tylko gościem. Królują tu drzewa o przedziwnych, powykręcanych pniach, tak charakterystyczne w Bieszczadach. Gdzieniegdzie spod ziemi łypią na nas wychodnie skalne tworzące zagłębienia, nory, jamy… Czy coś w nich mieszka?
Choć Bojków już w Bieszczadach nie ma, do dziś znajdziemy tu setki miejsc rodem jak ze scenerii filmowej – niesamowite formy tworzone przez naturę, pokrzywione, połamane drzewa na rozstajach dróg – tu nadal przy pełni księżyca harcują upiory… Zmieniły się czasy, odeszli żyjący tu niegdyś ludzie, ale nie zginęła pamięć o nich, o ich życiach, troskach, lękach i wierzeniach. Dziś już tylko od nas zależy czy ta pamięć nadal będzie trwała w Naszych Bieszczadach…
Ktokolwiek jechał tzw. wielką bieszczadzką pętlą na trasie z Lutowisk do Ustrzyk Górnych po lewej stronie drogi mijał miejsce absolutnie unikatowe chyba nawet w skali światowej – stoi tutaj cerkiew w Smolniku nad Sanem – dawna bojkowska świątynia pod wezwaniem Św. Michała Archanioła z 1791 r. wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Cerkiew w Smolniku stoi na wysokim wzniesieniu górującym wyraźnie nad okolicą. Otaczają ją sędziwe drzewa pamiętające pewnie jeszcze czasy kiedy w pobliskiej dolinie usadowiona wygodnie była nieistniejąca dzisiaj wieś Smolnik. Otaczają ją chylące się ku ziemi nagrobki niegdysiejszego cmentarza. Przyjeżdżający tutaj po raz pierwszy, a w szczególności ci, którzy nie są zaznajomieni z historią Bieszczadów, muszą niechybnie zadać sobie pytanie o to, jakie historie mogłoby opowiedzieć to niezwykłe miejsce? Z kolei ktoś planujący dopiero wyjazd w Bieszczady może zastanawiać się nad tym czy warto je odwiedzić? Spróbujemy odpowiedzieć na te pytania…
Istnieje co najmniej kilka teorii związanych z pochodzeniem nazwy wsi Smolnik nad Sanem. Jedni twierdzą, że pochodzi ona od słowa „smoła” jako, że w przeszłości miała istnieć tutaj osada smolarzy broniących granic tych ziem. Inni skłaniają się bardziej do tezy, że nazwa pochodzi od ciemnego koloru wody tutejszego strumienia zabarwionego wyciekami ropy naftowej. Niezależnie jednak od sprzeczności związanych z wywodzeniem nazwy wsi jej historia jest znana i dobrze udokumentowana.
Osadnictwo na terenie Smolnika rozpoczęło się, podobnie jak w innych bieszczadzkich wsiach, w XV wieku. Obszary te zostały zasiedlone przez mieszkańców sąsiedniego Żurawina, których właścicielem był jeden z najmożniejszych rodów tych stron – Kmitowie. Smolnik zasiedlany był jednocześnie z siostrzaną wsią Procisne – historie obu tych osad były zresztą ze sobą bardzo ściśle związane. Obie zostały lokowane na prawie wołoskim, dwory obu osad sąsiadowały ze sobą i do końca swego istnienia obie posiadały wspólną cerkiew i parafię. Jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą, mapą, na której pojawia się Smolnik jest tzw. mapa von Miega przechowywana w Archiwum Wojennym w Wiedniu. Jej fragment doskonale ukazujący umiejscowienie wiejskich chat oraz pierwszych cerkwi prezentujemy po prawej stronie.
Smolnik wzmiankowany jest po raz pierwszy w roku 1580. W kolejnych latach raz po raz przechodził z rąk do rąk na drodze dziedziczenia, kupna, czy małżeństw pomiędzy możnymi rodami i dynamicznie się rozwijał pomimo przeróżnych nieszczęść czy trudności jak chociażby najazdy tatarskie. W kolejnych dekadach pojawiły się tutaj dwa tartaki parowe, cegielnia, garbarnia, olejarnia, mleczarnia oraz dwa młyny wodne. Smolnik stawał się powoli ważnym centrum lokalnego przemysłu drzewneg
o, miejscem osiedleń pracowników przybywających tutaj z odległych stron. Wygląd wsi w połowie XIX wieku prezentuje wspaniale mapa katastralna z 1852 roku przechowywana w Archiwum Państwowym w Przemyślu. Jej fragment widzimy po lewej stronie.
Rozwój Smolnika zahamowały działania I Wojny Światowej, po której jednak zniszczoną wieś odbudowano. Prawdziwe dziejowe wichry mające na zawsze zmienić Smolnik dosięgły go jednak dopiero z początkiem II Wojny Światowej. Już w 1939 roku tutejsze tereny przedzieliła biegnąca korytem Sanu granica niemiecko-radziecka rozbijając tym samym kulturową i historyczną jedność tych terytoriów. Po wojnie Smolnik znalazł się po raz kolejny na granicy, tym razem polsko-radzieckiej, która po raz kolejny oparta została o San.
Powojenne losy Smolnika wpisują się w szerszych konflikt narodowościowy nabrzmiewający od dekad na tych ziemiach. Działające tutaj ukraińskie podziemie nacjonalistyczne dążyło do utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego, zaś rząd rodzącego się dopiero PRL zażarcie zwalczał wszelkie stronnictwa pro rusińskie. Ludowe Wojsko Polskie nie
mogąc sobie poradzić z nacjonalistami ukraińskimi zdecydowało się na rozwiązanie ostateczne – sięgnięto po kontrowersyjną, ale niezwykle skuteczną metodę jaką są przymusowe przesiedlenia. Po ich przeprowadzeniu Bieszczady opustoszały.
Bezpośrednio po wojnie wieś znalazła się poza granicami Polski, do której powróciła dopiero w roku 1951 w ramach tzw. wymiany terytoriów. W momencie ponownego włączenia Smolnika do terytoriów Polski na terenie wsi nikt już jednak nie mieszkał. Ostatnie pozostałe po przesiedlonych stąd Rusinach zabudowania rozebrano w latach 50.-60. XX wieku. Po dawnej wsi pozostały jedynie nieliczne oznaki niegdyś tętniącego tutaj życia: kamienne, przydrożne krzyże, fundamenty budynków, studnie, zdziczałe sady oraz samotna cerkiew na wzgórzu…
Pierwsza Cerkiew w Smolniku wzmiankowana jest po raz pierwszy w dokumentach z lat 80. XVI wieku. Spłonęła ona prawdopodobnie w bliżej nie zidentyfikowanym w źródłach pożarze. Druga świątynia pochodziła z roku 1602 i spalona została z kolei przez Tatarów w roku 1672. Kolejną cerkiew, którą możemy podziwiać po dziś dzień, wzniesiono na nowym miejscu na w
zniesieniu w oddali od biegnącego dnem doliny potoku (poprzednie cerkwie wznoszono niżej, blisko dworu w Procisnem).
Zapiski z roku 1889 mówią o 337 Rusinach, 160 Polakach, 26 Niemcach i 1 osobie innej narodowości jako o mieszkańcach Smolnika. W roku 1921 według podań w Smolniku znajdowały się 82 domy i 520 mieszkańców (418 wyznania greckokatolickiego, 42 rzymskokatolickiego i 60 mojżeszowego).
Cerkiew odnowiono w roku 1921 jednak po ponownym włączeniu Smolnika do Polski opuszczony budynek pozostawiony na pastwę losu i szabrowników popadał coraz bardziej w ruinę. Świątynia przetrwała tylko dzięki temu, że została zamieniona na magazyn siana.
Na całe szczęście dość szybko zaczęto dbać o konserwację tego niezwykłego zabytku. Już w roku 1969 obiekt wpisano do krajowego rejestru zabytków i wyremontowano jego dach. W roku 1974 świątynia została przekazana parafii rzymskokatolickiej w Lutowiskach. Od tego czasu pełni ona rolę kościoła rzymskokatolickiego pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP.
Architektura cerkwi w Smolniku jest unikatem w skali naszego kraju. Jej styl należy zaliczyć do tzw. archaicznego bojkowskiego stylu prostego. Jego cechy charakterystyczne to trójdzielność świątyni orientowanej zgodnie z tradycją w kierunku wschodnim (podział na posadowione na planie kwadratu babiniec, nawę i prezbiterium). Środkowa część jest większa od pozostałych, a każdą z nich pokrywa charakterystyczny czterospadowy dach brogowy. Cała świątynia jest konstrukcji zrębowej.
Mimo tego, że w Bieszczadach przetrwała pewna ilość oryginalnych rusińskich cerkwi, świątynia w Smolniku jest jedną z trzech tego typu zachowanych do naszych czasów. Cerkwie archaicznego typu bojkowskiego zdobiły niegdyś wsie takie jak Caryńskie, Chrewt czy Wołosate – żadna z nich nie przetrwała jednak zawieruchy dziejowej XX wieku. Dziś styl podobny do cerkwi w Smolniku prezentuje jedynie cerkiew w Liskowatem oraz cerkiew z Grąziowej eksponowana w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.
Z pierwotnego wyposażenia cerkwi niestety nie zachowało się do dzisiejszych czasów nic. W jej wnętrzu możemy za to podziwiać oryginalną polichromię prawdopodobnie z XVIII wieku. Przetrwała ona do dzisiejszych czasów ukryta za drewnianym ikonostasem. Uniknęła ona w ten sposób zniszczenia przez bielenie ścian cerkwi wapnem, które praktykowali włodarze tutejszego PGRu chcąc w ten sposób nadać budynkowi charakter magazynu. Kolejna zachowana polichromia znajduje się w kopule nad ołtarzem. Kilka ikon ze Smolnika przechowywanych jest w Muzeum Sztuki Ukraińskiej we Lwowie oraz w Muzeum w Łańcucie.
Cerkiew w Smolniku nad Sanem to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Łączy ono w sobie chyba wszystko za co uwielbiamy Bieszczady: piękno przyrody i ukształtowania terenu, skomplikowaną historię, wielokulturowość i wielowyznaniowość, walory artystyczne i architektoniczne, niesamowitą aurę miejsca zagubionego na końcu świata. 
Cerkiew w Smolniku warto odwiedzać wielokrotnie o różnych porach roku. Latem tonie ona w gąszczu zieleni, momentami trudno ją dostrzec pośród kłującej w oczy jaskrawej zieleni liści okalających ją drzew. Jesienią odpoczywa majestatycznie w miękkich, ciepłych promieniach słońca otoczona odcieniami czerwieni i żółci mających wkrótce opaść liści. Zimą jej ściany wydają się niemal czarne, stwarzają niezwykle posępne wrażenie otoczone łysymi drzewami na wzgórzu smaganym wiatrem. Nagły przebłysk zachodzącego słońca między chmurami wydobędzie z nich niespodziewanie na parę chwil odcienie ciepłego pomarańczu. Wiosną surowa sylwetka cerkwi kontrastuje niesamowicie z białymi krzewami tarniny pokrywającymi zbocza pobliskich wzniesień.
Słowem, jeśli jesteś osobą wrażliwą na piękno natury, potrafisz zatrzymać się w codziennym biegu i zadumać na chwilę nad meandrami historii, wówczas powinieneś podjąć ten trud, wdrapać się po stromej ścieżce na szczyt niewielkiego wzniesienia, na którym stoi cerkiew w Smolniku, stanąć u jej stóp i rozejrzeć się wokół po pustej dzisiaj dolinie, gdzie niegdyś spokojnie drzemały bojkowskie wsie. Ten jeden krótki rzut oka sprawi, że na pewno zrozumiesz za co kochamy Nasze Bieszczady…
Bieszczady to pod wieloma względami jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w naszym kraju. Niezatarte, magiczne wręcz wrażenie, pozostawia tutaj po sobie wszystko – ukształtowanie terenu, przyroda, historia tego skrawka ziemi. Pełno tu głębokich, niedostępnych dolin, uroczysk, jarów i wąwozów. Rzeki meandrujące wśród pustych dolin; niepodzielne królestwo natury, w którym człowiek jest jedynie gościem – wszystko to sprawia, że kto raz zakocha się w Bieszczadach będzie tu wracał raz po raz.
Wiele tu miejsc niepowtarzalnych – Krywe, Tworylne, Lutowiska, Bystre – te, i wiele innych, konkurują między sobą o miano najbardziej niezwykłej osobliwości Bieszczadów. Naprawdę niezwykle trudno byłoby jednoznacznie orzec, która miejscowość, nieistniejąca dziś wieś, czy masyw górski najbardziej zapadają w pamięć. Jest jednak jedno miejsce, o którym mówi się i słyszy niezwykle często – jest to dawna wieś Łopienka. Czy słusznie jest ona uznawana za bieszczadzką perełkę podkreślającą wszystkie aspekty niezwykłej historii Bieszczadów? Spróbujmy na to pytanie odpowiedzieć.
Łopienka została założona, podobnie jak inne bieszczadzkie wsie, na prawie wołoskim. Za okres lokowania wsi uznaje się lata poprzedzające 1543 rok. Wieś nosiła początkowo nazwę Lopinka i należała do klucza dóbr jednego z najpotężniejszych bieszczadzkich rodów – Balów z Hoczwi.
Przez kolejne stulecia wieś przechodziła z rąk do rąk na drodze dziedziczenia, nie wpływało to jednak znacząco na monotonne, znojne życie mieszkańców wsi – Bojków. Codzienne życie w tej i innych bieszczadzkich wsiach u
sadowionych w głębokich, odosobnionych dolinach biegło przez wieki tym samym, niezmiennym, zgodnym z porami roku rytmem. Ciężką pracę urozmaicały kolejne wydarzenia religijne, obrzędy, tradycje związane z odwiecznym cyklem przyrody.
Wieś składała się z wzniesionych wzdłuż potoku bojkowskich chat (tzw. chyży), dworu oraz cerkwi. Typowy układ bojkowskiej wsi możemy zobaczyć na przechowywanej do dziś w Archiwum Państwowym w Przemyślu mapie Łopienki z połowy XIX wieku. Jej fragment prezentujemy po prawej stronie.
Centralnym punktem każdej bojkowskiej wsi była cerkiew. W Łopience już w roku 1757 została ufundowana murowana cerkiew parafialna pod wezwaniem Św. Paraskewii. Umieszczono w niej ikonę Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus, która już w tamtym okresie uchodziła za cudowną. Pierwsze wzmianki o niej wg. różnych badaczy pochodzą z przełomu lat 50. i 60. XVIII wieku.
Przez kolejne stulecia wieś przechodziła wszelkie koleje losu związane z historią Polski. Przez wiele dziesięcioleci należała zatem do au
stro-węgierskiej prowincji – Galicji. Nie ominęły jej liczne na tych obszarach epidemie, spustoszyły ją również działania I Wojny Światowej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości znalazła się na terenach nowo utworzonej II RP.
Dalsze losy Łopienki, podobnie jak całych Bieszczadów i znacznej części Polski południowo-wschodniej, zmierzały po równi pochyłej w kierunku wydarzeń mających doprowadzić do całkowitego wyludnienia i opuszczenia tej wsi o wielowiekowej historii.
Po zakończeniu II Wojny Światowej, zaognieniu uległ zarysowany już wcześniej konflikt ukraińsko-polski. Nacjonaliści ukraińscy dążyli do oderwania od Polski części terytoriów Beskidu Sądeckiego, Niskiego, Bieszczadów, Pogórza Przemyskiego i Roztocza zamieszkanych przez różne grupy etniczne Rusinów, w tym Łemków i Bojków. Rząd pozostającego pod protektoratem Moskwy PRL nie miał zamiaru zgodzić się na takie rozwiązania.
Po kilku latach zmagań, które nie przyniosły rozwiązania strona polska zdecydowała się na radykalny krok mający raz na zawsze zażegnać spory na tle pochodzenia oraz przyczynić się do ujednolicenia narodowościowego powojennej Polski – rozpoczęto tzw. „Akcję Wisła”. W jej ramach przeprowadzono zakrojone na szeroką skalę wysiedlenia rusińskich wsi. W wyniku tej operacji Bieszczady po polskiej stronie opustoszały niemal doszczętnie.
Łopienka, podobnie jak setki innych wsi, została całkowicie pozbawione swoich rdzennych mieszkańców. Zabudowania wiejskie powoli niszczały i były rozbierane dla pozyskania materiałów budowlanych przez ludność okolicznych osad. W roku 1954 z dachu popadającej w ruinę cerkwi zerwana została blacha, co dodatkowo przyspieszyło jej niszczenie. Wydawało się, że los Łopienki został raz na zawsze przypieczętowany…
Łopieńska cerkiew posiada długą i dobrze udokumentowaną historię. Na przestrzeni kilku stuleci zachowały się jej dokładne opisy oraz inwentaryzacje jej wyposażenia. Kolejne wzmianki o niej pochodzą z lat 1756, 1761, 1906, czy 1926. Nie ma za to zgodności co do tego kiedy do Łopienki trafił cudowny obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus. Jedyne co wiadomo to to, że obraz był już w Łopience w roku 1756 i że od początku był otoczony silnym kultem, na którego fali organizowano niezwykle popularne w tych stronach kraju odpusty. Były one obchodzone 3 razy do roku, a sama Łopienka dzięki nim była jednym z najważniejszych sanktuariów maryjnych Polski południowo-wschodniej.
Niezwykle malowniczy opis odpustów w Łopience znajdziemy w „Mężu Szalonym” Zygmunta Kaczkowskiego, gdzie czytamy:
Tłumy odpustowego ludu w Łopience mieściły się we wsi, która położona jest pomiędzy bardzo wysokimi górami i tylko jak wąska wstęga, z chat wieśniaczych spleciona, ciągnie się wzdłuż górskiego potoku. Lud tam zgromadzony nie miał się gdzie rozszerzyć i ugrupować, przedstawiał on widok bardzo malowniczy.
Cerkiew w Łopience zapewne zniknęłaby całkowicie z powierzchni ziemi po wspomnianych już wyżej wysiedleniach rdzennej ludności wsi, gdyby nie tytaniczny wysiłek ludzi dobrej woli. Pierwszą osobą, która zainteresowała się losem popadającej w zapomnienie świątyni był Olgierd Łotoczko.
Ten historyk sztuki i powiatowy konserwator zabytków za swoje wysiłki zmierzające w kierunku ratowania pozostałości cerkwi w Łopience został zwolniony z pracy (sympatyz
owanie ze wszystkim co kojarzyło się z nacjonalizmem ukraińskim nie było popularne w Polsce okresu powojennego). Dzięki jego wysiłkom ruiny cerkwi zostały po raz pierwszy od okresu wysiedleń oczyszczone z porastającej je roślinności oraz opasane wzmiacniającą, betonową opaską. Dalsze prace przerwała tragiczna śmierć ich pomysłodawcy.
W roku 1983 dzieło odbudowy cerkwi po swoim poprzedniku podjął Zbigniew Kaszuba. To właśnie dzieki jego staraniom wspieranym przez liczną rzeszę pasjonatów na przestrzeni ponad 30 lat udało się odbudować łopieńską świątynię i doprowadzić ją do wyglądu identycznego jak ten znany z okresu sprzed wypędzenia ludności rusińskiej. Dziś cerkiew w Łopience tętni życiem, odbywają się tutaj msze, wspólne kolędowanie, wydarzenia kulturalne oraz, tak jak przed laty, odpusty.
Łopienka, jak przystało na miejsce niezwykłe, obfituje w różnego rodzaju osobliwości. Jednym z nich jest cudowne źródełko znajdujące się nieopodal cerkwi. Woda z niego pomaga podobno na choroby oczu. W miejscu tym przed laty podczas odpustów zwyczajowo odprawiano nabożeństwa. Niegdyś przy drodze na Przełęcz Hyrcza znajdowało się inne źródełko, którego woda zgodnie z tradycją miała mieć właściwości lecznicze w przypadkach oparzeń.
Swoistą osobliwością łopieńskiej cerkwi jest fakt, że jest ona zawsze otwarta. Osoby odpowiedzialne za jej rekonstrukcję podtrzymują, że w ten sposób chcą podkreślić jej dostępność dla każdego. Twierdzą, że świątynia jest własnością wszystkich miłośników Bieszczadów, ich historii i przyrody – dlatego odwiedzić ją może każdy i kiedy tylko ma na to ochotę. Wystarczy nacisnąć klamkę i pchnąć drzwi…
Inna osobliwoś
ć to Chrystus Bieszczadzki w Łopience. Jest to stworzona z kawałków drewna rzeźba eksponowana we wnętrzu cerkwi. Jego prostota i surowość wykonania komponuje się doskonale z przejmującymi, nieotynkowanymi ścianami cerkwi wykonanymi w archaicznej technice łączenia kamieni rzecznych zaprawą.
Kolejna osobliwość to dziupla w stojącym tuż obok cerkwi wiekowym drzewie. Nawet niewprawne oko zauważy tutaj podobieństwo dziupli do postaci Matki Boskiej. Wierni gromadzący się w świątyni poczytują to za kolejny dowód wyjątkowości tego pięknego miejsca.
Dotarcie do Łopienki jest bardzo proste i wygodne. Doskonale oznakowane wejście do doliny znajduje się na trasie z Terki do Dołżycy – dojechać jest tu najprościej oczywiście własnym samochodem. Przy wylocie doliny Łopienki na trasę Terka-Dołżyca umiejscowiony jest parking. Trasa dnem doliny jest bardzo wygodna. Około półtoragodzinny s
pacer po niemal płaskim trakcie zaprowadzi nas wprost do stóp cerkwi. Po drodze miniemy stanowiska wypału węgla drzewnego oraz miejsce po dawnym dworze. W miarę zbliżania się do cerkwi obok drogi będziemy mogli dostrzec coraz wyraźniejsze ślady dawnej wsi – liczne podmurówki i piwnice.
Przechadzka do łopieńskiej cerkwi jest jedną z łatwiejszych wycieczek w Bieszczadach. Można ją polecić nawet najmniej wprawionym turystom. Będzie też ona znakomitą propozycją na pierwszą wycieczkę w trakcie bieszczadzkiego wypadu. Z łatwością „rozruszamy się” tutaj przed kolejnymi, trudniejszymi wędrówkami.
Zastanawiając się czy warto odwiedzić Łopienkę możemy od razu pokusić się na odpowiedź na pytanie tytułowe niniejszego artykułu o to czy Łopienka to nie najbardziej niezwykłe miejsce w całych Bieszczadach.
Tworząc Bloga Nasze Bieszczady od samego początku podkreślamy, że to co najbardziej urzeka nas w Bieszczadach to ich niezwykła różnorodność. Turystów przyciągają tutaj przeróżne motywy – jednie poszukują mozolnych górskich wędrówek i pięknych widoków, inni uciekają do tutejszej ciszy od codziennego zgiełku miast, jeszcze innych porusza niesamowita, skomplikowana historia tych ziem.
Do tej ostatniej grupy zaliczylibyśmy również siebie samych. Od naszej pierwszej wizyty w Bieszczadach minęło już trochę czasu jednak jedno dla nas się nie zmieniło – nadal fascynują nas trudne do zrozumienia dzieje tej pięknej krainy. Historia Bieszczadów zdaje nam się być swoistym podsumowaniem, wspólnym mianownikiem dla wielowiekowych i wielokulturowych dziejów naszego kraju słynącego niegdyś ze swojej tolerancji i będącego bezpieczną przystanią dla przedstawicieli różnych narodowości i wyznań. Chyba nigdzie indziej poczucie dziejowej niesprawiedliwości, bezsensu i okrucieństw rozlicznych konfliktów XX wieku nie jest tak jasno widoczne i odczuwalne. Bieszczady to dla nas przejmujące spojrzenie wstecz w przeszłość naszego kraju i nieoceniona lekcja na przyszłość dla kolejnych pokoleń.
Ogień palący się do dzisiaj w cerkwi w Łopience przez kolejne dekady chciało zgasić wielu, ale się to nie udało. Spokojnie i majestatycznie płonie on tam do dziś. Sama cerkiew i cała Łopienka to zaś miejsce, które koniecznie należy odwiedzić. Jest to wszak jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Bieszczadach. Miejsce, gdzie historia i życie kwitły przez wieki, zostały następnie niemal doszczętnie unicestwione, ale po latach odrodziły się i trwają nadal.
Bieszczady – Atrakcje Dla Każdego to kolejny artykuł z serii „bardziej praktycznych” na Blogu Nasze Bieszczady. Tak jak pisaliśmy ostatnio, tworzymy go dla Was od jakiegoś czasu opisując na nim nasze wędrówki i opowieści związane z Bieszczadami. Szczególny nacisk kładziemy jednak na niezwykłą historię tego pięknego zakątka Polski. Staramy się pisać jak najwięcej o Bojkach, Łemkach, wysiedleniach i niezwykłych uroczyskach w miejscach nieistniejących dziś wsi.
Od samego początku tworzenia naszego Bloga widzimy jednak, że czytelników interesują też bardzo żywo tematy praktyczne związane z Bieszczadami – gdzie się zatrzymać, co warto zobaczyć itp. Wychodząc zatem Wam naprzeciw przedstawiamy kolejny artykuł – tym razem o najciekawszych bieszczadzkich atrakcjach, które mogą być interesujące dla każdego. Jest to oczywiście nasze subiektywne zdanie na ten temat, ale mamy nadzieję, że nasza lista atrakcji Wam się spodoba. Zapraszamy do lektury!
Chatka Puchatka, czyli najsłynniejsze schronisko górskie w Bieszczadach oraz bieszczadzkie Połoniny (Caryńska i Wetlińska) to chyba najbardziej emblematyczne miejsca kojarzące się z naszą ulubioną krainą oraz najb
ardziej popularne bieszczadzkie atrakcje.
Chatka Puchatka to były wojskowy punkt obserwacyjny umiejscowiony na Połoninie Wetlińskiej. Przechodził on bardzo zmienne dzieje losu poprzez przeznaczenie wojskowe, bazę harcerską, niemal całkowite opuszczenie, aż po znane nam dzisiaj schronisko górskie. Od wielu lat prowadzi je Ludwik Pińczuk znany powszechnie jako „Lutek” – mówi się o nim, że to ostatni z prawdziwych Bieszczadników, czy jak nazywają ich niektórzy „bieszczadzkich zakapiorów”.
Do Chatki moż
na się dostać na kilka sposobów ale chyba najwygodniejsza droga prowadzi do niej z okolic Brzegów Górnych. Naprawdę warto podjąć trud i wysiłek pokonania stromego podejścia do schroniska – wynagradzają go wspaniałe widoki oraz szczególny, spartański klimat Chatki. Mimo upływu lat niewiele się tutaj zmieniło. Możemy tu poczuć wspaniałego turystycznego ducha sprzed lat, z czasów, gdzie wygody takie jak woda czy opał nie były wcale łatwo dostępne. Gospodarz schroniska, mimo wielu spędzonych tutaj sezonów, mówi, że Bieszczady nadal go zaskakują, codziennie można dostrzec tu coś innego w pogodzie, naturze, czy we wschodach słońca. Nie możemy się z nim nie zgodzić…
Wspaniałe widoki i olbrzymia przestrzeń wokół to również domena położonej nieopodal Połoniny Caryńskiej. Zdobycie jej również nie będzie łatwe, ale polecamy je z całego serca wszystkim miłośnikom pieszych górskich wędrówek.
Zapora w Solinie i całe Jezioro Solińskie to kolejne atrakcje przez niektórych niemal utożsamiane z Bieszczadami. Solina to dawna bieszczadzka wieś jak inne wysiedlona w latach powojennych. W przeciwieństwie jednak do wielu innych osad tutaj życie powróciło jednak dość szybko.
Dzisiejsza miejscowość zyskała rozgłos w latach 60. XX wieku, kiedy wzniesiono tutaj wspomnianą zaporę spiętrzającą wody Sanu oraz Solinki. Dzięki tej konstruowanej z wielkim rozmachem, jak na tamte czasy, budowli powstał jeden z najbardziej rozpoznawalnych i urokliwych zakątków. Spiętrzone wody rzek tworzą niezwykłe, położone wśród górskich szczytów i głębokich zatok jezioro przypominające bardziej Szwajcarię czy Norwegię niż jakąkolwiek inną okolicę w Polsce. Turyści mogą wybierać tutaj między spacerami brzegiem Jeziora, rejsem po jego wodach, czy po prostu podziwianiem fantastycznych widoków.
Sama zapora jest wielką atrakcją, szczególnie dla najmłodszych jako, że jej wnętrze jest udostępnione do zwiedzania. Kto boi się zamkniętych przestrzeni może wybrać się po prostu na spacer po zaporze, podziwiać wspaniałe widoki, czy usiąść w jednej z pobliskich kawiarni i napić się kawy spoglądając na równą i spokojną taflę Jeziora.
Cerkwie w Bieszczadach to wspaniały dowód długiej i wielokulturowej historii Podkarpacia stanowiący jednocześnie jedną z największych atrakcji tych ziem. Jest ich tutaj tak wiele, że często mówi się o swoistym szlaku cerkwi. Greckokatolickie cerkwie Bieszczadów, podobnie zresztą jak i te, które możemy odnaleźć w Beskidach, na Pogórzu czy Roztoczu, są dowodem niezwykle barwnej i ciekawej historii tych ziem. Spośród setek świątyń konstruowanych tutaj przez stulecia przez Łemków i Bojków do dni dzisiejszych przetrwała tylko niewielka ich część. Po fali wysiedleń ludów zamieszkujących tradycyjnie te ziemie, a podejrzewanych o sprzyjanie nacjonalistom ukraińskim wiele cerkwi zniknęło bezpowrotnie z powierzchni ziemi – zostały spalone, bądź rozebrane.
Dziś ocalałe cerkwie stanowią jedne z najciekawszych miejsc docelowych bieszczadzkich wycieczek. Wznoszone zwykle na wzniesieniu, otoczone sędziwymi drzewami i nielicznymi, chylącymi się ku upadkowi wiekowymi nagrobkami niegdysiejszych mieszkańców pobliskich wsi stanowią wspaniałe miejsce, w którym możemy zadumać się nad historią naszego kraju. Są też wymarzonym wprost tematem do zdjęć. Zachwycają swą architekturą i surowym pięknem. Oszałamiają zapachem drewna.
Do najciekawszych cerkwi, które bezwzględnie należałoby zobaczyć można zaliczyć wiekowe świątynie w Smolniku nad Sanem, Chmielu, Bystrem, Michniowcu, Łopience czy Równi. Wizyta, nawet krótka, w tych miejscach będzie niezapomnianym przeżyciem.
Koneserom historii Bieszczadów bezwzględnie należy polecić również odwiedzenie terenów nieistniejących już dzisiaj wsi. Na ich obszarze znajdziemy niejednokrotnie ruiny cerkwi murowanych, spalonych w trakcie wysiedleń lub po nich (Hulskie, Krywe). Odwiedzić możemy zrekonstruowaną cerkiew w Łopience. Możemy również wybrać się do jednej z dziesiątków wsi, w których odnajdziemy jedynie puste cerkwiska i zagubiony w plątaninie krzewów cmentarz (np. Tworylne).
Bieszczadzka Kolejka Leśna, zwana również „bieszczadzką ciuchcią” to kolejna atrakcja nierozerwalnie związana z Bieszczadami. Składa się ona de facto z wielu odcinków, które budowane były w różnych latach na przestrzeni kilku dekad XIX i XX wieku. Łączyła ona terytoria Bieszczadów z większymi ośrodkami miejskimi zarówno w Polsce jak i na terytorium dawnych Austro-Węgier. Cel jej istnienia był jednak ten sam – eksploatacja niespożytych zasobów drzewnych Bieszczadów, jednego z największych i najbardziej obfitych zasobów tych ziem.
Do dzisiaj poszczególne odcinki dawnej kolei zachowały się w bardzo różnym stanie. Znajdziemy zatem takie, które nadal istnieją ale są niewykorzystywane. W miejscach tych natrafimy na nasypy kolejowe oraz tory majaczące w wysokiej trawie. Niektóre odcinki kolejki zostały rozmontowane całe dekady temu. Pozostały po nich jedynie trudno zauważalne relikty dawnej świetności kolei – nasypy, przepusty, fragmenty mostów. Są one do dzisiaj atrakcją dla miłośników wędrówe
k pieszych czy jazdy konnej po bezdrożach.
Największą atrakcję stanowi jednak bez wątpienia odrestaurowany i użytkowany fragment kolejki położony w samym sercu Bieszczadów na odcinkach pomiędzy stacjami w Balnicy, Przysłupie i Majdanie. Przejażdżka kolejką jest niezapomnianym przeżyciem, które ucieszy każdego, a na pewno najbardziej dzieci. Powolna jazda koleją przez niezwykle urokliwe zakątki bieszczadzkiego kresu jest chyba jedną z ciekawszych wersji zwiedzania tych stron.
Inną, podobną atrakcją jest możliwość przejażdżki Bieszczadzkimi Drezynami Rowerowymi ze stacji w Uhercach Mineralnych. Szczególnie latem to wspaniała forma aktywnego spędzania czasu na świeżym powietrzy połączona ze zwiedzaniem. Dodatkowych emocji dostarczy zainscenizowany w trakcie przejażdżki „napad zbójników” – dzieci będą zachwycone!
Siekierezada to niemal mityczny już dziś bar w położonej w sercu gór Cisnej. Jest to jedna z bieszczadzkich atrakcji niemniej popularnych od
wspomnianej już wcześniej Chatki Puchatka i podobnej do niej w swoim charakterze. W tym niezwykłym lokalu znajdziemy wszystko co może się kojarzyć z powojennym rozwojem turystyki w Bieszczadach.
Panuje tu niepowtarzalny, turystyczny klimat połączony z artystyczną nutką, tak charakterystyczną dla „zakapiorskich Bieszczadów”. Ściany zdobią mundury zestawione z czaszkami zwierząt – wyeksponowane są w taki sposób, że wydaje się nam, że to przeróżni przedsta
wiciele rogatej fauny noszą na sobie np. mundur rosyjskiego żołnierza. W stoły powbijane są siekiery, oprawione w drewno menu przymocowane jest do stołu wielkim i ciężkim łańcuchem. Pełno tu nadpalonych świec. W pomieszczeniu panuje mrok co jeszcze bardziej wpływa na spotęgowanie i tak nierealnego wrażenia tego niezwykłego miejsca.
Warto pilnie śledzić wydarzenia w Siekierezadzie, wszak miejsce to jest częstym gospodarzem przeróżnych lokalnych wydarzeń kulturalnych oraz galerią. Im częściej tu zaglądamy, tym większe prawdopodobieństwo spotkania któregoś z ostatnich żyjących „zakapiorów”.
Hodowla Żubr
a w Mucznem to już ostatnia atrakcja w Bieszczadach, którą chcielibyśmy dla Was opisać. Zagroda, w której można podziwiać żubry, zlokalizowana jest przy drodze pomiędzy Tarnawą Niżną, a Stuposianami. Miejsce to jest warte odwiedzenia już ze względu na swoje niezwykłe walory krajoznawcze i przyrodnicze. Muczne, podobnie jak inne osady tzw. bieszczadzkiego worka zachwyca swoim położeniem, dzikością krajobrazu oraz pustką pozostałą w tych okolicach po wysiedleniach rdzennej ludności w okresie powojennym.
Sama zagroda to miejsce ciekawe zarówno dla miłośników przyrody jak i dla dzieci. Na sporym terenie lasu jodłowo-świerkowego przeciętego przez potok, z którego wodę mogą pić żubry, zorganizowano platformy widokowe, z których można podziwiać zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Warto tu przyjechać zobaczyć te majestatyczne stworzenia i wyobrazić sobie jak musiał wyglądać świat, gdy nie dominował w nim jeszcze człowiek.
Zawsze, gdy tylko jest to możliwe podkreślamy, że Bieszczady zachwycają swoją różnorodnością. Przybiera ona wiele wymiarów: niezwykle różnorodne jest tu ukształtowanie terenu, flora i fauna, dawne kultury rdzennej ludności, nawet nadzwyczaj zmienna jest tu pogoda w zależności od dnia i pory roku. Różnorodność Bieszczadów nie może zatem ominąć również atrakcji tych ziem. Jak przedstawiliśmy to powyżej, niemal każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, niezależnie od tego co go interesuje i po co przyjeżdża w te magiczne góry. Powtarzamy się, ale właśnie za to kochamy Nasze Bieszczady!
Od jakiegoś już czasu tworzymy dla Was Blog Nasze Bieszczady. Dzielimy się na nim z Wami naszymi opowieściami, zdjęciami, wrażeniami z bieszczadzkich wędrówek. Pasjonuje nas historia Bieszczadów, a w szczególności wszystko, co związane z nieistniejącymi dziś, wysiedlonymi w trakcie „Akcji Wisła” wsiami. Czytamy wszystko co nam tylko wpadnie w rękę na ten temat, przekopujemy archiwa państwowe w poszukiwaniu dawnych map. W terenie wędrujemy od jednej podmurówki niegdysiejszych chyży do drugiej, poszukujemy studni, piwnic, ukrytych w ziemi podków, czy narzędzi dawnych mieszkańców tych pustych dzisiaj dolin.
Od początku istnienia naszej strony zauważyliśmy jednak, że oprócz historii Bieszczadów interesują Was również rzeczy bardziej praktyczne. Jednym z takich pytań, które raz po raz otrzymujemy od naszych Czytelników jest to, gdzie się zatrzymać w Bieszczadach planując kolejny urlop? W związku z ogromnym zainteresowaniem tym tematem postanowiliśmy stworzyć naszą własną, oczywiście subiektywną, listę miejsc i ich okolic, które naszym zdaniem warto wziąć pod uwagę przy planowaniu wyjazdu w Bieszczady, z uwzględnieniem tego co warto zobaczyć w tych pięknych stronach naszego kraju. Każde z opisanych poniżej miejsc należy traktować jako daną miejscowość i okolicę – nie sposób by było oczywiście w jednym artykule opisać wszystkich możliwości jakie stwarzają nam Bieszczady.
Miłej lektury! Mamy nadzieję, że nasze wskazówki okażą się pomocne.
„Zabieszczaduj dzisiaj z nami, niech pokłonią ci się połoniny, zabieszczaduj razem z aniołami, lot swój kieruj do Górnej Wetliny” mówią słowa jednej z najbardziej znanych piosenek o Bieszczadach grupy muzycznej „Stare Dobre Małżeństwo”. No właśnie, dlaczego akurat do Wetliny?
Zabieszczaduj dzisiaj z nami, niech pokłonią ci się połoniny, zabieszczaduj razem z aniołami, lot swój kieruj do Górnej Wetliny…
Wetlina to chyba to z miejsc w Bieszczadach, które w sposób najbardziej nierozerwalnych kojarzy się z powojenną turystyką w tych pięknych stronach. Choć posiada ona, podobnie jak inne bieszczadzkie wsie, wielowiekową historię, to jednak dzisiaj słynie ona głównie jako najlepsza baza wypadowa w bieszczadzkie pasma Połonin.
Wieś ta, jak zresztą niemal cały teren polskich Bieszczadów, opustoszała po powojennej akcji wysiedleń tutejszej rdzennej ludności bojkowskiej. Życie powróciło tutaj jednak dość szybko niedługo po zniesieniu zakazu poruszania się po Bieszczadach w latach 50. XX wieku.
Dzisiaj, szczególnie w sezonie letnim, Wetlina to tętniąca życiem miejscowość – ulubione miejsce noclegów turystów, piechurów, harcerzy i ogólnie wszelkich miłośników gór. Znajdziemy tutaj szeroką bazę noclegową dostosowaną do chyba każdej kieszeni. Nie zabraknie tutaj sklepu, restauracji itp. Latem poboczem drogi porusza się tutaj gęsiego olbrzymia ilość osób – nie można tutaj narzekać na nudę.
Co stanowi o popularności Wetliny? Jednym z czynników jest na pewno wspomniana już bogata oferta miejsc noclegowych, ale wydaje się, że głównym powodem, dla którego Wetlina jest tak znana i lubiana jest bliskość wejść na liczne górskie szlaki. Wydaje się, że Bieszczady są nadal postrzegane głównie jako atrakcyjne ze względu na piękne pasma Połonin. Niesamowita historia tych stron nadal pozostaje mniej znana, chociaż jak pisał w swej książce „Bieszczady. Tam gdzie diabły, Hucuły, Ukraińce” znakomity znawca Karpatów Stanisław Kryciński:
…szybko zauważyłem, że historia tych gór skrywa się w dolinach.
Niemniej większość turystów odwiedza Bieszczady, aby zdobyć Smerek, Połoninę Wetlińską z jej legendarnym schroniskiem – Chatką Puchatka, Połoninę Caryńską, czy wreszcie Tarnicę. Tak się składa, że z Wetliny i otaczających ją wsi jest blisko, albo stosunkowo blisko, na wszystkie wspomniane wyżej szlaki.
Kto powinien zatem szukać noclegu w Wetlinie? Zdecydowanie polecamy zatrzymanie się w tej wsi wszystkim wybierającym się w góry, miłośnikom turystyki pieszej szukającym pięknych widoków i ciekawych górskich tras. W okresie letnim trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Wetlina jest dość mocno zatłoczona i hałaśliwa – jeśli komuś to nie odpowiada, wówczas dobrym rozwiązaniem mogą być noclegi w miejscowościach sąsiadujących z Wetliną. Jeśli celem naszego wyjazdu jest Połonina Caryńska, a w szczególności masyw Tarnicy, wówczas śmiało możemy myśleć o noclegu w Ustrzykach Górnych, czy Wołosatem.
Cisna to kolejna wieś leżąca w samym sercu gór. Podobnie jak Wetlina, posiada ona długą udokumentowaną historię, która ma jednak niewiele wspólnego z dzisiejszym charakterem miejscowości. Dalsze podobieństwa z Wetliną to fakt, że Cisna posiada bardzo szeroką ofertę noclegową, w sezonie bywa zatłoczona i jest domem dla kilku legendarnych miejsc kojarzonych nierozerwalnie z powojenną historią Bieszczadów – przykładem będzie tu kultowa Siekierezada.
Planując urlop w Cisnej należy odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym dokładnie nam zależy? Miejscowość oferuje szeroką gamę noclegów, w których z powodzeniem możemy zatrzymać się z dziećmi, nie jest ona jednak typowym kurortem. Czujemy tu wyraźnie, podobnie jak w Wetlinie, że znajdujemy się w miejscowości turystycznej, gdzie oprócz dogodnych wejść na szlaki i niewielkiego centrum miejscowości nie znajdziemy wiele więcej.
Kto zatem powinien rozważyć Cisną jako miejsce pobytu w trakcie bieszczadzkiego urlopu? Z pewnością wszyscy ci, którzy przyjeżdżają tu głównie z myślą o górskich wędrówkach. Kto „zaliczył” już opisywane wyżej szlaki (Smerek, Połoniny, Tarnicę), znajdzie tutaj kolejne górskie wyzwania: szlaki na Okrąglik, Wysoki Dział, Łopiennik i inne ciekawe, ale mniej znane trasy.
Oczywiście nie możemy zapominać o swoistym kolorycie centrum Cisnej ze wspomnianą już Siekierezadą, straganami z pamiątkami, marynowanymi grzybami i serami – wszystko to sprawia, że miejscowość ta co roku przyciąga szerokie grono turystów.
Solina to kolejna miejscowość, podobnie jak Wetlina i Cisna, utożsamiana z Bieszczadami. O ile takie utożsamienie ma rację bytu w przypadku Wetliny i Cisnej, które położone są głęboko w górach, u podnóża najwyższych i najciekawszych bieszczadzkich szczytów, o tyle sprawy mają się nieco inaczej w przypadku Soliny.
Wieś położona jest bowiem z dala od głównych bieszczadzkich wzniesień, ok. 35 km na północ od Wetliny przy brzegu biorącego swoją nazwę od niej Jeziora Solińskiego. Próżno tutaj będzie szukać wejść na ciekawe, widokowe górskie szlaki, podobnie nie odczujemy tutaj typowego, górskiego charakteru miejscowości opisywanych powyżej.
Miejscowość ta posiada bardzo ciekawą i niepowtarzalną historię. Początki Soliny i otaczających ją wsi przypominają historię setek innych bieszczadzkich wsi. Miejscowość ta przeszła przez wysiedlenia oraz powojenny powrót życia w te strony. Co stanowiło i nadal stanowi jednak o jej wyjątkowości to wybudowana po wojnie zapora, dzięki której powstało wspomniane już Jezioro Solińskie.
Dziś Solina i inne miejscowości leżące na brzegu jeziora to kurorciki wypoczynkowe i ośrodki sportów wodnych. Pobyt tutaj będzie chyba najlepszym wyborem dla rodzin z małymi dziećmi – znajdą one tutaj wesołe miasteczko, sklepy z pamiątkami, wszelkie atrakcje typowe dla sporej miejscowości.
Miejsca tego nie można, szczególnie w okresie letnim, polecić miłośnikom ciszy i spokoju – tutaj pośród hałaśliwych barów, lodziarni i restauracji z pewnością go nie zaznamy. O wiele lepiej będzie za to w innych, mniejszych miejscowościach nad brzegiem Jeziora Solińskiego. Znajdziemy tu wspaniałe widoki rodem ze Szwajcarii, czy norweskich fiordów, a dzieci ucieszy bliskość wody.
Komańcza to kolejna duża miejscowość, której nazwa może być znana turystom. Położona jest ona zdecydowanie na zachód od opisywanych dotychczas wsi, po zachodniej stronie masywu Wysokiego Działu i chociaż wymieniana często jako dogodne mie
jsce pobytu w Bieszczadach leży ona de facto na styku Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Komańcza jest nieformalną „stolicą” łemkowskiej części Bieszczadów (umowna granica między częściami łemkowską i bojkowską biegnie grzbietem Wysokiego Działu). Jest to spora miejscowość z blokami mieszkalnymi, szeroką ofertą noclegów i wszelkimi innymi cechami upodabniającymi ją bardziej do niewielkiego miasteczka niż wsi.
Komu zatem polecilibyśmy pobyt w tych stronach? Nocleg w Komańczy lub jej okolicach byłby z pewnością dobrym rozwiązaniem dla wszystkich miłośników górskich wędrówek planujących wycieczki grzbietem Wysokiego Działu ze szczególnym uwzględnieniem Chryszczatej.
Najciekawszą chyba jednak cechą okolic Komańczy jest duża ilość śladów pozostałych po wysiedlonych stąd przed laty Łemkach – w tym licznych cerkwi. Komańcza będzie zatem doskonałą bazą wypadową do wycieczek samochodowych czy rowerowych do miejscowości takich jak Szczawne, Turzańsk, Rzepedź, czy Radoszyce gdzie zobaczymy wspaniałe łemkowskie świątynie.
Lutowiska to pierwsza z miejscowości o zdecydowanie odmiennym charakterze od opisanych do tej pory Wetliny, Cisnej i Komańczy. Lutowiska od trzech pozostałych wsi różni dużo mniejsza rozpoznawalność, mniejsza popularność wśród turystów i fakt położenia zdecydowanie na uboczu, poza głównymi trasami turystycznego ruchu.
Lutowiska położone są u wschodnich podnóży Otrytu przy samem granicy Polski z Ukrainą. Rzut oka na zdjęcia z tej miejscowości mógłby sprawić, że zadasz sobie pytanie po co polecać to miejsce na nocleg w trakcie urlopu? Dzisiejsze Lutowiska to niewielka osada położona przy tzw. „dużej pętli bieszczadzkiej”, która posiada cechy małego miasteczka – jest tu szkoła, parę sklepów, restauracja, bloki i w zasadzie niewiele więcej… Dlaczego zatem mielibyśmy nocować w tych pozornie nieciekawych stronach?
Okazuje się, że tych powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze Lutowiska posiadają niezwykle bogatą i ciekawą historię. W na pierwszy rzut oka nieciekawej wsi znajduje się wiele jej śladów. Pierwszym i chyba najważniejszym z nich jest znajdujący się nieopodal za szkołą żydowski kirkut – być może jedno z najbardziej niezwykłych i przejmujących miejsc w całych Bieszczadach świadczących o okrutnej historii tych ziem. We wsi znajdziemy też bardzo ciekawy cmentarz, miejsce po jednej z największych w Bieszczadach, rozebranej w latach 80. XX wieku cerkwi oraz ruiny spalonej synagogi.
Kolejny argument za nocowaniem w Lutowiskach to fakt niezwykle dogodnego położenia wsi. Blisko stąd do wyjątkowo pięknej Doliny Sanu (więcej o niej niżej) z niepowtarzalną nieistniejącą wsią Krywem, do jedynej w swoim rodzaju bojkowskiej cerkwi w Smolniku nad Sanem, do Czarnej Dolnej skąd już tylko parę kroków dzieli nas od Paniszczowa, Sokołowej Woli, Lipia, Bystrego i Michniowca.
Komu zatem polecilibyśmy nocleg w Lutowiskach? Z pewnością jest to jedno z najlepszych miejsc gdzie może się zatrzymać w polskich Bieszczadach każdy miłośnik historii tych stron. Ogrom historycznych atrakcji w tych stronach jest wprost nie do opisania. Urzeknie nas też cisza i spokój tych stron. Nie jest to natomiast najlepsze miejsce na wyjazd z dziećmi ze względu na niewielką ilość atrakcji dla nich.
Terka to malusieńka wieś leżąca nad Solinką u południowego krańca Jeziora Solińskiego. Osoba przyjeżdżająca tu po raz pierwszy pomyśli, że tak właśnie musi wyglądać koniec świata. Centrum wsi to stojąc na rozdrożu sklep, ruina dzwonnicy i stary cmentarz. W okolicy natrafimy na wiele chwiejących się oryginalnych chat – aż dziw bierze, że nie są jeszcze pokryte strzechą…
Skoro nic tu nie ma, można zadać sobie pytanie, po co przyjeżdżać na to odludzie? Otóż właśnie cisza, spokój i poczucie odosobnienia są tym, co sprawia, że Terka to miejsca absolutnie wyjątkowe. Warto tu przyjechać szczególnie w maju, gdy kwitnące na biało krzewy tarniny pokrywają okoliczne zbocza niewielkie niecki, w której leży wieś, a mgła spowija okoliczne szczyty. Krótki spacer zaprowadzi nas to nieistniejącej wsi Studenne. Jeśli wybierzemy się na niedługą przejażdżkę samochodem, wówczas szybko dotrzemy do wejścia na szlak do perły Bieszczadów – dawnej bojkowskiej wsi Tworylne. Blisko stąd też do magicznej Łopienki.
Komu polecilibyśmy nocleg w Terce? Z pewnością każdemu miłośnikowi przyrody, ciszy i bieszczadzkiej historii. Ciężko będzie tutaj dotrzeć bez własnego samochodu – droga i tak jest dość długa i kręta, ale naprawdę warto…
Chmiel to wieś, której opis celowo zostawiamy na koniec naszego artykułu. Leży ona w Dolinie Sanu u południowych podnóży Otrytu w zasadzie dość niedaleko opisywanych wcześniej Lutowisk, ale ze względu na swoją urodę Chmiel i okoliczne wsie, jak chociażby Dwernik czy Nasiczne, zasługują na osobną wzmiankę.
Dolina Sanu to naszym zdaniem kwintesencja polskich Bieszczadów. Meandrujący tutaj szeroka San mija kolejne osady, z których część dzisiaj już nie istnieje, w tym Krywe i Tworylne – chyba najpiękniejsze zakątki tej krainy.Dolina Sanu to królestwo przyrody, spotkamy tu niewielu ludzie, szczególnie poza sezonem. Trudno tu też o większe udogodnienia – sklep jest szczytem marzeń. Prowadzi tu jedna droga pokryta asfaltem, który pamięta chyba jeszcze czasy niedługo po wojnie – samochód ze słabszym zawieszeniem nie da sobie tutaj rady. Raz na jakiś czas przejeżdża tędy też praktycznie pusty PKS. Słowem, ludzi tu mieszkających życie nie rozpieszcza. Ta niesamowita izolacja jednak dla nas, turystów poszukujących ciszy, spokoju i poczucia powrotu na łono natury jest bezcenna.
Jedną z najciekawszych cech Bieszczadów jest to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Góry te stwarzają tak wiele możliwości, że mogą z powodzeniem stać się wymarzonym miejscem na urlop dla osób z bardzo zróżnicowanymi upodobaniami. Rodzice z małymi dziećmi znajdą tu niewielkie urokliwe miasteczka z czystym powietrzem, wodą nieopodal i mnóstwem atrakcji dla swych pociech. Zwolennicy górskich wędrówek zakochają się w długim, stromych i męczących szklakach Bieszczadów Wysokich. Miłośnicy przyrody, ciszy i spokoju będą zachwyceni szerokim wyborem gospodarstw agroturystycznych oferujących tutaj swe usługi. Pasjonaci historii, tacy jak my, wyposażeni w stare mapy ruszą w puste doliny w poszukiwaniu oznak niegdyś buzującego tu życia. To właśnie za tę różnorodność wszyscy kochamy te Nasze Bieszczady…
„Oderwani od korzeni” to tekst niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Dzięki naszemu profilowi w Portalu Facebook spełniło się jedno z naszych marzeń – skontaktował się z nami żyjący na zachodzie Polski Bojko, potomek wypędzonych z Bieszczadów. Tym samym udało nam się wejrzeć chyba najbardziej jak to możliwe w głąb historii, która tak nas interesuje i pasjonuje – dziejów nieistniejących już bieszczadzkich wsi.
Niezwykłym zrządzeniem losu korzenie rodziny Pana Kazimierza Kużmy, który początkowo komentował nasze zdjęcia z naszych bieszczadzkich wędrówek, a następnie napisał do nas wiadomość sięgają naszej ukochanej wsi Krywe nad Sanem. O tych właśnie korzeniach i o oderwaniu od nich Pan Kazimierz zgodził się nam opowiedzieć i pozwolił nam na podzielenie się tą poruszającą historią z czytelnikami naszego bloga. Osoby mniej obeznane z dziejami bieszczadzkich wsi odsyłamy do krótkiej historii Bieszczadów. O wsi Krywe pisaliśmy w osobnym artykule – zachęcamy do jego lektury, a tymczasem oddajemy głos Panu Kazimierzowi (tekst publikujemy w oryginale, w takiej formie, w jakiej otrzymaliśmy go od Pana Kazimierza).
Zaczynam to opowiadanie dla zainteresowanych, którzy chcą wiedzieć jak naprawdę wyglądała gehenna ludności rusińskiej, którą wygnano z ich „małej ojczyzny, opowiem to szczątkowo, gdyż całkowita opowieść o tamtych czasach złożyłaby się na kilkutomową opowieść, chcę nadmienić że to są moje odczucia ale i fakty historyczne, które bardzo ciężko znaleźć w opracowaniach historyków, komuś zależy, aby te fakty nie wypływały na światło dzienne i prawda nie była prawdą.
Jestem Rusinem Bojkiem, synem wypędzonych z pięknej krainy jaką są Bieszczady, ze wsi Krywe nad Sanem.
Jestem Rusinem Bojkiem, synem wypędzonych z pięknej krainy jaką są Bieszczady, ze wsi Krywe nad Sanem.
Z wielkim trudem zaczynam opisywać wspomnienia moich rodziców i poznanych w mojej okolicy przesiedleńców, którzy według dawnej władzy komunistycznej i wielu publikacjach naukowych „opuścili„ swoje rodzinne strony. Władza komunistyczna skutecznie amputowała tą część historii, która mówiła o stosunkach ukraińsko-polskich, a jest ona długowieczna i niepodważalna. W owej historii, i tej dalszej i tej bliższej, były złe i dobre czasy, tylko zawsze komuś zależało, aby dwa bliskie sobie słowiańskie narody nie stworzyły jedności, gdyż wówczas w Europie powstałoby potężne mocarstwo z którym trzeba by się liczyć. Zawsze gdy rozpoczynały się jakieś rozmowy mające na celu zjednanie narodów wybuchały zamachy na osoby, które chciały takiego układu, chociażby zamach na ministra Bronisława Pierackiego, ale również i trzy lata wcześniej Tadeusza Hołówko, którzy chociaż nie do końca byli przychylni Rusinom; chcieli dać im więcej praw aby ten naród był bardziej doceniany. Nie podobało się to przeciwnikom politycznym, za zamachem stała według ustaleń śledczych OUN, ile w tym prawdy osądźcie sami ( wszelkie materiały na ten temat można znaleźć w internecie).
Co pchnęło władze komunistyczne do tak drastycznego rozwiązania jakim było wysiedlanie niewinnej ludności cywilnej ówczesnych Bieszczadów i okolic? Ja uważam że wysiedlenia miały na celu zniszczenie nacji rusińskiej, zasymilowanie jej z narodem polskim, gdyż nowa Polska miała się składać z Polaków, dla mniejszości narodowych wg założeń nie było miejsca.
W wielu publikacjach pisze się, że to była zemsta za rzezie na Polakach, które miały miejsce na Wołyniu, Polesiu i wielu innych regionach ówczesnej RP, tylko nikt nie pisze i nie bada co doprowadziło do tak drastycznych scen, zaznaczam potępiam to co robiła UPA z ludnością zamieszkującą te tereny gdyż nie tylko Polacy ginęli z rąk UPA, ale także ginęli Rusini z rąk AK, B CH, jak również bandyckich polskich bojówek, które w większości przypadków nastawione były na grabież mienia, a w późniejszym okresie i z rąk Wojska Polskiego. Moim zdaniem w dużej mierze przyczyniło się do tego złe postępowanie z rdzennym narodem tych ziem ówczesnych władz II RP , jak i nowej komunistycznej władzy PRL-u .
Ta nienawiść narastała wiekami, rodowity Rusin nie mógł zajmować żadnych stanowisk urzędniczych będąc w wojsku polskim, nie mógł być nawet podoficerem, chyba że przyjął obywatelstwo polskie, a żołnierzy narodowości rusińskiej, którzy walczyli ramie w ramie chociażby w 1920 r. u boku Józefa Piłsudskiego w osławionej bitwie warszawskiej wg różnych źródeł było około 50 tys. Po podpisaniu rozejmu z Moskalami, rozbrojono ich i internowano w obozach dla internowanych. Piłsudski nie dotrzymał danego słowa spisanego na papierze z Petrulą 21 kwietnia 1920 r. w Winnicy.
Wiele lat przed tymi wydarzeniami znana i szanowana pisarka Maria Konopnicka pisywała, że dręczenie tego narodu kiedyś się źle skończy. Na kresach, jak nazywamy teraz te dawne ziemie, zaczęto polonizować Rusinów, likwidowano szkoły, zakazywano nauki własnego języka, w końcu wzięto się za cerkwie, w latach 1919 do 1939 rewindykowano 300 cerkwi, a w latach 1938-39 zniszczono około 138, nakłaniano do zmiany wiary o represjach jakie spotkały w ówczesnym czasie Rusinów można by było pisać jeszcze długo.
Winę za rzeź przelano na ludzi, którzy spokojnie mieszkali wiele kilometrów dalej, nie mówi się całej prawdy jak postępowano z tymi ludźmi za czasów II-giej RP. Jak człowiek jest poniżany, gnębiony, prześladowany to w nim coś pęka, coś się zmienia, jak zaczyna mu się zabierać jego tożsamość, niszczyć jego kulturę duchową i narodową to skutki takich czynów są na ogół złe. Tak też się stało i w tym przypadku ale winą zostali obarczeni tylko Rusini, druga strona została wybielona, a wina moim zdaniem leży po obu stronach i nie należy oskarżać tylko strony rusińskiej, był to wynik działań przyczynowo-skutkowych, poczynania UPA zaznaczam potępiam z całą surowością i dopóki w naszych sercach będzie nienawiść to do porozumienia nigdy nie dojdzie, a wiele elit politycznych nadal nie chce pojednania obydwu narodów, jakże sobie bliskich w tej lepszej historii.
Dopóki w naszych sercach będzie nienawiść to do porozumienia nigdy nie dojdzie…
Tyle odległa historia. Co do wspomnień moich przodków, o życiu we wsi Krywe z opowiadań moich rodziców i dawnych mieszkańców, jak opowiadają o swojej dawnej krainie to widzę w ich oczach tęsknotę , żal za utraconym światem budowanym wiekami, który utracili z dnia na dzień nie rozumiejąc dlaczego ? Za co?
Z opowiadań wiem, że waśni między Rusinami i Polakami nie było, przynajmniej na tle narodowościowym, szanowano się wzajemnie, pomagano sobie, a także jak jedni tak i drudzy zważali na obchodzone w różnych terminach święta. Życie mijało monotonnie na codziennych obowiązkach. Wybuchła druga wojna światowa. Polskę podzielili między siebie okupanci, Niemcy i ZSRR, granicą w Bieszczadach był San, z dnia na dzień rodziny, znajomi i sąsiedzi stali się obywatelami innych krajów. ZSRR zaraz zaczął wysiedlać z pasa granicznego ludność, gdyż wg Rosjan 5km od granicy dopiero mogły być osady, przesiedleńcy trafiali różnie ale większość z nich trafiała na zsyłkę, co to oznacza chyba nie muszę tłumaczyć.
Jak wiemy z historii, przyjaźń Niemców z Moskalami zbyt długo nie trwała, po napadzie Niemiec na ZSRR w okolicy zostało sporo partyzantów sowieckich, którzy ukrywając się po górach zaczęli nękać okolicznych mieszkańców. Do wsi przychodzili przeważnie po jedzenie, zabierając jedzenie obiecywali zapłatę jak na te tereny wróci „radiańska włada”.
Gehenna się zaczęła, gdy armia Hitlera wypierana przez armię czerwoną przemierzała Bieszczady. Z rozbitych jednostek niemieckich bardzo dużo żołnierzy różnej narodowości wówczas szukało schronienia w Bieszczadach, a byli to Węgrowie, Słowacy i nie tylko, wszyscy pod osłoną nocy przychodzili do wsi, każdy chciał jeść, spokojne noce jak i dnie się skończyły.
Po wprowadzeniu w życie „ linii Curzona” która podzieliła ówczesną Polskę na tzw. Zakerzoniu zostało odciętych około 700 tys. rodowitych Rusinów. Zaczęły się prześladowania ludności przez władzę sowiecką, wystarczyło fałszywe oskarżenie sąsiada na sąsiada aby trafić na zesłanie, sowieci zaczęli przeprowadzać akcje wyłapywania przeciwników władzy sowieckiej i partyzantów po okolicznych potężnych lasach, nieraz bywało, że nikogo w obławie nie schwytano, wówczas posuwano się do prowokacji i z domów wyciągano niewinnych ludzi zaliczając ich w poczet wrogów władzy sowieckiej, w ten sposób na sybir trafił mój dziadek w 1945r., słuch po nim zaginął, wrócił , dzięki Bogu w 1953r, ale nie na swoje tylko na „darowane”. Mój tato w wieku 14 lat musiał zająć się gospodarstwem, w tamtych czasach nie było to takie proste i łatwe.
Władze ZSRR i nowej komunistycznej Polski uchwaliło porozumienie o „wymianie ludności” z początku miały to być dobrowolne przesiedlenia. Z tej „ dobroduszności” skorzystało niewielu, przeważnie wyjeżdżali ci co praktycznie nic nie mieli gdyż mieli obiecywane „złote góry”. Pojawili się „obrońcy wysiedlanych”, UPA przybyli na Zakerzonia w obronie ludności. Różnie z tą obroną bywało, jedni opowiadający mówią o terrorze z ich strony, inni biorą ich w obronę, że walczyli o swój kraj, o swój naród .
UPA rozparcelowywała majątki pańskie i zabierane dobra rozdawała mieszkańcom przeważnie bydło, owce, konie ale także w późniejszym czasie przychodziła po to „dobro” zabierając przy okazji i chłopów w szeregi UPA, o odmowie nie było mowy, odmowa oznaczała niejednokrotnie śmierć, nieraz i całej rodziny, w rezultacie tej „dobroduszności” nieraz zostało zabrane więcej niż dane.
Takie praktyki także stosowali swego czasu okupanci niemieccy jak i później sowieci i wojsko polskie, tylko z tą różnicą, że oni tylko brali. Wynikiem takich praktyk było to, że u gospodarzy w najlepszym przypadku zostawała jedna krowa .
Przybyło Wojsko Polskie do walki z UPA, rozpoczęły się jeszcze straszniejsze czasy, morderstwa ludności polskiej i rusińskiej, gwałt odciskał się gwałtem, terror, terrorem, życie stało się nie do wytrzymania, ludność oskarżano o współpracę z UPA .
Ludność wbrew pozorom nie tak ochoczo przystawała na pomoc UPA, jak to się opisuje w wielu publikacjach, owszem byli i tacy co współpracowali z UPA, w większości przypadków chłopi trzymali się z daleka od polityki oni uważali się za tutejszych, oni uprawiali ziemię nie politykę .
Po nieudanej próbie „dobrowolnych” przesiedleń władze polskie w porozumieniu z władzą sowiecką zadecydowały o przesiedleniach przymusowych, nazwanych oficjalnie „wymianą ludności”.
03-06-1946r do wsi Krywe „zawitało” wojsko polskie celem zebrania miejscowej ludności do wypędzenia, większość rodzin skryło się w pobliskich lasach i schowało także swoje krowy, konie i owce, gdyż ktoś ich poinformował o zamiarach wypędzenia ich do ZSRR. W wiosce zostali starcy i malutkie dzieci, starcy mówili że ich starych i małe dzieci nie będą zabierać dlatego nie schowali się do lasu.
Wojsko nie zważało że to starcy i dzieci, dano im dwie godziny na spakowanie, wojsko widząc, że staruszkowie nie chętni są do pakowania zaczęli wyrzucać wszystkich po kolei z chat na główną drogę, która znajdowała się wzdłuż środka wsi, przy tym bito ich strasznie i poniżano. Płacz i lament popłynął doliną. Płakali starcy, płakały dzieci, starcy za domem, dzieci ze strachu.
Sformowano kolumnę i na pieszo pognano ich do Ustrzyk Dolnych, tam czekali na sformowanie transportu dwa tygodnie pod gołym niebem, o picie i jedzenie troszczyć musieli się sami, nikt im nic nie dawał.
Gdy we wsi ucichło, z lasu przyszła reszta mieszkańców zobaczyć co się stało z dziećmi i starcami, gdy zobaczyli co zastali przeżyli szok, dzieci i starcy zabrani, chaty i gospodarstwa zdemolowane i okradzione. Rodziny zabranych poszli w ślad za swoimi dziećmi i rodzicami, znaleźli ich w Ustrzykach Dolnych i zostali dołączeni do transportu, który wyruszył 23-06-1946 r., wówczas dla nich w nieznane, teraz wiadomo, że zostali wywiezieni wbrew swojej woli do Drohobycza .
Pozostali mieszkańcy Krywego żyli w ciągłym strachu, w ciągu dnia mieszkali głęboko w lasach gdzie wojsko polskie się nie zapuszczało bojąc się UPA. Tak przeżyli do późnej jesieni widząc, że sytuacja się trochę ustabilizowała wrócili do swoich chyży. Na wiosnę 1947 r, zginął gen. WP Karol Świerczewski, winą za jego śmierć obarczono UPA, choć co niektórzy historycy podają, że w zabójstwo generała byli zamieszani jego współpracownicy, ale tego nigdy nie udowodniono do końca.
Zapadła decyzja o przeprowadzeniu „Akcji Wisła”.
Rankiem 28-04-1947 r., gdy wieś jeszcze spała, została otoczona przez wojsko polskie .
Zaczął się kolejny horror we wsi Krywe, wojsko weszło do wsi z każdej strony, o ucieczce gdziekolwiek nie było mowy, dano mieszkańcom jedną godzinę na spakowanie dobytku i ustawienie się na głównej drodze, kto stawiał jakikolwiek opór brutalnie był bity, wyrzucany z chyży, a jego dobytek był podpalany. Ludność zaczęła w pośpiechu zabierać najpotrzebniejsze rzeczy i wychodzić na drogę we wsi, po opuszczeniu chyży całe gospodarstwa były podpalane jedno za drugim .
We wsi rozniósł się płacz i lament, wielowiekowy dobytek został zniszczony w mgnieniu oka.
Dlaczego? Za co?
Na drodze zrobił się zator, cała wieś się pali skwar niemiłosierny, ludzie krzyczą : „ Szybciej wychodźcie ze wsi bo się i my tu spalimy”.
Na środku wsi została na pagórku „Diłok” tylko cerkiew, której wojsko nie podpaliło, niemy wielowiekowy świadek, została sama, wiernych wypędzono w nieznane.
Na środku wsi została na pagórku „Diłok” tylko cerkiew, której wojsko nie podpaliło, niemy wielowiekowy świadek, została sama, wiernych wypędzono w nieznane.
Szliśmy po górskich drogach w nieznane, ludzie i dzieci w kolumnie lamentowali za utraconą „ojczyzną”.
Po paru godzinach marszu pozwolono nam odpocząć, choć przed chwilą świeciło piękne słońce, zerwała się niesamowita burza, ulewa z potężnym wiatrem, drzewa zaczęły się giąć do ziemi, ktoś w kolumnie powiedział : „Patrzcie ludzie jak góry za nami płaczą, a drzewa się nam kłaniają”.
Ktoś w kolumnie powiedział: „Patrzcie ludzie jak góry za nami płaczą, a drzewa się nam kłaniają”.
Po około trzech dniach dotarliśmy do Leska, gdzie formowane były transporty kolejowe .
Spośród ludności zaczęto wyszukiwać osoby podejrzane o współpracę z UPA, w większości przypadków byli to przypadkowi ludzie.
Po sformowaniu transportu kolejowego, wyruszyliśmy w nieznane, dla wielu osób był to niesamowity dramat, gdyż niektórzy mieszkańcy w swoim życiu nigdy nie opuszczali swego miejsca zamieszkania, najdalej gdzie chodzili to była sąsiednia wieś. Jechaliśmy w towarowych wagonach razem ze zwierzętami i całym dobytkiem, który mogliśmy zabrać ze sobą .
Nie pamiętam dokładnie, ale chyba po jednym dniu, pociąg się zatrzymał.
Wojskowi zaczęli chodzić od wagonu do wagonu i wyciągać z nich mężczyzn i kobiety, w kilku przypadkach kobiety były z dziećmi, przy tym okropnie ich bito i poniżano.
Był to obóz w Jaworznie, a wyciągani ludzie byli podejrzani o współpracę z UPA, w większości przypadków zarzuty się nie potwierdziły, ale i tak przesiedzieli w obozie od roku do kilku lat.
Po około tygodniu gehenny w wagonach towarowych gdzie musieliśmy sami dbać o siebie gdyż nikt nic nam i naszym zwierzętom nie dawał do jedzenia i picia, dotarliśmy na stację kolejową o nazwie Szczecinek w teraźniejszym województwie zachodniopomorskim.
Wyładowano nas z wagonów i przy asyście wojska zaczęto rozwozić po okolicznych wsiach.
Mój tato trafił do wsi nieopodal Szczecinka do kol. Dobrogoszcz, a mama do wsi Juchowo. W jednym budynku kwaterowano po kilka rodzin, domy były zdewastowane, niejednokrotnie bez okien i drzwi, a jak brakło budynków mieszkalnych to kwaterowano też i w stodołach, wszystko było rozkradzione, propaganda jak i późniejsze opracowania historyków podawały, że „przesiedleńcy” (wówczas nie można było nas nazywać „Rusinami”, ani „Ukraińcami” tylko „ Banderowcami”, w najlepszym przypadku „Przesiedleńcami”) dostawali w zamian za „pozostawione mienie” dobrze wyposażone gospodarstwa, ja wolę swoje własne nie cudze.
Wojsko jak i prasa pisały, że na ziemie odzyskane są przywożeni „Banderowcy” co lokalną ludność nastawiało wrogo do nas.
Zaczęły się wyzwiska poniżanie nas, w nocy podchodzono do domów i obserwowano jak się zachowujemy, w jednej wsi ludność nie chciała przyjąć „przesiedleńców”. Na słowa wojskowego: „Co mam z nimi (przesiedleńcami) zrobić”? padła odpowiedź : „ Potopić. Do jeziora jest niedaleko”.
„Co mam z nimi (przesiedleńcami) zrobić”? „Potopić. Do jeziora jest niedaleko”.
Było trudno żyć, na przejście do miasta czy sąsiedniej wsi trzeba było uzyskać zgodę sołtysa lub władz gminy, zapasy żywności zabrane z rodzinnych stron kończyły się, co mądrzejsi i życzliwsi ludzie pomagali nam, o odprawieniu mszy w obrządku greckokatolickim nie było mowy.
Pierwsza liturgia w obrządku greckokatolickim odbyła się w Szczecinku w kościele rzymskokatolickim w 1956 r.
Różnie to z tymi liturgiami bywało w ówczesnym PRL-u, chociaż było przyzwolenie władz kościoła rzymskokatolickiego, to w praktyce wystarczyło, że proboszcz danej parafii nie wyraził zgody na liturgię w obrządku greckokatolickim, wówczas nie było mowy o liturgii w kościele, niejednokrotnie takie liturgie odbywały się w domach prywatnych wiernych kościoła unickiego, za co władze PRL-u jak się dowiedziały, karały księży unickich.
Śwaszczennyk, tak mówimy na naszych księży, przez długi okres nie miał prawa ochrzcić dziecka, udzielić ślubu, a nawet pochować swego zmarłego wiernego w obrządku starocerkiewnym.
Dziwię się sam jak wiara greckokatolicka na nowych terenach przetrwała w obliczu tych represji i prześladowań, czasy się zmieniły, zmieniła się władza, większość niesnasek i niechlubnej historii obojga narodów poszła w zapomnienie, ale nowe opcje polityczne jak jednej tak i drugiej strony zaczynają na nowo rozdrapywać jeszcze nie do końca zagojone rany, nie twierdzę że trzeba wszystko zapomnieć, trzeba pamiętać, aby to było przestrogą dla potomnych, że niezgoda nigdy nie prowadzi do dobrego tylko do horroru i trzeba bez zakłamania i zbędnych emocji powiedzieć całą prawdę z jednej jak i z drugiej strony.
Mimo że urodziłem się na wygnaniu, tęsknię za „swoją dawną ojczyzną”, za górami, dolinami, połoninami i lasami, gdzie sięgają moje wyrwane korzenie, gdzie moi pradziadowie karczowali lasy aby móc wyżywić swoją rodzinę, gdzie spoczywają ich szczątki w zapomnianych, zrównanych z ziemią mogiłach, za tą cerkwią która stoi samotnie, zrujnowana pośród gór w Dolinie Krywego nad Sanem.
Mimo że urodziłem się na wygnaniu, tęsknię za „swoją dawną ojczyzną”, za górami, dolinami, połoninami i lasami, gdzie sięgają moje wyrwane korzenie, gdzie moi pradziadowie karczowali lasy aby móc wyżywić swoją rodzinę, gdzie spoczywają ich szczątki w zapomnianych, zrównanych z ziemią mogiłach, za tą cerkwią która stoi samotnie, zrujnowana pośród gór w Dolinie Krywego nad Sanem.
Kazimierz Kużma
Bieszczady dla dużej części osób zainteresowanych tym regionem są synonimem właściwie jednego miejsca. Solina dziś to krzykliwe miasteczko przyciągające letników, kolonie, wycieczki szkolne. Szczególnie w sezonie przypomina ona inne znane polskie kurorty – pełno tu sklepów, ulicznych straganów z pamiątkami, serami, grzybami itp. Wąskie uliczki Soliny stają się nieznośnie hałaśliwie i niemal niemożliwe do przebycia. Zewsząd płynie głośna muzyka – bary, kebaby, wesołe miasteczko.
Najważniejszym punktem wycieczki dla odwiedzających Solinę jest spacer po zaporze, niektórzy pokuszą się o zwiedzenie jej wnętrza, jeszcze inni wybiorą się na rejs stateczkiem po zalewie. Trudno tu dziś odpocząć, odetchnąć od zgiełku codziennego życia, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie jak niegdyś wyglądała Solina. Niektórzy z odwiedzających dzisiejszą miejscowość nie zdają sobie nawet sprawy, że jeszcze nie tak dawno temu na dnie dzisiejszego jeziora położona była tętniąca życiem i posiadająca wielowiekową tradycję wieś, od której swoją nazwę wzięło dzisiejsze miasteczko, a później także i jezioro. Ale po kolei…
Historia Bieszczadów sięga czasów prehistorycznych, ale pierwsze wzmianki o wsi Solina pochodzą z roku 1436. Była ona lokowana na prawie wołoskim. Położona była po obu stronach Sanu zbiegającego się tutaj z Solinką na stokach stromych otaczających wieś wzgórz porośniętych gęstym lasem. Swoją nazwę Solina zawdzięcza najprawdopodobniej soli wydobywanej już od czasów wczesnego średniowiecza.
Przez stulecia życie w Solnie biegło swoim niezmiennym, tradycyjnym rytmem. Wieś zamieszkiwali przedstawiciele bieszczadzkiego ludu – Bojkowie. Zabudowania Soliny, podobnie jak innych bieszczadzkich wsi, składały się głównie z tradycyjnych bojkowskich kurnych chat, tzw. chyży z ich charakterystycznymi, pokrytymi strzechą stromymi dachami. We wsi stał także dwór, karczma oraz cerkiew. Własność ziemska Soliny na skutek wielokrotnych podziałów przy dziedziczeniu ziem wykazywała znaczne rozdrobnienie – dostrzegamy to z łatwością na mapach katastralnych Soliny prezentowanych obok, a pochodzących z 1852 roku.
Najdawniejsza historia większości bieszczadzkich wsi jest de facto bardzo zbliżona. Osady zamieszkiwane byłby przez wspomnianych już wyżej Bojków, którzy byli niezwykle przywiązani do tradycji i wiary. Życie wsi toczyło się niezmiennie wokół zmieniających się pór roku, uprawy roli, wypasu bydła i towarzyszących im obrzędów religijnych. Wydawało się, że taki stan będzie trwał już na zawsze.
Zmianę sytuacji bieszczadzkich wsi przyniósł, podobnie jak w innych częściach świata, dopiero XX wiek. Od czasów rozbiorów Polski Solina należała do ziem określanych teraz Galicją i należących do Cesarstwa Austriackiego w pobliżu jego granic z Rosją. To właśnie to położenie Soliny w pobliżu granicy państw było przyczyną niedoli jaką przyniosła na tereny Bieszczadów otwierająca XX wiek I wojna światowa.
Wojujące ze sobą strony ścierały się na całym Łuku Karpat. Rosjanie liczyli na wdarcie się przez bieszczadzkie przełęcze na tereny Cesarstwa Austro-Węgierskiego, co otworzyłoby im drogę na Wiedeń. Austriacy zaś zaciekle bronili tych terenów.
Front przebiegał przez Bieszczady zmieniając wielokrotnie swoje dokładne położenie. Chłopów bieszczadzkich wsi, w tym Soliny, werbowano do wojska austriackiego. Wojna przyniosła całym Bieszczadom nędzę i zniszczenie ich zasobów materialnych. Po jej zakończeniu zaś Solina znalazła się na terenach odrodzonej Polski.
Już w latach dwudziestolecia międzywojennego coraz bardziej uwidaczniał się, mający w parę dekad później doprowadzić do całkowitego wyludnienie Bieszczadów, nabrzmiewający problem rosnącego nacjonalizmu ukraińskiego na terenach Bieszczadów oraz braku pomysłu na jego rozwiązanie ze strony władz II RP. Zwolennicy coraz donośni
ej domagającej się swoich praw rodzącej się Ukrainy uważali tereny Bieszczadów zamieszkane przez rusińskich Bojków i Łemków za swoje i głośno nawoływali do oderwania tych ziem od Polski.
Konflikt ten stał na tych terenach na pierwszy miejscu w tle tragedii II wojny światowej, w trakcie której Ukraińcy działający w ramach tzw. UPA (Ukraińska Powstańcza Armia) jawnie wspierali hitlerowców, jak choćby w trakcie mordowania żydowskich mieszkańców wsi Lutowiska.
Nacjonalistyczny obłęd lat wojny oraz tych następujących bezpośrednio po niej doprowadził do walki na terenach Bieszczadów wszystkich przeciw wszystkim. Niemcy, przy pomocy Ukraińców, mordowali Polaków i Żydów; Rosjanie – Niemców; Ukraińcy – Polaków. Walki UPA z Ludowym Wojskiem Polskim nie ustały po zakończeniu wojny.
Nacjonaliści ukraińscy jawnie dążyli do oderwania od Polski tzw. zakerzonia – szerokiego pasa ziem na południowo-wschodnich krańcach Polski. Komunistyczne władze Polski nie mogąc poradzić sobie z coraz bardziej palącym problemem przygoto
wały plany tzw. „Akcji Wisła” – wojskowej operacji mającej na celu wysiedlenie ludności podejrzewanej o sprzyjanie nacjonalistom ukraińskim z całej Polski południowo-wschodniej, a tym samym raz na zawsze rozwiązanie „kwestii ukraińskiej”. Pretekstem do przeprowadzenia operacji stało się zamordowanie przez UPA w zasadzce w Bieszczadach Gen. Karola Świerczewskiego.
Akcja Wisła została przeprowadzona wkrótce potem. Po jej zakończeniu tereny Bieszczadów praktycznie opustoszały. Tętniące niegdyś życiem, przeludnione kiedyś, jak cała Galicja, bieszczadzkie doliny zostały kompletnie pozbawione mieszkańców, którzy zostali wywiezieni na tzw. „ziemie odzyskane” – w okolice Legnicy, Kalisza i Olsztynka. Zabudowania setek wsi spalono. Pozostały po nich ginące w na nowo obejmującym je w swoje władanie bieszczadzkim gąszczu nieliczne zapomniane cmentarze oraz ruiny cerkwi.
Tereny Bieszczadów po okresie wysiedleń zostały częściowo i w bardzo małej skali zaludnione na nowo przez zmuszonych do osiedlenia się tutaj Polaków przywiezionych z okolic Sokala na mocy tzw. „wymiany terenów” z roku 1951 roku. Dodatkowo osiedlali się tutaj ludzie do pracy w lasach, obsługa umiejscawianych tutaj zakładów karnych i wszelkiej maści odmieńcy życiowi zamieszkujący swoje pustelnie. Wydawało się, że normalizacja wraca w Bieszczady. Nie był to jednak jeszcze koniec zmian mający całkowicie zmazać z powierzchni ziemi ślady wielowiekowej historii Soliny, bowiem w roku 1960 rozpoczęto prace mające na celu utworzenie Jeziora Solińskiego.
Pierwsze plany skonstruowania zapory w Solinie mającej spiętrzyć wody spotykających się tutaj Sanu i Solinki pojawiły się jeszcze przed II wojną światową. To jednak dopiero władze komunistyczne zdecydowały o ich realizacji, a co za tym idzie również o starciu z powierzchni ziemi kilku wsi, które po wysiedleniach i tak według nich nie zasługiwały na swoje miejsce w historii.
Do końca lat 60. zapora była ukończona i oddana do użytku. Na dnie Jeziora Solińskiego znalazły się wsie: Solina, Zawóz, Polańczyk, Rybne, Wołkowyja, Bukowiec, Teleśnica Oszwarowa, Teleśnica Sanna… To czego nie zdołały unicestwić wojna, walki nacjonalistyczne oraz wysiedlenia, zostało zniszczone przez komunistycznych inżynierów. Czas stanął tutaj w miejscu.
Zapora nigdy nie osiągnęła, jak można się było spodziewać po komunistycznych pomysłodawcach projektu, zakładanych poziomów produkcji energii. Należy jednak przyznać, że stworzyła ona miejsce o wyjątkowych walorach przyrodniczych, trudnych do
odnalezienia gdziekolwiek indziej w Polsce.
Dzisiejszy krajobraz okolic Jeziora Solińskiego przypomina bardziej Szwajcarię niż tereny Polski. Zalew imponuje swoimi rozmiarami, powierzchnią tafli, ale najbardziej rzuca się w oczy piękno pofalowanych brzegów zbiornika wodnego. Woda wdarła się tutaj na niegdysiejsze pola położone na stokach stromych wzgórz otaczających san tworząc widoczne dzisiaj przepiękne wąskie i głębokie zatoczki. Nic więc dziwnego, że jezioro zaczęło przyciągać turystów.
Dziś Solina to najbardziej znany ośrodek wypoczynkowy w Bieszczadach, przez wielu utożsamiany z tymi terenami. Często spotyka się letników odwiedzających Solinę, ale nie mających pojęcia o terenach położonych bardziej na południe, nie mówiąc już o bieszczadzkiej historii. Po dekadach życie na nowo wróciło do Soliny.
Po tym wszystkim co zostało powiedziane powyżej pojawia się słuszne pytanie o to, czy warto dziś odwiedzić Solinę? Odpowiedź na nie nie jest jednoznaczna. Jeśli szukamy dużego, dobrze zorganizowanego ośrodka turystycznego na wyjazd z dzieckiem, wówczas Solina to dobry wybór. Znajdziemy tu wszystko co charakteryzuje małe miasteczko: hotele, kwatery, sklepy, stacje benzynowe itp. Dzieci ucieszą wszechobecne stragany z zabawkami i pamiątkami, wesołe miasteczko oraz inne atrakcje.
Mieszkając w Solinie warto odwiedzić pobliskie miasteczka, jak chociażby pobliski Myczków, gdzie warto zwiedzić tutejsze Muzeum Bojków. O ile jesteśmy mobilni, koniecznie należałby zawitać do innych mniejszych miejscowości na brzegu Jeziora Solińskiego skąd roztacza się na nie wspaniały widok.
Czego jednak nie znajdziemy w Solinie i pobliskich osadach to z pewnością tak wspaniała w Bieszczadach cisza i spokój. Jeśli interesują nas górskie wycieczki, wówczas Solina to także nie najlepszy wybór – daleko stąd do najbardziej znanych i widokowych szlaków. Osobom poszukującym kontaktu z naturą, wytchnienia od zgiełku miast, czy planujących górskie eskapady polecamy inne miejscowości położone głębiej w zasięgu bieszczadzkich masywów.
Nas osobiście pasjonuje najbardziej odkrywanie śladów bieszczadzkiej historii kryjącej się do dziś w pustych, bezludnych dolinach, dlatego nasze kroki kierujemy w zupełnie inne strony, tam gdzie niegdyś tętniły życiem Tworylne, Krywe, czy Sokołowa Wola…
W niepamięć odchodzą powoli czasy kiedy na urlop jeździło się raz do roku do zakładowego ośrodka wczasowego. Niegdysiejsza, jedyna znana forma wypoczynku polegająca na leniwym polegiwaniu na leżaku ustępuje miejsca egzotycznym wycieczkom pełnym wrażeń. Coraz częściej słyszy się o tym, że znajomi byli w Alpach, Himalajach, na Dalekim Wschodzie… Co łączy wszystkie te wyjazdy? Dlaczego w dzisiejszych czasach chce nam się płacić krocie i wybierać w te wszystkie odległe miejsca? Najczęstszą odpowiedzią na te pytania są: pustka, brak ludzi, cisza, dzika przyroda, nieskażona ręką człowieka…
Podobne motywy, poszukiwania dziewiczego piękna przyrody, czy chęć odsapnięcia od zgiełku miast mogą nas zaprowadzić jednak w miejsce położone o wiele bliżej, na wyjazd na którym nie wydamy kroci – możemy wybrać się w Bieszczady. Góry te to jeden z najbardziej odległych zakątków Polski. Najmniejsze zaludnienie ze wszystkich polskich gór i pierwotny charakter przyrody sprawiają, że przez wielu Bieszczady uważane są za najpiękniejsze góry Polski… Czy słusznie?
Bieszczady to góry leżące w południowo-wschodnim rogu naszego kraju, na styku granic polskich ze słowackimi i ukraińskimi. To właśnie to położenie na pograniczu kultur i wyznań miało po wielu wiekach pokojowej koegzystencji stać się przyczyną tragedii bieszczadzkiej ludności, o czym niżej. Bieszczady leżą na olbrzymim łuku Karpat, gór tzw. systemu alpejskiego, które rozciągają się na terytoriach kilku państw. Interesująca nas część tego łuku to Karpaty Wschodnie.
Bieszczady dzieli się zwyczajowo na Zachodnie (od Przełęczy Łupkowskiej do Użockiej), Środkowe (od Przełęczy Użockiej do Tucholskiej) oraz Wschodnie (od Przełęczy Tucholskiej do Wyszkowskiej). W granicach Polski znajdują się zatem wyłącznie Bieszczady Zachodnie.
Główną rzeką polskiej części Bieszczadów jest San – przepiękna, szeroka rzeka tworząca w swej obszernej dolinie bajkowe wprost meandry. Jeśli chodzi o hydrografię Bieszczadów to niewątpliwą ich osobliwością są Jeziora Solińskie i Myczkowieckie utworzone sztucznie na spiętrzonych w latach powojennych wodach Sanu i Solinki. Jeziora te są dzisiaj wielką atrakcją i miejscem docelowym dla wielu letników poszukujących wypoczynku nad wodą w pięknej przypominającej Szwajcarię scenerii.
Bieszczady stanowią część Karpat Zewnętrznych i zbudowane są z tzw. fliszu – skał osadowych powstałych na dnie zbiornika wodnego istniejącego przed milionami lat. Ruchy tektoniczne również sprzed milionów lat spowodowały wypiętrzenie i sfałdowanie tych terenów oraz doprowadziły do jego charakterystycznej budowy, w której górskie grzbiety przebiegają na kierunku z północnego zachodu na południowy wschód. Prostopadle to pasm górskich biegną doliny. Do nich z kole
i prostopadle biegną doliny boczne równoległe do górskich grzbietów (jest to tzw. układ rusztowy).
Ciekawostką jest fakt, że stoki północne bieszczadzkich wzniesień są zwykle dłuższe i łagodniejsze, zaś południowe krótsze i opadają zdecydowanie bardziej stromo. Na terenie Bieszczadów odnajdziemy również bardzo interesujące tzw. wychodnie skalne oraz charakterystyczne gołoborza ukazujące wewnętrzną budowę tych gór.
W Bieszczadach występują skromne ale cechujące się dobrą jakością złoża ropy naftowej, będące przedmiotem eksploatacji na przestrzeni wieków. Oprócz ropy o Bieszczadach można powiedzieć, że są raczej ubogie w minerały. Niewątpliwym bogactwem regionu są za to wody mineralne.
Bieszczady posiadają klimat górski o kontynentalnych ostrych cechach. Najlepszym momentem na wyjazd w Bieszczady jest koniec lata, kiedy to możemy spodziewać się tutaj ciepłej, bezchmurnej pogody. Opady są tutaj największe w lipcu, stąd odradzamy planowanie wyjazdów w te tereny o tej porze roku. Zimy są bardzo mroźne i śnieżne, o czym mo
że świadczyć chociażby typowa budowa wiejskich chat z tych regionów z bardzo stromymi dachami, po których śnieg mógł ześlizgiwać się swobodnie na ziemię. Temperatura odczuwalna w szczycie zimy często spadać będzie poniżej 20 stopni Celcjusza.
Klimat jest najostrzejszy w górskich pasmach połonin pozbawionych drzew, gdzie o każdej porze roku zaskoczyć nas może gwałtowna zmiana pogody – latem praży tam słońce, jesienią i zimą wieje lodowaty wiatr. Aura przy tym ma tendencję do nagłych zmian. Szczególnie niebezpieczne mogą być mgły, w których niezwykle łatwo jest zgubić drogę.
Flora i fauna Bieszczadów są bez wątpienia, obok ukształtowania terenu i niezwykłej historii tych ziem, jednym z głównych czynników przyciągających tutaj turystów z całego kraju. Po wysiedleniach lokalnej ludności bieszczadzkiej (więcej o nich niżej) przyroda powoli zdobywa i zajmuje tereny, które przez wieki wydzierane jej były przez ludzką działalność. Dzikość i dziewiczość przyrody sprawia, że z łatwością możemy sobie wyobrazić jak wyglądało oblicze naszej planety kiedy nikt jeszcze nie słyszał o ludziach – natura jest tutaj niekwestionowaną królową.
Kolejną cechą charakterystyczną Bieszczadów jest niezwykła wprost zmienność jej przyrody – odwiedzając je co kilka miesięcy będziemy mieć wrażenie znajdowania się w całkowicie nowych miejscach. Nieraz to wrażenie jest już uchwytne dosłownie po upływie kilku tygodni. Zima to głębokie śniegi, drzewa i krzewy pokryte wielkimi czapami białego puchu, mróz i wszechobecna szadź. Wiosna to budząca się ciemna zieleń, miliony pączków w gęstych zaroślach, wszechobecne białe kwiaty tarniny i kaczeńce w przydrożnych rowach. Latem dominuje tutaj soczysta zieleń pożerająca dosłownie wszystko – wszędzie wysokie trawy, zarośla, żółte i fioletowe kwiaty na łąkach. Jesień, uważana przez wielu za najlepszą porę roku na odwiedzenie Bieszczadów, to z kolei orgia kolorów liści wielu gatunków drzew przypominająca rozlane barwy farb malarskich.
Bieszczady to wspaniałe miejsce dla miłośników odnajdywania rzadkich gatunków roślin czy tropicieli zwierząt. Szczególnie zimą z łatwością natrafimy tutaj na tropy niedźwiedzia brunatnego czy watahy wilków.
Jeden z największych znawców historii Bieszczadów, Stanisław Kryciński pisze tak o niej w swej nieocenionej książce „Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, Ukraińce”:
Od 40 lat trwa moja przygoda z Bieszczadami. Oczywiście zacząłem ją od zdobywania bieszczadzkich szczytów, ale szybko zauważyłem, że historia tych gór skrywa się w dolinach.
To wrażenie jest rzeczywiście nadal żywe. Próbując znaleźć informacje o Bieszczadach w księgarniach, bibliotekach, stronach internetowych czy forach przeczytamy przede wszystkim o górskich szczytach – Połoninie Caryńskiej, Wetlińskiej, Tarnicy i innych. Naszym jednak zdaniem prawdziwy urok tych wspaniałych gór skrywa się w ich dolinach niegdyś pełnych życia i zaludnionych przez Bojków oraz Łemków. Historia Bieszczadów obeszła się z nimi bardzo brutalnie – praktycznie wszyscy mieszkańcy tych terenów zostali wysiedleni w okresie powojennych w ramach walki z nacjonalizmem ukraińskim. Do dziś pozostały po nich niknące ślady, puste doliny, opuszczone cerkwie, tonące w gąszczach bieszczadzkiej roślinności opuszczone cmentarze.
To właśnie wspominane już wcześniej wyjątkowe połączenie ukształtowania terenu, oszałamiającej bogactwem przyrody i niezwykłej historii sprawia, że Bieszczady są górami wyjątkowymi. Ukojenie i odpoczynek znajdą tutaj miłośnicy spokoju chcący znaleźć ukojenie po codziennym zgiełku i chorobliwym tempie życia miast.
Olbrzymie, puste tereny są wspaniałym miejscem na długie wycieczki, w trakcie których często nie spotkamy żywej duszy. Bieszczady są wymarzonym miejscem do studiów nad historią Polski i jej niegdysiejszą wielokulturowością. To tutaj z przedwojenną mapą w ręku możemy przemierzać dziś opuszczone doliny w poszukiwani śladów mieszkających tu ludzi. Wędrować będziemy przy tym często tą samą drogą, którą jeszcze 70 lat temu poruszali się rdzenni mieszkańcy tych terenów. W gąszczu drzew odnajdziemy podmurówki setek dawnych budowali, a w ziemi odszukamy podkowy, motyki, szpadle i inne wiejskie narzędzia porzucone przez wysiedlonych.
Bieszczady to także idealny teren do obserwacji dzikiej przyrody, tropienia zwierząt czy fotosafari. Bardzo popularną ostatnio nowością jest tutaj offroad, speedriding, narciarstwo biegowe czy nordic walking. W Bieszczadach każdy znajdzie coś dla siebie…
Po latach życie powoli wraca w Bieszczady. Pojawia się tutaj coraz więcej pensjonatów, domków, prywatnych posiadłości – powoli właściwie nie wiadomo, gdzie się tutaj zatrzymać. Musimy spieszyć się, aby nacieszyć się dziewiczym pięknem tych gór. Są to w końcu Nasze Bieszczady – najpiękniejsze góry Polski…
Co warto zobaczyć w Bieszczadach to jedno z najczęściej pojawiających się pytań od naszych czytelników. Pytają oni nas zwykle o najbardziej interesujące atrakcje w Bieszczadach. Wychodząc im naprzeciw zamieszczamy artykuł o temacie: Bieszczady – co warto zobaczyć. To krótka, zwięzła i oczywiście subiektywna lista miejsc, które według nas koniecznie należy odwiedzić w czasie wypadu w Bieszczady, a w szczególności w ich bojkowską część. Mamy nadzieję, że okaże się pomocna. Miłej lektury i cudownych wycieczek w Nasze Bieszczady!
Listę odpowiedzi na pytanie o to co warto zobaczyć w Bieszczadach otwiera naszym zdaniem Dolina Sanu. Ten leżący u podnóża Otrytu zakątek to naszym zdaniem najpiękniejsze miejsce w Bieszczadach, które koniecznie trzeba zobaczyć będą w tamtych stronach. Ulubiony przez nas fragment ciągnie się wzdłuż Sanu na odcinku od Rajskiego aż do Stuposian u południowych zboczy zalesionego masywu Otrytu. Rzeka jest w tym miejscu już dość szeroka ale niezbyt głęboka. Jej wartki nurt tworzy niezliczone meandry, które są chyba najbardziej charakterystyczną cechą Sanu.
Najlepszą, naszym zdaniem, porą roku na odwiedzenie doliny jest okres poza sezonem letnim. Wędrując wzdłuż rzeki mamy wtedy sporą szansę na niespotkanie na trasie ani jednej osoby. To właśnie niezwykła cisza, spokój i poczucie zagubienia w czasie i przestrzeni są chyba najwspanialszym uczuciem towarzyszącym nam w tym niezwykłym miejscu. Dawniej wzdłuż koryta rzeki umiejscowione były tętniące życiem wsie, które opustoszały jednak w okresie powojennym. Dziś króluje tu przyroda.
Opisywana dolina jest bardzo długa – wystarczy tu terenu na co najmniej 2-3 osobne wycieczki. Warto o tym pamiętać szczególnie zimą kiedy słońce zachodzi już około godziny 15 i nie próbować pokonać doliny „za jednym zamachem”. Do doliny można dostać się samochodem zarówno od strony Rajskiego jak i Stuposian, jednak jak największy jej fragment warto pokonać na pieszo. Zdecydowanie ciekawszy jest przy tym południowy brzeg rzeki.
Tworylne to jedna z nieistniejących wsi położonych przed laty w opisywanej powyżej dolinie Sanu. Będzie ona naszą kolejną odpowiedzią na pytanie co warto zobaczyć w Bieszczadach. Dziś to miejsce to pusta, rozległa dolina o kształcie rozłożystej niecki. Odnajdziemy tutaj wiele pozostałości tak bujnej historii Bieszczadów: dzwonnicę na opustoszałym cerkwisku, kryptę grobową, ruiny dworu, pozostałości zabudowań dworskich oraz wiele czytelnych śladów bojkowskich chat stanowiących zabudowę wsi. W odosobnionej kępie drzew drzemie też stary cmentarz z chylącymi się ku ziemi nielicznymi zachowanymi nagrobkami.
Dolina urzeka pustką i przyrodą, która po dekadach od wysiedleń powoli zdobywa całkowitą kontrolę nad tym miejscem. Część miejsc, w których niegdyś stały bojkowskie chyże (było ich tu ponad 100!) jest dziś całkowicie zarośniętych przez krzewy i drzewa. Dolinę przecina potok spiętrzony w połowie jego biegu przez żeremie bobrów, które utrudnia wędrówkę i zmusza nas do szerokiego obejścia doliny łukiem. W najbardziej podmokłych miejscach chwieją się dostojnie trawy wyższe od dorosłego człowieka. Niezwykle majestatyczne i smutne zarazem wrażenie robi wyraźnie rozpoznawalna aleja dworska otoczona do dzisiaj sędziwymi drzewami. Pod ich rozłożystymi gałęziami odnajdziemy malownicze ruiny. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu 70 lat temu.
Do Tworylnego najwygodniej można dostać się pieszo albo od strony pobliskiej, również nieistniejącej wsi Krywe (o niej niżej) albo od strony wspominanego już Rajskiego. Droga przez Krywe będzie przy tym zdecydowanie dłuższa i męcząca, i taką polecamy jedynie w okresie dobrej pogody i gdy słońce do późna góruje na niebie. Jesienią i zimą bezpieczniej będzie się wybrać do Tworylnego od strony Rajskiego. Spacer średnim tempem w obie strony zajmie nam 3-4 godziny.
Możecie powiedzieć, że jesteśmy monotematyczni, ale dolina Sanu jest tak piękna i zarazem obszerna, że trzecie miejsce na naszej liście zajmuje kolejna nieistniejąca dziś wieś z tych stron – Krywe. Ta niegdysiejsza miejscowość zawdzięcza swoja nazwę prawdopodobnie charakterystycznemu ukształtowaniu jej terenu – pełno tu wzniesień i pagórków. Na jednym z nich stoi do dziś chyba najbardziej emblematyczny znak Krywego – najlepiej zachowane w Bieszczadach ru
iny murowanej cerkwi, splądrowanej i spalonej po okresie wysiedleń. W jej okolicy wśród traw majaczy kilka nagrobków dawnego cmentarza. Tylko oczami wyobraźni możemy zobaczyć dziś wiernych wędrujących tutaj po stromych zboczach wzgórza do cerkwi z położonych w dolinie potoku domostw. Oprócz ruin cerkwi w Krywem odnajdziemy także niknące w gąszczu ruiny dworu.
Z Krywem łączy się nieodzownie także postać Antoniny Majsterek, która przez lata wraz z mężem stanowiła całą, dwuosobową ludność tej wsi. To wspaniałe małżeństwo prowadziło tutaj gospodarstwo agroturystyczne tak bardzo popularne pośród osób kochających Bieszczady.
Do Krywego można dojść na pieszo albo od strony opisanego powyżej Tworylnego (będzie to wersja dłuższa), albo od strony Zatwarnicy (w tym wypadku dużą część drogi pokonamy samochodem, który możemy zostawić na parkingu przy mostku na potoku Hulskim).
Nie, kolejna pozycja na naszej liście nie jest położona w dolinie Sanu! Następne miejsce, które obowiązkowo trzeba zobaczyć to Lutowiska. Ta miejscowość o tak bogatej historii to dziś jedynie niewielka wieś w jednej z najbardziej odludnych części Polski. Położona jest na trasie tzw. „wielkiej pętli”, która przecina ją na osi północ-południe. Aby odnaleźć jedną z najciekawszych relikwii całych Bieszczadów świadczących o tragicznej historii tych terenów skręcamy w boczną, szut
rową drogę za szkołą w centrum Lutowisk i pozwalamy się jej prowadzić przez następne paręset metrów. Dotrzemy w ten sposób na żydowski kirkut położony na wzgórzu. Nie powinno go zabraknąć na naszej liście gdy zastanawiamy się co warto zobaczyć w Bieszczadach.
Jest to jeden z zaledwie pięciu zachowanych w Bieszczadach cmentarzy żydowskich, dających dowód temu jak bogate były niegdyś dominujące tutaj ekonomicznie przez stulecia gminy żydowskie. To niesamowite miejsce rodem z filmu grozy jest niemym świadkiem tragedii narodu wyznania mojżeszowego, po którym zostało dziś tak niewiele śladów na terenie Bieszczadów. Aż trudno uwierzyć, że Żydzi stanowili kiedyś 10% ludności tych ziem i wiedli zdecydowany prym w jej życiu ekonomicznym. Dziś na smaganym wiatrami górzystym kirkucie nie pozostaje nam nic innego ja położyć kamień na jednej z tysięcy macew i zadumać się nad absurdami historii…
Smolnik nad Sanem to kolejna nieistniejąca dziś wieś położona przy dzisiejszej „dużej pętli” pomiędzy Lutowiskami, a Stuposianami. Jednak nie o niej tu mowa (po wsi zostały zresztą bardzo nieliczne ślady). W Smolniku zachowała się natomiast przepiękna cerkiew, będąca jedną najcenniejszych zabytków bojkowskiej architektury drewnianej – murowany punkt na liście tego co warto zobaczyć w Bieszczadach.
Świątynia stoi na niewielkim wzgórzu górującym niegdyś nad pobliską wsią. Jest to bardzo charakterystyczne umiejscowienie bojkowskiej cerkwi, które tradycyjnie były budowane na wzniesieniach obowiązkowo ponad domostwami – miało to wskazywać na prymat życia duchowego nad doczesnym. Dziś dodatkowym plusem takiego umiejscowienia
cerkwi jest to, że nie sposób jej nie zauważyć z pobliskiej drogi.
Cerkiew w całości wykonana jest z drewna (będąc tutaj zwróćcie uwagę na jego charakterystyczny zapach!). W jej wnętrzu nie ma prądu – wszystko zostało tutaj zachowane w takim stanie jak musiało wyglądać dekady temu. Budowlę otaczają drzewa, pośród których odnajdziemy resztki dawnego cmentarza. To magiczne miejsce pozwala podziwiać nam niegdysiejszy kunszt budownictwa sakralnego i przez moment wyobrazić sobie jak przez stulecia wyglądały Bieszczady zaludnione przez Rusinów.
Do cerkwi dojedziemy krętą, stromą dróżką wiodącą pod samą świątynię – skręcamy w nią z „pętli” zgodnie z niewielkim znakiem wskazującą szlak do zabytkowej budowli.
Bystre, wraz z przylegającym Michniowcem oraz Lipiem to chyba miejscowości położone najbardziej na skraju naszego kraju jak to możliwe. Idealnym wprost opisem tego, jak odległe od wszystkiego innego są to osady jest cytat pochodzący z książki Stanisława Krycińskiego. Pytał on o nie przed laty mieszkankę sąsiedniej Czarnej. Zapytana o Bystre powiedziała:
Panie, tam to diabły, hucuły, Ukraińce…
Cytat ten pos
łużył za tytuł książki, a do dziś daje pojęcie o odosobnieniu tej części kraju. Bystre i Michniowiec oprócz położenia urzekają wspaniałymi przydrożnymi krzyżami i kapliczkami. Bez wątpienia jedną z najwspanialszych atrakcji tych zapomnianych przez Boga i ludzi wsi są dwie zachowane w bardzo dobrym stanie drewniane cerkwie wraz z okazałymi cmentarzami. Tutaj czas naprawdę stoi w miejscu. Przy jedynej drodze chwieją się oryginalne, butwiejące wiejskie chaty, nad wsiami górują kryte blachą hełmy cerkwi, a same miejscowości zdają się jak przed wiekami chronić tereny dalej położone na zachód przed tatarskimi najazdami.
Do Bystrego i Michniowca bez problemu dojedziemy samochodem od strony Lipia, bądź Czarnej. Auto możemy zaparkować w wielu miejscach na poboczach i wszystkie atrakcje odwiedzić już pieszo. Jeśli myślimy o tym co warto zobaczyć w Bieszczadach te dwie wsie zdecydowanie powinny znaleźć miejsce w naszym planie wycieczki.
Łopienka to jedna z setek nieistniejących dziś wsi wysiedlonych po II wojnie światowej. Położona jest przy wąskiej i krętej trasie z Terki do Dołżycy. Po samej wsi nie ma dziś już niemal żadnych śladów. Łopienka do dziś słynna jest jednak dzięki największemu niegdyś sanktuarium maryjnemu w Bieszczadach. Wspaniała świątynia, podobnie jak wiele innych, została opuszczona i zdewastowana po wojnie. Powoli popadała w ruinę szczególnie po zerwaniu z niej blachy w l
atach 50. XX wieku. Zapewne zostałaby całkowicie unicestwiona gdyby nie tytaniczny wysiłek ludzi dobrej woli i miłośników Bieszczadów, którzy własnym wysiłkiem przez 30 lat odbudowywali świątynię.
To właśnie dzięki nim cerkiew w Łopience wygląda dziś identycznie jak przed dekadami, odbywają się w niej msze, a jej drzwi są zawsze otwarte, tak aby każdy turysta mógł podziwiać jej surowe piękno.
Najlepsza i właściwie jedyna wygodna droga wiedzie od wspomnianej już trasy z Terki do Dołżycy. Spacer od parkingu, gdzie zostawimy samochód zajmie nam niewiele więcej niż 1 godzinę. Jest to idealna trasa „na rozgrzewkę”, z którą poradzi sobie każdy piechur uczący się dopiero co warto zobaczyć w Bieszczadach.
Nie, „różne pory roku” to oczywiście nie nazwa kolejnego miejsca, które warto odwiedzić w Bieszczadach! W punkcie ósmym naszej listy chcieliśmy zawrzeć pewną ogólną uwagę co do bieszczadzkich wycieczek, którą sami posługujemy się przy planowaniu kolejnych wyjazdów w góry i gdy zastanawiamy się co warto zobaczyć w Bieszczadach. Naszym zdaniem bieszczadzka aura, przyroda, kolory występujące w naturze są tak różnorodne w zależności od pory roku, że właściwe te same miejsca okazują się zupełnie nowymi dosłownie co kilka tygodni. Niejednokrotnie odstęp kilkunastu-kilkudziesięciu dni pomiędzy naszymi wycieczkami sprawia, że de facto odwiedzamy nowe, nieznane nam dotąd miejsce, szczególnie jeśli zatrzymamy się w nowej, nieznanej nam dotąd lokalizacji. Naprawdę warto jeździć zatem kilkakrotnie w te same miejsca! Inne jest wszystko: rośliny, kwiaty, liście na drzewach, stan wód, wysokość słońca na niebie, zachmurzenie, mgła albo upał, siarczysty mróz albo wiosenna plucha… Za to właśnie kochamy Nasze Bieszczady i dlatego nigdy się nam one nie nudzą…
Bieszczady dzisiaj to zapomniany przez Boga i ludzi odległy zakątek Polski. Urzeka swoja niedostępnością, olbrzymimi pustymi przestrzeniami i dzikością niemalże pierwotnej przyrody. Zaludnienie tego obszaru należy do najniższych na świecie – szczególnie poza sezonem letnim możemy godzinami wędrować przez opuszczone doliny i nie spotkać żywego ducha. Nadal niewiele tu miejsc, w których można się zatrzymać. W bujnych zaroślach gdzieniegdzie majaczą zapomniane cmentarze, ruiny cerkwi i ślady niegdysiejszych wsi. Jaką historię mogłyby nam opowiedzieć?
Historia Bieszczadów sięga czasów prehistoryczny, o których wiadomo jednak niewiele. Od zawsze tereny te były niezwykle trudno dostępne, a co za tym idzie mogły służyć jako schronienie czy miejsce wznoszenia budowli obronnych. Echa tych dawnych dziejów możemy znaleźć chociażby w okolicach Bystrego i Michniowca, gdzie mówi się o grodzie wzniesionym niegdyś ma tym obszarze.
Innym niemym świadkiem dawnej aktywności ludzkiej w Bieszczadach jest krąg ziemny o nieznanym przeznaczeniu, który możemy odszukać w gąszczu drzew na szczycie wzgórza wznoszącego się nieopodal cerkwiska we wsi Studenne. O ile sama wieś posiada udokumentowaną historię wpisujące się w dzieje tutejszej ludności, o tyle wspomniany krąg jest z pewnością konstrukcją o wiele starszą niż później założona osada.
Ślady czasów najdawniejszych odnajdujemy również w nazewnictwie osad czy elementów ukształtowania terenowego. Po dziś dzień na mapach Bieszczadów z łatwością możemy znaleźć nazwy świadczące o dawnych dziejach tych ziem. Przykładem może być powtarzająca się nazwa miejscowości „Zawadka” – przypuszczalnie mogła być to nazwa osady położonej w wąskim wąwozie czy parowie, który z łatwością można było zatarasować („zawalić”, „zawadzić”) np. pniami ściętych drzew czy głazami w celu ochrony przed najazdem. Ochronne korzenie nazewnictwa miejscowości spotykamy w całych Bieszczadach. Łatwo to zrozumieć – przed wiekami ziemie te, tak jak i dzisiaj, leżały na styku kultur, wyznań czy grup etnicznych przez co stawały się pierwszym, naturalnym celem ataku.
O bytności ludzi w Bieszczadach w okresach późniejszych świadczą opowieści o szlakach handlowych biegnących z południa na północ przez bieszczadzkie przełęcze. Żywym świadkiem dawnej aktywności na tych ziemiach są znajdowane w różnych częściach Bieszczadów rzymskie monety.
Prawdziwy rozkwit Bieszczadów rozpoczął się jednak dopiero ok. XIV-XV wieku. Ziemie polskie rozczłonkowane w trakcie rozbicia dzielnicowego, we wczesnym średniowieczu zostały ostatecznie zjednoczone i wzmocnione przez Kazimierza Wielkiego. W ramach umacniania pozycji Polski w Europie Wschodniej włączył on także pod swoje panowanie w latach 1340-1350 tzw.
Ruś Halicką, której częścią były również Bieszczady. Ziemie te miały pozostać w granicach Królestwa Polskiego do czasów rozbiorów.
Przyłączenie Bieszczadów do Królestwa Polskiego nie oznaczało jednak, że ziemie te były zamieszkiwane przez jednolitą grupę Polaków. Wręcz przeciwnie, na przestrzeni stuleci Bieszczady stały się prawdziwym tyglem kulturowym, będącym w pewnym sensie papierkiem lakmusowym ówczesnej polskiej tolerancji i różnorodności narodowościowej.
Na przestrzeni stuleci ziemie te zostały zaludnione przez ludy pochodzenia rusińskiego i wołoskiego. Ich dokładne pochodzenie i szlak jaki przywiódł ich na tereny Bieszczadów niknie niestety w mroku dziejów. Dość, że do okresu II wojny światowej Rusini ci stanowili przeważającą grupę społeczną bieszczadzkiego kresu (ok. 80%). Na terenie Bieszczadów wyróżnia się wśród nich dwie grupy: Łemków oraz Bojków. Granice ich wpływów do dziś są przedmiotem spor
ów. Próbę ich rozstrzygnięcia przedstawia prezentowana po prawej stronie mapka. Były to ludy wyznania greckokatolickiego posługujące się swoimi własnymi dialektami z bardzo silnymi wpływami języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Zamieszkiwali oni wsie rozrzucone po całym terenie Bieszczadów. Zajmowali się głównie rolnictwem oraz wypasem bydła.
Drugą pod względem liczebności grupą społeczną byli Żydzi stanowiący ok. 10% bieszczadzkiej ludności. Największe niegdyś gminy żydowskie to Lesko, Ustrzyki Dolne, Baligród, Lutowiska i Wola Michowa. Żydzi trudnili się głównie handlem bydłem hodowanym przez Bojków, które sprzedawali i kupowali głównie na częstych targach w Lutowiskach.
Polacy na tych ziemiach stanowili jedynie ok. 8% ogółu ludności. Byli to przede wszystkim przedstawiciele możnych rodów będących właścicielami tych terenów, bądź zubożonej szlachty zagrodowej. Pozostała część mieszkańców Bieszczadów to nieliczny Niemcy oraz Cyganie.
Taki stan rzeczy trwał przez wieki. Bieszczadzkie wsie zamieszkiwane byłby przez mieszane społeczności, które współżyły ze sobą przez stulecia bez najmniejszych problemów. Nikogo nie dziwiły rodziny, w których rodzice pochodzili z różnych grup narodowościowych czy wyznaniowych. W niedzielę mieszkańcy wspólnie wyruszali ze swoich chat i razem szli do swych świątyń na mszę rozstając się dopiero przed wejściem do cerkwi czy kościoła katolickiego. Zmianę przyniosły dopiero XIX i szczególnie XX wiek ze swymi zwariowanymi nacjonalizmami i nienawiścią narodowościową…
I wojna światowa to ta z wielkich wojen XX wieku, która spowodowała największe szkody materialne na terenie całych Bieszczadów. Na całym łuku Karpat ścierały się wojska austro-węgierskie oraz Carskiej Rosji, która przez przełęcze bieszczadzkie chciała zdobyć dostęp do równin węgierskich, którymi planowała prowadzić natarcie w kierunku Wiednia. Plany te jednak nigdy się nie ziściły, a starcia zamieniły się w wyczerpującą wojnę pozycyjną. Pozostały po niej widoczne do dziś dziesiątki kilometrów okopów, w których jak się przypuszcza tylko na terenie Bieszczadów zginęło ok. 100 000 żołnierzy obu stron. Po dziś dzień w bujnych krzewach i zaroślach natknąć się można z łatwością na leżące tutaj już od 100 lat łuski artyleryjskie, saperki itp. Bardziej dociekliwy poszukiwacz odnajdzie bagnety, elementy karabinów, klamry od pasków czy nawet odznaki poległych. Przeciwnikiem była nie tylko wroga armia ale i siarczyste bieszczadzkie mrozy. Tysiące żołnierzy zamarzło na śmierć. Pochowani są do dziś w zbiorowych mogiłach w wielu miejscach Bieszczadów.
To właśnie mróz i głód wśród wojujących był bezpośrednią przyczyną nędzy rodowitych mieszkańców Bieszczadów. Wojska rekwirowały wszystko – jedzenie, inwentarz żywy, z chat zdejmowano nawet strzechy i siekano je na pokarm dla koni. Miejscową ludność dziesiątkowały przywleczone przez żołnierzy egzotyczne choroby.
W tle ogólnoświatowego konfliktu pojawiały się pierwsze oznaki sporów nacjonalistycznych, które w kilkadziesiąt lat później miały doprowadzić do niemal całkowitego wyludnienia Bieszczadów. Zaogniał się mianowicie istniejący jeszcze od czasów przedrozbiorowych zatarg na linii Polska – rodząca się samoświadomość ukraińska. Konflikt miał swoje korzenie w najdawniejszych czasach, gdy do Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcielono niemal niezamieszkałe wówczas ziemie, które po stuleciach miały przeobrazić się w dzisiejszą Ukrainę. W okresie rozbiorów jedną ze strategii walki pomiędzy państwami rozbiorowymi było podsycanie sporów wewnętrznych w łonie innych państw. Tym sposobem konflikt Polaków z Ukraińcami stał się orężem walki Prus z Carską Rosją. Rozpoczął się tzw. „spór o duszę Rusina”. Rosnący w siłę ukraińscy nacjonaliści rościli sobie prawa do wszystkich ziem zamieszkanych przez społeczny element rusiński. W naturalny sposób uważali zatem również Łemków i Bojków za Ukraińców i takie przekonania starali się szerzyć pośród ludności Bieszczadów.
Najważniejszym epizodem nabrzmiewającego sporu narodowościowego było proklamowanie w 1919 roku Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej oraz tzw. Republiki Komanieckiej głoszących hasła nacjonalizmu ukraińskiego. Kolejne ważne wydarzenie o podobnej wymowie to tzw. Powstanie Leskie. Oba zdarzenia, choć zakończone po myśli władz odradzającej się po rozbiorach Polski, były jawnym wyrazem zaogniania się problemu. Miał on dać o sobie znać ponownie już w przeciągu bardzo krótkiego czasu…
Okres II wojny światowej stał się preludium do wydarzeń, które na zawsze miały zmienić Bieszczady i zburzyć ich wielowiekową różnorodność kulturową. W jej trakcie Bieszczady nie poniosły tak znaczących strat materialnych, natomiast w jej wyniku historia Bieszczadów została gwałtownie przerwana. W jej trakcie możemy przy tym wyróżnić dwa wyraźne okresy mające odmienny wpływ na historię Bieszczadów.
Pierwszy okres to czas od wybuchu wojny do rozpoczęcia nazistowskiej agresji na ZSRR w dniu 22 czerwca 1941 roku. Niemcy po ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku podzielili ziemie naszego kraju pomiędzy siebie i ZSRR na mocy Paktu Ribbent
rop-Mołotow. Traf chciał, że ustalona w ten sposób nowa granica biegła korytem Sanu. W ten właśnie sposób po raz pierwszy brutalnie rozbita została jedność historyczna i kulturowa Bieszczadów. Reliktem tych czasów są np. ruiny strażnicy niemieckiej, które do dziś możemy oglądać w Tworylnym (zdjęcie po lewej stronie). Dziś błądząc po pustkowiu pozostałym po niegdysiejszej wsi trudno uwierzyć, że historia w ogóle zawróciła sobie głowę tą odległą osadą, ale tak właśnie było. W chorym umyśle jakiegoś niemieckiego planisty z czasów wojny pojawiło się coś, co właśnie tutaj kazało ustawić budynek strzegący ciągłości granicy z ZSRR.
Po stronie niemieckiej od razu rozpoczął się proces rozmontowywania ustalanej przez wieki równowagi. Zagładzie ulegli Żydzi i Cyganie, prześladowani i wysiedlani na przymusowe roboty byli Polacy. Obóz zagłady w Zasławiu działał pełną parą.
Podobnie jak w poprzednich wiekach rozbiorcy, tak w czasie II wojny światowej Niemcy chcieli się posłużyć nacjonalistami ukraińskimi w celu osiągania swoich celów. Weszli oni w szeroką współpracę z utworzoną w międzyczasie tzw. UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Obiecywali Ukraińcom utworzenie po wojnie państwa ukraińskiego pod protektoratem niemieckim. W zamian oczekiwali pomocy w zgładzaniu Żydów, Polaków i działań dywersyjnych na tyłach ZSRR. Członkowie UPA omamieni przez swoich nazistowskich sojuszników z ochotą przystąpili do wyznaczonych zadań.
Drugim ze wspomnianych okresów mających kluczowe znaczenie dla dalszych losów bieszczadzkiej ludności to ten od ataku Niemiec na ZSRR do zakończenia wojny. Dobrym przykładem tego co działo się w tamtych latach są losy miejscowości Lutowiska posiadającej kilkusetletnią historię, w której dominowali głównie Żydzi. Niemcy po zajęciu Lutowisk rozstrzelali Żydów, których na miejsce kaźni jako wspólnego wroga zwozili Ukraińcy. Z zagłady udało się uciec tylko jednemu 17-letniemu chłopcu, który ukrył się na pobliskim kirkucie. Został on jednak wkrótce wytropiony i również rozstrzelany. Dla Niemców i ich ukraińskich przyjaciół każdy był wrogiem. Zabudowania miasteczka zostały doszczętnie spalone. Zniszczono wszystkie drewniane, przylegające do rynków żydowskie domy. Spalono obie synagogi. Ruiny jednej z nich majaczą w krzakach za sklepem w centrum Lutowisk do dziś. Sprzedawczyni zapytana w 2016 roku, którędy się do nich idzie nie miała pojęcia o nich istnieniu – tak właśnie zabija się pamięć o ludziach…
Z biegiem wojny sytuacja uległa zmianie. Front pchany na wschód przez początkowo niepokonany Wehrmacht skierował się wgłąb przepastnych pustkowi ZSRR. Po załamaniu potęgi Niemiec, bitwach pod Stalingradem i Kurskiem władze ZSRR zaczęły być coraz pewniejsze swojej wygranej w wojnie i rozpoczęły planowanie przyszłego, nowego ładu, jaki miał zapanować w Europie na dziesięciolecia.
Po wyparciu z ziem polskich Niemców wrogiem numer jeden na południowo-wschodnich rubieżach Polski, w tym w Bieszczadach
, stało się UPA. Głównym problemem tych ziem była odtąd kwestia ukraińska. W tamtych czasach lubiące generalne i zakrojone na dużą skalę rozwiązania problemów etnicznych czy narodowościowych władze ZSRR ani myślały akceptować obecności wojującej UPA na terenach, którymi teraz same miały zarządzać. Polska według planistów z ZSRR miała być odtąd krajem czystym etnicznie, pozbawionym zatargów narodowościowych. Nikomu nawet nie przychodziła do głowy możliwość tworzenia niepodległej Ukrainy, czy oddawania ich jakichkolwiek ziem z terenów PRL.
Główną linią obrony przed UPA, oprócz otwartych walk z Ludowym Wojskiem Polskim, było zatem pozbawienie ukraińskich band zaplecza aprowizacyjnego oraz szerzej to ujmując – biologicznego. Rozpoczęto zatem dobrowolne przesiedlenia ludności z terenów polskich wgłąb ZSRR. Przeprowadzane były one w latach 1944-46 ale spotkały się z bardzo chłodnym przyjęciem przez bieszczadzkich Bojków i Łemków. Były to ludy niezwykle przywiązane do tradycji i ani im było w myśl opuszczać ich ojcowiznę.
Wobec niepowodzeń w przeprowadzeniu pierwszej fazy przesiedleń oraz przeciągających się walk z trudną do pokonania UPA, został stworzony swoisty plan ostatecznego rozwiązania problemu z Ukraińcami w granicach PRL. Potrzebny był jedynie pretekst. Nadszedł on wiosną 1947 roku w postaci zabójstwa Gen. Świerczewskiego w okolicach Baligrodu w zasadzce urządzonej przez UPA. Władze PRL dostały zielone światło na przeprowadzenie wcześniej przygotowywanej tzw. „Akcji Wisła”.
Akcję rozpoczęto niemal od razu po zabójstwie Gen. Świerczewskiego. Koncepcja była bardzo prosta – żołnierze gnali, bądź transportowali ciężarówkami mieszkańców bieszczadzkich wsi do tzw. punktów zbornych, w których ładowani oni byli do pociągów jadących na tzw. „ziemie odzyskane” – głównie okolice Olsztynka, Koszalina i Legnicy. Kolejne oddziały Ludowego Wojska Polskiego maszerowały przez opuszczone wsie i podpalały wszystkie wiejskie zabudowania. W wyniku tej operacji Bieszczady wyludniły się niemal doszczętnie. W większości wsi od dnia tamtych wydarzeń do dzisiaj nikt nie mieszka.
Obrazu zniszczenia dopełniła tzw. „Akcja H-T” z 1951 roku, w ramach której pozostający tutaj nadal mieszkańcy Bieszczadów zostali przeniesieni na ziemie w okolicach Sokala, a mieszkańcy tamtych ziem zostali siłą osiedleni na wcielonych na nowo do Polski ziemiach na wschód od Sanu.
„Akcja Wisła” pozostawiła w Bieszczadach opustoszałe doliny, zgliszcza domostw, ruiny cerkwi… Ciszę nocy przerywało podobno zawodzenie psów pozbawionych swych właścicieli. Inwentarz żywy szybko wyginął pozbawiony opieki. Przetrwały podobno jedynie koty krzyżując się ze żbikami. W przygranicznym pasie 20km, do którego wjazd był przez kilka lat zabroniony dziczały uprawy, drzewa owocowe, zanikały powoli przydomowe ogródki, wody powierzchniowe co roku zacierały coraz bardziej ślady po dawnych tarasach pól uprawnych.
Sytuacja uległa zmianie dopiero w połowie lat 50. XX wieku. Po zniesieniu zakazu wstępu w Bieszczady ruszyli harcerze, leśnicy, kartografowie na nowo badający i próbujący wyrwać ten obszar zdziczałej przyrodzie. Bieszczady obrosły pewnego rodzaju legendą. Były uważane za najtrudniej dostępne i najdziksze regiony w Polsce. Ściągały śmiałków i twardzieli żądnych przygód w tych dzikich ostępach. Pojawili się polscy kowboje wypasający bydło na terenach niegdyś tętniących życiem wsi oraz „bieszczadzkie zakapiory” – specyficzny typ odmieńców, samotników, pustelników nieradzących sobie z życiem, którzy w bieszczadzkiej głuszy odnaleźli swoje miejsce i nieraz artystyczne powołanie. Zaczęły powstawać bacówki, schroniska turystyczne i galerie pełne „biesów” i „czadów” rzeźbionych w drewnie. Na terenach nieistniejących wsi gospodarowały PGRy (np. w Krywem czy Sokołowej Woli). Inny los spotkał dawną wieś Tworylne – stała się ona centrum życia polskich kowbojów, nakręcono tu nawet film o wypasie bydła.
Dziś Bieszczady to nadal najmniej zaludnione góry w kraju. 5 osób na kilometr kwadratowy upodabnia je gęstością zaludnienia do Europy w czasach neolitu, bądź do regionów Rosji za Uralem. To wymarzone miejsce dla miłośników agroturystyki kochających ciszę i spokój. Coraz gęściej powstają tu pensjonaty, kwatery, domki letniskowe.
Bieszczady powstają jak feniks z popiołów. Po latach zapomnienia wracają znów do głównego nurtu życia. Niektórzy z przyjeżdżających tutaj turystów nie zdają sobie nawet sprawy z historii tych ziem. Odwiedzają jedynie krzykliwą Solinę upodabniającą się do tandetnego uzdrowiska albo Wetlinę czy Cisną z zamiarem zdobycia któregoś z pobliskich szczytów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że prawdziwe piękno tych gór tkwi w dolinach. To właśnie tutaj odnajdziemy najwięcej śladów ludzi zamieszkujących niegdyś te tereny. Tutaj trafimy na ukryty w gąszczu zdewastowany cmentarz z jego chylącymi się ku ziemi nagrobkami ozdobionymi niezrozumiałymi dla Polaka napisami; zawędrujemy na cerkwisko nadal noszące ślady ognia; to tutaj wreszcie dociekliwy poszukiwacz odnajdzie pośród pustkowia kupę gruzu porośniętą tarniną, która okaże się zawalonym piecem dawnej bojkowskiej chyży. W pobliżu znaleźć będzie można podkowy, narzędzia, elementy konstrukcji domu.
Jeden rzut oka na te miejsca pokaże nam, że pamięć o nich o mały włos by zaginęła. Jakimś cudem jednak przetrwała i dziś jest częścią naszego dziedzictwa historycznego i kulturowego. Teraz już tylko od nas zależy co będzie dalej…
Każdy kto kiedykolwiek był chociaż raz w Bieszczadach z pewnością zwrócił uwagę na kilka rzeczy: niezwykłe piękno dzikiej i oszałamiająco bujnej przyrody, pustka, niesamowita cisza, surowe piękno gór oraz cerkwie – te elementy są nieodzowną częścią tej magicznej krainy. Cerkwie w Bieszczadach spotykane są w różnym stanie. Znajdziemy tutaj przykłady okazałych, zadbanych, nadal działających świątyń, odnowione budynki na nowo udostępnione wiernym, ale też górujące nad pustkowiami ruiny oraz, niezwykle często, jedynie obrysy podmurówek majaczące gdzieniegdzie w wysokiej trawie. To wszystko sprawia, że zastanawiamy się jakie historie mogłyby nam opowiedzieć cerkwie w Bieszczadach?
Współczesne pokolenia rodzące się w niezwykle jednolitym etnicznie czy wyznaniowo kraju jakim jest dzisiejsza Polska mogą nieraz odnieść wrażenie, że tak stan trwał od zawsze. Nic jednak bardziej mylnego. Burzliwe dzieje Polski wraz z jej rozbiorami oraz okrucieństwami II wojny światowej byłby tłem kształtowania się zdumiewająco
urozmaiconego społeczeństwa, które przez setki lat zamieszkiwało rdzennie polskie ziemie.
Okres formowania państwa polskiego we wczesnym średniowieczu przerwało rozbicie dzielnicowe. Po nim kulminacyjnym momentem odrodzenia naszego państwa było panowanie Kazimierza Wielkiego. Jednym z wyrazów jego potęgi było wcielenie do Polski ziem Rusi Halickiej, w ramach której pozostawały również i Bieszczady. Dalszy rozwój terytorialny Polski doprowadził do unii z Litwą. To właśnie po niej terytorium naszego kraju powiększyło się o ziemie, które później zostały nazwane Kresami Wschodnimi i w efekcie stały się zaczynkiem terytorialnym państw takich jak Litwa, Białoruś i Ukraina.
Ziemie te o
d początku swojej historii zamieszkiwane były przez ludność wiążącą swe pochodzenie z Rusią, a wyznaniowo ciążącą bardziej w kierunku kościoła greckokatolickiego oraz prawosławia niż katolicyzmu. To właśnie te różnice etniczne, narodowościowe czy wyznaniowe przez całe stulecia stanowiły zarzewie licznych zatargów i nieraz stały w tle różnych konfliktów zbrojnych. Echami tej niegdysiejszej różnorodności narodowościowej Polski są właśnie dzisiaj między innymi cerkwie w Bieszczadach.
Sytuacja została doprowadzona do stanu, który znamy dzisiaj, dopiero po II wojnie światowej. O ile II RP w okresie międzywojennym rościła sobie prawa do terenów za Bugiem i narzucała im pewną podległość, o tyle władze Związku Radzieckiego po miażdżącym zwycięstwie nad nazizmem w trakcie II wojnie światowej nie miały
ochoty na rozwiązania będące półśrodkami i zdecydowały się na rozwiązania mające na zawsze uspokoić sytuację na południowo-wschodnich granicach polski. Granice naszego kraju zostały przesunięte daleko na zachód wchłaniając tzw. „ziemie odzyskane”, których polskość była silnie kwestionowana. Na wschodzie zaś granicą stał się Bug. Kresy Wschodnie zostały na zawsze utracone i siłą wcielone do pozostających po ścisłą kontrolą ZSRR ziem mających w przyszłości zamienić się w Litwę, Białoruś i Ukrainę.
Zmiany dotyczyły jednak nie tylko granic. Władze ZSRR zadbały również o zbudowanie jednolitego wewnętrznie narodu polskiego. Dominujący niegdyś gospodarczo w historii Polscy Żydzi, zostali unicestwieni przez wichry wojny, a w
ięc nie zaprzątali już uwagi naszego „Wielkiego Brata”. Niemcy z „ziem odzyskanych” zostali wysiedleni wgłąb swojej ojczyzny. Ich miejsce zajęła ludność polska zza Buga. Ludność łącząca swe pochodzenie z Rusią została zaś wysiedlona, bądź również na „ziemie odzyskane”, bądź wgłąb ZSRR. Taki los spotkał setki tysięcy ludzi zamieszkujących ziemie leżące na dzisiejszej ścianie południowo-wschodniej. Podobnie historia obyła się z zamieszkującymi od stuleci ziemie Bieszczadów Bojkami oraz Łemkami.
Dziś ziemie ciągnące się szerokim pasem od Beskidu Niskiego przez Bieszczady, Roztocze do okolic Tomaszowa Lubelskiego naznaczone są setkami pozostałych cerkwi oraz historiami o wysiedlonych, spalonych wsiach, po których wszelki ślad właściwie już zaginął.
Cerkwie w Bieszczadach wykazują pewne różnice w zależności od tego czy mówimy o cerkwiach łemkowskich, czy bojkowskich
. Łemkowie i Bojkowie to dwa odrębne ludy zamieszkujące tereny Bieszczadów do czasu wysiedleń w okresie powojennym. Granica ich wpływów była wielokrotnie badana i kwestionowana, jednak najogólniej rzecz ujmując utarło się przyjmować za nią pasmo Wielkiego Działu. Na zachód od niego mieli zamieszkiwać Łemkowie, na wschód zaś Bojkowie. To podejście ukazuje prezentowana po lewej stronie mapka.
Jeśli przyjmiemy opisywaną wyżej tezę za prawdziwą, wówczas okazuje się, że większość cerkwi w Bieszczadach znanych z głównego turystycznego nurtu (okolice Soliny, Cisnej, podnóży Połoniny Wetlińskiej, Caryńskiej oraz Tarnicy) należeć będzie do stylu bojkowskiego.
Bojkowie byli ludem niezwykle zabobonnym, wierzącym w całą litanię zjaw, sił nadprzyrodzonych i zjawisk m
agicznych. W ich życiach niezwykle ważną rolę zajmowała tradycja, zwyczaje, ale również cerkiew, którą otaczano wielką czcią.
Sam budynek cerkwi umiejscowiony był zwykle na wzniesieniu górującym nad otaczającymi go bojkowskimi chyżami. Miało to w oczywisty sposób obrazować prymat Boga nad życiem ludzkim. Takie charakterystyczne położenie cerkwi widzimy np. w Smolniku nad Sanem czy w Krywem.
Przedstawia to dokładnie mapka po prawej stronie – jest to fragment mapy katastralnej Krywego z 1852 roku przechowywanej w Archiwum Państwowym w Rzeszowie. Widzimy na niej wyraźnie cerkiew położoną na wzniesieniu w oddali od zabudowań wsi umiejscowionych w pobliżu przepływającego dnem doliny potoku Krywiec. Każdy kto był w Krywem wie jak strome są zbocza wzgórza, na którym odnajdziemy ruiny cerkwi i jak trudno jest pod nie podejść szczególnie od strony potoku. Murowaną cerkiew w Krywem widzimy również na zdjęciu poniżej po lewej stronie.
O ile świątynia w Krywem była murowana (podobnie jak tak z Hulskiego, czy Łopienki) to większość cerkwi w Bieszczadach wzniesionych w stylu bojkowskim była budowana z drewna. Konstruowano je zwyczajowo na osi wschód-zachód z prezbiterium od prawej strony – od tej strony nadejść miał Jezus Chrystus w trakcie tzw. ponownego przyjścia.
Cechą najbardziej charakterystyczną cerkwi bojkowskich jest ich wznoszenie na planie trzech kwadratów – jest to tzw. cerkiew trójdzielna. Każda z trzech części pokryta była przy tym dachem brogowym (tak jak cerkiew w Smolniku nad Sanem), bądź osobną kopułą (tak jak w Równi). Dzwonnica stała przy tym tradycyjnie osobno. Cerkwie łemkowskie posiadały dodatkowo wysoką wieżę od strony zachodniej.
Cerkwie w Bieszczadach po wysiedleniu tych ziem spotkał bardzo różny los. Duża część z nich została spalona w trakcie przeprowadzania akcji wysiedleńczej. W miejscach dawnych świątyń do dziś odnajdziemy drzemiące w trawie zarysy dawnych budowli. W niektórych wsiach, jak np. w Sokołowej Woli po cerkwi nie pozostał żaden ślad, nawet pod
murówka. W Tworylnym zachowała się jedynie dzwonnica oraz krypta grobowa. We wspomnianym już Krywem cerkiew przetrwała wysiedlenia, ale została w późniejszym czasie ograbiona i podpalona dla zatarcia śladów. Jej dzisiejszy wygląd prezentuje zdjęcie z jej wnętrza po prawej stronie. Cerkiew w najbliższych latach ma być odnawiana.
Jeszcze bardziej zniszczona została również murowana cerkiew w Hulskiem (zdjęcie u dołu po lewej stronie). Ta niegdyś tętniąca życiem wieś jest dziś tak zarośnięta, że przebycie jej dawnych terenów jest możliwe poza okresem letnim, kiedy to wszechobecne krzewy uniemożliwiają jakiekolwiek wycieczki. Zarastają powoli również znajdujące się w Hulskiem ruiny młyna położonego przy ujściu potoku Hulskiego do Sanu. Zarastają również ruiny cerkwi.
Kilka cerk
wi zostało rozebranych w wiele lat po wojnie i wysiedleniach. Taki los spotkał cerkiew w Krywce – istnieje jedynie jedno jej zdjęcie zrobione tuż przed rozbiórką. Podobnie powojenne władze Polski obyły się z cerkwią w Lutowiskach, z której materiałów został skonstruowany kościół w Dwerniku. Rozebrano również cerkwie w Paniszczowie, Sokołowej Woli i wielu innych miejscach.
Niektóre ze świątynie przetrwały, zaniedbane, wykorzystywane jako magazyny i zostały odrestaurowane w czasach bardziej im przychylnych. Tak właśnie wyglądała historia cerkwi w Smolniku nad Sanem, Bystrem, Michniowcu i innych.
Cerkiew z Rosolina została przeniesiona do Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku i dzięki temu możemy podziwiać ją do dziś praktycznie w nienaruszonym stanie. Szczególny los spotkał sanktuarium w Łopience, które dzięki niezłomnym staraniom ludzi dobrej woli zostało zrekonstruowane. Świątyni został przywrócony jej dawny blask i charakter – jest ona dzisiaj jednym z częściej odwiedzanych miejsc w Bieszczadach.
Dziś, w 70 lat po zakończeniu wojny i wysiedleń, po zmianie rządów nieprzychylnych innym wyznaniom niż katolickie wydaje się, że cerkwie w Bieszczadach najgorsze mają już za sobą. Możemy spokojnie podziwiać te, które ocalały i nie drżeć o ich dalszy los. Możemy również przystanąć w trakcie naszej wędrówki przez Bieszczady przy pustym cerkwisku, zapalić lampkę w miejscu dawnego ołtarza i w skrytości ducha pomodlić się o to, żeby niegdysiejsze okrucieństwa i bezsens historii już się nie powtórzył…
Bojkowie to dawny, rdzenny lud Bieszczadów zamieszkujący te ziemie od mniej więcej XV wieku. Ich niezwykle bogatą i barwną historię zakończył bój o duszę i świadomość narodową Rusinów, zamieszkujących dawne ziemie Polski, który przetoczył się przez te tereny w okresie bezpośrednio po drugiej wojnie światowej i na zawsze zmienił oblicze Bieszczadów oraz ogólniej mówiąc Polski południowo-wschodniej. Więcej o historii Bojków napisaliśmy w niedawno opublikowanym artykule. Tymczasem spójrzmy jak mieszkali i żyli na co dzień dawni mieszkańcy Bieszczadów.
Bojkowskie chyże, podobnie jak i ich łemkowskie odpowiedniki, to tradycyjne, drewniane zagrody jednobudynkowe spotykane niegdyś na terenie całych Bieszczadów. Ich cechą charakterystyczną był fakt, że pod jednym, stromym, dwus
padowym dachem krytym strzechą, znajdowały się zarówno pomieszczenia mieszkalne jak i gospodarcze. Najlepszym przykładem zabudowania tego typu, które bezwzględnie należy zobaczyć, jest znajdująca się w Skansenie w Sanoku chyża pochodząca ze Skorodnego.
Bojkowskie chyże do końca obecności Bojków w Bieszczadach były chatami kurnymi. Oznacza to, że izba mieszkalna, której centralnym punktem był piec nie była wyposażona w komin. Wprawdzie w pewnym momencie ówczesne bieszczadzkie władze zarządziły budowę kominów na dachach chyż, jednak nikomu nie przyszło do głowy połączyć je z piecem. Wynikało to z faktu istnienia powszechnego przesądu, że w kominie mieszka diabeł. Po zmianie władz zresztą kominy szybko usunięto. Pomieszczenie mieszkalne wypełniał zatem dym. Podobno to właśnie z tych dawnych czasów pochodzi zwyczaj proszenia by goście usiedli zaraz po wejściu do chaty – chodziło o to, aby nie ulegli zaczadzeniu.
Większość bojkowskich wsi wyglądało bardzo podobnie. Wzdłuż biegnącego przez osadę potoku, blisko jego koryta ustawiano chyże. Nieopodal chaty umiejscawiano studnię oraz spichlerze, czy piwnice. Za chatą, zwykle na pochyłym zboczu wąskiej bieszczadzkiej doliny, wymuszającej tarasowanie, ciągnął się długi, ale wąski pas ziemi należącej do danego właściciela. Był on zazwyczaj podzielony na pole orne, łąkę kośną, pastwisko oraz las.
Wszystkie chyże konstruowano w zbliżony sposób. Podmurówka z kamieni rzecznych wyznaczała obrys budynku oraz jego wewnętrzny p
odział na poszczególne pomieszczenia. Powierzchnia takiej zagrody wynosiła pomiędzy 68, a 220 metrów kwadratowych. Do przełomu XIX i XX wieku do konstrukcji bojkowskich chat nie używano pił. W celu obróbki drewna na bale służące do wznoszenia ścian posługiwano się jedynie klinami.
Za podłogę służyło klepisko z plew zmieszanych z gliną. Ściany wznoszono z drewnianych bali, dach kryto zaś strzechą. Cechą charakterystyczną bojkowskich chyży były bardzo strome dachy, których stosunek wysokości do wysokości ścian budynku wynosił nieraz nawet 3:1. Wymuszone to było oczywiście przez trudne warunki klimatyczne i obfite opady śniegu w zimie.
Fronty chat malowano często na ciemnobrunatny kolor. Na zewnątrz chaty pojawiały się kreślone przy użyciu wapna wzory roślinne i geometryczne. Szpary pomiędzy balami ścian wypełniano gliną zmieszaną z mchem i bielono.
Wnętrze chaty bojkowskiej składało się zaledwie z kilku pomieszczeń. Izba, alkierz i sień były pomieszczeniami,
gdzie na co dzień przebywali mieszkańcy. O izbie tak pisze A. Kuczera w swojej wydanej w 1931 roku pracy „Wśród Bojków”:
Już u samego progu uderzyła nas niesamowita, cuchnąca woń nawozu zwierzęcego, gnijącego grzyba i zadomowionego potu ludzkiego i końskiego. (…) Po izbie krzątała się kwoka z kilkunastoma kurczętami… (…) Nie mogliśmy wyjść z podziwu, zastanawiając się nad dziwnym współżyciem sześciorga ludzi i trojga bydląt w małej cuchnącej izbie przez kilka miesięcy zimowych i okres niepogody.
Część gospodarcza obejmowała boisko, gdzie młócono zboże, stajnię, wozownię oraz szopę. Z tyłu chaty dodatkowo biegła tzw. zachata prytuła – osłona z desek chroniąca dodatkowo ściany przed zamakaniem oraz wiatrem. Wykorzystywano ją jako składzik na drewno oraz narzędzia.
Wyposażenie izby było niezwykle skromne i właściwie puste jeśli nie liczyć kilku podstawowych sprzętów spotykanych we wszystkich chyżach. Niski piec umiejscowiony często po lewej stronie od wejścia służył do gotowania jedzenia, wypiekania chleba ora
z do spania na nim. Było to uprzywilejowane miejsce dla najstarszych członków rodziny. Wokół izby biegła niska i wąska ława służąca do siedzenia. Spały na niej większe dzieci przykryte skórami. Gazda wraz z małżonką spali w łóżku, nieopodal którego pod sufitem zawieszona była kołyska dla najmłodszych domowników. Reszta wyposażenia izby do stół i skrzynia, bądź skrzynia pełniąca również funkcję stołu, drewniane stołki, proste drewniane naczynia. Nieodzownym elementem bojkowskiej chaty byłby również umieszczone pod sufitem święte obrazy. Żywy opis izby znajdujemy w „Świecie Bojków” Andrzeja Karczmarzewskiego, gdzie czytamy:
Dwie albo trzy duże pościele, stół w kształcie skrzyni, do którego chowają chleb, słoninę, pierogi, krupy. (…) Wzdłuż popod dwie ściany stoją ławici, których z domu nie wynosi się, jedna krótka ława stoi pod piecem i stiłeć koło stołu. Nad ławiciami wisi dużo obrazów. Piec jest płaski, szeroki, w zimie śpią na nim, a zmieścić się może 4-5 osób.
Kawałek dalej znajdujemy fragment na temat warunków higienicznych panujących w izbie:
Brud i śmieci na zamły, bo podłogi z desek nie ma, zaduch, bo okna nie otwierają się, a ściany okopcone, ochlapane i poobijane.
W przylegającej do izby sieni ustawiano beczkę z kiszoną kapustą, która była jedną z podstaw żywienia Bojków. Przechowywano tutaj również przeróżne narzędzia gospodarcze. Komora z kolei pełniła funkcję spiżarni, w której znajdowały się zapasy suszonych owoców, warzywa oraz wędzone mięso.
Nowsze chaty, bądź chyże bardziej zamożniejszych rodzin posiadały, jak wspomniano to wyżej, również alkierz, w którym przebywali głównie gospodarze. Alkierz ogrzewany był przy tym przez piec z izby, ale nie dostawał się do niego dym.

Dziś po setkach, jeśli nie tysiącach bojkowskich chyż pozostały jedynie nikłe ślady. O wiele łatwiej jest właściwie dostrzec w krajobrazie zdziczałe drzewa owocowe, czy tarasy dawnych pól, niż ledwie majaczące w trawie podmurówki chat. Wędrując przez bieszczadzkie pustkowia musimy posługiwać się niejednokrotnie przedwojennymi mapami, aby móc w ogóle odnaleźć miejsca gdzie dawniej stały zabudowania wsi. Dziś często w tych miejscach nasz marsz będzie znacząco utrudnio
ny przez wysokie trawy czy plątaninę krzewów tarniny. Mając odrobinę szczęścia odnajdziemy dawne wiejskie narządzia, podkowy, zawiasy czy okucia chat – kto wie co jeszcze drzemie w ziemi…
Stosunkowo najłatwiej jest odszukać dawne kamienne piwnice, spichlerze czy studnie. Obok łatwiejszych do odnalezienia cerkwisk czy dawnych cmentarzy niejednokrotnie ukrytych w głębokim lesie to właśnie pozostałości niegdysiejszych zabudowań sprawiają najbardziej niesamowite wrażenie i na nowo ożywiają świat zagubionego, bieszczadzkiego kresu. Te relikwie minionych czasów pozwalają na nowo ujrzeć ludne bieszczadzkie wsie pełne gwaru, ruchy i ich kulturowej różnorodności. Musimy się spieszyć – natura już niedługo zrobi swoje i jedyne co nam pozostanie to nasza wyobraźnia…
Bystre to niewielka wieś leżąca w Bieszczadach tuż przy dzisiejszej granicy polsko-ukraińskiej, nierozerwalnie związana z pobliskimi osadami – Michniowcem i Lipiem. Choć dziś miejscowość ta znajduje się po polskiej stronie, wydaje się, że od wieków przebiegała tędy inna, mniej uchwytna granica. Na temat Bystrego w swojej niedawno wydanej książce
pisze Stanisław Kryciński. Opowiada w niej o tym jak rozmawiał z mieszkanką sąsiedniej wsi Czarne. O Bystrem, do którego nigdy nie chodziła, zapytana dlaczego nie chce odwiedzić sąsiedniej wsi miała odpowiedzieć:
Panie, tam to diabły, hucuły, Ukraińce…
Od tego krótkiego stwierdzenia swój tytuł wzięła cała książka („Tam gdzie diabły, hucuły, ukraińce”). W sposób niezwykle wymowny obrazuje ona również, jak odosobniony ekosystem stanowiło Bystre i inne nieopodal położone wsie. Już wtedy był to przysłowiowy „koniec świata”.
Wieś została wydzielona z pobliskiego Michniowca gdzieś na przestrzeni lat 1564-1577. Bystre, Michniowiec oraz pobliskie Lipie były własnością króla i wchodziły w skład tzw. krainy lipieckiej, której stolicą było Lipie. Dochody z tych dóbr zasilały dwór królewski.
Bystre po raz pierwszy pojawia się na kartach historii w roku 1607, z którego pochodzą pierwsze wzmianki o tej malutkiej miejscowości. Już wtedy we wsi zbudowano pierwszą cerkiew. Niezwykle ciekawym okazuje się spojrzenie na tzw. „mapę von Miega” (jej fragment jest prezentowany po prawej stronie). Jest to wycinek mapy topograficznej Galicji z lat 1763-1787 roku przechowywanej w Archiwum Wojskowym w Wiedniu. Widzimy na niej zobrazowany w niezwykle urokliwy sposób układ wsi odpowiadającej nawet i dzisiejszym realiom. Bez trudu dostrzegamy też wyraźnie zaznaczoną cerkiew.
Jeszcze więcej informacji dostarcza nam z kolei mapa katastralna Bystrego z 1852 roku przechowywana w Archiwum Państwowym
w Przemyślu. Na jej fragmencie prezentowanym po lewej stronie, widzimy ukazane dokładnie położenie cerkwi, znajdującego się ok. 100 metrów na południe cmentarza, oraz rozkład pól, domostw i innych parceli. Widzimy przy tym charakterystyczny podział własności ziemskiej w Bystrem. Jako, że wieś należała do dóbr królewskich, nie było w niej zatem majątków ziemskich znanych z wsi prywatnych. Znajdowały się tutaj za to duże wójtostwa, które nie były rozdzielane po śmierci ich właściciela – dziedziczył je w całości najstarszy syn. Intensywnym podziałom, i to widzimy na mapie, podlegały parcele chłopskie. Po ś
mierci głowy rodziny jego pole było dzielone pomiędzy jego potomków. Z biegiem lat wykształciło to tak charakterystyczny dla Bystrego układ niezwykle rozdrobnionej własności.
Jak łatwo zauważyć przy pobieżnych nawet oględzinach obu cytowanych map, charakter wsi nie zmienił się właściwie do dnia dzisiejszego. Domy i pola umiejscowione są obecnie wzdłuż tej samej drogi, która widzimy na mapach. Jej kształt i przebieg nie uległ większym modyfikacjom. Również na ukazanym na mapach miejscu odnajdziemy cerkiew oraz cmentarz.
Bystre bezpośrednio po wojnie znalazło się w ZSRR. Powróciło do Polski dopiero w ramach tzw. „wymiany ziem”, gdy Polsce został zabrany teren o powierzchni 480 km kwadratowych w okolicach Sokala, a w zamian oddany fragment Bieszczadów o identycznych rozmiarach. Mieszkańców wysiedlono.
Stojąca do dziś w Bystrem cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła jest trzecią z kolei i została wybudowana ona w roku 1901-1902. Jej poprzedniczki wznoszone były kolejno w latach 1607 oraz 1681. Istniejąca świątynia jest jedyną ocalałą z kilku cerkw
i budowanych według podobnego projektu (inne to te, które niegdyś stały w Lipiu oraz Lutowiskach). Obiekt wrócił do Polski wraz ze wspomnianą już wyżej „wymianą” terytoriów z ZSRR w roku 1951. Ze względów politycznych nie był on jednak użytkowany, stał zamknięty i popadał w zapomnienie. Na szczęście udało się uratować większość wyposażenia poprzez jego wywiezienie do muzeum w Łańcucie.
O cerkiew zaczęto się troszczyć dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy to pieczę nad nim objęło dążące do zachowania bieszczadzkich cerkwi Towarzystwo
Opieki nad Zabytkami. Uprzątnięto wówczas jej wnętrze, zabezpieczono pozostałe w świątyni przedmioty. Wreszcie w latach 90. dzięki środkom przeznaczony przez Generalnego Konserwatora Zabytków w cerkwi w Bystrem rozpoczęto remont, który trwa do dziś.
Do osobliwości Bystrego należy historia dzwonu z lat 20. XX wieku. Tuż przed wysiedleniami został on przez mieszkańców wsi ukryty pod podłogą cerkwi. Wiele lat po wojnie w nie do końca jasnych okolicznościach miejsce ukrycia zostało wyjawione miejscowemu biedakowi, który wykazał się dużym sprytem. Włamał się do cerkwi, wydobył dzwon i ukrył go w lesie licząc na późniejsze sprzedanie cennego znaleziska. Ku swojemu nieszczęściu zdradził swe plany w trakcie spotkania zakrapianego alkoholem osobie, która powiadomiła natychmiast policję. Dzwon szybko został odzyskany.
Kolejnym wi
docznym śladem dawnej historii Bystrego jest cmentarz położony ok. 100 metrów na południe od cerkwi. Jest to ciekawe odstępstwo od bieszczadzkich zwyczajów jako, że zwyczajowo cmentarze były umiejscawiane wokół cerkwi (jak np. w Krywem) lub w jej bezpośrednim sąsiedztwie (jak np. w Lutowiskach). Na cmentarzu tym zachowało się do dziś 11 oryginalnych kamiennych nagrobków zwieńczonych przez żeliwne krzyże oraz 2 nagrobki całkowicie wykonane z kamienia. Ciekawostką jest fakt, że do dnia dzisiejszego nie ustalono, w którym zakładzie kamieniarskim zostały one wykonane, ale pochodzą prawdopodobnie spod dłuta tej samej osoby, która wykonała możliwe do odnalezienia we wsi przydrożne kamienne krzyże. Historia wspomina, że w Bystrem istniał znany zakład kamieniarski – nie udało się jednak go zidentyfikować.
isiajBystre dzisiaj to jeden z najciekawszych zakątków Bieszczadów i być może jedno z miejsc z najbardziej niesamowitym klimatem w całym kraju. Cała wzmiankowana wcześniej kraina lipiecka wraz z Lipiem, Michniowcem i Bystrem jest miejscem szczególnym. Położona jest jakby na uboczu głównych pasm Bieszczadów pośród niskich wzgórz, nad którymi majaczą srebrne chełmy cerwki w Michniowcu i Bystrem. Niezwykłe wrażenie robią mijane tu i ówdzie kamienne krzyże i kapliczki stojące dziś w szczerym polu, a świadczące o dawnej historii tych ziem.
Trudno powiedzieć, o której porze roku najlepiej ją odwiedzać. Wiosną urzeka tutaj ponury nastrój, niskie chmury, ciemna zieleń kiełkujących zarośli i żółte kaczeńce w
przydrożnych rowach, kontrastujące wyraźnie z bielą wszechobecnych kamiennych krzyży. Lato to orgia jaskrawej zieleni, żółć i fiolet kwiatów na łąkach zalanych ostrym światłem znajdującego się wysoko na niebie słońca. Jesienią dominującymi barwami jest rudy odcień schnących traw. Zima to już ciężkie czapy śniegu pokrywające wszystko wokół.
Bystre nie straciło swojego dawnego układu prezentowanego na mapach na wstępie artykułu. Wieś to długa droga wiodąca do podnóża pobliskiego wzgórza. Po jej bokach znajdziemy stare, rozpadające się chałupy o charakterystycznych bieszczadzkich cechach. Między nimi uważny obserwator odnajdzie bielone krzyże i kapliczki oraz kilka „zakapiorskich” galerii. W oddali pomiędzy wzniesieniami możemy spojrzeć na ukraińską stronę. Tam, tak jak przed wiekami, rzeczywiście już tylko diabły, hucuły, ukraińce…
Lutowiska dzisiaj to niewielkie miasteczko, czy nawet jak podaje Wikipedia, wieś w jednej z najmniej zaludnionych części Polski, położone przy tzw. Dużej Pętli Bieszczadzkiej. Znajduje się tutaj kościół, szkoła, parę innych urzędów oraz niewielka ilość domów i kilka pensjonatów. Miasteczko nie wyróżnia się niczym specjalnym i właściwie gdyby nie jego piękne położenie u podnóża Bieszczadów widocznych z pobliskiego punktu widokowego z pewnością nie zwrócilibyśmy na
nie najmniejszej uwagi. Tymczasem w tym zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku skrywa się niezwykle bogata historia, która w okrutny sposób została przerwana i pozostawiła po sobie nieliczne już dziś ślady.
Wieś Lutowiska została założona przed rokiem 1565, początkowo znana była przy tym jako „Litowiska”. Jej nazwa pochodzi najprawdopodobniej od ruskiego słowa „litowysko”, które oznacza miejsce letniego wypasu bydła. Miejscowość pozostawała początkowo w majątku znanej w Bieszczadach rodziny Kmitów, a w okresach późniejszych często przechodziła z rąk do rąk.
Już w roku 1742 Lutowiska otrzymały od panującego podówczas Augusta II prawo organizacji 10 jarmarków rocznie, podczas gdy np. Rzeszów miał prawo do organizacji jedynie 3 z nich. To właśnie owe jarmarki miały wkrótce zyskać Lutowiskom sławę w całej Europe wschodniej i sprawić, że przybywać tu będą handlarze ze czterech stron świata, w tym Żydzi oraz bojkowscy gazdowie pragnący sprzedać swoje wypasane na połoninach bydło.
Z biegiem czasu to właśnie wspomniani już Żydzi stali się elementem dominującym w Lutowiskach, czyniąc z nich największą żydowską gminę na terenie Bieszczadów. W 1900 roku samo miasteczko zamieszkiwało 1570 osób wyznania mojżeszowego, z których większość bogaciła się na handlu bydłem sprzedawanym na częstych jarmarkach, bądź dzięki rzemiosłu.
Zagłada Lutowisk rozpoczęła się wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Po jej rozpętaniu Lutowiska znalazły się w strefie wpływów ZSRR, które niebawem po zajęciu tych terenów wywiozły część zamożniejszych żydowskich rodzin wraz z przedstawicielami inteligencji polskiej i ukraińskiej w głąb swego terytorium. Kolejnym ciosem było zajęcie Lutowisk przez Niemców już 22 czerwca 1942 roku, którzy rozstrzelali ok. 650 Żydów, Polaków i Romów. Drewniane zabudowania miasteczka należące do Żydów wraz z dwiema synagogami zostały spalone. Po Lutowiskach zostały jedynie pojedyncze zabudowania wokół ich dawnego centrum. Kilkusetletnia historia miasteczka została zaprzepaszczona.
Po zmianie losów wojny Lutowiskach w latach 1944 – 1951 znajdowały się w ZSRR. Pozostały w miasteczku katolicki kościół pod wezwaniem Św. Stanisława Biskupa i Męczennika został całkowicie zdewastowany. Msze odbywały się wówczas w pozostałej po ludności ukraińskiej cerkwii, znajdującej się na południe od niegdysiejszego centrum miejscowości (możemy ją zobaczyć na zdjęciu po lewej stronie oraz na historycznej panoramie powyżej). Lutowiska powróciły do Polski w roku 1951 w ramach umowy o wymianie granic z ZSRR i do dziś pozostają w naszym kraju.
Historyczny wygląd miasteczka prezentuje czarno-białe zdjęcie u góry wpisu oraz fragment mapy katastralnej prezentowany po prawej stronie. Centrum Lutowisk stanowiły dwa rynki – większy południowy i nieco mniejszy północny. Okalały je drewniane domy żydowskich kupców. Miasteczko nigdy nie urosło ponad tę pierwotną strukturę, nie powstały tutaj dodatkowe ulice czy place. Ludność innych wyznań niż mojżeszowego zamieszkiwała przylegające do centrum Posadę Dolną i Górną, które na zawsze zachowały swój wiejski charakter z kurnymi chatami.
W Lutowiskach istniały dwie synagogi, cerkiew, która budowana była trzy razy w trzech różnych miejscach, cmentarz żydowski i cmentarz przycerkiewny oraz dwór. Sofija Parfanowycz w swoim opowiadaniu zatytułowanym „Jarmarok w Litowyszczach” tak pisze o Lutowiskach:
A tam pośród niemal austriackiego piękna przycupnęło żydowskie miasteczko. Gęsto-gęsto drewnianych domków gankami, przejściami, zajazdami, piętrami i różnymi zakamarkami – schowkami. Coś wschodniego w nich jest, „arabski styl”, wspomnienie orientu, gęste skupisko. Nad nimi panuje wielka murowana bożnica. Kolorowe szkło, kręte, tajemnicze, litery starych ksiąg. Wszystko to aż prosi, by zalało je gorące słońce południa.
Tak z kolei pisał o Lutowiskach Wasyl Sofroniw w jednym z felietonów w gazecie „Diło” w 1934 roku:
Nie potrafię sobie wyobrazić naszych małych, brudnych, a jednak sympatycznych galicyjskich miasteczek bez Żydów. Czy w ogóle byłyby wtedy u nas jakiekolwiek miasteczka i czy warto byłoby wtedy wybierać się na jarmark? Jaki czar, jaki koloryt, miałyby Lutowiska gdyby dookoła spadzistego, wyboistego „rynku” nie było tych powykrzywianych, drewnianych domków, gdyby w każdych drzwiach i każdym oknie i na każdej ławeczce nie było jakiegoś sklepiku (…)?
Z biegiem czasu liczba jarmarków w Lutowiskach rosła. Były one słynne w całej Europie środkowo-wschodniej. Handlowano w ich trakcie głównie bydłem wypasanych na bieszczadzkich połoninach. Zwyczajowo jarmark trwał trzy dni. Pierwszy z nich był dniem spędu bydła do Lutowisk, gdzie pojono je w jednym z potoków przecinających miasteczko. Drugiego dnia odbywało się dobijanie targu. Trzeci dzień oznaczał wypędzanie stad zakupionego bydła z Lutowisk. We wspomnianym już wyżej opowiadaniu czytamy na ten temat:
Szarym świtem dzikie pasterskie okrzyki dzień nawołują. Tupot kopyt o ziemię dudni, wzbijając kurz. Szeroką rzeką płyną bydlęce grzbiety, do niej ze wszystkich stron wlewają się dopływy i wszystko płynie na targowicę. (…)
Rzeka bydła i ludzi wcisnęła się w jedną ulicę. Jaka gęstwina! Boki o boki ocierają, rogi o rogi zaczepiają. Jak ławica morskich ryb na morskich wybrzeżach.
Ludzie czerwono wyszywani, biało odziani, w sirakach. Palicami poganiają, pokrzykują. Kobiety. Mężczyźni. Pomiędzy nimi przeciskają się z miejska ubrani kupcy, przede wszystkim Żydzi. Wszystkich popędza gorączka handlu, niepokój wielkich pieniężnych obrotów. Dwa tysiące osiemset sztuk bydła i pewno dwa razy tyle ludzi. Zalewają plac po brzegi.
Po dawnej sławie Lutowisk nie pozostało do dzisiaj prawie nic. Zadbała o to burzliwa historia tych ziem. Tam
gdzie niegdyś stała dostojna cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła z 1898 roku (widoczna na historycznym zdjęciu wyżej we wpisie) dzisiaj majaczy jedynie krzyż otoczony tymi samymi starymi drzewami, które jeszcze do 1980 roku, w którym rozebrano świątynie majestatycznie ją otaczały. Obecny wygląd tego miejsca ukazuje zdjęcie po prawej stronie.
Obok pustego wzniesienia po cerkwi odnajdziemy stary cmentarz z kilkoma nagrobkami (zdjęcie po lewej). Pomiędzy dzisiejszymi zabudowaniami Lutowisk odnajdziemy również zbiorową mogiłę osób rozstrzelanych przez Niemców w trakcie wojny, oraz wypalone ruiny synagogi leżące obecnie za sklepem spożywczym. W miejscu pierwszej cerkwi w Lutowiskach znajduje się oczyszczalnia ścieków, w miejscu drugiej zaś – szkoła i dom kultury.
Jedno z zachowanych miejsc sprawia największe chyba wrażenie – jest to żydowski kirkut położony na wzgórzu za szkołą i dominujący nad miasteczkiem (zdjęcia w nagłówku wpisu). W gąszczu traw sięgających do pasa skrywa się podobno ok. 2000 macew. Część z nich została odsłonięta przez skoszenie porastających je krzewów. Część jest ledwo rozpoznawalna, domyślamy się jedynie ich istnienia dzięki niewielkim kopczykom ledwo wystającym nad ziemie.
Macewy kirkutu w Lutowiskach to istne dzieła sztuki. Widać po nich bardzo wyraźnie, że tutejsza gmina musiała być naprawdę bogata. Płyty ozdobione są przeróżnymi motywami – powtarzają się na nich podobizny zwierząt, szczególnie jeleni, ptaki, złożone w geście modlitwy dłonie, otwarta księga czy świecznik. Niektóre macewy stoją jeszcze prosto. Inne chylą się ku nieuchronnemu upadkowi. Niektóre zauważamy dopiero w ostatnim momencie przed daniem kolejnego kroku w miejscu, które jeszcze sekundę temu zdawało się nam być łąką. W tym odosobnionym miejscu położonym dosłownie na końcu świata chyba tak jak nigdzie indziej możemy przystanąć i zadumać się nad historią, przemijaniem zapomnieniem i znaczeniem życia.
Chyba każdy kto kiedykolwiek był na południowo-wschodnich ziemiach Polski, a w szczególności w Beskidzie Niskim, słyszał o Łemkach, którzy niegdyś zamieszkiwali tamte tereny. Podziwiamy ich cerkwie, kulturę, stroje, słowem wiemy o nich naprawdę sporo. Kto jednak słyszał o Bojkach? Gdzie mieszkali? Czym zajmowali się na co dzień, jak żyli, w co wierzyli? Dlaczego nie pozostał po nich prawie żaden ślad, a wszelka pamięć po nich niemal zaginęła?
Obszar obecnie należących do Polski Bieszczadów przez kilka stuleci poprzedzających drugą wojnę światową był jednym z najgęściej zaludnionych w Europie. Historia tych ziem już wtedy była niezwykle ciekawe i bardzo złożona za razem. Zostały one włączone do królestwa Piastów przez Kazimierza Wielkiego wraz z podbiciem Rusi Halicko-Włodzimierskiej i od tej pory ich losy były nierozerwalnie związane z historią Polski. Początkowo zupełnie puste powoli stawały się miejscem
osiedleń ludności pasterskiej wędrującej z terenów dzisiejszej Rumunii i Bałkanów – byli to tzw. Wołosi. Bieszczady stały się też miejscem coraz częstszych nadań ziem szlachcie polskiej. W toku historii Bieszczady stały się prawdziwym tyglem kulturowym – zamieszkiwali tutaj Rusini (ok. 80 % ludności), Żydzi (ok. 10 %), Polacy (ok. 8 %), Niemcy i Cyganie.
Rusini zamieszkujący ziemie dzisiejszej Polski południowo-wschodniej stanowili grupę niezwykle zróżnicowaną wewnętrznie. Jedną z takich grup byli właśnie Bojkowie. Oni sami tak o sobie nie mówili. Nazywali się Hyrniakami lub Werchowyńcami, czyli góralami. Nazwa „Bojko” powstała początkowo jako przezwisko oznaczające kogoś powolnego, zacofanego, czy nieufnego i z czasem przyjęła się na stałe. Bojkowie graniczyli ze wspomnianymi wcześniej i bardziej znanymi Łemkami na zachodzie oraz z Hucułami żyjącymi na wschodzie, na terenach dzisiejszej Ukrainy.
Prace na rzecz określenia granic strefy łemkowskiej i bojkowskiej prowadzili dr Jan Falkowski oraz dr Bazylii Pasznycki i spisali je w swoim dziele zatytułowanym „Na pograniczu łemkowsko-bojkowskim”. Stwierdzili oni, że granica wpływów obu grup etnograficznych przebiegała gdzieś na linii północ-południe biegnącej przez Baligród. Pogląd ten przedstawia również prezentowana po lewej stronie mapka. Późniejsi badacze nieraz kwestionowali tę tezę, ale za to zgodnie przyjmowano, że ziemie leżące na zachód od Komańczy były już czysto łemkowskie. Północna granica wpływów Bojków opierała się o linię Lesko – Ustrzyki Dolne, wschodnia i południowa odpowiadały dzisiejszym granicom Polski.
Bojkowie mieszkali w tzw. chyżach, czyli jednobudynkowych gospodarstwach, składających się z kilku izb pod jednym dachem. Zwykle tylko jedno pomieszczenie przeznaczone było do zamieszkania przez ludzi. Była to niewielka, niska izba, w której znajdował się piec (chata była przy tym kurna, a więc izbę wypełniał dym), łóżko, ławy pod ścianami, sk
rzynia, stół i proste wyposażenie.
Bojkowskie wsie lokowane były zwykle wzdłuż potoków. Najbliżej wody znajdowała się chyża, za nią zaś połać ziemi danego gospodarza składająca się zwykle z pola, łąki, pastwiska oraz lasu. Typowy układ bojkowskiej wsi przedstawia prezentowany po prawej stronie fragment mapy katastralnej wsi Caryńskie z 1852 roku. Ślady dawnego rozkładu wsi próbowaliśmy odtworzyć miedzy innymi podczas naszych ostatnich wycieczek do Tworylnego i Krywego.
Codzienna egzystencja upływała Bojkom na wypasie bydła i pracach rolniczych. Wypasane przez Bojków bydło było przedmiotem handlu w żydowskiej miejscowości Lutowiska. Bojkowie to lud bardzo biedny, więc i życie było tu ciężkie, często na granicy głodu. Jak dokładnie wyglądało ono możemy zobaczyć dzisiaj w Muzeum Historii Bieszczadów w Czarnej lub Muzeum Kultury Bojków w Myczkowie. Niezatarte wrażenie na temat tego jak kiedyś wyglądały Bieszczady wywrze na nas również wizyta w Muzemu Budownictwa Ludowego w Sanoku, gdzie, między innymi, możemy obejrzeć kompletną bojkowską chyżę ze Skorodnego czy cerkwiew z Rajskiego.
Centralną rolę w życiu Bojków odgrywała wiara, cerkiew oraz obrzędy religijne. Bojkowie byli wyznania gr
ekokatolickiego. Cerkwie budowane byłby w centralnych miejscach niemal każdej wsi (tylko najmniejsze osady były ich pozbawione), zawsze na wzniesieniu dominującym ponad zwykłymi zabudowaniami. Budowle te zaskakiwały kunsztem i surowym pięknem. Szacuje się, że ogółem w Bieszczadach skonstruowano kilkaset cerkwi, część w unikatowym stylu bojkowskim, z których do czasów dzisiejszych przetrwało niestety tylko ok. 20%. Po dziś dzień ich renowacją zajmuje się np. Towarzystwo Opieki Nad Zabytkami.
Surową bojkowską egzystencję, pozbawioną większości wygód, urozmaicały obrzędy religijne i zwyczaje. Żyły nim całe wsie podążając od jednego wydarzenia religijnego do drugiego. Szczególnego znaczenia nabierały wszelkie święta, przygotowania do nich, obchody urodzin, ślubów czy pogrzeby.
Bojkowie jako lud bardzo prosty i żyjący w odosobnieniu nie wykształcił warstwy inteligencji. Pozostawił po sobie za to niknące wspomnienie po licznych przesądach, zabobonach czy legendach, które rozpalały umysły tych prostych mieszkańców wsi. Do dzisiaj wędrując przez bieszczadzkie bezdroża nietrudno zrozumieć, że ziemie te sprzyjały powstawaniu niestworzonych historii – powykręcane drzewa, głębokie jary i wąwozy naszej wyobraźni podsuwają wizje zjaw kryjących się w gąszczu.
To właśnie przeróżne istoty nadprzyrodzone, upiory, wampiry i tym podobne kreatury zamieszkiwały według Bojków pobliskie lasy. Szczególnie silne byłby u nich przeróżne tradycje i wierzenia dotyczące życia pozagrobowego. Ze szczególnym rozrzewnieniem czytamy dzisiaj na przykład jak Bojkowie bronili się przed przeistoczeniem zmarłego w upiora sypiąc mu do ust mak, przebijając osinowym kołkiem, czy w ostateczności ucinając mu głowę i grzebiąc go z nią umieszczoną w okolicach nóg. Te pogańskie wręcz praktyki miały uchronić żyjących przed wszelkim złem.
Historia gwałtownie i niezwykle brutalnie zmieniła swój bieg w latach następujących bezpośrednio po drugiej wojnie światowej. Już od początków XX wieku dawał o sobie mocno znać nacjonalizm ukraiński. Powstały OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), które na zawsze miały przypieczętować losy Bojków.
Bojkowie to rusińska grupa etniczna posługująca się językiem staro-cerkiewno-słowiańskim, która powstawała od XV wieku na fali nakładania się tradycji ludów wołoskich na osadnictwo słowiańskie. Był to lud bardzo hermetyczny, niechętny wszelkim nowościom czy kontaktom ze światem zewnętrznym. Bojko dla siebie samego był „swój”, a każdy inny to „obcy”. Nie zaprzątał on sobie głowy określaniem swojej przynależności narodowej. Żył tak jak to było przykazane z dziada, pradziada i nie potrzebował dla siebie od życia nic więcej. Andrzej Karczmarzewski pisze o Bojkach w swojej książce „Świat Bojków”:
Niewątpliwie Bojkowie odczuwali izolację. Być może dlatego niechętnie opuszczali swoje wioski i w przeciwieństwie do Łemków rzadko udawali się na emigrację.
O określenie przynależności narodowej zatroszczyły się jednak wichry historii, a w szczególności nacjonaliści ukraińscy. Przez wiele lat poprzedzających już drugą wojnę światową, planowali oni stworzenie niepodległego państwa ukraińskiego na ziemiach tradycyjnie należących do Polski przedrozbiorowej. Pragnęli oni zjednoczenia wszelkich ziem zamieszkanych w większości przez element rusiński, a więc uznawali również i bojkowskie Bieszczady za tereny ukraińskie.
Po zakończeniu zmagań drugiej wojny światowej, na południowo-wschodnich ziemiach nowo powstałej Polski trwał konflikt zbrojny noszący znamiona wojny domowej. Walczyło w niej Ludowe Wojsko Polskie i bandy UPA zabiegające o oderwanie tych ziem od Polski i o powstanie niepodległej Ukrainy.
W obliczu problemów z pokonaniem nacjonalistów ukraińskich, ówczesny rząd postanowił o całkowitym wysiedleniu tych terenów w ramach tzw. Akcji Wisła. Zakończyła się ona w 1947 roku całkowitym opustoszeniem setek wsi, spaleniem całej zabudowy wielu z nich – słowem wymazaniem z mapy istniejącej tutaj od setek lat tak bardzo bogatej historii.
Przemierzając dziś pustkowia Bieszczadów trudno uwierzyć, że miejsca te tętniły niegdyś życiem. Po setkach wsi zostały jedynie cmentarze, gdzieniegdzie ruiny cerkwi. Wytrwały poszukiwacz śladów przeszłości odkryje też drzemiące w gąszczu podmurówki wiejskich chat, studnie, czy piwnice. Wprawne oko odnajdzie w krajobrazie tarasy nieistniejących już pól, miedze, przydomowe sady.
Nie pozostaje nam nic innego jak zapalić lampkę na jednym z grobów, których inskrypcje są już dzisiaj zupełnie nieczytelne, zmówić pacierz w ruinach cerkwi i zadumać się nad historią i przemijaniem ludzi na terenie wsi, o których mało kto już pamięta i liczyć na to, że z nami historia obejdzie się lepiej…
Nieistniejąca dziś wieś Krywe to jedno z najbardziej emblematycznych i zarazem urokliwych miejsc w Bieszczadach. Położona jest w pełnej meandrów dolinie Sanu u podnóża Otrytu. Niegdyś Krywe i otaczające je inne wsie, jak chociażby opisywane niedawno Tworylne, były gęsto zaludnione i tętniły życiem. Były tu liczne wiejskie chaty, dwory właścicieli ziemskich, młyny, tartaki, czy cerkwie. Dziś po tych wspaniałych osadach pozostał tylko cień ich dawnej świetności, niknące w trawie oraz gąszczu krzewów podmurówki i ostatnie rozpoznawalne ruiny.
Krywe odwiedziliśmy w długi weekend w połowie listopada. Spodziewaliśmy się deszczu, zimna i szarugi, tymczasem bieszczadzka aura podarowała nam w prezencie iście letni dzień. Pozwolił on nam na spokojną wędrówkę przez nostalgiczne tereny dawnej wsi i dał szansę na powrót z niezliczoną ilością zdjęć. Zanim jednak o tym opowiemy, przyjrzymy się jaka historia kryje się w tej przepięknej dolinie.
Pierwsze wzmianki o Krywem pochodzą z roku 1526. Wieś założona została prawdopodobnie zaś w pierwszej połowie XVI wieku. Była własnością znanej w Bieszczadach rodziny Kmitów. Po zniesieniu pańszczyzny przechodziła w
ielokrotnie z rąk do rąk. Istniała tu szkoła parafialna, tartak parowy, dwór, folwark i młyny. Ślady po tych zabudowaniach są w wielu przypadkach widoczne do dziś. Dawny układ wsi przedstawia mapka po prawej stronie – jest to fragment austro-węgierskiej mapy z roku 1855.
Pierwsza wojna światowa przyniosła wsi znaczne zniszczenia. Spis ludności z roku 1921 wykazał, że Krywe posiadało 74 domy zamieszkane przez 443 Rusinów, którzy w tych stronach nosili miano Bojków, 9 Polaków oraz 20 Żydów. Począte
k lat 30. dwudziestego wieku przyniósł parcelację majątku Krywego. Większość ziemi została nabyta przez miejscowych chłopów, część stała się własnością firmy „Pilak” eksploatującej pobliskie lasy.
W 1934 roku na terenie wsi prowadzili swoje badania autorzy późniejszej pracy „Na pograniczu łemkowsko-bojkowskim”, którzy uznali, że Krywe należy do strefy przejściowej między Łemkami, a Bojkami. Wspomniana książka to fascynujący i niezwykle rzetelny obraz tego jak niegdyś wyglądało tutaj codzienne życie.
Druga wojna światowa oraz lata bezpośrednio po niej następujące podzieliły tereny wsi najpierw na strefę wpływów niemieckich i ZSRR, później na ziemie należące do Polski oraz po raz kolejny ZSRR. Część mieszkańców Krywego wysiedlono na Ukrainę w roku 1946, reszta została wywieziono na ziemie odzyskane w ramach „Akcji Wisła” w roku 1947. Zabudowania wsi spalono. Krywe opustoszało.
iew i cmentarz w KrywemPo roku 1947 we wsi pozostała opuszczona cerkiew. Z dachu zdarto pokrywającą go blachę, a wnętrze zostało zdewastowane. Budynek został również podpalony dla zatarcia śladów, jednak nie uległ całkowitemu unicestwieniu. Do dziś drzemie majestatycznie w kępie sędziwych drzew wieńczących wzgórze Diłok.
Pierwsze informacje o cerkwi w Krywem pochodzą z 1589 roku. Kolejna cerkiew wzmiankowana jest w roku 17
56, ostatnia – pod wezwaniem św. Paraskewii i której ruiny możemy oglądać po dziś dzień- została wzniesiona w 1842 roku. Obok cerkwi znajduje się do dziś dzwonnica skonstruowana najprawdopodobniej po roku 1852. Cerkiew w Krywem to najlepiej zachowane ruiny świątyni tego typu na terenie całych Bieszczadów. Jej ruiny skrywały skrzynię z archiwum służb bezpieczeństwa UPA – została ona odkryta w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Na zaniedbanym cmentarzu cerkiewnym znajdującym się na północ od niej, zachowało się do dzisiaj jedynie parę nagrobków, na których nadal można odczytać wykute inskrypcje oraz kilka mogił ziemnych.
Wspomniane wcześniej wzgórze Diłok, na którym znajdują się cerkiew, dzwonnica oraz pozostałości cmentarza sprawia nierealne wrażenie. Wzniesienie góruje wyraźnie nad otaczającą go pustką wsi. Możemy wyobrażać sobie jedynie jak niegdyś wierni gromadzili się tutaj na msze przybywając z bojkowskich chyży stojących wzdłuż widocznego w dole potoku Krywiec. Domyślać się możemy jak mieszkańcy Krywego spoglądali spod cerkwi w kierunku Sanu widząc jednocześnie zabudowę wsi jak i położony nieopodal dwór. Dziś dominuje tu przyroda. Gęste zarośla sprawiają wrażenie nieprzebytych. Przy odrobinie szczęście, które i my mieliśmy, nie spotka się tutaj ani jednej osoby.
Lata powojenne to przede wszystkich czasy PGR z Czarnej Dolnej oraz Ośrodka Pracy Więźniów istniejącego tutaj do roku 1978. Po jego zamknięciu PGR z Lutowisk przeprowadził tutaj rekultywację ziem. Wybudowany został także most na Sanie, który zawalił się jednak w roku 1999. Po PGR z Lutowisk doliną zawładną
ł Kombinat Rolno-Przemysłowy Igloopol. Po upadku Igloopolu ziemie Krywego znalazły się w rękach prywatnych.
Dalsze lata historii wsi związane są już nierozerwalnie z agroturystyką oraz 2 osobami zamieszkującymi Krywe (państwo Antonina i Stanisław Majsterkowie). To do nich i do prowadzonego przez nich gospodarstwa agroturystycznego przybywali wszyscy, których sercom bliskie są Bieszczady.
Krywe na nowo wypełniło się życiem. Dziś na terenie dawnej wsi stoi kilka budynków, pojawiała się tutaj miłośnicy agroturystyki. To urokliwe miejsce zdobywa coraz większą popularność, usłyszeć możemy coraz więcej o nim w wielu przewodnikach, czy materiałach historycznych i podróżniczych.
TośkaTośka, bo pod takim imieniem znana była turystom i miłośnikom Bieszczadów Pani Antonina, stała się dobrym duchem Krywego, wspominanym z rozrzewnieniem i rozpoznawanym przez tych, którzy chociaż raz odwiedzili tę nieistniejącą wieś. Do dziś osoby, które miały okazję ją spotkać z pasją opowiadają o jej rozlicznych przygodach w bieszczadzkiej głuszy. Wspominają ją jako osobę niezwykle życzliwą i ciepłą.
Tośka przyczyniła się do popularyzacji Krywego, sprawiła, że to miejsce przez wielu postrzegane jest jako jedno z najbardziej magicznych miejsc w Polsce. 13 sierpnia 2011 w ruinach cerkwi wzięła ona ślub z Panem Stanisławem. W wrześniu 2015 A. Majsterek ku przerażeniu osób, które ją znały zginęła w wypadku.
Krywe to bez wątpienia konieczny do zaliczenia punkt na liście każdego miłośnika Bieszczadów. Droga, choć dość długa, wynagradza wspaniałymi widokami i niesamowitą atmosferą miejsca zagubionego na końcu świata. Pusta, rozległa, pofalowana dolina, od której ukształtowania być może pochodzi nazwa wsi pozwala odetchnąć pełną piersią i na chwilę zapomnieć o sprawach dnia codziennego. Niezwykle ciekawe jest również poszukiwanie śladów niegdysiejszej obecności ludzi w Krywem – ruiny cerkwi, pozostałości dworu czy ukryte w gąszczu roślinności studnie i piwnice w dolinie potoku Krywiec, pozwalają przez chwilę poczuć się prawdziwym odkrywcą. Krywe to bez wątpienia miejsce wyjątkowe, do którego chce się wracać raz po raz…
Kolejną wycieczkę do Krywego planujemy już niebawem, jak tylko spadnie śnieg – więcej zdjęć już wkrótce!
Podobał Ci się ten post? Prosimy o odpowiedzi w komentarzach – posłużą nam jako wskazówki przy redakcji kolejnych wpisów:)
Bieszczady dla większości turystów to głównie górskie szlaki. Tarnica, Połonina Caryńska, czy Wetlińska – te miejsca zna wiele osób. Kto jednak słyszał nazwy takie jak Tworylne, Krywe, Hulskie i wiele innych? Są to nieistniejące, kipiące niegdyś życiem i różnorodnością kulturową, a wysiedlone po wojnie bojkowskie wsie. Według niektórych turystów to właśnie w dolinach skrywa się prawdziwa magia Bieszczadów.
Jedną z piękniejszych dawnych wsi jest wspomniane już Tworylne. To właśnie tam wybraliśmy się na wycieczkę pierwszego stycznia 2016. Ale po kolei…
Historia Tworylnego, podobnie jak sąsiadującego z nim Krywego, sięga przynajmniej 1456 roku, z którego to pochodzą pierwsze wzmianki o wsi. Na przestrzeni kilku setek lat swojego istnienia Tworylne urosło do wielkości ok. 120 gospodarstw zamieszkanych przez ok. 720 mieszkańców w latach międzywojennych. Podobnie jak w innych miejscach w Bieszczadach mieszkali tu ludzie różnych narodowości – Rusini, Polacy, Żydzi…
Wieś opustoszała po wojnie na fali wysiedleń w latach 1946-1947. Zabudowania wsi zostały spalone. Niemymi świadkami tamtych wydarzeń została przycerkiewna dzwonnica, pozostałości dworu i zabudowań dworskich, cmentarz, ruiny niemieckiej strażnicy z czasów wojny oraz drzemiące w ziemi ślady gospodarstw.
Dziś Tworylne to jedynie pusta dolina – widzimy to wyraźnie na zdjęciu lotniczym zamieszczonym po prawej stronie. Aż trudno uwierzyć, że tętniło tutaj kiedyś życie. Świadectwem niegdysiejszej obecności ludzi w tym pięknym miejscu są jedynie nieliczne już dziś ruiny, trudne do odnalezienia podmurówki wiejskich chat, studnie, czy zarastające piwnice oraz opuszczone miejsce po cerkwi.
Przed wybraniem się na wycieczkę do Tworylnego, jak i innych nieistniejących wsi, warto spojrzeć na przedwojenne mapy, aby dowiedzieć się jak wyglądała niegdysiejsza zabudowa i w jakich miejscach szukać ewentualnych pozostałości po chatach, czy innych budynkach. Wycinek takiej mapy widzimy po lewej stronie. Jest to mały fragment Taktycznej Mapy Polski Wojskowego Instytutu Geograficznego w skali 1:100 000 z lat 1924-1939. Pokazuje on charakterystyczne zakola Sanu wraz z Tworylnym oraz jego przysiółkiem o nazwie Obłazy.
Mapka pokazuje wyraźnie gdzie ustawione były domy oraz inne zabudowania. Widzimy zatem gdzie musimy kierować nasze kroki aby poszukiwać śladów dawnej wsi.
Nieocenionym źródłem dalszych informacji co do tego gdzie ewentualnie możemy liczyć na natrafienie na podmurówki, studnie czy piwnice są tzw. mapy LIDAR dostępne na stronie Geoportal. Instrukcję obsługi tego typu map można znaleźć na stronie Archeolot. Ich istotą jest to, że ukazują rzeźbę terenu z pominięciem lasów czy innych zarośli. Dzięki nim mamy możliwość spojrzeć co kryje się w miejscach niedostępnych dla ludzkiego oka.
Na zdjęciu po prawej stronie widzimy mapę LIDAR dla Tworylnego. Już pobieżne nawet spojrzenie na mapę pozwala dostrzec zarysy podmurówek i studni widocznych w różnych częściach dawnej wsi. Widzimy również tarasy pól, ich układ, dzielące je miedze.
Tak przygotowani i zaopatrzeni w mapy byliśmy gotowi do wyruszenia na wycieczkę.
W Tworylnym byliśmy po raz pierwszy późną jesienią. Teraz postanowiliśmy wybrać się tam w pierwszy dzień roku.
Ruszyliśmy ze Starego placu, gdzie zostawiliśmy samochód, kierując się wzdłuż Sanu przez Obłazy w kierunku niezamieszkanej dziś doliny. Ranek był wyjątkowo mroźny – temperatura odczuwalna spadła do około minus 20 stopni Celcjusza. Zimno spowodowało pokrycie dosłownie wszystkiego przez szadź dając przepiękny efekt widoczny na części zdjęć.
Dolina Sanu o tej porze roku prezentuje się niezwykle – rzeka skuta lodem, słychać jedynie niewyraźny jej ruch gdzieś pod stwardniałą powierzchnią. Wokół cisza, ani żywej duszy – prawdziwa lodowa kraina. Udało nam się odrobinę ogrzać dopiero w promieniach słońca w Obłazach po skręceniu w prawo zgodnie z biegiem rzeki. Widoczne tam jeszcze półtora miesiąca wcześniej wysokie trawy uległy przerzedzeniu, wyglądały na przygniecione, czy wygniecione przez zwierzęta, a m
oże ludzi. Każda najdrobniejsza nawet gałązka pokryta była szadzią tworzącą niezliczone, skrzące się w bladym świetle kształty.
Już w Obłazach natrafiliśmy na pierwsze pozostałości wiejskich chat. Wiedzieliśmy zresztą gdzie ich szukać dzięki przedwojennym mapom oraz dzięki temu, że już jesienią udało nam się odnaleźć część z nich. Teraz mniejsza ilość zarośli, które poprzednio sięgały nam do piersi, pozwoliła przyjrzeć się niewidocznym wcześniej podmurówkom i studniom.
Wyraźne pozostałości zabudowań w Obłazach jest niezwykle prosto znaleźć – należy szukać zdziczałych jabłonek rosnących wzdłuż drogi. Jesienią i zimą miejsce to jest dodatkowo podkreślone przez kobierzec dzikich jabłuszek pokrywających zwartą pokrywą ścieżkę. Nawiasem mówiąc, jabłka te podobno przyciągają tutaj niedźwiedzie – wędrówki tutaj na własną odpowiedzialność! My również nerwowo się rozglądaliśmy i wypatrywaliśmy wygłodniałych misiów!
Nieziemskich wprost tematów do zdjęć dostarczyła ukryta w głębokim cieniu dalsza część drogi, zaraz po minięciu przysiółka w Obłazach i skręceniu w lewo wzdłuż koryta Sanu. W cieniu temperatura była odczuwalnie niższa niż w pozostawionych za sobą promieniach słońca. Szczególnie interesująco prezentował się zamarznięty, niemal pionowo spływający z gór wąski potok. Mróz sprawił, że wyglądał on jak uwieczniony na fotografii o długim czasie naświetlania
, tworząc niewielkie zmarznięte kaskady przypominające formacje rodem z jaskini.
Po pokonaniu ostatniego wzniesienia, odsłonił się przed nami obszerny widok na Tworylne znany już z poprzednich wycieczek, a teraz skąpany w kobiercu szadzi i szronu.
Po krótkich oględzinach pozostałości zabudowań dworu i wspaniałej alei dworskiej, która zawsze skłania nas do refleksji nad przemijalnością ludzkiego życia, wiedzeni informacjami z przedwojennych map oraz map LIDAR skierowaliśmy nasze kroki tym razem w lewo, w kierunku ujścia przecinającego całą dolinę potoku Sasz do Sanu w poszukiwaniu dalszych śladów wsi.
Ta pora roku okazała się doskonała do tego typu eksploracji. Dzięki mapom praktycznie z dokładnością co do metra udało nam się zlokalizować kilka zabudowań, prawdopodobnie chat, spichlerzy i być może stajni porośniętej dzisiaj bujnie krzakami tarniny. Wokół znów wszędzie było pełno wykopanych podków, narzędzi, łusek – nasi nieznajomi poszukiwanie metalu dotarli i tutaj.
Dokuczliwe zimno skłoniło nas do szybkiego marszu w kierunku dawnego wiejskiego cmentarza. Ominęliśmy szerokim łukiem dzwonnice i cerkwisko z uwagi na słońce zbliżające się do schowania się za szczytami i pogrążenia doliny w głębokim cieniu – zimna na ten dzień i tak już mieliśmy dosyć. Natura na częściowo oświetlonej drodze na cmentarz wyrysowała niestworzone wzory – część polany skryta w cieniu nadal pokryta była szronem odcinając się wyraźną linią od miejsc oświetlonych przez słońce prezentujących swoje późnojesienne kolory.
Cmentarz wywarł na nas to samo wrażenie co poprzednio – skryty w gęstej kępie bezlistnych drzew wydaje się być najlepszą
przenośnią zapomnienia. Chylące się ku ziemi nagrobki pokrywał szron. Jak zwykle cmentarz pełen był nowych lampek – kto je tutaj zostawia?
W planach mieliśmy penetrację okolic górnej części potoku Sasz, przy którym również ustawione byłby niegdyś wiejskie budynki, jednak zimno na tym etapie brało nad nami zdecydowanie górę i dlatego postanowiliśmy tę część wyprawy zostawić na kolejną okazję.
Przemierzając dolinę skąpaną w ciepłych promieniach zachodzącego słońca, które usunęły ostatnie wspomnienia o szronie i szadzi ruszyliśmy z powrotem w kierunku Starego Placu.
Głównym celem styczniowej wycieczki do Tworylnego było odnalezienie pozostałości po zabudowaniach wiejskich. Jeszcze w maju poprzedniego roku znajomy powiedział nam, że bezśnieżna zima albo wczesna wiosna to najlepszy
okres na tego typu wyprawy jako, że latem wszelkie ślady giną w zaroślach. Szczęście dopisało nam o wiele bardziej niż się tego spodziewaliśmy – najwyraźniej kilka dni przed nami na podobny pomysł wpadła grupa ludzi wędrująca z wykrywaczem metali. Efekt był taki, że wszystkie miejsca, które zamierzaliśmy odwiedzić były mocno spenetrowane przez poszukiwaczy. Wszędzie pełno było niewielkich dołków, a wokół porozrzucane były przeróżne znaleziska.
Znaleźliśmy mnóstwo narzędzi, takich jak motyki, szpadle, kosy. Rozkopane miejsca, w których niegdyś stały budynki kryły olbrzymią ilość metalowych elementów konstrukcyjnych, które pewnie jako jedyne ostały się po spaleniu wsi. Natrafiliśmy także na drzwiczki do pieca, które prezentuje fotografia po lewej stronie oraz wiele łusek artyleryjskich z czasów I Wojny Światowej.
Niesamowitym wrażeniem było trzymać w rękach coś, co kiedyś służyło komuś na co dzień.
Wycieczka skłoniła nas do jeszcze bardziej dokładnego zbadania historii bieszczadzkich wsi. Poszukujemy aktualnie map katastralnych z 1852 roku, które w bardzo szczegółowy sposób opisują rozmieszczenie budynków w każdej z nieistniejących dziś miejscowości oraz kilku pozycji książkowych, których jak do tej pory nie mogliśmy zdobyć. Udało nam się również dotrzeć do map austro-węgierskich – skorzystamy z nim następnym razem w trakcie pobytu w Bieszczadach.
Zimowy wypad do Tworylnego dzięki niesamowitej aurze mrozu i szadzi był chyba najciekawszą wycieczką jaką odbyliśmy w Bieszczadach. Andrzej Potocki w swojej książce „Zaginiony świat bieszczadzkiego kresu” pisze:
Wydawało się, że ten Bieszczad był tak bardzo nic nieznaczącym w historii narodów, a jednak upomniano się o niego morzem przelanej krwi i łuną pożarów palonych wsi. I nie masz nikomu odmówić nad tysiącami mogił przodków (…) „wieczne odpoczywanie”.
Tu w Tworylnym, w pustej kotlinie o olśniewającym uroku, na zapomnianym przez świat cmentarzu poczucie to jest bardziej żywe niż gdziekolwiek indziej.
Kolejną wycieczkę do Tworylnego planujemy już niebawem, jak tylko spadnie śnieg – więcej zdjęć już wkrótce!
Podobał Ci się ten post? Prosimy o odpowiedzi w komentarzach – posłużą nam jako wskazówki przy redakcji kolejnych wpisów:) Będziemy się też posiłkować informacjami z Bieszczadzkiego Forum Internetowego.
Cerkwie to nieodłączny element krajobrazu południowo-wschodniej Polski. Ich niepowtarzalna architektura i urok – to jedno z najbardziej ciekawych zjawisk kultury europejskiej.
Dzięki temu, że prawie w każdej wsi powinna była stać cerkiew – zbudowano ich w tym regionie setki. Budowane przez miejscowych cieśli, stąd, każda była inna, każda miała swój niepowtarzalny wygląd.
PO latach 1946-47, po wielu cerkwiach nie pozostał nawet ślad. Te, które ocalały, w większości są obecnie – kościołami. Jednak nadal zachwyca ich architektura i niepowtarzalny zapach starego drewna.
Zapraszamy na krótką wycieczkę po kilku z nich.
Lidia Tul-Chmielewska


